Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Most popular

(136 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Tangerine Dream | Ricochet

    Tangerine Dream | Ricochet

    Bestseller Good price

    To nowy rozdział w muzycznym rozwoju Tangerine Dream, którego granice kończyły się w połowie lat 80 - tych albumami złożonymi z krótkich, kilkuminutowych utworów a zarazem znakomite preludium do innego blockbustera - Stratosfear. Prawdziwa ściana mrocznych wibrujących sekwencji wymieszana z ciekawymi motywami muzycznymi - dla mnie to najciekawszy styl Tangerine Dream najbliższy mojemu sercu. Wszystkie te struktury są na najwyższym poziomie z prostej przyczyny: z kilometrów taśm Froese wybrał i skompilował najciekawsze fragmenty i bardzo przyłożył się do dopracowania wszystkich detali - stąd ta płyta jak dla mnie brzmi wciąż świeżo i niezwykle.
    Płytę wystylizowano na album live ale naprawdę to właściwie dopiero w studio dokonano rzeczywistej obróbki materiału stąd notatka że album jest nagrany podczas koncertów we Francji i Wlk. Brytanii. Już pierwsza część od początku poraża mnie swą melodyką i motywami które oszczędnie eksploatowane dają niesamowity efekt. Nie ma tu ani jednego przypadkowego dźwięku, płyta jest znakomicie przemyślana i dopracowana - poszczególne elementy tworzą niesamowity nastrój wpływający mocno na emocje (bynajmniej moje). Można ten utwór podzielić na trzy części. Pierwsza - wprowadzenie - liczne wstępy, gitara elektryczna, perkusja, spokojny ale jakiś taki doniosły nastrój, który zostaje zróżnicowany i od siódmej minuty zaczyna się zaś część druga: ekspozycja - jazda bez trzymanki na rollercoasterze albo gdzieś w przestrzeni kosmicznej w nadświetlnej. Wchłania słuchacza do swego świata nie pozwalając mu na oddech. To tak naprawdę pierwszy album gdzie na taką skalę pojawia się słynny Tangerinowski pulsujący rytm. Harmoniczny styl, melodia to porzucenie tego co prezentowano na mocno eksperymentalnych płytach z lat wcześniejszych. Zamknięcie: styl wprowadzenia, uspokojenie muzycznego pejzażu.
    Drugą część otwiera przepiękne fortepianowe intro, do którego po chwili dołącza flet. Bardzo subtelna melodia stopniowo wyciszana z delikatnym brzmieniem syntezatora w tle - w końcu flet samotnie kończy tę część i gwałtownie przechodzimy to wspaniałych dźwięków elektronicznego instrumentarium - swoisty majstersztyk manipulacji odczuciami słuchacza. Kolejne pojawiające się ozdobniki, wprowadzane są dla spotęgowania nastroju i powtarzają się jako podkład. Mamy tu połączenie polifonii, rytmu i melodii w niespotykanym dotąd u Tangerine Dream sposobie. Zresztą po prostu najlepiej puścić sobie 2 część i wysłuchać. Muzyczne ornamentacje plus melodyjność tej płyty tworzą jak dla mnie niesamowity niedościgniony klimat. A na okładce jedno z ciekawszych zdjęć autorstwa Moniki Froese.

    Dariusz Długołęcki


    ...od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z muzyką EL i trwa po dziś dzień, mimo że upłyneło 28 lat często wracam do jej dźwięków, tej płyty po prostu nie wypada nie znać jeśli się interesuje el muzyką, raz usłyszawszy chce się jej ciągle słuchać, gorąco polecam!!!...

    PPL


    Jeden z 3 absolutnych nr 1 mojego życia. Ricochet to chyba najważniejszy wyznacznik elektroniki na lata siedemdziesiąte, oczywiście poza dokonaniami Klausa Schulze. To ile na tym albumie utrwalonych jest pomysłów tria Tangerine Dream to absolutny rekord w el-muzyce. Nic dziwnego, że swego czasu album ten gościł na 1 miejscu listy przebojów el-muzyki w Pr. 3 PR.
    Utwór pierwszy rozpoczyna się jakby marszem żałobnym z fenomenalną partią gitary Froese. Od połowy, aż do końca Ricochet Part One to już majstersztyk w dziedzinie nakładania sekwenci. Dzieje się tu czasami tak wiele, że słuchacz czuje się jakby pędził w otchłań bez końca. Ale koniec następuje w pięknym i smutnym stulu. Część drugą rozpoczyna piano - także fenomenalne [ten wyraz powinien być kojarzony z tą płytą]. Coś jakby z epoki romantycznej. Piano przechodzi w sekwencję, sekwencja w solo itd... Nie posłuchasz, nie zrozumiesz. To co jeszcze wyróżnia tę pozycje to barwy brzmień. Ilu twórców muzyki [nie tylko el] nie potrafi oderwać się brzmieniowo od Ricochet. Bo i po co. Brzmienia są doskonałe i rewelacyjnie dopasowane. I pomyśleć, że jest to jedynie montaż z trasy koncertowej z roku 1974...
    Album to dowód na to, że improwizacja jest doskonałym narzędziem przy tworzeniu i graniu elektroniki, szczególnie tej berlińskiej. Szkoda tylko, że niektórzy artyści nie mają takich zdolności do jej wykorzystywania jak ten pamiętny skład Tangerine Dream.

    Wojciech Suchan


    Tangerine Dream to zespół, który wciąż zaskakuje nowymi pomysłami - od przeszło 30 lat na muzycznej arenie. Ewolucja jaką przechodzi muzyka tego (najczęściej) tria z Niemiec, zachwyca, zmusza do refleksji i pobudza a niejednokrotnie zniewala i pociąga za sobą całe rzesze fanów. RICOCHET to według mnie jeden z bardziej udanych albumów Tangerine Dream - dzisiaj już 28 letnie dzieło to skrócony zapis z ponad 90 godzin (!) muzyki zapisanej w studiu po koncertach we Francji. Edgar Froese i jego koledzy z jednego w zasadzie tematu uczynili majstersztyk. Płyta wcale nie nudzi, jest ciekawa melodycznie od samego początku do końca. Muzycy do maksimum chyba wykorzystali możliwości ówczesnych syntezatorów analogowych... i na pewno im się to udało. Jedyną wadą albumu jest to, że jest za krótki... ale na szczęście są inne płyty Tangerine Dream, można też włączyć "repeat" w odtwarzaczu CD. Na podsumowanie ciekawostka dla starszych słuchaczy i fanów Tangerine Dream: czy ktoś rozpoznał ongiś w Dzienniku TV podczas prezentacji pogody podkład muzyczny, którym jest właśnie główny motyw muzyczny ,Ricochet?
    Mandarynkowe sny niech wracają do Was - mili słuchacze ... nawet rykoszetem...

    Mariusz


    ...to modlitwa - nie muzyka ....

    ???


    13 lat temu koleżanka pożyczyła mi kasetę magnetofonową, twierdząc że jest tam fajna muzyka, gdy ją przesłuchałem byłem oczarowany, to był Ricochet. W ten sposób zaczęła się moja przydoda z Tangerine Dream. Obecnie mam 30 lat i nadal Mandarynki są moim najlepszym zespołem. Pozdrawiam wszystkich fanów i tych którzy dopiero zaczynają zagłębiać się w mandarynkowe światy.

    Łukasz 1976.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    6,92 EUR
  • Sampler Tangram 1

    Sampler Tangram 1

    Bestseller Good price
    Wydany nakładem X-Serwis składak o wymownym tytule Tangram 1, sumuje dokonania polskiej sceny muzyki elektronicznej z połowy lat '90. Ten czas nie był dobry dla gatunku zapoczątkowanego przez Klausa Schulze i Tangerine Dream. Panosząca się wówczas muzyka techno, skutecznie torpedowała zabiegi twórców korzystających z doświadczeń wspomnianych klasyków. Ci jednak nie złożyli broni, pokazali co mają w zanadrzu. Wśród tych najważniejszych można takie uznane w tym światku nazwiska jak: Artur Lasoń, Kyanis, Władysław "Gudonis" Komendarek, Korneliusz Matauszek, Piotr Paciorkowski. Większość z nich balansuje między sekwencyjną elektroniką, rockiem i popem. Ich inspiracją jest twórczość Tangerine Dream, Klausa Schulze, Jean Michel Jarre'a czy Isao Tomity. Muzyka daleka od ówczesnej gorączki rave, jaka panowała w połowie lat '90. Wyżej wspomniani jak i cała reszta, korzysta z tych szlachetnych wzorców, jakie kształtowały muzykę elektroniczną. Rzecz warta posłuchania i poznania, bo w końcu to namacalny raport kondycji tej sceny z tamtych lat. Jednakże ten album ma wybitnie wspominkowy charakter, mimo tego można śmiało go sobie zapodawać.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    2,24 EUR
  • Redshift | Redshift 1

    Redshift | Redshift 1

    Bestseller
    Redshift to obok Arcane jeden z najwybitniejszych kontynuatorów tradycji Mandarynkowego Snu: z jednej strony słyszymy tutaj dokładnie te tony i konstelacje akordów, dokładnie ten żywioł i tę spontaniczność, których zaczęło nam w dyskografii Tangerine Dream brakować z końcem lat siedemdziesiątych, a z końcem następnej dekady już w ogóle na dobre, z drugiej zaś nie ma tutaj mowy o żadnym imitatorstwie, Redshift ma wyraźnie rozpoznawalny własny styl, własne pomysły, Słuchacz jednak nie może otrząsnąć się z wrażenia, iż został teleportowany w połowę lat siedemdziesiątych, prosto na przedmieścia krain Rubycon, Ricochet i Stratosfear. Album rozpoczyna utwór nazywający się po prostu Redshift: budzimy się gdzieś na siarkowych, zamglonych zgliszczach przywołujących na myśl elektroakustyczne eksperymenty Tangerine Dream, na wysokości 5:52 pojawia się potężne, sękate ostinato, które jeszcze tylko nabierze rozpędu i bardzo zmysłowej melodyczności. Czegóż chcieć więcej, jeśli mamy tu jeszcze pojawiające się z czasem pomruki elektronicznych chórów, intuicyjnie kreowaną melodię melotronowych fletów oraz kolejny elektroakustyczny rozpad elektronicznego, mandarynkowo zabarwionego popiołu w finale?...
    Spin to imponująca polifoniczna fuga, propozycja ubrania w elektroniczne dźwięki wariacji na mollowe tematy kojarzące się tonacyjnie z muzyką barokową. W zaledwie 4-minutowym Shine projektowi udaje się nie pierwszy i nie ostatni raz przekonać Słuchacza, jaki drzemie w Redshift potencjał nie tylko improwizacyjny, ale i melodyczny. Na przestrzeni suity Blueshift dzieje się bardzo dużo, mamy tutaj dźwięki nieco w stylu Oxygene Part I Jarre'a (zamarznięte, napięte akordy, po których prześlizguje się tęskna pieśń PPG Wave), mroczne pochody ostinatowe oraz dumne, patetyczne akordowe chmury, zza których wychodzą promienie pogodnego syntezatorowego sola... Około 21 minuty muzyka milknie, światła gasną... wydaje się, że zostaliśmy sam na sam z dojmującą ciszą, ale kolejne 10 minut wypełnia ledwo, ledwo słyszalny miarowy poszum, prawdopodobnie oddalone bicie serca. Finał płyty to charakterystyczna dla Redshift, patetyczna miniatura zbudowana na bardzo chwytliwym akordowym motywie, nieco w stylu Vangelisa. Fantastyczna płyta, która zadowoli nawet najbardziej wymagających – tylko, czy ktoś spośród najprawdziwszych fanów Szkoły Berlińskiej jeszcze nie ma jej w swoich zbiorach?...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,27 EUR
  • Vangelis | Voices

    Vangelis | Voices

    Bestseller
    Tą piękną i urozmaiconą płyta

    Vangelis

    udowadnia, iż ma jeszcze sporo do powiedzenia nie tylko w wypracowanej przez siebie formule, ale także w projektach nietypowch, bardziej eksperymentalnych, wykorzystujących jako kolejny istrument również ludzki głos. Głosów mamy – jak już sugeruje tytuł – na Voices bardzo dużo, począwszy od optymistycznych, podniosłych chórów, wykorzystywanych przez greckiego artystę już parokrotnie wcześniej, kończąc zaś na niemalże intymnych wypowiedziach wplecionych w łagodną, oniryczną muzykę. Tytułowy utwór cechuje podobny nastrój podniosłości, przygody i optymizmu, co hymn Conquest of Paradise – podobnie stopniowane tu jest napięcie, podobne nieco są aranżacja i sposób rozwijania kompozycji. Echoes to "ambientalna", malarsko sugestywna, pełna przestrzeni i sennej fantazji parafraza tematów Voices. Kolejny utwór to prawdziwy klejnot: niezwykła, nocna ballada utrzymana w nastroju obrazów prerafaelitów Come to me w wykonaniu

    Caroline Lavelle

    . Głos Lavelle łączy w niepowtarzalny sposób coś z brzmienia

    Enyi

    i coś z narracyjnej zagadkowości

    Laurie Anderson

    . Po krótkim P.S. otrzymujemy kolejny zaskakujący utwór, kolejne intymne zwierzenie – spacer po onirycznej kwiecistej łące ze Stiną Nordenstam, ukazującej nam świat widziany oczami dziecka z innej planety. Druga część albumu jest za sprawą wszystkich perełek ze strony pierwszej bardziej stonowana i konwencjonalna, ale nadal mnóstwo tutaj piękna, zadumy i symbolistyczno-impresjonistycznych harmonii. Szczególnie interesujące jest nostalgiczne Still, My Heart: smutne, skromne, przywołujące nastrój La petite fille de la mer z albumu L’apocalypse des animaux, oraz freskowe, mirażowe Messages z powracającymi zamglonymi partiami chóru. Kolejny znakomity album

    Vangelisa

    .

    Igor Wróblewski



    Rzadko kiedy jakiemuś twórcy muzyki elektronicznej, który na swojej płycie zamieszcza piosenki, udaje się mnie do nich przekonać. "Staruszkowi"

    Vangelisowi

    to się udało. Po wysłuchaniu Voices radykalnie zmieniłem pogląd na pewną sprawę. Do niedawna śpiew i co bardziej wyraziste słowa w el-muzyce działały na mnie jak płachta na byka. Jednak na tej płycie śpiew dosłownie mnie zaczarował, zwłaszcza w utworze Come to Me. Nie znam

    Caroline Lavelle

    , która użyczyła w nim głosu, ale już ją lubię!
    Po wysłuchaniu Come to Me myślałem, że już nic nie jest w stanie mnie "dobić", oczywiście aż do momentu, gdy usłyszałem Ask the Mountains. "Siedziałem wmurowany jakieś dwie minuty , aż oranżada polała mi się na buty". Panią, która uczyniła ze mnie niewolnika jej głosu (czy to do końca jej głos?) jest

    Stine Nordenstam

    - ją już kocham!
    Utwór tytułowy przypomina budową i brzmieniem muzykę z płyty 1492 - Conquest of Paradise. Rozmach tego utworu - cały

    Vangelis

    !
    Echoes. Doprawdy nie wiem po co ludziom narkotyki, skoro mamy coś takiego. Kompletny odjazd! Trudno po wysłuchaniu Echoes powrócić na ziemię. Ciekawą sprawą na tej płycie jest także śpiew

    Poula Younga

    w utworze Lossing Sleep. Przepraszam za "wybitną niechronologię", oraz pominięcie niektórych kompozycji, co w żadnej mierze nie umniejsza ich wspaniałości. Moim zamierzeniem było jednak w tym konkretnym przypadku zwrócenie uwagi na piosenki. Wszystkie zawarte na płycie utwory są naprawdę godne uwagi i utrzymane w podobnym klimacie. Mam nadzieję, że moja recenzja zachęci wszystkich do nabycia tej płyty. Zresztą, który z fanów el-muzyki odmówiłby sobie zakupu takiego wydawnictwa. To już 34 płyta genialnego kompozytora. Ludzie przecież to

    Vangelis

    .
    P.S. Na pochwałę zasługuje także graficzna strona płyty. Okładka naprawdę do mnie przemawia. Delikatna pofałdowana powierzchnia wody - wewnętrzny spokój, ukojenie, spójność - wszystko co dobre. Woda to czystość.
    Gorąco polecam. Na tym kończę, gdyż najlepiej ocenić płytę po jej wysłuchaniu.

    Kacper Olejnik



    Coś dla koneserów
    Wielbiciele

    Vangelisa

    powinni być zadowoleni z jego nowej płyty. Styl, który określiłbym mianem monumentalnego, jest znany wielu fanom el-muzyki. Wszystkie kompozycje umieszczone na krążku są utrzymane w spokojnej tonacji, wyjątek stanowi pierwszy utwór, wręcz "porażający" ewentualnego słuchacza swoim nastrojem. Mimo swej odmienności nie sprawia wrażenia "doklejki". Staje się raczej ozdobą krążka. Głosy towarzyszące większości kompozycji nie zmieniają el-muzycznego charakteru płyty. Nie uświadczymy tutaj lekkich piosenek ale prawdziwe pieśni, które tworzą swoisty niezapomniany nastrój. Cóż można napisać na zakończenie? Tej płyty słucha się z przyjemnością, choć momentami można popaść w nostalgię. Ale czyż tak nie miało być?

    El-Skwarka



    Kiedy wychodzi nowa płyta

    Vangelisa

    , można się spodziewać sporej dawki ciekawej i dobrej muzyki. Tym razem kompozytor także nie zawiódł swoich fanów, proponując muzykę w stylu ciepłych pastelowych kompozycji

    Kitaro

    , ale czy do końca? Chyba nie,

    Vangelis

    przedstawił akurat taką muzykę w takich kolorach, mając na uwadze poprzednią płytę Conquest of Paradise. Trzeba przyznać, że niektóre utwory Voices są utrzymane w konwencji poprzedniej płyty, ale nie do końca. Każdy kompozytor wydając nową muzykę, w jakimś stopniu próbuje nawiązac w niej do swoich poprzednich dokonań. Ale on idzie dalej do przodu, poszukując nowych rozwiązań w nowych utworach. Tytułowy utwór to kolejny popis znakomitej współpracy

    Vangelisa

    z chórem. Tak jak w przypadku tytułowego Conquest... i tutaj połączone syntezatory z chórem dają temu utworowi pełen dynamizm i wielobarwne odcienie nastroju. Później jednak kompozytor umieszcza ten sam utwór jakby w podwodnej przestrzeni. Po nieco surowszych dźwiękach przychodzi czas na ciepłe dźwięki harfy i delikatny głos

    Caroline Lavelle

    .
    Dźwięki harfy kojarzą się nam z podwodnymi krajobrazami, a głos Caroline, to jakby głos syreny, która próbuje zauroczyć marynarza swoim śpiewem, przez co utwór pozostaje w klimatach Echoes. Już tak na zakończenie w utworze P.S. kompozytor oddala się od głównego wątku, który był utrzymany w poprzednich utworach.
    Kolejna kompozycja Ask the... przypomina mi muzykę

    A. Badalamenti

    do filmu Twin Peaks. Ile razy słucham akurat tego utworu, od razu przypomina mi się ten film, ta muzyka, ten kompozytor. W kompozycji Prelude bardzo wyraźnie słychać powrót do Conquest..., przez co ten utwór wydaje się takim wspaniałym.

    Paul Young

    i Losing Sleep to kolejny utwór, w nim

    Young

    pokazał pokazał klasę nie gorszą od Come to Me czy Ask the Mountains. Kompozycja Messages to na wskroś etniczny utwór, ma swój koloryt. A już na zakończenie płyty kompozytor umieścił Dream in an Open Place. Przy tym utworze pokusiłbym się o porównanie do płyty The City i utworu Dawn, te dwie kompozycje łączą łagodne dźwięki trąbki i fortepianu, co może oznaczać, że Dream in... to coś więcej niż tylko przypomnienie tematu z poprzedniej płyty i coś więcej niż tylko zakończenie Voices.
    Moje podsumowanie.
    Po nieco dłuższej przerwie,

    Vangelis

    wydał swoją kolejną z rzędu płytę. Po przesłuchaniu pierwszy raz, był kolejny raz, itd. Muzyka ta przypadła mi do serca, gdyż utwory zawarte są w klimatach, w których lubię przebywać, w ciepłych, pastelowych, w których także tworzy

    Kitaro

    . Zatem pytanie: czy Voices ma odzwierciedlenie w muzyce

    Kitaro

    ? Z jednej strony tak z drugiej nie, ale to już indywidualna sprawa i gust słuchacza. Miłego słuchania.

    Michał K.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Edgar Froese | Ages - rerecorded

    Edgar Froese | Ages - rerecorded

    Bestseller
    Edgar Froese rekonstruuje i remiksuje swoje legendarne opus z 1978 roku (po odjęciu jednego z utworów z dwupłytowego winylowego albumu, całość mieści się na jednej płycie CD), nie zapomniawszy o przetasowaniu kolejności utworów. Nawet jeżeli oryginalne Ages pozostaje jedną z najoryginalniejszych i najdobitniejszych wypowiedzi w dziejach muzyki elektronicznej, warto zainteresować się i tą - aczkolwiek dość "ugrzecznioną" - reedycją. Podobnie jak w przypadku re-recordingu sporej części dyskografii Tangerine Dream, którego mózgiem Froese był i pozostaje, tak i tutaj wrażenia można mieć mieszane: czy całe mnóstwo (owszem, perfekcyjnie brzmiących i wyprodukowanych) nakładek rzeczywiście dodaje do tej muzyki istotne ingrediencje, wyjątkowe nastroje? Pisząc słowa "ugrzeczniona reedycja" miałem na myśli fakt, iż zdecydowanie bliżej nowej odsłonie Ages do kulturalnego, solidnie zaaranżowanego i wyprodukowanego el-popu aniżeli do nowatorskiego elektronicznego rocka, niejednokrotnie błyskającego swym lwim pazurem. Otwierający płytę Ikarus brzmi już nie tak, jakby stanowił ścieżkę dźwiękową do plastyki Feliciena Ropsa, lecz jakby był dość mainstreamowym - choć bardziej bogato brzmiącym - utworem, jakich niemało w zasobach wydawanej współcześnie okołoberlińskiej elektroniki. Niemniej jednak melodie i wielowątkowa architektura Ages bronią się nadal - i tak uważam, że nawet i w niniejszej reedycji byłaby płyta Ages niezłym wstępem dla Słuchaczy, którzy dopiero zapoznają się z czarodziejstwem Szkoły Berlińskiej i wariacyjnej elektroniki sekwencyjnej. Przynajmniej jeden z absolutnie najniezwyklejszych utworów - Nights of Automatic Women - przyprawiony jest nowymi detalami w sposób skromny i wyważony, tak więc zmysłowa konstrukcja pierwowzoru nic nie traci. Dla fanatyków Tangerine Dream to i tak pozycja obowiązkowa, nowicjuszom chętnie polecam, a co mówię Słuchaczom spomiędzy? Trzy i pół gwiazdki na pięć możliwych.

    I. W.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    15,99 EUR
  • Mikołaj Hertel | Polskie Jesienie

    Mikołaj Hertel | Polskie Jesienie

    Bestseller Good price
    Kiedy usłyszałem w radiu o nowej płycie Mikołaja Hertla Polskie jesienie, pomyślałem sobie: "Może być nieciekawie. Od Ezoterica minęło niewiele czasu. Czy nowy krążek nie okaże się po prostu nudny?". Moje obawy w pewnym stopniu rozwiała pobieżna prezentacja w trójkowym Top TLENIE. Jednak dopiero wysłuchanie całości, pozwoliło jako tako ułożyć myśli. Dlaczego tylko jako tako? O tym niżej.
    Wymieniona w tytule płyta wywołała we mnie niestety mieszane uczucia. Z jednej strony jest to nadal ten Mikołaj Hertel, jakiego lubię. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że w twórczości tego artysty coś cicho zgrzytnęło. Zawartość krążka jest sprawnie i przemyślnie skonstruowana. W ramach własnych "jesiennych" kompozycji, są ujęte ciekawe (i okraszone instrumentarium charakterystycznym dla artysty) transkrypcje kilku znanych dzieł polskich kompozytorów z dość szerokiego przedziału czasu (zaczyna się od Pożegnania ojczyzny - Ogińskiego, kończy na Pamiętasz była jesień - Kaszyckiego). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że utwory autorstwa Mikołaja Hertla wydają się nieco odcinać, od pozostałych, niesionym przesłaniem. Niby wszystkie odwołują się do jesieni i nostalgii (w pozytywnym znaczeniu), ale gdzieś jednak unosi się niejaki "zgrzyt", trochę trudna do określenia nierównowaga pomiędzy poszczególnymi częściami. Tym samym obraz muzyki zawartej na płytce staje się trochę mało zrozumiały, a intencje artysty są ledwie zauważalne (własne kompozycje miały spełniać rolę klamry, spinającej całość; jest wręcz odwrotnie). Trudno powiedzieć co byłoby lepsze. Zrezygnowanie z transkrypcji, czy z osobistych dodatków? W jednym i drugim przypadku płyta by wiele straciła, ale też by wiele zyskała. Byłaby po prostu inna, może nawet lepsza. Powstaje pytanie czy był sens produkowania takiego wydawnictwa. Tak, ale pomysł wydaje się niedopracowany. Dobrze, że to co trafia do rąk słuchaczy, nie zniechęca dodatkowo swoją długością (41 minut). Jaka jest więc moja konkluzja? Prawdę mówiąc ogarnęło mnie małe rozczarowanie. Podejrzewam, choć mogę się mylić, że Mikołaja Hertla opanowała jesienna atmosfera. Zaistniała niepohamowana chęć tworzenia i została zaspokojona, ale efekt w takim przypadku jest przeważnie inny od zamierzonego. Nostalgia podsuwa pomysły, które są po prostu ... smutne, choć w swej istocie piękne. Dlatego też jeśli ktoś chce się zasmucić niech słucha, reszcie odradzam.

    El-Skwarka


    Mikołaj Hertel to jeden z moich szczególnie ulubionych polskich muzyków. Nazywany czesto ,,polskim Kitaro,, - nie bez przyczyny, bo komponuje naprawdę utwory warte wysłuchania. Łagodne frazy, do tego równa linia melodyczna przy zachowanym delikatnym rytmie wprawia w refleksyjny nastrój i zapewnia niepowtarzalny klimat. W czasach, w których często dominuje agresywny i ciężki rock e-l muzyka pana Mikołaja jest jak balsam dla zagonionego i nie majacego dużo dla siebie czasu człowieka XXI wieku. Może kompozytor zaskoczy nas jeszcze wizją wiosny lub lata choć te jesienie brzmią na tyle ciepło, że jesień w moim domu w wykonaniu pana Hertla może trwać cały rok. Niecierpliwie czekam na nowe, równie dobre propozycje, nowe albumy, słuchaczy zaś zapraszam do tego subtelnego świata, który należy do Hertla ale przecież znamy go wszyscy. Jedyny kłopot byłby jedynie w przypadku próby wydania albumu BEST OF MIKOŁAJ HERTEL...., bowiem jak można wybrać diament pośród tylu brylantów?

    Mariusz

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    2,24 EUR