Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Most popular

(131 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Przemysław Rudź | Let Them Float

    Przemysław Rudź | Let Them Float

    Bestseller
    The new Przemysław Rudz's album brings another change of climates, although it is still deeply embedded in broadly defined classical electronic music style. Let Them Float is full of air and space, sometimes minimalistic, containing only the most essential elements of the arrangement. Two longest compositions, opening and closing the album, develop lazily turning a listener into a state of trance. They gradually develop on the principle of crescendo. Discharging this increasing tension in the culminating moments allows to wake up from a blissful numbness to focus on the next tracks. This is a great music to float and get away from it all. Highly recommended!

    press info



    Ouf!!! What an amazing album which blends marvelously the ambient side with soft trance and hypnotic beats

    Przemyslaw Rudz remains one of these still too much unsung artists, and it in spite of a magnificent discography who, year after year, brings some beautiful small jewels out of his studio. The sound aestheticism being always there, it's in the comfort of our earphones that we shall savour this wonderful Let Them Float. Wrapped up in a very beautiful digipack pocket, where a child watches a whale floating among hot-air balloons, this last sound fresco from the Polish musician/synthesist is a small jewel for the ears with its rhythms of meditative trances and its esoteric ambiences which lead us near to the astral meditation. And the album starts rather strongly!
    A slow rhythm seized our ears enthralled and amazed by such an opening. Percussions plough this soft rhythm which sounds like a good rock tinted with a sensuality of the blues. These percussions bang with heaviness and fluidity, amassing at the passage some electronic noises (chirpings) and some floating waves which tug our senses between the domination of the rhythm or the fascination for these electronic elements which abound in a luxuriant psychotronic color. Slowly, the percussions accelerate the pace with the arrival of a bass line. And the synth frees gorgeous songs that some electronic ornaments caress softly. The approach is as well melancholic as languishingly hypnotic. And one thing leading to another, Przemyslaw Rudz weaves a superb minimalist structure with elements as striking as these tears of synth which flow into the whispers of electronic hummingbirds. And this rhythm becomes heavier and more fluid. As a trance where dozens of trunks toss to the sound of a bewitching rhythm. And if we are not enthralled yet, the 8th minute will finish our resistance with an approach where the tribal essence is dancing with a rock which always stays prisoner of an astral envelope. The riffs which fall gives a more progressive approach that the effects always dominate still and still. It's beautiful. Very beautiful! The 17 minutes of Follow the Ancestors ' Path appear among the most beautiful minutes that the music, and it whatever the genre, has offered me over time. A minimalist and a progressive rhythm flooded in a ton of sound effects which is impossible to seize in a single listening, the recipe is as well simple as terribly effective. It's obvious that after such a nirvana, we become more critical in face of what is coming next. Brilliant, Przemyslaw Rudz knew how to put things in perspective by bringing us in long segment of atmospheres which begins with Don't Trust the Sirens. Their chants are angelic, almost aphrodisiac, in an envelope which equals the splendid production of Fresh Aire 6 from Mannheim Steamroller.
    The very peaceful In a Quiet Reverie with rumbling layers which irradiate the dark side of a whales' dialogue leads us towards another level of ambiospherical enchantment. The dialogues of cetaceans take various forms with a beautiful play of the synth which diffuses the colors of solemnity as well as those of happiness. The mixture of these elements to a cosmic essence make of these 12 minutes, rather quiet by the way, something more interesting and more thoughtful to listen. Midnight at the Lake is a nice little morphic ballad with a synth which cheers up our ears with sung solos which remain frozen in crystal chords which pearl and float in the oblivion. There are influences of Jarre over the birdsongs here! After these some 20 minutes of ambiospherical moods, the long title-track closes Let Them Float with a pulsatory rhythm which pierces a thick cloud of sonic fantasies where synth solos, or the e-violin of Rafal Szydlowski, are twisting in a mass of lugubrious drones. The structure is close to that of Follow the Ancestors ' Path but in a more progressive envelope soaked with layers of voices. The influences of Pink Floyd abound here, in particular at the level of the keyboard and of the tones of guitar. There was no other better ways to conclude this titanic work of Przemyslaw Rudz. What an album my friends!

    Sylvain Lupari

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Vangelis | Rosetta

    Vangelis | Rosetta

    Bestseller Good price
    Kiedy pytano czteroletniego Ewangelosa Odiseasa Papatanasiu, grającego na domowym pianinie własne kompozycje, skąd bierze tę muzykę, ten podnosił wskazujący palec ku niebu i odpowiadał - "stamtąd". Od kilkudziesięciu lat cały świat zachwyca się kompozycjami tego nagrodzonego Oskarem Greka znanego pod nazwą Vangelis.
    Nie inaczej jest ze źródłem inspiracji do albumu Rosetta. Jest to swoista elegia na cześć zakończonej we wrześniu 2016 roku misji Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), której celem było, po raz pierwszy w historii, lądowanie na jądrze komety. I nie przypadkowo moment ukazania się płyty na rynku zaplanowano na tydzień poprzedzający finał misji poprzez uderzenie sondy Rosetta w kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Bo elegia to z języka greckiego pieśń żałobna, pieśń pożegnalna.
    Vangelis, tworząc te kompozycje przeglądał całe godziny zapisów filmowych prezentowanych mu przez pracowników ESA. Dlatego, by móc w pełni docenić jego dzieło, koniecznie trzeba wysłuchać go w połączeniu z obrazem. Ta trwająca prawie 54 minuty elegia to swoista ścieżka dźwiękowa do filmu, którego nie ma. Filmu, który każdy może stworzyć we własnej wyobraźni. A tej pomogą liczne obrazy z misji Rosetty na stronach internetowych ESA.

    J.D.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Klaus Schulze | X

    Klaus Schulze | X

    Bestseller
    Album rozpoczyna się długo wybrzmiewającymi elektronicznymi westchnieniami z metalicznym przydechem; z niemuzycznej warstwy tonów wyłaniają się stopniowo dźwięki układające się w drobne, pulsujące sekwencje. Pierwsza kompozycja dedykowana jest Fryderykowi Nietzschemu, któremu wcześniej (na debiutanckiej płycie) Schulze poświęcił już utwór Exil Sils Maria. Muzyczna biografia filozofa i poety wydaje się koncentrować na ostatnich latach jego życia - w utworze Schulzego nie słychać zapału Zaratustry, zstępującego w towarzystwie żmii i orła do mieszkańców dolin, nieświadomych śmierci Boga, a wiedza, którą posiada podmiot liryczny kompozycji nie jest już "wiedzą radosną". Melancholijne barwy instrumentów klawiszowych wpadające w wir chłodnej perkusji Haralda Großkopfa opowiadają raczej dzieje Nietzschego od momentu, gdy ze łzami w oczach uściskał biednego konia okładanego na ulicy batem. Muzyka zatacza coraz szersze kręgi, podlega dalszym dygresjom, wciąż jednak mocno trzymając się minorowego, niemal żałobnego nastroju -wrażenie tych sekwencji potęguje bardzo dynamiczna, pełna rozmaitych ornamentów ścieżka perkusyjna. Mniej więcej w połowie utworu słuchacz towarzyszy Nietzschemu podczas jednej z wycieczek w zamglone góry; czy kojące otoczenie, tak sprzyjające Zaratustrze, jest świadkiem obłędu, czy wydobrzenia filozofa? Syntezator wiodący główną opowieść ma teraz ostrzejsze brzmienie, muzyka staje się coraz bardziej rozmyta, choć ścieżka rytmiczna z perkusją na pierwszym planie bezlitośnie porządkuje cały utwór i nadaje mu aż nader wyraźne kontury. Niesamowicie brzmi fragment, w którym w melodię wkrada się pierwszy poważny dysonans - ten pozornie nie pasujący dźwięk już do końca utworu będzie się wsączał w synztezatorową pieśń, przeciągając się i wbirując, łamiąc harmonię kompozycji; muzyka nabiera za sprawą tego czterotonowego interwału znienacka podorientalizowanego charakteru, co może świadczyć o chęci ukazania - w nieco krzywym zwierciadle - motywu Zaratustry.
    Friedrich Nietzsche jest bez wątpienia jednym z najniezwyklejszych dokonań Klausa Schulze, a do tego jednym z najchętniej cytowanych w najrozmaitszych wariacjach na późniejszych koncertach; echa jednego z wątków melodycznych można odnaleźć chociażby w utworze Bellistique z albumu …live… albo w impresji Warszawa z wydawnictwa Dziękuję Poland.
    Kolejna impresja to portret młodo zmarłego poety Georga Trakla. Fascynacja twórczością Trakla to niezwykle istotny element twórczości Klausa Schulze, który najpierw poecie poświęcił miniaturę Gewitter z debiutanckiej płyty, a po albumie X uhonorował Trakla jeszcze suitą Sebastian im Traum (Audentity, 1983) oraz przede wszystkim operą Totentag (1994). Utwór osnuty jest na słabnącym, staccatowym ostinacie, robiącym wrażenie jakby odtwarzane było wspak - na tym głębokim, niskim tle rozlewa się zimna, legatowa melodia przywołująca nastrój posępnych wierszy Trakla.
    Do raptownej zmiany nastroju dochodzi przy trzecim utworze, którym jest biografia Franka Herberta. Nastrój zadumy rozproszony zostaje szorstkim, niemuzycznym akordem (bardzo silnie kojarzącym się z młodszym o rok wstepem do utworu Force Majeure Tangerine Dream), który natychmiast pociąga za sobą rozpędzone, sprężyste ostinato zbudowane na dwóch tonach składowych mollowego akordu. Z pewnością trudno byłoby nazwać ten utwór pogodnym, ale nastrój zmienia się w porównianiu z poprzednimi kompozycjami dość wyraźnie. Ostinato podlega zmianom tonacji, a na pierwszym planie słychać najfantastyczniejsze dźwięki przyszłości. Idealną wizualizacją do tej muzyki byłyby specyficzne pejzaże pustynne HR Gigera, na których skontrastowany został koloryt zimnych członów robotów oraz pogodnego beżu suchego piasku i turkusu zastygłego w bezruchu nieba.
    Z zasłuchanego, oniemiałego sitowia wyłania się o muzycznym brzasku biografia czwarta: impresja poświęcona Friedemannowi Bachowi. Plan zdominowany jest przez rozmaite szumy i poświsty, na tle których uparcie majaczy wiolonczelowa figura. Muzyka dociera do słuchacza jak we śnie, przez 18 minut uruchamiając najrozmaitsze zaskakujące skojarzenia i przydymione obrazy odbijające się w tafli rozmarzającego jeziora.
    Drugą płytę otwiera jedna z najwspanialszych kompozycji w dyskografii Schulzego: Ludwig II. von Bayern. Spośród "orkiestrowych" impresji berlińskiego artysty kto wie, czy nie ta właśnie robi najbardziej oszałamiające wrażenie. W pysznych fugach przenikających się nawzajem w niekończących się parafrazach głównego, niezwykle atrakcyjnego muzycznego tematu, pobrzmiewa zarówno barokowy rozmach jak i zamknięta w lodowych zamkach żałoba. Muzyka przetacza się przez kolejne komnaty, niczym w Masce szkałanego moru E. A. Poego malowane podług nienasyconych kaprysów króla Ludwiga II. na najrozmaitsze barwy, dopóki nie zostanie uwięziona w bezkresnym stojącym akordzie, drętwiejącym i obumierającym w nocnej zimowej scenerii. Na tle tego akordu przesuwają się jak we mgle strzępki melodii, zapomniane westchnienia, tony harmonijne i zgrzytliwe. Ten pasaż nie mógłby być ani o minutę krótszy - muzyczny portret "chwili będącej zarazem nieskończonością" jest namalowany niebywale precyzyjnie. W pewnym momencie odrętwienie zostanie jednak skruszone dalekim biciem dzwonu, po czym na scenę wkroczy posuwista, mantrowa perkusja Großkopfa, na tle której najpierw słychać będzie tylko demoniczne echo dzwonów, potem atonalizujące pizzicato, a wreszcie powtórzenie głównego tematu, wykonane w wersji staccato. Muzyka zamknięta w zardzewiałej kropli starego dzwonu spadnie z rozpryskiem na ziemię i utwór w blisko 29 minucie trwania dobiegnie końca. Bohaterem ostatniej impresji jest Heinrich von Kleist. Ironia i groteska miesza się tu z zadumą i tragedią, co podkreślają zmiany kolejnych muzycznych wątków. Utwór brzmi niezwykle eterycznie i sennie, utworowi brak wyraźnych konturów i porządkującego rytmu, przez co przekracza śmiało bariery muzyczno-literacko-malarskiej wyobraźni. Główny motyw budujący tę kompozycję stał się obok wątku Fryderka Nietzschego żelaznym punktem wielu koncertów Schulzego (podlegajac oczywiście najrozmaitszym zmianom): wystarczy wspomnieć kompozycję Heart (…live…, 1980) oraz fragmenty koncertów w Polsce w roku 1984.
    Okładka reedycji informuje o umieszczeniu na albumie tylko jednego dodatkowego utworu, ale przecież tak naprawdę pojawiają się tu dwa bonusy: wieńczące drugą płytę specjalne koncertowe nagranie Objet d'Louis, czyli parafraza kompozycji Ludwig II. von Bayern, nagrana wespół z orkiestrą, oraz ponad 26-minutowa wersja suity Georg Trakl znanej słuchaczom dotąd tylko w 5-minutowym formacie. Objet d'Louis brzmi niesłychanie intrygująco, przede wszystkim bardzo surowo, ale co za tym idzie - niesamowicie i mrocznie. Tak można by prawdopodobnie zdefiniować surrealny sen Henryka Mikołaja Góreckiego - a może przedświtowe, zamglone marzenie senne Björk, mającej właśnie dokonać nagrania z islandzkim kwartetem smyczkowym? Podejrzewam, że zarówno Góreckiemu jak i Björk impresja Objet d'Louis bardzo by się spodobała. Orkiestra miała bardzo mało czasu na próby, zatem owoc wspólnego występu to prawdziwy "objet d'art", jak czytamy w książeczce dołączonej do reedycji albumu; słychać tu swobodę, spontaniczność i malarsko sugestywną posępność. Orkiestra wydaje się wypełniać cały plan dźwiękowy, zbliżając "Ludwika" do estetyki "najprawdziwszej" muzyki "poważnej". Dźwiękowe miraże syntezatorów Klasua Schulze zjawiają się w tej muzycznej panoramie dopiero w drugiej połowie utworu, a ściślej - tuż przed konkluzją; jest to oczywiście jeden z najniesamowitszych pasaży w całej kompozycji. To istna perła w dyskografii Klausa Schulze i każdy miłośnik jego muzyki powinien z niezwykłym nagraniem jak najszybciej się zaznajomić.
    Drugi bonus okazuje się nader zaskakujący. Kompozycja dedykowana Georgowi Traklowi rozwija się w mroczny, zaśnieżony sposób przez niewiele dłużej niż znane nam już pięć i pół minuty, po czym nagle dryfuje w innym kierunku: dołącza się roziskrzona, krystaliczna sekwencja, utwór poddany zostaje kolejnym, typowo schulzeańskim alternacjom tonacyjnym, w finale dochodzi zaś do brawurowego przyspieszenia tempa. Znakomicie brzmi kipiąca perkusja Haralda Großkopfa, fantastycznie lśnią zgrzytliwe dysonanse przetykające partie solową w zestawieniu z nadal czystym harmonicznie ostinatowym fraktalowym pierścieniem…
    Warto jeszcze nadmienić, że końcówki utworów Friedrich Nietzsche i Ludwig II. von Bayern tym razem zaprezentowane zostały w kompletnych, nie podlegających wyciszeniu, wersjach. Ponadto książeczka wzbogacająca digi-pack przynosi wyjatkowo dużo informacji: obok zamieszczonego w każdej płycie z tej serii wstępnego eseju oraz informacji na temat konkretnego albumu (jęz. niemiecki i angielski) tu znajdziemy ponadto życiorys Klausa Schulze, esej K. D. Muellera z 1978 r. oraz krótki wywód KS na temat powstawania jego muzyki (wszystkie dodatkowe atrakcje tylko w jęz. niemieckim).

    Igor Wróblewski

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    14,15 EUR
  • Klaus Schulze | Timewind

    Klaus Schulze | Timewind

    Bestseller
    Sukces tego właśnie albumu sprawił, iż berliński artysta mógł sobie wreszcie pozwolić na wynajęcie profesjonalnego studia oraz zakup dodatkowego sprzętu na sesję nagraniową kolejnego albumu, Moondawn. Timewind zarejestrowany został w domowych warunkach na ośmiośladowym sprzęcie, podczas gdy cała muzyka rejestrowana i miksowana była na żywo! Tym bardziej oszałamiać może spektrum wyczarowanych tutaj barw i nastrojów. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej niesamowitych i przejmujących albumów sygnowanych nazwiskiem Klausa Schulze. Dwie półgodzinne impresje poświęcone Richardowi Wagnerowi przynoszą odrętwiałe alternacje mollowych akordów i lodowate wysączenia improwizowanych ścieżek melodycznych. Muzyka spowita jest zawiesistą mgłą świtu, porywisty wiatr zmusza czas do zmiany biegu i słuchacz obserwuje w takt smutnych, ołowianych impresji, jak ledwo zarumieniona wiosna przeobraża się na powrót w głęboką zimę zapomnienia i rezygnacji. Utwory proponowane tu przez Klausa Schulze są chyba jeszcze bardziej przygnębiające niż impresje przygotowane na młodszą o dwa lata płytę Mirage - a z drugiej strony nie ma tu mowy o czystej rezygnacji i zupełnym przygnębieniu, jako że kreowana na Timewind muzyka ma niesamowitą witalną moc. Nie jest to w żadnym wypadku album lekki, ale nie zwalnia to nikogo z obowiązku przesłuchania go chociaż jeden raz! ;-) Arcydzieło atmosferycznej elektroniki sekwencyjnej, będącej jako gatunek dopiero w fazie rodzenia się, a już osiągającej niedostępne dla innych wyżyny.
    Wielką atrakcję stanowi dodatkowa płyta: słyszymy tu bowiem nie tylko drobny pendant do oryginalnego albumu, pod postacią miniatury Windy Times pierwotnie opublikowanej na dziesiątej płycie boksu Contemporary Works, ale przede wszystkim 50 minut muzyki zarejestrowanej w trakcie sesji nagraniowej Timewind. Obie prezentowane tu impresje stanowią wariacje na temat Bayreuth Return, przy czym Echoes of Time pozwala rzeczywiście wykryć spore podobieństwa formalne do finałowej wersji utworu, natomiast Solar Wind jest prawdziwym klejnotem o atmosferze zakorzenionej właściwie jeszcze w brzmieniu płyt Blackdance, Picture Music a może nawet i Cyborg. Utwór ten przynosi senną toń organów i eteryczne wibrafonowe dźwięki intonujące motywy podobne tym, z których wyłoniła się ostateczna wersja ścieżki melodycznej w Bayreuth Return. Tym samym niniejsza reedycja jest ‘niestety’ pozycją obowiązkową także dla tych, którzy są już szczęśliwymi posiadaczami płyty analogowej Timewind oraz jej pierwszej edycji kompaktowej!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,31 EUR
  • Klaus Schulze | Mirage

    Klaus Schulze | Mirage

    Bestseller
    Album Mirage wydany został między dwiema częściami wydawnictwa Body Love - w porównaniu z tymi pozycjami Mirage jest płytą niemal arytmiczną, niezwykle oniryczną, brzmiącą wręcz skrycie, zawoalowanie. Główne wątki melodyczne rozwijają się niespiesznie, nikną w odmętach brzmień niemuzycznych, splatają się ze sobą i gdy już zaczynają się składać na wyrazisty motyw - rozpuszczają się, przykryte lodowatymi falami szumów i tęsknych, chłodnych ech elektronicznych westchnień. Najwięcej wspólnego z atmosferą Mirage miały takie kompozycje z cyklu Body Love jak Blanche i (zwłaszcza) Moogetique - ale tamte utwory brzmiały klarowniej, brakowało i przede wszystkim tej gęstości i głębi brzmienia tak charakterystycznej dla zimowych "miraży" Klausa Schulze.
    Przy pierwszym przesłuchaniu ta płyta może nawet nieco rozczarowywać - brak tu pulsującego, prawie huczącego, transowego ostinata, na tle którego syntezatory lub organy snują swe improwizacje, brak tu chwytliwych kombinacji brzmieniowo-melodycznych w takim stylu, jaki zdominował nagrania z Body Love, brak tu niesamowitych, podminowanych niebywałym napięciem improwizowanych partii perkusyjnych raczej opowiadających niezwykłe brzmieniowe historie niż po prostu zamarkowujących rytm... Kompozycje z Mirage odsłaniają w pełni swój czar dopiero przy kolejnych, uważnych przesłuchaniach - pewnego dnia słuchacz zostanie na tyle wciągnięty przez tajemnicę tej płyty, iż zapragnie obcować z nią częściej aniżeli z innymi płytami... Oba utwory brzmią tak, iż nigdy nie uda się słuchaczowi przejrzeć ich "na wskroś". Wielogłosowość i atmosfera tej płyty są oszałamiające - jakiś detal zawsze zdoła ukryć się przed ciekawskim uchem odbiorcy. Trudno nawet zaproponować adekwatne wizualizacje do tej muzyki - największym bowiem plusem zaprezentowanych tu nagrań jest ich płynność, rozchwianie, niebywała "halucynacyjność". Wystarczy jedno mrugnięcie powieką, jeden gwałtowniejszy wdech sprowokowany rozlewającymi się elektronicznymi brzmieniami i cały obraz zostaje zburzony, a kolejne pojawią się dopiero, gdy uzbiera się w umyśle słuchacza odpowiednio gruba warstwa arpeggiatorowych płatków śniegu i oscylatorowych lodowych tafli...
    Zamieszczony na składance 2001 siedmiominutowy ekscerpt z kompozycji Crystal Lake zdaje się sugerować, iż Mirage jest płytą pełną wyrazistych melodii, dobitnie zamarkowywanych akordów i chwytliwych arpeggiatorowych tematów. Zapoznanie się z całym albumem może okazać się sporym "szokiem termicznym" - na albumie Mirage panuje najprawdziwsza, mroźna zima, nieposkromiona i przygnębiająca; nie taka, jaką znamy z kojących baśni, tylko taka, która zjawia się w najbezczelniejszych, najbardziej niezrozumiałych i poruszających snach pełnych dwuznacznych, zamglonych obrazów. Obrazów niewyraźnych, zaskakujących, niepokojących - i przez to pięknych i każących się odkrywać wciąż na nowo...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,31 EUR
  • Klaus Schulze | Moondawn

    Klaus Schulze | Moondawn

    Bestseller
    Pierwsze nagranie rodzi się pośród zamglonych, spowitych tajemniczym mrokiem fal, z których najpierw wynurzy się recytowana introdukcja (na ileż lat przed samplowanymi głosami wychylającymi się z dźwiękowych pokładów utworów Yen albo The Dome Event!), a następnie wysączą się posępne opary akordów. Atmosferyczny początek poprowadzi słuchacza ku jednemu z najwspanialszych fragmentów całej dyskografii Klasua Schulze: z omszałego tunelu tajemniczych, osowiałych dźwięków, wypływa powoli stereofoniczna sekwencja wielokrotnie zmieniająca rejestr, unosząca się na czarnych wodach wciąż zaciągniętego mgłą tła niczym lekki kawałek kory poruszany niewidocznym wiatrem (zapewne Wiatrem Czasu...). Na pierwszym planie wykwitają najrozmaitsze wzory kierujące się ku celowi wodnej podróży tylko swą intuicją - w tle gęstnieje zaś ścieżka perkusyjna wspaniale wyznaczana przez Haralda Grosskopfa, nabierająca coraz bardziej opływowych kształtów i zrównująca się głośnością z głównym sekwencerowym akompaniamentem. Muzyka tętni coraz bardziej nieposkromionym temperamentem, aż znajdzie swoje wyładowanie w wygasającym ponurym echem, lodowatym finale. Drugi utwór także zaczyna się bardzo statycznie i melancholijnie - być może wyblakłe, pozbawione oczu podziemne ryby kryją się przy smolisto czarnych ścianach swych królestw, zaniepokojone zbliżającym się pomrukiem burzy, mogącym zwiastować trzęsienie ziemi? W przejmującej introdukcji do suity Mindphaser czai się coś niesamowitego i tragicznego. Muzyka wzbiera w pewnym momencie na sile, syntezatorowe akordy mętnieją i wzburzają się... aż dojdzie do niespodziewanego wkroczenia potężnej ścieżki rytmicznej, przykrytej pieniącymi się falami masywnych organowych akordów. Harald Grosskopf improwizuje na swym zestawie perkusyjnym nie mniej interesująco, niż gdyby była ona syntezatorem pełnym najniezwyklejszych możliwości - Klausa Schulze podsuwa kolejne akordy, tężejące i przeobrażające się w pomniki przemarzniętych dźwięków. Ten nastrój utrzyma się już do końca utworu, pozostawiając jedynie spopielałe obłoki wymierających mrocznym echem poszumów i poświstów.
    Dodatkowy utwór, jak już sam tytuł sugeruje, jest nagraniem samotnej sekwencji utworu Floating, pozbawionej wszelkich pierwszoplanowych solówek. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, iż nagranie okaże się średnio interesujące. Dopiero teraz z bliska podziwiać można potyczkę dwóch sekwencyjnych sił natury, upersonifikowanych przez elektroniczne urządzenia z jednej strony oraz przez zestaw perkusyjny z drugiej. Jest to nagranie niezwykle nastrojowe i prawdziwie hipnotyczne - dowód, iż muzyka trance tak naprawdę narodziła się już 30 lat temu...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,31 EUR
  • Klaus Schulze | Audentity

    Klaus Schulze | Audentity

    Bestseller
    Album otwiera blisko 25-minutowa kompozycja Cellistica - jak sam tytuł wskazuje, jedną z pierwszoplanowych postaci w tym dramacie będzie wiolonczela Wolfganga Tiepolda, łkająca tęsknymi dźwiękami, zgrzytająca chropawymi dysonansami, rozrzucająca połyskujące promienie swoich melancholijnych wspomnień o matowej, mollowej tonacji. Pływające, roztapiające się motywy sekwencerowe mieszają się z potężnymi kaskadami tonów elektronicznych i perkusyjnych. W odróżnieniu do muzyki wypełniającej wcześniejsze płyty panuje na tym albumie już od początku specyficznie suchy, sterylny nastrój, wzmagający tylko atmosferę niepokoju i naprężenia...
    Kolejnym utworem jest Spielglocken (kompozycje ustawiono na reedycji albumu w innej kolejności, aby przygotować miejsce dla godzinnego utworu dodatkowego) - miłośnicy muzyki Klausa Schulze, którzy wcześniej niż Audentity poznali album Dziękuję Poland od razu rozpoznają charakterystyczne sekwencje vocoderowo-syntezatorowe, tętniące miękkim pulsem w dalszym planie, przykrywane improwizowanymi dźwiękami głównymi. W porównaniu z koncertową impresją Katowice (Iris) studyjny pierwowzór jest jednak delikatniejszy, znacznie mniej natarczywy rytmicznie, brzmi subtelniej i eteryczniej głównie za sprawą kroplistych, przydymionych dźwięków wibrafonowych.
    Pierwszą płytę wieńczy prawie półgodzinny poemat Sebastian im Traum, kolejny po drugim utworze z pierwszej płyty albumu X (1978) hołd dla poety Georga Trakla. Jest to jeden z najbardziej posępnych utworów w całej dyskografii Klausa Schulze. Powracający motyw wibrafonowy, przetworzony później na płycie Angst (1984) jako Freeze, to w zasadzie jedyny wpadający w ucho motyw składający się na treść tej niezwykłej impresji; poza tym smutnym, zziębniętym wątkiem o bezlistnej rytmice, plan dźwiękowy wypełniają elektroakustyczne opowieści Schulzego i Blossa oraz oniryczne, abstrakcyjne wiolonczelowe monologi Tiepolda. Ta kompozycja przy każdym przesłuchaniu pozwoli słuchaczowi odkryć nowe rejony i dostrzec miejsca, o których muzyka sugestywnie opowiada, w zupełnie nowym świetle. Na drugą płytę trafiły trzy krótsze utwory: Tango - Saty, Amourage i Opheylissem. Pierwszy z nich to drobne scherzo, zbudowane na zgiełkliwym riffie imitującym brzmienie trąbki - wkrótce dołącza się szept vocodera oraz bombardująca perkusja Michaela Shrieve'a, a następnie cały utwór rozkołysze się szklistym, posuwistym rytmem basowego syntezatora. Amourage to piękna sonata na fortepian, syntezatorową fletnię oraz frapujące elektroakustyczne szumy. Zmarznięte motywy wykwitające w tęsknej tonacji oblodzonej lisią czapą mogą równie dobrze towarzyszyć obrazom Edvarda Muncha, co panoramie warszawskiej Płyty Czerniakowskiej o czerwonawym, zdrętwiałym świcie... Opheylissem to swoistego rodzaju kontynuacja Tango - Saty, tym, razem bez trąbiastego riffu, za to z jeszcze bardziej zagęszczoną ścieżką perkusyjną i intrygującymi dysonansowymi akordami wbijającymi się w klinicznie czysty, uporządkowany rytm tej miniatury.
    Na deser słuchacze otrzymują mrożący krew w żyłach utwór Gem w kilku epizodach: pierwsze 11 minut to swobodna, arytmiczna impresja, w której rozżarzone kawały elektronicznych brzmień spadają w gęstniejące elektroakustyczne palenisko - miłośnicy muzyki Ernsta Horna oraz płyty Excerpts 1 Wolframa Spyry z pewnością będą zachwyceni tym pasażem. Z tego złowieszczego, fascynującego wstępu rodzi się utwór główny, zbudowany na szybkim rytmie sekwencerowo-perkusyjnym, na którym w typowo schulzeański sposób rozwijają się improwizowane połacie niezwykłej muzyki. Nastrój tej dynamicznej części kojarzy się z utworami wypełniającymi płytę Drive Inn, szczególnie z nerwowym, podszytym poskórnym napięciem epizodem pt. Highway.
    Na zakończenie jeszcze jedno zdanie - gdyby ktoś kiedyś pokusił się wreszcie o dokonanie adaptacji filmowej powieści Jerzego Krzysztonia "Obłęd", nie można by było chyba wyobrazić sobie w tym filmie idealniejszej muzyki niż ta, która składa się na album Audentity!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,07 EUR
  • Klaus Schulze | Picture Music

    Klaus Schulze | Picture Music

    Bestseller
    Album Picture Music dość zasadniczo różni się od poprzedniego albumu berlińskiego artysty, Blackdance. Nie tylko pojawia się wyrazista ścieżka rytmiczna - przede wszystkim zwracają uwagę głębokie, wieloplanowe brzmienia, niebywale kunsztowne aranżacje i frapująca struktura utworów. Kompozycja Totem jest nie tylko pionierskim osiągnięciem w dziedzinie elektroniki sekwencyjnej - wyznacza ona także szlak znacznie późniejszym wędrówkom muzycznym Klausa Schulze. Na ostinato nie składa się czytelna, zamknięta melodia - to raczej spontaniczne rozkwitanie kolejnych dźwięków oraz ich dalsze rozmnażanie się przez pączkowanie lub podział… W tej partii dosłownie słychać, jak muzyka rodzi się, dorasta, przekwita, obumiera... Na dalszym planie natomiast rozpięta jest melodia wahająca się na granicy skal sprowadzonych w uproszczony sposób do skali durowej i mollowej. Barwa utworu zmienia się, muzyka zostaje raz zacieniona, innym razem - przeszyta migotliwym światłem, innym znów razem wyeksponowana w pełnym świetle i potem nagle zasłonięta. Znakomitą ilustracją do tej muzyki mogłyby być zmiany dokonujące się w krajobrazie złożonym z malowidła impresjonistycznego przenikającego się z obrazem abstrakcyjnym; połyskujące zmarszczki strumyka okazują się rozmazanymi wielobarwnymi iskrami, a porozrzucane tu i ówdzie kule przeistaczają się niespodziewanie w główki niebieskiej i pomarańczowej kapusty. Cały pejzaż zmienia się jak w nietypowym śnie, ale zmierza w logiczny sposób do jakiegoś niesamowitego finału, porządkowany przez miękki, gąbczasty puls sekwencera.
    Mental Door jest jednym z moich najulubieńszych utworów Klausa Schulze. W tej suicie znalazło się miejsce dla chłodnych, minorowych fal przetaczających się w wypolerowanym świetle zamglonego księżyca i dla schromatyzowanych brzmień skradających się pod nostalgicznymi alternacjami tęsknych akordów - i nawet dla partii, która mogłaby śmiało ozdobić album Emerson, Lake & Palmer z najlepszych czasów tej grupy! Jest to jeden z najniesamowitszych fragmentów tego utworu i całej płyty, kiedy spod mżących, deszczowych syntezatorowych akordów snujących mollowy temat wyłania się wijące się cielsko ostinatowego węża. Wąż zatacza hałaśliwe, lekko przesterowane pierścienie, wygina się coraz bardziej zdecydowanymi ruchami, emitując coraz dłuższe sekwencje dźwięków, przekomarza się z półtonami, wdrapując się nawet i spełzając z powrotem po skalach kojarzących się z jazzem lub bluesem. A wtedy kipiący, żywiołowy, nieregularnie ozdabiany podkład perkusyjny przejmie pierwszy głos i stopi się z pierścieniowatym ostinatem w szaleńczym tańcu. Gdy ta sekwencja dobiegnie końca, rozpocznie się drugi równie niesamowity fragment: syntezatory doprowadzą do końca swą melancholijną pieśń, przerwaną przez nagłe wejście niepokojącego ostinata, a dobiegająca uszu słuchacza z nieco już dalszego planu gra perkusji wywoła z pewnością dreszcze… Podobnie przejmująco i niesamowicie zabrzmiała kompozycja The Looper Isn't A Hooker na albumie Dig It sześć lat później - tutaj muzyka brzmi jednak chyba jeszcze przestrzenniej, jeszcze chłodniej, jeszcze bardziej niezwykle.
    Album opakowywano w rozmaite koperty - warto zaznaczyć, że nastrój każdej z proponowanych okładek rewelacyjnie koresponduje z treścią muzyczną tej płyty. Są tu fragmenty, które wizualnie najlepiej "podsumowuje" okładka z plamistym wykwitem przypominającym potwora morskiego, są też i takie, których charakter najpełniej ukazuje okładka przedstawiająca istotę uwiązaną u sufitu pomieszczenia z kraciastą podłogą, wreszcie takie, w których dźwięki odmalowują obraz porzucony w środku gliniastego pola pod zachmurzonym niebem.
    Dodany utwór nosi tytuł C'est pas la meme chose i istotnie jest stosownym podsumowaniem treści tej 33-minutowej kompozycji. W zasadzie są to bowiem parafrazy na temat pierwszej impresji, Totem – w tle słychać charakterystyczne, mlaskające słabym światłem mżących gumiastych reflektorów ostinato, na pierwszym planie ścielą się oniryczne, psychedelicznie pokolorowane smugi prowadzącego syntezatora… dokonano tu jednak fascynującego zabiegu, świadczącego o poważnej odmienności utworu od oryginalnej wersji Totem. "Sztuczna" stereofoniczność nagrania nie ma uplastyczniać głębi pejzażu dźwiękowego, tylko umożliwić obcowanie z dwoma zupełnie różnymi muzycznymi krajobrazami. Słuchając jedynie ścieżki królującej w lewym głośniku, podążamy śladem ruchliwego ostinata, dajemy się ponieść rytmicznym świergotom i przyglądamy się kipiącym zielonkawym i czerwonawym barwom składającym się w żywą, rozedgraną opowieść. Słuchając zaś jedynie ścieżki emitowanej przez głośnik prawy, podziwiamy przejmujący organowy poemat zmarzniętych, stojących akordów, na które nanizano rozpływającą się improwizację lamentującego syntezatora. Wystarczy teraz zmieniać położenie suwaka balansu między głośnikami, by przepływać z jednej opowieści w drugą. Oczywiście jednak nie tylko ten techniczny zabieg stanowi o atrakyjności dodanego nagrania. Improwizowana partia brzmi inaczej, żarliwiej, bardziej intrygująco niż w znanym nagraniu Totem, ponadto cały utwór jest o blisko 10 minut od Totem dłuższy, oznacza to więc kilka interesujących progesji w finałowej partii plus zamyśloną, ponurą, niknącą w mroku stojących akordo-poszumów konkluzję. Zgodnie z podpowiedzią tytułu zatem "nie jest to ta sama rzecz". Nawiasem mówiąc, reedycję longplaya Mirage zdobi parafraza wątków suity Velvet Voyage, również stawiających ten utwór w zupełnie nowym świetle: Klaus Schulze żartobliwie znów pyta w tytule, tym razem po włosku: to samo, czy nie to samo?...

    I. W.


    Klaus Schulze jest tym dla muzyki elektronicznej, kim Hendrix dla rocka. Nie ma sensu przytaczać tu jego biografii, każdy szanujący się fan elektroniki choć w małym stopniu powinien ją znać. Oryginalnie wydany w 1975r album Picture Music jest czwartym w dyskografii artysty. O ile wcześniejsze płyty Irrlicht, Cyborg i w małym stopniu Blackdance zawierały sporo eksperymentów, to na Picture Music widać całkowicie wykrystalizowany styl. Na poprzednich płytach Schulze wykorzystywał głównie organy elektronowe plus akustyczne instrumenty. Tu po raz pierwszy w pełni wykorzystał sprzęt elektroniczny, doskonale znane analogowe syntezatory EMS VCS 3, ARP Odyssey, ARP 2600, organy Farfisa. Album wypełniają dwa utwory, pierwszy Totem z początku melancholijny, potem nieco nerwowy i abstrakcyjny. Drugi Mental Door to jeden z najlepszych w dyskografii Klausa Schulze. Kosmiczna podróż w nieznane, pełna głębokich, abstrakcyjnych dźwięków. W drugiej połowie utwór rozpędza się do zawrotnej prędkości, tworząc nastrój bliski transowemu rytuałowi. Po blisko 30 latach od wydania tej płyty, cały czas brzmi ona nowocześnie i intrygująco. To bez wątpienia kanon dzisiejszej elektroniki.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,31 EUR
  • Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 3

    Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 3

    Bestseller
    CD1
    Album rozpoczyna się nadchodzącymi z oddali szumami, z których stopniowo, w asyście dodatkowych smużek elektronicznych poświstów, wysnuwa się główny temat, onirycznie rozwibrowany, oscylujący wokół powracających jak przez sen miękkich, charakterystycznych akordów. Ten rewelacyjny motyw Klaus Schulze szczególnie sobie upodobał - powraca on jako osnowa całej 65-minutowej kompozycji "The Theme - The Rhodes Elegy" z pierwszego tomu "Contemporary Works II", stanowi też tworzywo napisanej specjalnie na kompilację "Manikin Records - The First Decade" kompozycji "Manikin Jubilee". Tutaj wibrafonowy temat brzmi szczególnie tajemniczo i mgliście, spowijany zostaje w piętrzące się zgęszczenia chłodnoniebieskiego syntezatorowego dymu. Główny wątek podlega bardzo subtelnym i niespiesznym transformacjom, ale dźwięki wypełniające drugi plan oraz pomysłowa ścieżka rytmiczna sprawiają, że słuchacz nawet przy setnym przesłuchaniu tego utworu nie może wyjść z oczarowania! Pod koniec tego epizodu wybija się na pierwszy plan puls chropawego ostinata jak ze starych, dobrych, analogowych czasów - dźwięki perkusyjne zaś zaczynają zachmurzać się i kotłować w przyspieszającym echu podobnie jak w finale kompozycji "Floating" ("Moondawn", 1976). Druga część skonstruowana jest już głównie na współbrzmieniu niemuzycznych ścieżek - wątek melodyczny przewija się przez elektryzujące, eksperymentalne tło powoli i jak przez ciężką draperię snu opadającego w pokłady niepamięci. Nastrój tego fragmentu zbliżony jest do kompozycji "Nucleotide" zdobiącej album "Transfer Station Blue" (1986) sygnowany: Michael Shrieve, Kevin Shrieve, Klaus Schulze. Część trzecia jest jednym z najpiękniejszych, najbardziej zamyślonych epizodów całego cyklu "TDSOTM". Basowy oddech syntezatora odzywa się równomiernymi falami, wybijając się ze stojącego, zamarzającego i rozmarzającego akordu, poddawanego brzmieniowym alternacjom. Co jakiś czas powraca rozmazane, tęskne ostinato, a ściana dźwięków majacząca daleko w tle rozmięka z tonacji mollowej w durową, co stanowi frapujące, lekko dysonansowe połączenie melodii, tak charakterystyczne dla całej twórczości Klausa Schulze i odpowiedzialne za budowanie niezwykłego nastroju. Słuchacz daje się ponieść ospałemu zamyśleniu i gdzieś na wysokości połowy utworu czuje się istotnie przeniesiony w jakiś inny świat - ocknie się dopiero przy powracającym temacie basowego syntezatora, nie mogąc powiedzieć, czy przeżywana dopiero co muzyka była dziełem tylko dwójki muzyków sygnujących tę płytę, czy też może dopowiedziana została na uruchomionym znienacka niezwykłym pułapie wyobraźni… Czwarty epizod to właściwie tylko króciutki łącznik między częścią trzecią i piątą: to raczej kolejny obrazek elektroakustyczny nasycający płytę nastrojem takim, jaki panowałby na kosmodromach i opuszczonych stacjach kolejowych, gdyby malował je Arnold Böcklin… Piąta część brzmi trochę jak rozwinięcie w duchu szkoły (post)berlińskiej najbardziej ponurych pomysłów Jean-Michela Jarre'a z albumu "Rendez-Vous" - skojarzenie takie nasuwa alternacja mollowych I durowych akordów, okrywająca całą muzykę matowym, mrocznym płaszczem - pod spodem ulokowane zostają zaś rozimprowizowane, ociekające krystalicznymi barwami ołowiane obłoki, przesuwające się z rejestru w rejestr, łączone swobodnymi, chłodnymi, pełnymi napięcia pasażami. Płyta kończy się wraz z częścią szóstą suity "Set The Controls For The Heart Of The Mother" - wszystkie pulsujące ostinata milkną, na planie pozostają tylko wypełzające wciąż wstęgi rozpływającego się elektronicznego dymu, z których budowane zostają eteryczne akordy i melancholijne improwizacje prowadzących instrumentów. Muzyka już dawno nie siedzi jedynie w głośnikach, teraz wypełnia cały pokój słuchacza, ścieli się po całym mieszkaniu, rozlewając się kolejnymi minorowymi po miejscach, których bez tej płyty słuchacz w swym otoczeniu w ogóle by nie dostrzegł.
    I. W.

    To najdłużej trwająca seria z dotychczsowych wydawanych przez Fax. Jak zwykle spotykają się Pete Namlook i legenda muzyki elektronicznej, Klaus Schulze. Mamy tu blisko godzinną kompozycję „Set The Controls For The Heart Of The Mother”, tytuł odnosi się do jednego z utworów grupy Pink Floyd. Muzycznie mamy tu fuzję elektroniki i ambientu. Utwór podzelony jest na sześć odrębnych części. Masa przestrzeni, soczyste brzmienia starych analogów i melodie, tak charakterystyczne dla Klausa Schulze, oto wyznaczniki tej płyty. Tym razem więcej mamy ambientu, dźwięki są tak kojące i piękne, iż pieszczą uszy podobnie jak najdelikatniejszy balsam. Muzyka absolutnie mistyczna, w tym zasłuchaniu nietrudno wpaść w pewnwgo rodzaju trans. Namlook i Schulze gwarantują podróż zmęczonemu umysłowi do sfery najgłębszych przeżyć.
    R. M.



    CD2
    Wielki finał wielkiej serii. Klaus Schulze i Pete Namlook po raz dziesiąty spotkali się po Ciemnej Stronie Mooga i przygotowali wysoce poruszający album, który niemalże w żaden sposób nie przypomina żadnego poprzednika w serii. Długa introdukcja jak przez mgłę kojarzy się ze wstępem do Phantom Heart Brother, jednak o ile tam huczący metaliczny wicher krył jeszcze jakieś pomosty do wczesnej elektroniki berlińskiej, o tyle tutaj czeka nas wyprawa do krainy nieodkrytych Nowych Brzmień. Na pierwsze minuty statycznego tła wstępu nałożona jest introwertyczna narracja Namlooka o znamionach strumienia świadomości, zniekształcana niezliczoną ilością filtrów - brzmi to tak, jakby wiodący głos wdawał się w spór z szydzącymi kosmitami. To ciekawy kontrast wobec narracji otwierającej Koolfang III - to, co tam było wprowadzeniem do beztroski i odprężenia letniej nocy, tutaj staje się zwiastunem niepewności, chłodu, oddalenia, zagubienia... Uparte syntetyczne akordy o subharmonicznych wartościach ciągną swój napięty hymn, dopóki znienacka nie wykwitną ocierające się o "intelligent lounge" konstelacje akordów. Z lekka jazzujący charakter tej spokojnej muzyki znów nie pozwala od razu domyślić się, że mamy do czynienia z nagraniami Schulzego i Namlooka - już raczej Namlooka i Move D w dobrych czasach Koolfang - Jambient. Kolejne utwory przynoszą obowiązkową dawkę promieniującego, mollowego berlińskiego sekwencjonowania, ale nadal nie sposób się oprzeć wrażeniu, iż Namlook i Schulze porzucili przetarte szlaki i nieprzejednanie wybierają się w nowe rejony, choć - a może właśnie dlatego, że - w tych rejonach panuje smutek i dojmujący chłód. Finał płyty to impresja, w której Peter i Klaus jednoczą siły w moogowej improwizacji - można spodziewać się po tym opisie brawurowych glissand obficie przesterowywanych elektronicznym fazowaniem, ale to nic bardziej mylnego. W mollowym mętnym stawie osowiałych akordów tlą się zmarznięte, zrezygnowane, piękne ale jednak przede wszystkim dojmujące dźwięki. Łabędzi śpiew po Ciemnej Stronie Mooga? Utwór kończy się nagle, po niespełna sześciu minutach, nie sposób uwierzyć, że finał finału właśnie wybrzmiał, pozostawiając jedynie osad w postaci ściskającego serce uczucia żałości. To jedna z najbardziej przygnębiających płyt sygnowanych nazwiskiem Namlooka - i chyba nie trzeba dodawać, że automatycznie jedna z najpiękniejszych, choć nawet po kilku przesłuchaniach nie bardzo wiadomo, czy pozostawia niedosyt, czy też wrażenie pewnej suchości...

    I. W.



    Astro Know Me Domina zaczynają psychodeliczne rozważania o brzydkiej pogodzie na zewnątrz i wciąż tych samym tkwiącym w mózgu i zaproszenie aby rzucić okiem z innej perspektywy na ciemną stronę naszego umysłu... no i mamy trochę popiskiwań R2D2 a potem katakoniczne, odrętwiałe pasmo zawieszonych dźwięków... Ale Part III i IV przynosi już godną tych twórców muzykę. Tak na poważnie to bardzo interesująca, dojrzała pozycja. Polecam.

    Dariusz Długołęcki



    CD3, CD4
    Spełniło się wielkie marzenie miłośników połączonych sił pioniera elektroniki sekwencyjnej Klausa Schulze oraz mistrza ambientu Pete’a Namlooka: wbrew wcześniejszym zapowiedziom, iż dziesiąta część „DSOM” to finał serii, ukazała się na szczęście kolejna (kto wie, może będą jeszcze dalsze?) płyta w tym niezwykłym cyklu. Jak zwykle, mamy tutaj do czynienia z udaną syntezą „tradycyjnej elektroniki” oraz kosmicznego dark-ambientu przyszłości, tyle, że po raz kolejny przekroczona została bariera przewidywalności i bez przesady możemy powiedzieć, że „DSOM XI” to przede wszystkim odważne spojrzenie w przyszłość i kolejna udana propozycja bezkompromisowego łączenia różnych stylów. Pierwsza część od pierwszego taktu przynosi nowoczesny, posuwisty rytm, wobec którego na liście dyskusyjnej miłośników FAXu rozgorzała dyskusja, czy to hip-hopowe struktury, czy też nie. Jak by na to nie patrzeć, introdukcja robi odpowiednie wrażenie i z miejsca wprowadza Słuchacza w trans, a wrażenie spotęgowane zostaje wchodzącą z czasem na pierwszy plan chropawą melodią opartą na bardzo atrakcyjnych dysonansach i półtonach: wyobraźmy sobie introwertyczność Aphex Twin i podrdzewiałą motorykę „John the Revelator” Depeche Mode w typowym dla duetu KS-PN atmosferycznym otoczeniu, a otrzymamy przybliżony obraz tego, co rozgrywa się przez blisko 18 minut. Kolejna część suity „The Heart of our Nearest Star” (aluzja do Pink Floyd jest już zatem tylko merytoryczna, nie zaś bazująca na podobnym brzmieniu odpowiednich słów) to jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających momentów całej jedenastotomowej serii: ścielą się tutaj tak typowe dla Klausa Schulze pokłady matowych, mollowych akordów, nierzadko przyprawianych atrakcyjnym nieregularnym zmąceniem, na tle których Pete Namlook może rozwinąć swoją uskrzydloną, tęskną solówkę gitarową z nieskończenie podtrzymywanymi i rozpływającymi się nostalgicznymi nutami. Znawcom tematu ten epizod oczywiście z miejsca skojarzy się za sprawą atmosfery z piękną drugą częścią „Phantom Heart Brother” (DSOM III), jednak jak zwykle nie ma mowy o powtarzaniu się, a jedynie o uchwyceniu pewnego specyficznego nastroju i rozwinięciu go na miarę Ciemnej Strony Mooga A.D. 2008... Warto ponadto zwrócić uwagę na bardzo skromną, ale nie mniej piękną sekwencyjną pulsację w tle – oto 22 minuty gwiezdnych romansów rodem z przyszłych, niezdekodowanych i niewytłumaczonych jeszcze snów. Kolejna część brzmi mimo wszechobecnego rytmu bardzo onirycznie i „nierealnie” – Słuchacz wprowadzony zostaje w odpowiedni nastrój już za sprawą otwierających całość miękkich, niczym przykrytych poranną rosą akordów. W trakcie utworu usłyszymy głosy zdeformowane podobnie odważnie, jak w „Tea with Ivor Cutler” z pierwszej części „A New Consciousness”. Finał płyty, zaledwie 5-minutowy, jest zdumiewająco spokojny i „niepozorny” – miła, ale też bardzo ascetyczna, abstrakcyjna ambientalna miniatura. Zatem, skoro to taki spokojny finał, możemy liczyć się w niedalekiej przyszłości z pojawieniem się „DSOM XII”? Oby tak właśnie było... Niniejszy tom mogę w każdym razie z czystym sumieniem polecić jako jeden ze zdecydowanie najlepszych w całym cyklu (obok III, V, VII i IX).
    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 5CD


    24,92 EUR
  • Przemysław Rudź | Music For Stargazing

    Przemysław Rudź | Music For Stargazing

    Bestseller
    Album Music For Stargazing miał w pierwotnym zamyśle pełnić rolę użytkową i ilustracyjną. W koncepcie Przemysława Rudzia jego przeznaczeniem były urządzenia mobilne, zaś sama muzyka miała obrazować atlas nieba który byłby na nich dostępny. Jednak ów śmiały i wizjonerski projekt nigdy nie doszedł do skutku, została tylko muzyka. Po wielu modyfikacjach w końcu wychodzi na światło dzienne. Elektronika Przemka Rudzia balansuje między światem science-fiction, kosmonautyką, astronomią i filozoficznymi rozważaniami. Te ostatnie są obecne i na Music For Stargazing, to bowiem pytania o miejsce człowieka we wszechświecie i jego kosmicznym porządku. Cała muzyczna strona to skondensowany roztwór wszelakich elektronicznych stylów, inspiracji i fascynacji. Szkoła berlińska w duchu Klausa Schulze, ambientowe senne pejzaże, monumentalne formy bliskie estetyce prog rocka, psychodeliczne majaki. Rudź przetwarza te klisze, starając się budować własny świat. W jego ujęciu i oryginalności nie wkracza jednoznacznie na żadną z tych ścieżek, ale wszystkie one tworzą swoisty labirynt jaki prowadzi do muzyki opatrzonej etykietką "własna". Fantastyczny materiał do kontemplowania w domowych kapsułach i świetna odtrutka na szarówkę "codzienności".

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR