Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Popularity 4

(122 albums)
sort by albums on one page
recording period
  • Tangerine Dream | Vintage Vanguard

    Tangerine Dream | Vintage Vanguard


    Vintage Vanguard jest jedną z odpowiedzi jak dziś z perespektywy czasu można rozpatrywać wkład syna Edgara Froese, Jerome'a do tej zacnej nazwy. Myślę że zdecydowanie pozytywnie. To on pchnął muzykę grupy na nowe tory i unowocześnił choćby pod względem rytmicznym. Co prawda sporo tu materiału już wcześniej znanego, niktóre kompozycje zostały nagrane w części od nowa np. Firetongues. Ale są i bonusy jak choćby dwa nagrania z Inferno o które prosili fani, i gitarowy jam ojca i syna z koncertu Sun Son's Seal, Crossed Fingers. Są i charakterystyczne sekwencerowe pulsacje, jak flirty z nowoczesnymi rytmami klubowymi np. drum'n'bass. Świetne uzupełnienie przebogatej dyskografii, jak portret syna. Jego świeże podejście w aspekcie brzmień i rytmiki wyznaczało kierunek ówczesnych poszukiwań zespołu. I to jest słychać.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,71 EUR
  • Tangerine Dream | Tangines Scales

    Tangerine Dream | Tangines Scales

    Good price

    Tangerine Dream bez wytchnienia bombarduje słuchaczy zarówno prawdziwie przebojowymi maxi-singlami, jak i maxi-wydawnictwami przynoszącymi coraz to inne znane tematy w coraz to inaczej przyrządzanych nowych aranżacjach, przemontowaniach i - na szczęście, nierzadko wcale kreatywnych - deformacjach. Tangines Scales to ponad godzina starej-nowej muzyki brzmiącej nadal "bezczelnie dobrze". Zrezygnowano z nachalnie nowoczesnej oprawy rytmicznej, zatem nawet najbardziej dynamiczne kompozycje brzmią dość tradycyjnie, naturalnie jak na standardy późnych Lat Błękitnych oraz "Okresu Melrose". Miło posłuchać tajemniczego fragmentu Barbakane, w którym slajdy z warszawskiego Starego Miasta zostają ponownie zsolaryzowane, wyretuszowane oraz przyozdobione nowymi akordami, ostukującymi bruk i ziejącymi szaszłykami z iskier nie mniej frapująco, niż na oryginalnym, fenomenalnym albumie Poland. Szkoda tylko jednak, że praktycznie cała czarodziejska moc tego utworu bierze się z oryginalnej muzyki: nowe dodatki nie przeszkadzają, ale też nie dopowiadają wyjątkowo zapierających dech w piersiach historii. Kolejna miła niespodzianka: refleksyjny, fascynujący Horizon, zapewne rozgrywający się o bezlistnym świcie gdzieś w okolicach pawilonów i arkad Mostu Poniatowskiego: na szczęście w wersji praktycznie nietkniętej, ale jeśli tak, to z kolei można sarkać, że Edgar Froese "tylko przypomina" potencjalnie dający się oryginalnie doprawić utwór... Wersja "Southend Mix" House of the Rising Sun to z kolei prawie że sekwencja MIDI o porządnym, głębokim, stereofonicznym brzmieniu... Jeden z najlepszych, bowiem "najdostojniej", "najpoważniej" brzmiących fragmentów albumu to Storm Seekers / Cool Shibuya z bardzo dobrym fortepianem. Płytę wieńczy "rozcwałowane", odrobinkę może za bardzo wysuszone gdzieś przy Słonecznej Bramie Underwater Sunlight. Głęboki sens wydawania niniejszej pozycji nie musi być w tym opisie tematem do poruszania; pozostaje nadal broniąca się (bo tak łagodnie i miłosiernie przerobiona), bezsprzecznie dobra muzyka.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,77 EUR
  • Klaus Schulze, Lisa Gerrard | Rheingold

    Klaus Schulze, Lisa Gerrard | Rheingold


    Z pozoru taka kolaboracja nie miała prawa się udać. Klaus Schuzle miał ochotę na wspólne sesje z Lisą Gerrard jeszcze w latach '80, gdy Dead Can Dance byli w twórczym zenicie. Jednak dopiero po latach udało się im nagrać wspólny album Farscape. Po tym wszystkim duet wyruszył w trasę, zarejestrowany 18 lipca 2008r w St. Goahausen album Rheingold, jest świadectwem ich twórczego potencjału. Nie ma mowy o odgrywaniu i powtarzaniu tego, co zostało nagrane w studiu. Schulze i Gerrard improwizują i właśnie tu trzeba szukać klucza do zrozumienia ich muzycznej drogi. Zaczyna Klaus długimi improwizacjami, na myśl przychodzą najlepsze lata niemieckiej elektroniki. To ważne aby stworzyć odpowiedni nastrój dla Lisy Gerrard i jej niezwykłego głosu. Gdy ta zaczyna swoje popisy w Wellgunge i Lonely, tworzy się istny rytuał. Delikatnie napędzany transową elektroniką głos Lisy, brzmi po prostu niesamowicie. Nadal jak za najlepszych czasów Dead Can Dance śpiewa w wymyślonym przez siebie języku. A to pokazuje obezwładniającą skalę jej głosu, jak i umiejętność wczucia się w elektroniczne tekstury Schulze'a. Muzyka Niemca nie dominuje nad głosem Lisy, nie przytłacza go. Raczej znakomicie koegzystuje, wspólnie tworząc niezapomnianą podróż w nieznane. Piękne uzupełnienie studyjnej płyty Farscape, i jednocześnie obietnica na więcej.

    R. M.



    Zapis koncertu z 18 lipca 2008 danego w amfiteatrze Loreley w Hambuhren, usadowionym w dolinie Renu. Po Farscape drżącą ręką wsuwałem dysk z tej płyty zwłaszcza że stoi na okładce "z udziałem Lisy Gerrard"... Ale najpierw pęk elektrycznych wyładowań jak za najlepszych czasów Klausa Schulze a potem prowadzony przez syntezator zawieszony na jednym tonie, elficko anielski chór dyskretnie zastąpiony przez durowe odpływy i przypływy i te charakterystyczne schulzowskie niby sekwencje roztapia mnie jak wosk i sprawia że szczęka opada ruchem gwałtownym na pierś. Wciągająca pulsacja zawieszona przez resztę utworu powoduje że trafia to nagranie (Alberich) do ścisłej czołówki według mnie najciekawszych kompozycji Schulze. A jednak diabeł pali w starym piecu. Ale jak będzie dalej? Loreley to jakby rozwinięcie tematu pierwszego z pozostawionymi z niego elementami z generowanym elektronicznie chórem na czele z dołączeniem śpiewu Lisy Gerrard (wreszcie wkomponowuje się idealnie) wywołując dreszcze jakie może przynieść tylko jej głos, jak za czasów w Dead Can Dance plus wokaliza na tle której gdzieś koło 12 minuty pojawiają się przepiękne wyciszone z początku syntezatorowe subtelności, zdynamizowane i uwypuklone od 16 minuty w schulze’wskich sekwencjach do których dołącza bit perkusyjny... Niestety trochę się dalej Klaus zapętla (jego znak firmowy) a następnie mam wrażenie że wracają ambicje aby stworzyć dzieło operowe. Na pewno mamy tu przynajmniej 40 minut fenomenalnej muzyki. Wotan otwierają mroczne pomruki niczym cytat z Prodigy by przejść to typowych konkretów. Na pewno ciekawsze jest zamyślone, wyciszone Wellgunde. I znowu zaskoczenie, że Ian Boddy jest jednym z mistrzów niebywale nastrojowego, surrealnego ambientu (jako połowa duetu Arc z kolei ma od czynienia przede wszystkim z wytrawną elektroni wydobywa krótko mówiąc ładne dźwięki co mu się rzadko zdarzało następuje przy bonus tracku którego nie ma na DVD czyli Nibelungen. Zdaje się że Schulze po ostatnich chorobach czując brzemię lat, stał się bardziej romantyczno-nostalgiczny...Bardzo dobre wydawnictwo.

    Dariusz Długołęcki



    Pierwsza płyta zawiera tylko dwa, za to odpowiednio długie utwory. Pierwsza, jeszcze czysto instrumentalna kompozycja, to poszerzenie formuły wypracowanej na albumach Contemporary Works II, Kontinuum oraz przede wszystkim Farscape o nowe elementy. Schulze odważnie miesza na muzycznej palecie bardzo wiele nieregularnych akordów, pojawiają się nieznane barwy - wszystko to zbliża prezentowane tu brzmienia ku istnej "elektronicznej muzyce symfonicznej XXI wieku", jako że mamy tu do czynienia z naprawdę zaawansowanym, skomplikowanym sposobem prowadzenia kompozycji i wyprowadzania motywów pobocznych z wiodącego wątku. Blisko 40-minutowa suita Loreley, w której słyszymy już niepowtarzalny głos Lisy Gerrard, to kompozycja utrzymana w podobnym charakterze. Utwór jest żywszy niż większość materiału proponowanego na Farscape, jednocześnie zaś znacznie więcej tutaj optymizmu i wiosennej pogody... a typowo schulzeański, atmosferyczny mistycyzm naturalnie nic tutaj nie traci ze swojej specyfiki. Ten elektroniczny poemat, jeśli porównywać go z wcześniejszymi dokonaniami Klasua Schulze, najwięcej wspólnego ma z "symfonizującymi" suitami wypełniającymi zestaw Silver Edition - nie brakuje tutaj typowych dla Klasua Schulze zwrotów melodycznych oraz bardzo charakterystycznych mollowych pasaży akordowych, ale spektrum wszystkich użytych tutaj środków jest niemalże oszałamiające.
    Drugi krążek to z kolei aż cztery utwory. Płytę otwiera naprawdę znakomita impresja z miejsca kojarząca się ze "złotymi czasami" Klasua Schulze, głównie za sprawą porażających solówek, najlepszych od czasu Dosburg Online. Jest w tym utworze coś, co porusza w podobnym stylu jak kompozycje z płyt Body Love albo X, choć już po aranżacji słychać, że nie ma tu mowy o kopiowaniu własnych patentów sprzed lat. Fenomenalny klimat... Po nim następuje chwila wyciszenia, głos Lisy Gerrard prowadzi Słuchacza ku baśniowym, leśnym ostępom, w których rozgrywają się dalsze wydarzenia audiowizualnego spektaklu bez słów. Trzeci utwór to udana synteza elementów Farscape i The Crime of Suspense i powrót nieco żywszych temp oraz promieniujących sekwencerów. Na deser otrzymujemy ponad półgodzinny bonus, czyli instrumentalne wariacje na tematy przewijające się przez Farscape. Rewelacyjny album, świadczący o dużej inwencji - a zatem, miejmy nadzieję, także dalszej owocnej karierze - projektu Farscape (Schulze + Gerrard), a także wyjątkowej formie - także koncertowej - samego Klasua Schulze. Koniecznie.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2DVD


    11,37 EUR
  • Jonn Serrie | Flightpath

    Jonn Serrie | Flightpath


    Jonn Serrie miał w trakcie sesji nagraniowych do albumu Flightpath pełną świadomość faktu, iż specyficzny nastrój And the Stars Go With You był czymś nie do podrobienia i nie do powtórzenia. Zamiast zatem eksplorować w dalszym ciągu rejony przybliżone Słuchaczowi wspomnianym albumem, artysta dał się ponieść kolejnej inspiracji; Serrie zawsze pragnął być pilotem i odpowiednio zatytułowana płyta Flightpath pozwoliła mu na zrealizowanie swych fantazji - skoro nie za sterami prawdziwego samolotu - choćby w tworzywie dźwiękowym o odpowiedniej sile wyrazu. Niniejszy krążek to frapująca "podniebna" mikstura ambientu i szybszych temp, mająca sugerować emocje związane z lataniem. Nie tylko w przypadku dynamiczniejszych utworów można stwierdzić, iż Flightpath jest żywą płytą: nawet najspokojniejsze utwory mają tutaj charakterystyczny puls, nie pozwalający im zbliżyć się do amorficznych bezkresów niesamowitego Century Seasons. Płyta jest jak zwykle w przypadku produkcji Serriego pięknie zinstrumentowana i po prostu dopracowana - każdy ton trafia dokładnie we właściwe miejsce. Szczególnie podobać się może bodajże najbardziej zamyślona w zestawie impresja trzecia, przywiewająca porcję akordów nieco w stylu muzyki Enyi napisanej do The Celts, a także solidny lounge przyprawiony elementami kojarzącymi się nieco z Lily on the Beach Tangerine Dream - szkoda, że to taki krótki utwór. Kolory okładki rzeczywiście idealnie korespondują z odcieniem prezentowanej tu muzyki - zapnijmy zatem pasy i ruszajmy na podbój przestworzy...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CDr


    9,45 EUR
  • Gert Emmens, Ruud Heij | Silent Witnesses of Industrial Landscapes

    Gert Emmens, Ruud Heij | Silent Witnesses of Industrial Landscapes


    Plytę stworzono na bazie wspólnych improwizacji a wszystko posklejał, wyprodukował łącznie z okładką sam Emmens. W tym duecie gwiazdą jest oczywiście Emmens, którego nazwisko gwarantuje zawsze wysoki poziom nagrań. To druga propozycja tego artysty na rok 2008 przynosi żywe, świeże spojrzenie na sekwenserowe granie el-muzyki. Polecam szczególnej uwadze sentymentalne BS Liquid Ore Finding Its Way nostalgicznie oddające klimat zadumy. Ten pochód świetnych kompozycji kontynuuje spokojny, rozmarzony When Night Falls wyraźnie przypominające sposób obrazowania Vangelisa oraz Point Of No Return, BS w progresywnym sosie. Zresztą trudno tu mówic o słabych utworach. Sam sprzęt (wymieniania go byłoby na cztery linijki pisania) muzyki nie robi trzeba jeszcze do tego artystów. Nie ma co się zastanawiać. Koniecznie.

    Dariusz Długołęcki



    Duetu Emmens & Heij chyba żadnemu miłośnikowi muzyki kontynuatorów tradycji Szkoły Berlińskiej nie trzeba przedstawiać, tym bardziej, iż dokonania właśnie tego duetu cechuje wyjątkowa dbałość o nastrojowe detale i niebywały talent w snuciu długich sekwencyjnych opowieści. Silent Witnesses... to kolejny obok Return to the Origin i Journey ważny przyczynek do rozwoju neoberlińskich brzmień. Trudno nie dosłyszeć się tutaj kolosalnych wpływów Klausa Schulze i Tangerine Dream - a jednocześnie trudno też nie słyszeć, iż mamy tu do czynienia z oryginalną mimo wszystko i świeżą brzmieniowo syntezą. Album trwa blisko 80 minut, a przez cały ten czas trudno się nudzić: obok klasycznych pompujących sekwencerów i niekończących się solówek odbijających się w niezliczonych zwierciadłach mollowych akordów znajdziemy tutaj ciekawą formułę lounge-elpopu nieco w stylu Mergenera albo Double Fantasy, przyprawioną naturalnie także pulsującym ostinatem (Liquid Ore Finding Its Way), niektóre zaś momenty When Night Falls - a szczególnie zapewne fakt, iż brak tu ścieżki perkusyjnej - pozwalają Słuchaczowi docenić Emmensa i Heija jako zdolnych dźwiękowych malarzy "berlinizującego ambientu". Płyta jest znakomicie wyprodukowana, zaś analogowe instrumentarium natychmiast pozwala pomyśleć o złotych czasach elektroniki sekwencyjnej. Dla miłośników gatunku pozycja obowiązkowa, natomiast sceptykom twierdzącym, iż dzisiejsza "szkoła berlińska" to zaledwie pozbawione fantazji echo dawnej dobrej muzyki, można tę płytę właściwie również śmiało polecić jako dowód na to, że - nawet, jeśli nie wymyśla się tutaj oryginalnej formuły - można w ramach pewnego schematu stworzyć rzeczy po prostu dobre i nieco poza ten schemat wychodzące.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,91 EUR
  • Steve Roach, Eric Wollo | Stream of Thought

    Steve Roach, Eric Wollo | Stream of Thought


    This is one of those releases that comes along every now and then where all the elements merge in alignment and a kind of magical sonic-musical alchemy occurs, taking the listening experience to a whole other level -- the kind of experience where when it's over, you immediately want to hit Play again. With these veteran electronic composers' combined experience of 60 years, the resulting STREAM OF THOUGHT experience can be described quite simply as mind-altering and soul-quenching. This release stands apart from the extended immersive long-form tracks of recent releases. Presented as a continuous flow, the metaphor of sitting on stream's edge while fully engaged with the present moment is the appropriate context to experience the fluid ebb and mercurial flow of this streaming living soundworld. Starting on two continents and two very different atmospheric conditions -- Erik in Norway and Steve in Arizona -- the foundation of their similar ages, musical inspirations, sonic inclinations, and a mutual respect for each other's work started the collaboration in early 2007. The most formative aspect of the collaboration occurred this summer with Erik's visit to the Timeroom in Arizona for final recording, arrangements and editing. The approach to the final structure was more in alignment with that of film editing, where the sense of time and pacing was consciously aimed at activating a powerful visual-auditory reaction and visceral experience. This is an inspired release in the best true sense of the word. Relax and float downstream as tranquil drifts, passionate rapids, midnight star gazing and blazing sunsets await on this ride by two masters of the genre.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    18,38 EUR
  • Ron Boots | See Beyond Times and Look Beyond Words

    Ron Boots | See Beyond Times and Look Beyond Words


    Boots jest wielkim miłośnikiem książek i już jeden album, Acoustic Shadows im poświęcił (powieści historyczne). Tym razem na tym krążku ukłon daje prozie SF i Fantasy spod znaku Tolkiena, Rogera Zelaznego czy Boba Vance. W tej muzycznej eskapadzie towarzyszy mu grono przyjaciół zarówno jako współkompozytorzy (Ellis, Ruissen) jak i współgrający (Emmens, Von Heijden, Peeters, Ellis, Ruissen, Van Bogaert). Boots daje tą płytą kolejny przykład jak można poskładać różne elementy el muzyki w integralną, znakomitą całość. Dominuje wyraźnie masywne, mięsiste sekwenserowanie unurzane znakomicie w tradycyjnej el muzyce. To wzorzec jak ze staroci wydobyć czar nowości. Zawoalkowanie przez Bootsa przeszłości w nowoczesności to prawdziwy majstersztyk. Otwierający płytę Hour of the Wolf zwodzi nas raczej niemrawym wstępem by nagle porwać nas swym majestatem w rasowych sekwencjach z dodaniem chóru godnego conajmniej scen z LOTR. Najsłabszy wydaje się być trochę za jednostajny Storms Over IO ale od strony warsztatowej trudno mu coś zarzucić. Najbardziej zaś przebojowy jest kawałek We Are Off wieńczący płytę. Masywne świetne kombinacje dźwięków. Boots to pierwsza liga i tyle.

    Dariusz Długołęcki



    70 minut perfekcyjnie wykonanej i nader błyskotliwie, bogato aranżowanej elektroniki sekwencyjnej w dobrym starym stylu - Rona Bootsa nie trzeba chyba miłośnikom gatunku specjalnie przedstawiać, ponadto w przypadku niniejszej płyty Słuchacza ucieszy fakt, iż ten zbiór nagrań powstał przy współudziale takich sław elektroniki jak Gert Emmens bądź Paul Ellis. Płyta rozpoczyna się mocnym akcentem w postaci Hour of the Wolf - mamy tu wszystko, czego trzeba, czyli pompujące sekwencery, wylewające się z głośników odrętwiałe konstelacje mollowych akordów, intuicyjne zmiany rejestru oraz kryjącą się za tym wszystkim niezwykłą atmosferę. Raz oczarują nas gitarowe partie kojarzące się z patentami Edgara Froese, innym razem ogarnie nas sekwencyjna zaduma i melancholia, a w Storms over IO będzie nam nawet dane usłyszeć perkusyjne wejścia z miejsca kojarzące się z improwizacjami Haralda Grosskopfa cementującymi poematy Klausa Schulze z połowy lat siedemdziesiątych! Radar to z kolei wycieczka w stronę bezkompromisowych stylistycznych mariaży a la Paul Nagle. Poza Harbours oraz utworem finałowym mamy tu do czynienia z odpowiednio długimi i też adekwatnie rozwijającymi się kompozycjami. Pozostaje zadowolenie z wysłuchania i konieczność rekomendacji...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,61 EUR
  • Mind-Flux | Universal Fantasies - Space Visions

    Mind-Flux | Universal Fantasies - Space Visions


    Na wstępie - mam kilkadziesiąt muzycznych DVD ale ten dysk zrobił na mnie olbrzymie wrażenie - powinien obejrzeć każdy kto chciałby zobaczyć jak powinna wyglądać prezentacje el muzyki. Świetne, dostosowane do poszczególnych utworów komputerowe wizualizacje plus zdjęcia kosmosu z NASA. Zdecydowany numer jeden w tej działce stanie obok najlepszego połączenia muzyki z filmem czyli Baraka z kompozycjami Stearns'a. Muzycznie zaś dostajemy przekrojową porcję nagrań duetu Fanger & Kersten z lat 1995-2002 (z płyt Collision, Konception Of Space, Kontinuum oraz dwa nagrania niepublikowane) gdzie obok dynamicznej el (kapitalny Lunar Sunrise) mamy quasi-ambientowe Kontinuum czy kraftwerkowskie Ektafreeze B i Elegant. A wszystko to dzięki serii DVD, Universal Fantasies, którą wydawało Innovative Communication. Polecam.

    Dariusz Długołęcki

    Availability: Temporary absence | product: 1DVD


    11,22 EUR
  • Tangerine Dream | Tangines Scales

    Tangerine Dream | Tangines Scales


    Tangerine Dream bez wytchnienia bombarduje słuchaczy zarówno prawdziwie przebojowymi maxi-singlami, jak i maxi-wydawnictwami przynoszącymi coraz to inne znane tematy w coraz to inaczej przyrządzanych nowych aranżacjach, przemontowaniach i - na szczęście, nierzadko wcale kreatywnych - deformacjach. Tangines Scales to ponad godzina starej-nowej muzyki brzmiącej nadal "bezczelnie dobrze". Zrezygnowano z nachalnie nowoczesnej oprawy rytmicznej, zatem nawet najbardziej dynamiczne kompozycje brzmią dość tradycyjnie, naturalnie jak na standardy późnych Lat Błękitnych oraz "Okresu Melrose". Miło posłuchać tajemniczego fragmentu Barbakane, w którym slajdy z warszawskiego Starego Miasta zostają ponownie zsolaryzowane, wyretuszowane oraz przyozdobione nowymi akordami, ostukującymi bruk i ziejącymi szaszłykami z iskier nie mniej frapująco, niż na oryginalnym, fenomenalnym albumie Poland. Szkoda tylko jednak, że praktycznie cała czarodziejska moc tego utworu bierze się z oryginalnej muzyki: nowe dodatki nie przeszkadzają, ale też nie dopowiadają wyjątkowo zapierających dech w piersiach historii. Kolejna miła niespodzianka: refleksyjny, fascynujący Horizon, zapewne rozgrywający się o bezlistnym świcie gdzieś w okolicach pawilonów i arkad Mostu Poniatowskiego: na szczęście w wersji praktycznie nietkniętej, ale jeśli tak, to z kolei można sarkać, że Edgar Froese "tylko przypomina" potencjalnie dający się oryginalnie doprawić utwór... Wersja "Southend Mix" House of the Rising Sun to z kolei prawie że sekwencja MIDI o porządnym, głębokim, stereofonicznym brzmieniu... Jeden z najlepszych, bowiem "najdostojniej", "najpoważniej" brzmiących fragmentów albumu to Storm Seekers / Cool Shibuya z bardzo dobrym fortepianem. Płytę wieńczy "rozcwałowane", odrobinkę może za bardzo wysuszone gdzieś przy Słonecznej Bramie Underwater Sunlight. Głęboki sens wydawania niniejszej pozycji nie musi być w tym opisie tematem do poruszania; pozostaje nadal broniąca się (bo tak łagodnie i miłosiernie przerobiona), bezsprzecznie dobra muzyka.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,79 EUR
  • Robert Schroeder | Sphere Ware

    Robert Schroeder | Sphere Ware


    Gdybym miał dziś powiedzieć kto jest dla mnie mistrzem tradycyjnie pojmowanej elektroniki, bez zastanowienia wskazałbym na Roberta Schroedera. Gdy zaczynał swoją karierę w 1979r już dał się poznać głównie jako wrażliwy artysta, mistrz elektronicznych, pastelowych pejzaży, cudownych wręcz melodii. Na wydanym w 2007r albumie Sphere Ware nic się nie zmieniło w podejściu do muzyki, zmieniła się za to technologia. Tworząc przy pomocy elektronicznego instrumentarium nie sposób przecież stać w miejscu. Użycie nowoczesnego software'u Synthis, zrobiło swoje. Schroeder nokautuje inwencją użytych brzmień, nie skupia się na monotonnych sekwencjach, lecz poza nimi są zatruwające wręcz serce i umysł melodie. Znakomite bity, niekiedy bliższe transowej motoryce, częściej wtapiają się w ową elektroniczną tkankę. Dla niektórych ten album może kojarzyć się z podróżą przez kosmiczny bezkres. Dla mnie Sphere Ware jest absolutnie doskonałym albumem, przy pomocy którego Schroederowi udała się inna rzecz. Być może nieświadomie zobrazował muzyką, smutek tropików. Maleńkich atoli porozrzucanych po bezkresie oceanu i zachodów słońca ponad nimi, jakby zatrzymanymi w fotograficznym kadrze. Ta piękna wręcz romantyczna muzyka, skłania do pewnego rodzaju zadumy, serwuje pozytywną dawkę melancholii i wspomnień. Kolejny album Schroedera od którego się wprost nie można oderwać, wspomnienia lata i wakacji które można sobie aplikować bez końca. Cudo!

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,95 EUR