Robert Marselje

Waves in the Sky


65,35 PLNabout 14,27 EURbrutto

Robert Marselje | Waves in the Sky

Tagi albumu: Robert Marselje | Waves in the Sky, Cue Records, Robert Marselie, muzyka elektroniczna, ambient, Tangerine Dream, Klaus Schulze, Vangelis, Jarre, electronic music, Kraftwerk

ARTIST Robert Marselie
LABEL Cue Records
NUMBER CUE 1114
RECORD DATE 1995
MEDIA 1CD
PACKAGE JEWELCASE
Kod produktu 002558

Lista utworów

Discover The New World 06:10
Invitation 04:35
Waves in the Sky 04:56
The End of the Delta 5 05:04
Nightwalk 04:10
Voyage to the Unknown 07:20
Emptiness 06:00
NO Way Back 05:25
The Dawn 04:03
Hollow Point 03:08
Open Your Mind 08:08
The Force of Music p.13 05:40

Recenzja


Przy pierwszej płycie tego artysty pisałem: THE FORCE OF MUSIC(1993) RM to holender - zaczynał od projektów dance i pop a skończył w objęciach Boots'a jako muzyk towarzyszący i kolejny twórca w stajni Groove. Ta debiutancka płyta stworzona została z kawałków z lat 1989-93 czyli to swoisty skladak- niestety brzmią one jak dobrze zaaranżowane zapchaj dziury -RM szuka swego emploi łącząc różne style np. trance'ową perkusję z pulsującymi sekwencjami ale na mój gust wychodzi z tego średniak. A tu sympatyczne melodyjne granie znać rozwój jego myśli twórczej –cóż więcej mogę dodać jako rekomendację? Warto.
Dariusz Długołęcki

Marselie potrafi zgrabnie balansować gdzieś na przecięciu impresji postberlińskich, chłodniejszego lounge’u i sentymentalnego acz wyrafinowanego elpopu spod znaku Jean-Michela Jarre’a albo Didiera Marouani. Pierwszy utwór na albumie „Waves In The Sky” to kwintesencja stylu będącego wypadkową wspomnianych elementów. Pełne brzmienie, zgrabne wątki melodyczne, odpowiednio przesterowana gitara schowana za ścianą chmurzących się akordów, uroczo „plastikowe” beaty... Wszystkie te elementy usłyszymy w pierwszym utworze oraz wielu kolejnych. Nie jest to jednak bynajmniej płyta jednostajna czy repetytywna. Już w drugiej impresji naprawdę może podobać się miarowy krok elektronicznego smoka jako ścieżka rytmiczna i dobrze rozegrany stereofonicznie pochód ostinatowy, mieszający się z leniwie zmysłową melodią a la Jürgen Pluta. Przez terminale utrzymane w tonacji „mandarynkowego lounge” przedostajemy się na pokład utworu szóstego, w którym mariaż „pływającego”, berlińskiego ostinata i sączących się smug melodycznych skojarzyć się może z niektórymi dokonaniami grupy Ramp – przy czym nieco więcej tu światła, aranżacja najprędzej przywieść może na myśl bardziej zachmurzone impresje z płyt sygnowanych: Can Atilla; kiedy na ostinato położone zostają słoneczniejsze akordy, nie od rzeczy będzie też skojarzenie z Omega Syndicate (utwór Marselie pozostaje jednak z kolei bardziej eteryczny). Do końca płyty nastroje zmieniać będą się w zarysowanym już spektrum, czyli z grubsza rzecz biorąc, między błękitnymi latami Tangerine Dream, francuskim elpopem a zmyślnym chill-outem / lounge’em. Warto jeszcze zauważyć, iż w relatywnie krótkim utworze dziesiątym chyba najskuteczniej udało się wskrzeszanie ducha błękitnego TD, przy czym dodatkową atrakcję stanowi najpełniejsza na całym albumie ścieżka perkusyjna. Ciekawe poza tym, jakiemuż to elektronicznemu rytuałowi możemy się swobodnie przyglądać za sprawą frapującej introdukcji do utworu jedenastego – ten motyw jest jednym z najbardziej zagadkowych, a przy tym po prostu najbardziej udanych elementów całej płyty. Album kończy się bardzo optymistycznie, pogodnie, chociaż dziwić może nieco to dość nagłe, raczej nieoczekiwane wyciszenie finałowej ścieżki – chyba trochę lepiej byłoby doprowadzić spokojnie utwór do pastelowego końca i pozwolić wybrzmieć po kolei wszystkim planom dźwiękowym. Tak czy inaczej: to kolejna atrakcyjna propozycja (obok „The Blue Team”) ze strony Marselie, płyta, po którą niewątpliwie warto sięgnąć choćby ze względu na jej niewymuszoność oraz internacjonalny, bowiem berlińsko-francuski, „retro-look”.
I. W.

Płytę nabyłem po uprzednim przesłuchaniu tytułowego utworu. Tenże utwór ukazał się w szóstym numerze "radio generator" na kompakcie wydanym wraz z biuletynem (ach, czy powrócą te czasy - pytanie retoryczne). No ale przejdźmy do rzeczy. Płytka została wydana (1995) przez CUE-Records w Holandi. Przyjemna wkładka jest trochę uboga, ale i tak oddaje treść zawartą na płycie. Gdy słuchałem muzyki (a trwa ona ponad godzinę) odniosłem wrażenie, że jestem na wycieczce w kosmosie i oglądam filmowców kręcących następne części "Gwiezdnych wojen" (takie kosmiczne Hollywood). Pan Marselje doskonale oddaje klimat kosmosu (tak mi się przynajmniej wydaje, bo nigdy w kosmosie - z wiadomych przyczyn - nie byłem). Dość zwarta muzyka podzielona na 12 utworów przyjemnie "brzmi" w mieszkaniu, a później w uszach. Dlatego warto powrócić do tej muzyki z tego krążka zaraz po pierwszym słuchaniu. Chciałbym pisać o tej muzyce w samych superlatywach, lecz niestety nie mogę. Powodem jest twardy (momentami bezczelny) rytm, który zagłusza delikatne echo dźwięków będących w tle. Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw stwierdzam, że warto wydać parę złociszków, by nabyć tę płytę. Nie jest ona cudownym majstersztykiem, ale i tak mogę o niej powiedzieć, że jest to kawał solidnej roboty człowieka, który "wie o co chodzi".
Hubert Długosz

Inni klienci wybrali

Podobne albumy

Kup Przechowaj

Goods in stock

Wysyłamy do 1 dni
Dostawa w do punktu odbioru już od 12zł.
Przesyłkę dostarcza Poczta Polska lub Inpost.
Możliwy odbiór osobisty poza siedzibą sprzedawcy.

Napisz do nas