Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Mike Oldfield | Voyager

back
Mike Oldfield | Voyager lupa
Good price

7,30 EUR
incl. VAT
Goods in stock
We ship to 3 days
Delivery of the registered letter is available from 6 EUR.
Shipment provide post office.
Zerwanie z wytwórnią Virgin i nawiązanie współpracy z WEA najwyraźniej było dobrą decyzją ze względów muzycznych: Mike Oldfield, zwiedziwszy rejony zamieszkane przez piosenki pop, na dobre powraca do świata instrumentalnych, malarsko sugestywnych impresji. Płyta Voyager jest jedną z najlepszych w jego całej dyskografii, choć recepta jest niezmiernie prosta punktem wyjścia są tradycyjne motywy melodyczne Wysp Brytyjskich, przemalowywane za sprawą oldfieldowskiego instrumentarium w pejzaże nowej jakości. Jednocześnie płyta owa brzmi nowocześniej niż pierwsze cztery albumy artysty ale nowoczesność ta absolutnie nie wpływa ujemnie na walory płyty, jedynie osnuwa żywszymi barwami to, co Oldfield już z powodzeniem badał w najwcześniejszych latach swej twórczości.
  • The Song Of The Sun [4:32]
  • Celtic Rain [4:42]
  • The Hero [5:04]
  • Women Of Ireland [6:29]
  • The Voyager [4:26]
  • She Moves Through The Fair [4:06]
  • Dark Island [5:43]
  • Wild Goose Flaps Its Wings [5:05]
  • Flowers of the Forest [6:03]
  • Mont St. Michel [12:19]

To play the samples you need the Flash Player. Download and install.

Muzycznie produkcja Voyager kojarzy się z nagraniami Enyi albo grupy Clannad – nie chodzi jednak tylko o wykorzystanie irlandzkich motywów ludowych, lecz raczej o specyficzną, malarską głębię, o rozmaite dźwiękowe światła i cienie które nadają aranżacjom posmak czegoś nie do końca odgadnionego. Wydaje się też, że Oldfield wziął udział w nagraniach pełen radości i zapału, koncentrując się jedynie na zamyślonym, niespiesznie przebudzającym się charakterze kompozycji, a nie na niesamowitej ilości ozdobników, dygresji brzmieniowych i niezliczonych instrumentalnych tekstur. Brak tutaj właściwie elementów świadczących o technicznym kunszcie Oldfielda, takich jak haftowane niezliczoną ilością rozedrganych dźwięków fraktalowe koronki dodające uroku partiom gitarowym fragmentów płyt Ommadawn czy Amarok. Tu słuchacz ma do czynienia właściwie wyłącznie z "wirtuozerią oniryczności", jeśli można tak się wyrazić. Wszystkie dźwięki są niezwykle przestrzenne, na wskroś przesycone idealnym światłocieniem, przeniknięte jedynym odpowiednim malarskim tonem. Nawet nieco słabsze, mniej zapadające w pamięć kompozycje, jak Celtic Rain (kojarzący się z Hymnem Vangelisa z lp. Opera Sauvage), The Hero czy Flowers of the Forest (bardzo tradycyjnie potraktowane nawiązania do irlandzkiej muzyki ludowej) brzmią tu rewelacyjnie świeżo i krajobrazowo, ciekawiej niż niejedna impresja bogatsza melodycznie, ale za to odbarwiona nieco aranżacyjnie. Słuchając tych utworów nie ma się wrażenia, iż ktoś odgrywa wszystkie te motywy po kolei, siedząc w jakimś neutralnie wyglądającym studiu – ta muzyka żyje niezwykle wyrazistymi wizualizacjami, właśnie tak musi brzmieć naturalna muzyka wrzosowisk, błotnistych wysp wyrastających ze spienionego morza i łąk porastających skaliste urwiska.
Najlepsze kompozycje to niewątpliwie Mont St. Michel, Wild Goose Flaps Its Wings, Women of Ireland i Dark Island. Pierwsza z wymienionych impresji to dwunastominutowa suita rozpisana na gitarę klasyczną i orkiestrę symfoniczną – na pewno nie jest to rozchwiany kolaż brzmień to orkiestrowych, to "rozrywkowych", tylko najprawdziwszy, zwarty koncert gitarowy! Jest to na pewno jeden z najgenialniejszych utworów Oldfielda licząc już od 1973 roku… Muzyka podlega subtelnym parafrazom, gitara improwizuje na bazie tematu podchwytywanego przez orkiestrę, kolejne wątki zaś wyłaniają się w sposób kojarzący się raczej z salą filharmonii niż studiem oddanym do dyspozycji rockowemu twórcy. W tle wciąż przepływają statki z obrazów Lorraine’a i Turnera, a niebo zasnute zostaje najbardziej fantazyjną konstelacją fioletowych i granatowych chmur, jaką zna dyskografia Oldfielda. W finale rozbrzmiewają głuche, oddalone dzwony, przywodzące od razu na myśl atmosferę "zakurzonego", przesiąkniętego zapachem pokrzyw i starych zegarów przed-finałowego epizodu pierwszej części Tubular Bells. Drugi wymieniony utwór, Wild Goose Flaps Its Wings, jest swobodną improwizacją jesiennej gitary na tle powleczonego zroszoną pajęczyną brunatnego krajobrazu stojących syntezatorowych akordów. To – obok First Excursion z trzeciej płyty albumu Boxed (1976) – najwspanialszy przyczynek Mike’a Oldfielda do muzyki ambient, w którym gitara waha się między brzmieniem Davida Gilmoura i Pete’a Namlooka. Women of Ireland to parafraza znanego tematu irlandzkiego (słyszymy ten motyw choćby w filmach Wuthering Heights i Barry Lyndon), przeplatająca się z wątkiem z Sarabande z jednej ze suit orkiestrowych Händla (nawiasem mówiąc, ten motyw także włączono do ścieżki dźwiękowej filmu "Barry Lyndon"…). Gitara Oldfielda brzmi nader ekspresywnie, a tło spowite zostaje znów intrygującymi, spokojnymi kolorami. Dark Island wreszcie jest finezyjną miniaturą, w której spotykają się dwa tematy: jeden pogodny, rozdokazywany, drugi zaś nostalgiczny, wspinający się w skale typowe dla gitarowej muzyki hiszpańskiej.

Igor Wróblewski



I oto mamy nastepną porcję muzyki Mike'a Oldfielda, całkiem niedługo po albumie Songs From Distant Earth. Nowa płyta jest różna od poprzedniczki, Oldfield zagrał nowe kompozycje na bardziej tradycyjnych instrumentach, dlatego nie jest to el-muzyka sensu stricto. Tym razem kompozytor powrócił do swoich irlandzkich korzeni, tworząc brzmienia nasycone folklorem swojej ojczyzny (właociwie pół-ojczyzny, gdyż Mike jest tylko w połowie Irlandczykiem). Już pierwsze takty nowego CD oznajmiają nam wyraźnie, kto je stworzył. Słychać typową, właściwą tylko temu artyście gitarę i charakterystyczne dla niego melodie. Cała płyta tchnie spokojem i impresjonistyczną zadumą, a w ten intymny nastrój wplatają się niepostrzeżenie celtyckie motywy muzyczne, czasami nawet te wspaniałe chórki, za które kocham muzyke, jaką tworzy Enya. To tylko takie moje skojarzenie, bo Voyager jest niepowtarzalną płytą, zresztą to Oldfield zawsze znajdował naśladowców, a nie odwrotnie.
I jeszcze te urzekające flety i skrzypce, które czesto nadają smaczek nagraniom "prawdziwych" el-twórców, tu w akustycznej głównie muzyce Mike'a wspaniale współgrają z wiodącą, "rozopiewaną" gitarą. Na tej płycie wokal zepsułby chyba całą jej wymowę, zasłoniłby sobą wszystkie piekne, starannie zagrane ścieżki instrumentów. Cóż, nie jest to płyta dla fanów rasowej elektroniki, ale chyba każdy z nas potrzebuje chwil wytchnienia od syntetycznych dźwieków. Wtedy idealną alternatywą jest kraina znakomitej muzyki Mike Oldfielda, miłej szczególnie zwolennikom Clannad czy Celtic Twilight.

Michał Żelazowski



Pojawiła się nowa płyta Mike Oldfielda zatytułowana Voyager. Tytuł chyba już zawsze będzie mi się źle kojarzył. Zaczęło się tak. Mój drogi kolega powiadomił mnie któregoś dnia, że o północy jedna z rozgłośni radiowych rozpocznie prezentację nowej płyty Oldfielda. Następnie, zupełnie poważnie dodał, że zaraz potem także nową płytę zaprezentuje kapela disco - polo - Voyager. Dziwna mieszanka, ale tyle już w życiu widziałem idiotyzmów, że ten szczególnie mnie nie zdziwił. Wkrótce okazało się, że mój drogi kolega chyba nie za uważnie słuchał i Voyager to tytuł, a nie nazwa. O prezentacji zupełnie zapomniałem, a jako, że płyty tego akurat artysty kupuję w ciemno, czym prędzej udałem się w odpowiednie miejsce, zwane sklepem.
Teraz o muzyce zawartej na płycie. Jak to u Oldfielda bywa sporo tu gitary. Słychać motywy irlandzkie i celtyckie, prócz kompozycji autorskich na płycie zawarte są melodie tradycyjne w aranżacjach Oldfielda. Muzyka jest przyjemna, perfekcyjnie skomponowana i wykonana, ale pozostawia pewien niedosyt. Po przedostatniej, wspaniałej płycie The Songs Of Distant Earth Oldfield wyraźnie obniżył loty. Przedostatnia płyta posiadała wyraźną inspirację, była nią książka A.C.Clarke'a, natomiast ostatnia wydaje się być takowej inspiracji pozbawiona. Zupełnie jak gdyby była nagrana dla porządku - mija trochę czasu, trzeba wydać płytę. Ja osobiście wolałbym poczekać dłużej i dostać coś lepszego. Momentami wydaje się że Oldfield kopiuje sam siebie. Jest to przepiękne kopiowanie, ale nic poza tym, a muzyka musi poszukiwać. Tak jak "Pieśni..." to płyta której słuchałem bez znużenia miesiącami, tak Voyager zagościł w moim odtwarzaczu jedynie kilka razy. Ktoś może zapytać po co ta recenzja, skoro nie polecam tej płyty? Otóż polecam, tak jak i każdą inną Oldfielda, ale tylko tym, którzy chcą mieć zbiór przepięknych, perfekcyjnie zagranych dziesięciu melodii.

Album's tags:

Mike Oldfield | Voyager

,

Warner Music

,

Mike Oldfield

,

muzyka elektroniczna

,

ambient

,

Tangerine Dream

,

Klaus Schulze

,

Vangelis

,

Jarre

,

electronic music

,

Kraftwerk