Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Kraftwerk | Tour de France

back

18,45 EUR
incl. VAT
Goods in stock
We ship to 3 days
Delivery of the registered letter is available from 6 EUR.
Shipment provide post office.
Powrót Kraftwerk w znakomitym stylu i z wielką klasą - ani nie są to wariacje na temat wcześniejszych własnych dokonań, ani nie jest to replika współczesnych nagrań wykonawców, którzy pod nieobecność Kraftwerk zadomowili się na elektronicznej scenie. To po prostu kolejna wspaniała płyta Kraftwerk - tylko tyle i aż tyle...
  • Prologue
  • Tour De France - Etappe 1
  • Tour De France - Etappe 2
  • Tour De France - Etappe 3
  • Chrono
  • Vitamin
  • Aero Dynamik
  • Titanium
  • Elektro Kardiogramm
  • La Forme
  • Regeneration
  • Tour De France

To play the samples you need the Flash Player. Download and install.

Ta płyta brzmi przede wszystkim świeżo i pomysłowo - a jeszcze ważniejsze jest, iż brzmi ona tak, jak gdyby grupa

Kraftwerk

nigdy nie usunęła się w cień by ustąpić miejsca młodszym kolegom z ich komputerami i programatorami. Tour de France - Soundtracks to po prostu album, którego duch logicznie wynika z kierunku obranego przez grupę lata temu, a jednocześnie nie sposób powiedzieć, słuchając tych nagrań, ile ów duch już liczy sobie lat... Grupa zachowała tak charakterystyczne dla swego stylu elementy jak ascetyczne partie wokalne na pograniczu melorecytacji, budowane często na atrakcyjnie brzmiącym muzycznie kojarzeniu splotów słów, takie jak mechaniczne rytmy, takie jak chwytliwe syntezatorowe riffy oscylujące najchętniej wokół pewnych ulubionych skal. Jednocześnie zaś w każdym utworze słychać, iż muzycy

Kraftwerk

są po prostu ekspertami w dziedzinie nowoczesnej elektroniki, aranżacje są przestrzenne i niemal eteryczne, tworzone bez najmniejszego trudu, przy czym aż chce się stwierdzić, że członkowie

Kraftwerk

nie tyle uważnie śledzili rozwój elektroniki na przestrzeni ostatnich lat, ile wręcz, iż nadal trzymają oni pałeczkę lidera wyznaczającego odważnie kierunki twórcom muzyki elektronicznej, a nie "postarzają" na siłę nowych brzmień chcąc siebie na siłę odmłodzić!
Otwierającą album suitą muzycy

Kraftwerk

mogą śmiało wjechać na swych rowerach prosto na teren kompilacji typu Café del Mar i wnieść w nie więcej świeżego powiewu, niż goszczący tam młodzi artyści - motyw przewijający się przez tę suitę równie dobrze zresztą mógłby być ozdobą jakiejś płyty wyimprowizowanej przez

Pete Namlooka

do spółki z jakimś pomysłowym, pochodzącym z najmłodszego pokolenia DJ-em. Do tego wszystkiego dodać jeszcze trzeba: nie do wiary, ale przy tym wszystkim słychać, że to stara, dobra Elektrownia, nie szukająca interesujących rozwiązań, tylko znajdująca je bez wysiłku ad hoc… Atmosfera przepełniająca takie piosenki jak Vitamin, Aerodynamik czy La forme może przywołać na myśl wspomnienie takich choćby płyt, jak Attention GusGus - przy czym propozycje

Kraftwerk

zabrzmią nawet bardziej tajemniczo i w pełniejszy sposób niż wczesne impresje islandzkiej grupy. Faktura utworów jest niejednokrotnie ciekawie zagęszczona, po części zagospodarowana przez tak charakterystyczne dla grupy niemuzyczne efekty dźwiękowe - jednocześnie zaś warto wspomnieć, iż cała muzyka stworzona została przy pomocy skromnych środków. Rytmy proponowane przez Elektrownię i tak porywają, chociaż nie ociekają aż od najrozmaitszych odmian scratchingu bądź jakichkolwiek bardzo nowoczesnych wtrętów - muzycy

Kraftwerk

delektują się dorzucanymi od czasu do czasu tu i ówdzie ornamentami i przyozdabiają nimi swą muzykę z godną pozazdroszczenia fantazją.
Miłą niespodzianką jest utwór finałowy - atrakcyjnie "odświeżona" kompozycja Tour de France ze słynnego singla wydanego między płytami Computerwelt i Electric Cafe: nie jest to ani nachalnie dyskotekowy remiks dawnego nagrania, ani oryginalna wersja sprzed lat, dorzucona tu w niezmienionej edycji przez sentyment. Dobrze może posłużyć jako analogia przykład nagrań

Mike Oldfielda

Tubular Bells z lat 1973 i 2003: to muzyka jednocześnie stara i nowa, tli się tu dawny duch, a aranżacja nie jest na tyle nowoczesna, by rozkojarzać, lecz na tyle świeża, by dyskretnie wprowadzić dawniejszą muzykę na scenę wzniesioną po (sporym nieraz...) upływie czasu.
Jest to niewątpliwie album, który zaintryguje oddanych fanów Elektrowni i pozwoli im się przekonać, że mistrzowie z Düsseldorfu są w znakomitej kondycji, a jednocześnie przekona do

Kraftwerk

młode pokolenie, które na starszych płytach niewiele mogło znaleźć do siebie - najlepsze w tym wszystkim jest to, że słychać, iż nie jest to ze strony

Kraftwerk

efekt zimnej kalkulacji, tylko uwielbienia dobrej, nośnej, prawdziwej muzyki elektronicznej: pełnej duszy niejako na przekór swej programowej mechaniczności.

Igor Wróblewski



"Gdzie są wszyscy? Co, już w środku? Dobra, idę. Czekaj, masz bilety? Ja mam? A tak... To jeszcze popcorn i colę. Wchodzimy, siadamy. Światło gasić. Zaczynaj Pan ten film". Zapraszam Was na film o jednej z najważniejszych imprez sportowych XX wieku, na film o Wyścigu Dookoła Francji. I co z tego, że nikt jeszcze tego filmu nie nakręcił! Scieżkę dzwiękową już mamy. Zadbał o to

Kraftwerk

. Nie ma sensu biadolić, że na tę płytę czekaliśmy 12 lat, że jest pierwszym całkowicie nowym longplayem Elektrowni od 17 lat. Niemniej, kiedy wziąłem tę płytkę po raz pierwszy do rąk, czułem wzruszenie.

Kraftwerk

mnie zaskoczył, w pierwszej kolejności powrotem do tematu, rozgrzebanego, a nieskończonego, dwie dekady wcześniej. Miłe było też to, że to wciąż ten sam, dobry,

Kraftwerk

, że Panowie nie poszli w stronę jakiegoś "bum bum umcyk umcyk". Słowem, że muzyka wytrzymała długie rozstanie. Jako się już rzekło, płyta stanowi swoistą ścieżkę dźwiękową (muzyczną) do filmu kolarskiego, choć może bliższe byłoby określenie ilustrację do pracowitego dnia kolarza podczas wyścigu. Zaczyna się długą suitą (Prologue, Tour de France Etape 1 & 2 & 3, Chrono), która ma oddać wysiłek kolarzy i monotonię wyścigu. I jeśli tak spojrzymy na początek płyty, wydaje się nam usprawiedliwiona jego nadmierna długość. To jest programowa płyta. Smakołyki zaczynają się chwilę dalej: Vitamin - Polfa powinna wykorzystywać ten utwór w reklamach (A B C D Vitamin). Poza zabawną w sumie treścią, utwór w warstwie muzycznej to stary dobry technopop,

Kraftwerk

w każdym celu, rytmiczny, dobrze brzmiący. Po spokojnym poprzedniku zaskakuje, kto wie czy nie najlepszy punkt płyty, czyli Aerodynamik wraz z Titanium - utwór szybszy, z ostrzejszym basem i warstwą rytmiczną. Perfection Mechanic - pozwolę sobie na mały cytacik. EKG spodobał mi się już z powodu nazwy. Ale co

Kraftwerk

wymyślił pod tą nazwą? - tego się nie domyśliłem. I znów jak za najlepszych czasów: połamany rytm, wyraźny motyw i bijące serce jako deser. La Forme i zaraz potem zbliżony Regenaration to kawałek, przez który miałem zepsutą (ale tylko troszeczkę) przyjemnośc podziwiania

Kraftwerk

na żywo. Dlaczego? Bo nie grali La Forme! Napisałbym protest, gdybym wiedział gdzie. Utwór w 200% kraftwerkowy, technopop bliski ideałowi, śmiało mógłby się znaleźć na Die Mensch Maschine - a to już wielki komplement. I na koniec deserek, doczekała się dwudziestowieczna i dwudziestoletnia wersja Tour de France debiutu na longplay. I bardzo jej z tą dojrzałością do twarzy. Dobrze, że Panowie umieścili też tę starą wersję. Od niej w końcu się zaczęło... Cała płyta jednym słowem - 55 minut 59 sek. 100%

Kraftwerku

. Miło także, że ukazały się dwa single, z utworem tytułowym i Areodynamik. "Co, już koniec filmu? Chcecie, to sobie idźcie. Ja zostaję na jeszcze jeden seans" Prologue czas zacząć. "Panie, dawaj pan ten film!"

...



...zatem

Kraftwerk

powrócił...
Po długim dość milczeniu niemieckie trio triumfalnie powraca na scenę el-muzyki a ściśle mówiąc na arenę elektronicznego techno. Nota bene zespół zaliczany jest do czołowych prekursorów tego właśnie gatunku. Tytuł wskazuje na kontynuację dawnego tematu znanego także z singli, czyli Tour de France. Jest to złudne bo zaskakuje nowymi suitami, które przywołują w pamięci ,"stary, dobry

Kraftwerk

, w jeszcze ciekawszych czasach...
Sympatyczny jest także język francuski jako kolejny popis wokalny trójki muzyków. Album pięćdziesięcio paro minutowy nie nuży fanów Elektrowni, a tym bardziej nie rozczarowuje i nie poraża nieoczekiwaną zmianą formy muzycznej jak to często sie zdarza u największych z kręgu muzyki el. Polecam ją zatem z czystym sumieniem każdemu kto zna całą dyskografię

Kraftwerku

albo przynajmniej od Man Machine czy Radioactivity.
I jeszcze jedna ciekawostka: kilka utworów nosi tytuły: Witaminy, Elektrokardiogram czy też Regeneracja. Może to zapowiedż kolejnego albumu o tematyce związanej z medycyną? Dostałem ten album w prezencie jako miłą niespodziankę... i faktycznie milszej niespodzianki wyobrazić sobie nie mogłem, chyba, że już w przyszłym roku znów się ukaże kolejny , nowy album

Kraftwerku

. A korzystając z okazji dziękuję SStokrotce za płytę i Jej to właśnie dedykuję tę recenzję.

Koniczynek
Album's tags:

Kraftwerk | Tour de France

,

Capitol

,

Kraftwerk

,

muzyka elektroniczna

,

ambient

,

Tangerine Dream

,

Klaus Schulze

,

Vangelis

,

Jarre

,

electronic music

,

Kraftwerk