Klaus Schulze, Pete Namlook

The Dark Side of the Moog box 1


128,34 PLNabout 27,31 EURbrutto

Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 1

Bestseller

Tagi albumu: Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 1, Mig, Klaus Schulze, Pete Namlook, muzyka elektroniczna, ambient, Tangerine Dream, Klaus Schulze, Vangelis, Jarre, electronic music, Kraftwerk

ARTIST Klaus Schulze Pete Namlook
LABEL Mig
NUMBER MIG01380
RECORD DATE 2022 (2000-2005)
MEDIA 5CD
PACKAGE JEWELCASE
Kod produktu 007287
POPULARITY

Lista utworów

CD1 Wish You Were There
Wish You were There
Wish You were There
Wish You were There
Wish You were There
Wish You were There
Wish You were There
Wish You were There
Wish You were There
Wish You were There
Wish You were There
CD2 A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
A Saucerful of Ambience
CD3 Phantom Heart Brother
Phantom Heart Brother part I
Phantom Heart Brother part II
Phantom Heart Brother part III
Phantom Heart Brother part IV
Phantom Heart Brother part V
Phantom Heart Brother part VI
CD4 Three Pipers at the Gates of Dawn
Three Pipers at the Gates of Dawn part I
Three Pipers at the Gates of Dawn part II
Three Pipers at the Gates of Dawn part III
Three Pipers at the Gates of Dawn part IV
Three Pipers at the Gates of Dawn part V
Three Pipers at the Gates of Dawn part VI
Three Pipers at the Gates of Dawn part VII
Three Pipers at the Gates of Dawn part VIII
Three Pipers at the Gates of Dawn part IX
CD5 The Evolution of the Dark Side of the Moog
Intro 0:12
I Wish You Were There (exc.) 03:32
A Saucerful of Ambience (exc.) 15:01
Phantom Heart Brother 05:25
Phantom Heart Brother 06:17
Three Pipers at the Gates of Dawn 02:39
Three Pipers at the Gates of Dawn 08:45
Psychedelic Brunch 08:03
The Finat DAT 10:28
Obscured by Klaus 07:57
Careful with the AKS, Peter 01:09
Careful with the AKS, Peter 08:42

Recenzja

CD1 Wish You Were There
To chyba najbardziej surowa i zachowawcza płyta w niezwykłej serii Dark Side of the Moog - oczywiście jednak już tutaj nie brakuje ani typowo schulzeańskich sekwencji oraz mollowych pejzaży, ani eksperymentalnego ambientu i kosmicznej perkusji Namlooka.
Muzyka wykluwa się z parujących lodowych pokryw o brzmieniu przypominającym wczesne organowe eksperymenty Pink Floyd albo samego Klausa Schulze. Na powierzchi zaczynają się ścielić granatowe smugi, rozmaite poświsty i poszumy powracające rykoszetem do syntezatorów i baterii efektów... W końcu rodzi się na przecięciu kosmicznych westchnień i osunięć przejmujący, mollowy krajobraz, przeszywany pociągnięciami improwizującego syntezatorowego pędzla. W takim nastroju pozostajemy jeszcze przez najbliższe minuty, by znienacka zawitać w zupełnie innym świecie: pozostała na scenie sekwencja matowieje i ujednostajnia się, a kipiące coraz większymi garściami beaty od razu kojarzące się z albumem Namlooka i Rehberga The Putney prowadzą nas na teren laboratorium, w którym możemy samodzielnie akcelerować cząstki. Ścieżka perkusyjna zagęszcza się i nabiera na regularności, a główny motyw melodyczny zaaranżowany zostaje na... tony wybierania numeru telefonicznego. Krótki pasaż w starym, dobrym, sekwencyjnym stylu prowadzi nas z kolei do innego laboratorium, w którym zgłębiać będziemy tajniki fenomenu ciszy: na odległym planie zarysowują się kontury poszarzałej melodii, jednak bardzo kruche, niepewne, w każdej chwili grożące zupełnym zaniknięciem. Po tej chwili wyciszenia czeka jeszcze słuchacza atrakcyjny, dynamiczny finał, w którym główną rolę znów grają sekwencyjne pasaże i brawurowe elektroniczne solo. W porównaniu z późniejszymi częściami serii nie ma tu jeszcze aż takiej różnorodności ani skłonności do eksperymentów, dobra muzyka jednak pozostaje dobrą muzyką. Za sprawą wyciszenia i stonowania suity Wish You Were There można dopiero z czasem, przy kolejnych uważnych przesłuchaniach, docenić wszystkie jej walory. Ta płyta może być dla tych ortodoksyjnych wielbicieli Szkoły Berlińskiej, którzy dotąd nie darzyli wielkim zainteresowaniem / zaufaniem twórców "nowych brzmień", znakomitym wprowadzeniem w świat dźwięków Pete Namlooka.

I. W.



CD2 A Saucerful Of Ambience
Słuchacz przedziera się przez duszną dżunglę, rozchylając zaparowane, grube liście; otoczenie ma taką barwę, jakby odkształcone zostało w swój negatyw. Być może jest to niesamowita oranżeria z opowiadania niemieckiego ekspresjonisty, być może jest to wytwór przyzwyczajonej do budowania znajomych kształtów wyobraźni podczas gdy mijane drzewa i wodospady są tylko zbiorami wirujących plam na otaczających słuchacza zewsząd ekranach?... Odzywają się głuche tony dzwonów, brzmiące dość zaskakująco w pełnym oparów parku. Pierwszy epizod suity, wciągający słuchacza w swój wir przez 25 minut, stanowiłby idealną ilustrację do opowieści E. A. Poe Tale of the Ragged Mountains, w której główny bohater wyprawia się w góry i zbacza na nigdy dotąd nie widzianą ścieżkę i takim sposobem wkracza w świat, w którym podjudzona morfiną wyobraźnia wyczarowuje krajobrazy i sceny z miejsca w którym przodek głównego bohatera poległ podczas oblężenia orientalnego miasta... Może być też tak, że słuchacz, który przy pierwszych dźwiękach suity pomyślał, iż wkracza na teren Everglades, wkroczył do parku Never-glades, z którego nie znajdzie już wyjścia. Brzmienia wzbierają na sile, w każdej chwili zza ciężkich dźwiękowych chmur może wychynąć skonstruowana przez figurę rytmiczną programatorów niesamowita postać...
Pierwsze prawdziwie muzyczne dźwięki to stojące akordy, nieco oddalone, prowadzące ze sobą melancholijny dialog tak charakterystyczny dla Namlooka i Schulzego. Na ich tle ciągnie się pajęczyna połyskujących syntezatorowych nut. Krajobraz rozwidnia się nieco, kończy się szpaler roślin wysuwających swe lepkie macki, teraz trzeba wsiąść do posiwiałej, zadumanej łodzi i popłynąć w nieznane rejony elektronicznego lasu. W oddali słychać, jak intrygujące poświsty splatają się z pluskiem wody... Kolejna przygoda zaczyna się w momencie, w którym deszcz perkusyjnych tonów zacznie dziurawić grube liście i odbijać się od przerywanej wiosłami tafli wody. Chmury syntezatorowych akordów usuwają się na dalszy plan, tworząc wysokie sklepienie dźwiękowej dżungli, a rytmicznie opadające krople wypełniają plan pierwszy tego epizodu suity. Należy płynąć cały czas naprzód, nadstawiając uszu na chrząkliwe dźwięki odzywające się w regularnych odstępach czasu... Na chwilę umilkną one i wtedy sterujący łodzią słuchacz straci orientację, ale to tylko ściana wodospadu zagłuszyła ponurą mantrę elektronicznej dżungli. Teraz znienacka pojawia się melodyjne, pięknie skonstruowane stereofonicznie ostinato mogące skojarzyć się z jednym z motywów z płyty Air Namlooka...
Rytm zamrze, zostawiając słuchacza kolejny raz sam na sam z obłokami mętnych, nostalgicznych akordów. Po pewnym czasie jednak czyste obłoki rozprute zostaną przez wywijające się z nich brunatne skrętnice przesterowanego syntezatora, a niedługo później powróci rozbłyskujące ostinato bombardujące chropawymi dźwiękami to lewe, to prawe ucho oszołomionego słuchacza... Kompozycja zakończy się w parnej mgle - zakończenie tej podróży jest równocześnie jej początkiem... Szumy, skrzeki, westchnienia wypełniają całą przestrzeń, zielonkawa mgła jest momentami tak skłębiona, że nawet nie widać gigantycznych skrzypów i paproci, przez które z przyspieszonym biciem serca słuchacz przedzierał się niecałą godzinę temu... Wszystko zaparowuje coraz bardziej, zasnuwa się nieprzeniknioną chmurą... słuchacz ocknie się dopiero, gdy zapadnie cisza - wtedy z niedowierzaniem przetrze oczy i przysiegnie, że odbył niesamowitą podróż, a nie usiadł wygodnie ze słuchawkami na uszach... Dowodem niechaj będzie lekkie zaparowanie na pudełku płyty The Dark Side Of The Moon 2... ;-)

I. W.



CD3 Phantom Heart Brother
Post apokaliptyczna wizja wyludnionego świata czyli dźwięki od których chodzą ciarki po plecach....Phantom Heart Brother nabiera rumieńców gdy dochodzą przejmujące pady plus płacząca gitara w dalekim tle (Part II)– wyraźnie schulze’owski kawałek. Part III wprowadza odmienny rodzaj muzykowania – pikania, sapania i inne formy zabawy brzmieniami w melodyjnym ciągu. Part IV jest nad wyraz przebojowa – ciekawy bit i wpadające w ucho linie melodyczne. Part V przynosi lejące się pady na tle zawodzącej gitary i trochę sampli głosów. Part VI to typowy Schulze z alienacyjnym klimatem. Ogólnie nie jest źle na pewno dużo lepiej niż na wcześniejszych Moogach

Dariusz Długołęcki



Powoli wybrzmiewające, niepokojące tony Mooga, niczym groźny powiew wichru, otaczają słuchacza przez kilkanaście minut... Crescendo. Pozornie, niewiele się tu zmienia, a jednak wszystkie te hipnotyczne dźwięki intrygują coraz bardziej, już zdaje się, że można wyraźnie usłyszeć osobliwą, niepowtarzalną melodię... Złudzenie?... Nie, teraz rzeczywiście zza piętrzących się chmur przezierają pierwsze minorowe akordy. Pełen nostalgii, zadumy, dojmującego chłodu epizod trwa kolejne dziesięć minut... aby doprowadzić słuchacza w kolejne nieznane, zagadkowe miejsce: tu słychać już tylko dialog elektronicznej perkusji z rozmaitymi efektami dźwiękowymi, spośród których prym wiedzie bicie serca... Czy w Niewidzialne Serce Brata wszczepiane zostają teraz sztuczne zastawki?... Trzecia część suity robi naprawdę duże wrażenie. Kolejny wątek zdominowany jest przez jednostajny puls elektronicznej perkusji, z oddali wyłania się hipnotyczna, zwielokrotniona echem sekwencja w tonacji c-moll, na tym tle rozgrywa się najbardziej melodyjny fragment utworu. Przedostatnia część przywołuje raz jeszcze nastrój wątku drugiego, dialog klawiszowych i gitarowych brzmień prowadzony jest na onirycznym tle syntezatorowego "bezkresu". Utwór dobiega końca; elektroakustyczny wstęp pełnił tu funkcję klamry: w ostatniej części jeszcze raz słychać brzmienia, od których zaczynała się przygoda z trzecią częścią cyklu The Dark Side Of The Moog. Diminuendo... Ta właśnie część rzeczonego cyklu przy pierwszym przesłuchaniu zrobiła na mnie mniejsze wrażenie niż choćby część piąta. Tymczasem, gdy po dłuższej przerwie sięgnąłem znów po ten album i wsłuchałem się we wszystkie (wszystkie słyszalne) dźwięki, "ujrzałem" to nagranie w zupełnie nowym świetle. Obcowanie z tą muzyką przypomina nieco kontemplowanie obrazu abstrakcyjnego: widz patrzy na niezrozumiałe, obce kształty, by snuć domysły na temat nie tego, co postrzega, ale tego, co teoretycznie kryje się za tą zasłoną. Uważny słuchacz kompozycji Phantom Heart Brother też może usłyszeć mnóstwo wątków, które - biorąc pod uwagę słyszalne plany - wcale się nie rozgrywają! Górę usypaną z dźwięków o specyficznej, niepowtarzalnej jakości należy "obejść bokiem" - a wtedy można znaleźć klucz do tego fantastycznego utworu. Takie odczucie opanowywało mnie przez całe 59 minut uważnego słuchania. To jedna z tych płyt, na których Twórcom udało się stworzyć intrygującą hybrydę, poprzez synkretyczne potraktowanie typowej sekwencyjnej elektroniki i brzmień awangardowych, niemuzycznych lub opartych na wyrafinowanych, osobliwych skalach. Podobnie jak choćby Phaedra i Rubycon Tangerine Dream, jak Beaubourg Vangelisa, jak poniekąd Kraftwerk 2 Kraftwerk...
PS. Skoro tytuł jedynej kompozycji wypełniającej tę godzinną płytę brzmi Phantom Heart Brother, trudno nie pokusić się o poszukanie analogii do słynnej suity Pink Floyd Atom Heart Mother, choćby zadanie to potraktować jedynie jako niezobowiązującą zabawę. Ostatecznie, nie jest łatwo porównywać utwór z pogranicza elektroniki i elektroakustyki z kompozycją prog-rockowo-psychedeliczną. (Być może porównania te wcale nie mają sensu.) Jednak można doszukać się intrygujących paraleli: w pamiętnym utworze Pink Floyd znalazł się epizod Mind Your Throats Please, intrygujący obrazek elektroakustyczny, kojarzący się najprędzej z opuszczoną, tajemniczą stacją kolejową na odludziu, którą pociągi mijają tylko ze złowróżbnym pogwizdywaniem. W suicie duetu Namlook / Schulze "brzmienia niemuzyczne" odgrywają ogromną rolę - warto jeszcze raz przypomnieć introdukcję kojarzącą się ze wspomnianym obrazkiem Pink Floyd pod względem nastroju. W utworze Pink Floyd, w epizodzie Remergence, pojawia się fragment, w którym spiętrzające się urywki kolejnych ścieżek składają się na kakofoniczny galimatias, który raptem, osiągnąwszy apogeum, przeobraża się w czytelny, klarowny motyw przewodni suity. W jednym z moich ulubionych momentów Phantom Heart Brother muzycy zastosowali trochę podobny zabieg: po atonalnej, mrocznej, blisko dwudziestominutowej introdukcji nagle docierają do uszu słuchacza pierwsze akordy syntezatorów, wyłaniające się z chaosu i stopniowo opanowujące pierwszy plan - ten fragment zawsze wywołuje u mnie lekki dreszcz podekscytowania.
PPS. Kto wie, czy wspaniałe, podniosłe "elektroniczne chóry" tak typowe dla Klausa Schulze (wymienię tylko P:T:O:, Nowhere - Now Here, Psychedelic Branch Part 8) nie nawiązują do chóru w Mother Fore z Atom Heart Mother...?

I. W.



CD4 Three Pipers at the Gates of Dawn
Podróż w głąb czwartego tomu The Dark Side Of The Moog zaczyna się przy akompaniamencie (syntetyzowanych?) smyczków, grających napięty do granic możliwości, narastający dramatycznie motyw. Natarczywe, jednoakordowe wejście tych instrumentów przeradza się na moment w łagodny motyw kojarzący się niemal z muzyką Czajkowskiego lub Kalinnikowa, ale spokojne, pejzażowe tony wkrótce zostają zmyte przez kolejną nawałnicę gwiezdnych tematów budowanych przez nerwowe, niskie pomruki smyczków, splątanych z nieziemskimi poświstami i szumami. Najdłuższa część suity oparta jest na motorycznym ostinatowym motywie, który parokrotnie zmienia rejestr i natężenie, na pozór wypełniając cały pierwszy plan utworu, mieszając się co najwyżej z najrozmaitszymi brzmieniami niemuzycznymi, dryfującymi między głośnikami w coraz to innych częstotliwościach. To jednak tylko pozory: uważne wsłuchanie się pozwoli wyłowić skomplikowane konstelacje akordowo-melodycznych chmur przetaczających się daleko w tle. Ten fragent bardzo kojarzy się z instrumentacją i produkcją takich wątków albumu Klausa Schulze Are You Sequenced? jak The Wizard Of Doz i Are We Getting Lost? - tylko uważne ucho wyłowi wszystkie niuanse melodii rozpościerającej się daleko we mgle, unosząc się nad uporczywym, dynamicznym rytmem. Kolejna część stanowi ogromny kontrast - do tego twórcy serii The Dark Sie Of The Moog zdążyli już zresztą przygotować słuchaczy. Cały muzyczny plan wypełniony jest posępnymi, mrukliwymi westchnieniami i lamentami zapomnianego, porzuconego gdzieś w leśnej głuszy ery mezozoicznej didgeridoo. Osobliwe, chrapliwe brzmienie przesyca cały epizod suity, a jako jedyne tło rozbrzmiewają głuche echa głównego tonu, deformowane i podsycane przez zmasowany atak niemuzycznych, huczących, atawistycznych brzmień dobywających się niczym spod ziemi, w środku błotnistej nocy. Pomału wyłaniają się rozpoznawalne harmonie i kilka nieśmiałych, jasnych, eterycznych akordów łączy się w jedną ścianę dźwięku, prowadzącą wkrótce do nowego epizodu utrzymanego w stylistyce zbliżonej do techno. Wciąż jednak dzieje się w tej muzyce coś, co nie pozwala jej tak łatwo zaszufladkować ze względu na charakterystyczne tempo i odpowiedni rytm… Jeden z najbardziej intrygujących epizodów wyłania się z gęstwiny dźwięków ledwie tylko przebrzmi głośny, natarczywy rytm podbity głębokim basem. Rozpoczyna się zadumana, oniryczna impresja z gitarą Namlooka w roli głównej. Gitara brzmi momentami nawet trochę jak sitar - kosmiczne, ziejące chłodem, statyczne elektroniczne tło potęguje jedynie wrażenie całej tej impresji. Mogą się tu pojawić całkiem wyraźne skojarzenia z klimatem niektórych instrumentalnych miniatur Pink Floyd z najbardziej eksperymentalnej ery twórczości tej grupy (tytuł całej serii płyt The Dark Side Of The Moog podsuwa myśl, iż skojarzenia takie są jak najbardziej na miejscu…) Muzyka przechodzi następnie przez statyczną fazę nieruchomych, omszałych akordów, po czym wpada w wir następnej silnie zrytmizowanej impresji, która podobnie jak dwie poprzednie zadowoli zarówno wybrednych DJ-ów odpowiedzialnych za atmosferę jakiegoś klubowego spotkania, jak i wymagających miłośników nowej elektroniki najwyższej próby.

I. W.



Three Pipers At The Gates Of Dawn, czyli kolejne nawiązanie do Floydów trwa równo godzinkę i dzieli się na dziewięć fragmentów. Co ciekawe, zróżnicowanych, bo po narastającej tajemniczości w pierwszej części, budowanej min. samplami smyczków, przechodzimy w nagłym rozbłysku w strumień surrealistycznego transu punktowanego później monotonnym, dyskretnym beatem. Towarzyszy nam w tej podróży cała masa nadchodzących spoza świadomości przestrzennych dźwięków, rozmaite trzaski, świsty, plumkania i brzdęki. Całkiem przyjemna jest ta podróż do bram świtu, bo najlepiej słuchać płyty oczywiście nocą. Po ponad dwudziestu minutach wszystko się rozmywa i ginie w echach pośród ciemnych korytarzy podświadomości. Nagle ćwierkają elektroniczne ptaki i równocześnie z mroku niczym nieskończony wąż wypełza dźwięk didgeridoo, ciągnący się kilka minut, hipnotyzujący swą powolną zmiennością i modulacją. Gdzieś w tle cybernetyczne świerszcze szeleszczą metalowymi odnóżami. Part IV jest po prostu plamą dźwięku rozprzestrzeniającą się jak dym po pokoju, osadzającą się w ciemnych kątach. Głęboki ambient niczym u Eno płynie jednak krótko, by zaraz przeskoczyć w pulsujący bas okraszony mocną tym razem stopą techno. To krótki przystanek i ponownie zanurzam się w nieokreślony mech akustyczny, odnajdując wśród niego leniwie pobrzękującą gitarę. Zawisam w półśnie na osiem minut, gdy nagle budzi mnie niezwykły, długo wybrzmiewający monotonnymi uderzeniami majestatyczny dzwon. Nastrój kontemplacji, w którym tak dobrze lewitowałem, zostaje po chwili stłamszony natrętnym łomotem. Lecz na koniec trafiam w świat brzmień bardzo przypinający dokonania panów w garniturach z Dusseldorfu. Znowu przez moment latają wkoło mechaniczne ważki, lecz mała wskazówka zatacza koło i płyta zatrzymuje się.

Michał Żelazowski



Wstęp do Three Pipers at the Gates of Dawn to przydługie intro w z schulze’owskimi brzmieniami sekcji smyczkowej. Part II dostaje szybki rytm plus charakterystyczną w latach 90 tych dla twórcy Mirage pracę instrumentów perkusyjnych ze sporą ilością smaczków w tle, trochę to nuży gdy Klaus się zapętla ale stosowane wtedy przełamania i zmiany tonacji pozwalają wytrwać do końca. Później uwagę zwraca dynamiczne sekwenserowanie Part V, lekko psychodeliczna w tle a ze spokojna gitarą na pierwszym planie Part VI. Pozostałe części to jak dla mnie formalne zabawy. Ujdzie.

Dariusz Długołęcki



CD5 The Evolution of the Dark Side of the Moog
Jak inaczej mogła by się rozpocząć ta płyta, jeśli nie od "Introdukcji" samego Roberta Mooga z Dark Side Of The Moog V. Poza tym płyta zawiera ułożone chronologicznie fragmenty pierwszych ośmiu płyt cyklu DSOTM. Jest to wyjątkowo udana kompilacja. Wybór fragmentów z poszczególnych części bywa zaskakujący, ale zmiksowane bez przerw tworzą spójną całość dobrze ilustrującą przebieg dotychczasowej współpracy Klausa Schulze i Pete Namlooka (niekiedy wspieranych przez Billa Laswella), której bardzo dobrze słucha się jako "niezależnej" płyty.

Inni klienci wybrali

Podobne albumy

Kup Przechowaj

Goods in stock

Wysyłamy do 1 dni
Dostawa w do punktu odbioru już od 12zł.
Przesyłkę dostarcza Poczta Polska lub Inpost.
Możliwy odbiór osobisty poza siedzibą sprzedawcy.

Napisz do nas