Jon and Vangelis

Private Collection

36,60 PLNabout 8,22 EURbrutto

Jon and Vangelis | Private Collection

Tagi albumu: Jon and Vangelis | Private Collection, Universal Music, Jon & Vangelis, muzyka elektroniczna, ambient, Tangerine Dream, Klaus Schulze, Vangelis, Jarre, electronic music, Kraftwerk

ARTIST Jon & Vangelis
LABEL Universal Music
NUMBER UMP 8131742
RECORD DATE 1983
MEDIA 1CD
PACKAGE JEWELCASE
Kod produktu 003000
POPULARITY

Lista utworów

Italian Song [2.53]
And When the Night Comes [4.35]
Deborah [4.54]
Polonaise [5.42]
He Is Sailing [6.47]
Horizon [22.53]

Recenzja

Rok 1983 był dla

Andersona

wielce znaczący. Oprócz tego krążka współpraca z

Oldfieldem

na Crises a przede wszystkim niesamowicie elektryzujący powrót

Yes

w nowej, zaskakującej oprawie czyli "i>90125. Głos

Andersona

może niektórych irytować ale dla mnie to ewenement - idealnie nadaje się do kreacji klimatów generowanych przez keyboardy co przekłada się na udział jego w projektach nie tylko

Vangelisa

ale też

Oldfielda

,

Tangerine Dream

i

Kitaro

. (Ciekawostka -

Anderson

poznał

Kitaro

dzięki...

Vangelisowi

, który zabrał go na jego koncert w LA, a potem poznał obu panów za kulisami - podczas trasy koncertowej do płyty Dream zdarzało się

Kitaro

i

Jonowi Andersonowi

zagrać covery z płyt duetu). Tutaj

Anderson

wznosi się na wyżyny. Głos Jona jest tak giętki że swobodnie przechodzi od wielkich emocji wzmocnionych orkiestrowymi brzmieniami po intymne i osobiste śpiewanie na tle delikatnych dźwięków.
Tytuł płyty odnosił się do tego że był ten materiał ich prywatną rzeczą, robioną bez publiczności. Jak wiadomo

Vangelis

to przekorna dusza i jak mówił nie robi dwa razy tego samego - wszystko co robi jest spontaniczne i jest improwizacją nie lubi być kontrolowany, ograniczany i żeby stawiano mu jakieś oczekiwania. A takie mu właśnie Polydor postawił - wydać płytę do filmu Blade Runner.

Vangelis

odmówił. Wściekli dysydenci zdecydowali jako odwet nie promować płyty Private Collection. I tak mimo że większość kompozycji (poza Italian Song i Horizon) ukazała się na singlach, ze słabym wsparciem ze strony wytwórni nie zdobyła list przebojów tak jak i sam album, który nie okazał się komercyjnym sukcesem ale był wszak bez kampanii reklamowej wydany chociażby na rynku amerykańskim. Dla kolekcjonerów single są cenne gdyż niektóre wersje zawierają na stronie B piosenkę z tej samej sesji tyle ze nie zawartą na longplayu czyli Love Is (odsyłam do bootlega High In The Sky.Rare And Alternative Tracks). Ciekawa jest też okładka - dość intrygujące zdjęcie w formie graficznej (otoczone symetrycznymi liniami, krój czcionki) przypominającej pierwotną wersję okładki do Friends Of Mr Cairo. Czyżby oznaczenie kontynuacji?
ITALIAN SONG - zimne dźwięki i głos

Andersona

równie mroźny w swej czystości, edytowany pogłosem niczym w lodowej jaskini, układają się w piękną, króciutką ni to kołysankę ni to bożonarodzeniową kolędę. Muzycznie praktycznie bez zmian aż do 1.42 gdzie

Vangelis

daje popis tworzenia nastroju piękną solówką ubarwioną ozdobnikami - znika tu głos

Andersona

ale powraca wraz z wiodącą melodią w 2.19 by krótko potem zakończyć tą miniaturkę. Te romantyczne otwarcie płyty

Vangelis

uznał za na tyle nośne że zamieścił je wśród nagrań zagranych na koncercie w 1991 w Rotterdamie (

Anderson

się pojawił ale głos był playbacku). Bardzo spokojny, prawie majestatyczny kawałek, ze znakomitą kombinacją magicznego głosu i zwiewnych i płynnych keyboardów. Słowa niezrozumiale - to nie jest angielski a w książecce nie zawarto tekstu.
AND WHEN THE NIGHT COMES - spokojny rytm perkusji, trójkąt i powtarzające się wysokie dźwięki z keyboardu, na to wszystko nachodzi wokal

Andersona

- to chyba najpiękniejsze odmalowanie nastroju głosem do muzyki Vangelisa, który jest jakiś taki smutno - zadumany. Muzyka znakomicie zinstrumentalizowana m.in. smyczkami, przez moment może przeszkadzać wprowadzenie saksofonu, i to w dość ostrym brzmieniu ale konfrontując to z tekstem owa solówka ma za zadanie trochę rozproszyć ów powabny, czarowny nastrój roztoczony przez obu panów, zresztą dalsze nie natarczywe dźwięki saksu który kończy tą pieśń łagodnieją stają się bardziej przystępne i można by rzec kusząco seksowne. Ten zmysłowy sax jest udaną reminiscencją muzyki z Blade Runner (znowu

Dick Morrisey

). Ten prawie ckliwy temat to perełka klimatu i muzyki zarazem. And When the Night Comes, wydaje się być słodszą, delikatniejszą wersję The Friends of Mr. Cairo. Liryki w bardzo stosowny i delikatny sposób przedstawiają temat seksu. Jeszcze raz podkreśliłbym że głos

Andersona

znakomicie uzupełnia, bogatą aurę tego obrazka malowanego dźwiękiem przez

Vangelisa

.
DEBORAH - piękny wstęp dla falsetu A na początku, prowadzi tylko fortepian, by po chwili dorzucić lejący się dźwięk syntezatorów i zestaw ozdobników z wysokimi tonami. Utwór ma dystyngowaną formę niczym telenowela z wyższych sfer. Ot bardzo ładna piosenka - ciekawostką zdaje się lekko zwokoderowany w pewnym momencie głos

Andersona

i śliczna fortepianowa solówka z typowym dla

Vangelisa

podkładem. Ten kawałek jak dla mnie jest najmniej ciekawy co nie znaczy zły. Utwór jest głęboko poruszający w ciepłym, romantycznym klimacie. Treściowo ma charakter apostolarny, to odpowiedź na list małej dziewczynki i radowanie się z obserwacji jak rośnie - właściwie można to odbierać jako hymn na cześć wszystkich milusińskich albo... ojcowską radość i dumę z własnej pociechy i traktowania jej jako kogoś szczególnego. I znowu znakomicie dopełniającym interpretację

Andersona

elementem jest muzyka

Vangelisa

.
POLONAISE minimalistyczna w kwestii dźwiękowej oparta na rytmie na trzy ballada. Muzyka idealnie podkreśla głos Jona, ale bardziej mu towarzyszy niż wybija się na plan pierwszy, zwraca uwagę wykorzystanie "widmowych" chórów. Znowu wysokie dźwięki idealnie pasujące do tembru głosu

Andersona

, i bardzo emocjonalna przeróbka Poloneza

Chopina

, wzmocniona perkusyjnym crescendo po słowach - usłyszmy i módlmy się. Po owej kulminacji wraca bardzo łagodnie, powolne budowanie nastroju aż do subtelnego wyciszenia. Głos Jona wiedzie nas na szczyty, Vangelis wtóruje mu najpierw jako tło by potem wysforować się na równorzędne miejsce aż do wspólnego punktu kulminacyjnego. To nic innego jak opowieść o odnajdywaniu spokoju i harmonii i niesieniu nadziei. Tekst jak i tytuł (fonetycznie po francusku - Polakom) w zakamuflowany sposób odnosi się do politycznych wydarzeń w Polsce w czasie nagrywania płyty, ruchom społecznym przeciw komunistycznemu reżimowi. W jednym z wywiadów

Vangelis

przyznał, że mimo że całość to była spontaniczna jak zwykle zabawa, nie potrafili uciec od wydarzeń na zewnątrz a że byli bardzo poruszeni wydarzeniami w Polsce, nie od strony politycznej ale czystko ludzkiej stworzyli ten utwór. Jon śpiewa - mamy prawo wybierać, nasze serca nas uwolnią a nic nas nie złamie póki jesteśmy otwarci, pomóżmy naszym dzieciom używać jej rozsądnie, dla milionów nadejdzie prawda, zostawmy agresję za sobą a zamieńmy ją Tobą. Owym "Tobą" mniemam ma być Bóg - w tekście roi się od aluzji religijnych - pojawia się typowe słownictwo z pieśni kościelnych - modlitwa, wiara, chwała, świętość, światłość. Prawdopodobnie to wynik postrzegania Polski w tamtych czasach poprzez pryzmat Papieża, jako bastionu chrześcijaństwa za żelazną kurtyną a druga sprawa że

Anderson

jak już zauważyłem przy Friends Of Mr Cairo przemyca do swych tekstów sporo elementów wywołujących skojarzenia religijne. Na tej płycie nie wahał się już ich umieścić wprost ale o tym za chwilę.
HE IS SAILING zaskakująco silne brzmienie atakuje nas od samego początku wyeksponowanymi instrumentami perkusyjnymi. Utwór jest głośny i niesamowicie podkreśla mocny, czysty głos

Andersona

. Solówki

Vangelisa

oparto tym razem na keyboardach, wydobywających ciekawe "miauczące" dźwięki wędrujące między kanałami. Przepiękna ściana dźwięku podczas wokalizy

Andersona

. Można powiedzieć że to obok ostatniego utworu najbardziej ambitny muzycznie kawałek, z wielością zmieniających się orkiestracji, ciekawymi, zmieniającymi się partiami wokalnymi i przeróżnymi efektami perkusyjnymi i energetyzującym rytmem. Niezwykle ciekawie dzieje się w słowach przynoszących tajemniczo - religijne emblematy, które można odczytać jako pieśń nadziei na ponowne nadejście Jezusa ale znów nie jesteśmy tego do końca pewni. W tekście bazuje się na serii aluzji i niedopowiedzeń które nie da się jednoznacznie zinterpretować ale najbardziej pasuje nam ta opowieść jako dzień sądu ostatecznego z tym że w wersji dla tych co nie grzeszyli i wypatrywali go z niecierpliwością. Zwraca też uwagę podobieństwo klimatu z tekstem poprzedniego utworu.
HORIZON początek brzmi imponująco jak mroczniejszy klimatem brat bliźniak poprzedniego utworu i przynosi też skojarzenia z tematem z Bounty. Strumień potężnej muzyki pochłania nas całkowicie. Mocno egzaltowany głos

Andersona

pojawia się dopiero w 2.04, wzmacniany głuchymi podgłosami uderzeń talerzy, dającymi niesamowity efekt - ów podniosły nastrój, prawie patetyczny i z lekką dozą grozy - zostaje wyciszony sposobem w jaki

Anderson

powtarza swoisty refren "peace will come" poprzez głos pełen nadziei i wiary, i pewności że tak będzie i wtedy na zakończenie następuje muzyczna kulminacja, eksplozja bombastycznej melodii zdaje się ze słyszymy co najmniej 40 osobową orkiestrę, zapierający mi dech w piersiach fragment, podkład perkusyjny pozostaje ale keyboardy podążają nowym szlakiem, tonując jakby owe szczytowanie. Następuje repryza początku utworu z ponowną powtórką kulminacji z dodanym biciem dzwonów. Jeśli ten utwór miał zdyskontować suitę Friends Of Mr Cairo jako najbardziej pamiętaną udaje mu się to znakomicie... do gwałtownego ucięcia w 9.33. Wolta w melodii i tempie: podkład łagodnieje i wzlatujemy pod chmury nawet słychać coś jakby chór niebieski - tę solówkę zastępuje potem zadumany, nostalgiczny fortepian zatopiony w dźwiękach dzwoneczków. Te eteryczne przedstawienie muzycznego ekwiwalentu horyzontu to zarazem wstęp do nowej historii, bardzo pięknej, balladowej części tej suity.

Anderson

powraca dopiero około 14 minuty śpiewając słodko i romantycznie co jeszcze podkreślono echem, tu też refrenem jest że "słodka muzyka i twe tajemne serce, oba mają uzdrawiającą łaskę" co koreluje z dźwiękami pojawiającymi się podczas tego tekstu... następnie

Vangelis

zrywa melodię basowymi pomrukami i tak często później wykorzystywanym efektem uderzenia olbrzymich talerzy a fortepian wprowadza słuchacza w nowe zaułki muzyki

Vangelisa

z przepiękną wieńczącą finał melodią na fortepian.

Anderson

znowu jest kojący i spokojny i para razem zmierza ku satysfakcjonującej konkluzji. Przesłanie można by streścić w słowach powtarzanych niczym refren "Peace will come / Come true Horizon". To swoisty hymn, pełen nadziei wyrażanych przez Andersona, o zadziwiających cechach człowieka i nawoływanie żebyśmy znowu zbudzili w sobie dziecko które w nas zginęło, co poniesie nas znowu ku emocjom i uczuciom i w końcu ku dobru. Żarliwość z jaką to kreśli że ludzie w końcu się opamiętają przywodzi na myśl chrześcijańskie pieśni. Pseudo religijne elementy są odzwierciedlone także muzycznie w nakładających się chórkach przypominających kościelne śpiewy, czy radosnym biciu dzwonów. Symfoniczno zwiewny Horizon to niesamowity epicki utwór który powoduje że rzeczywiście czujemy promyk nadziei, że w tym okrutnym świecie coś się zmieni, swoiste życzenie pokoju w czasach wojny, muzycznie apokaliptyczna kombinacja części cichych z pełnymi glorii i patosu. Czułość i piękno kompozycji znakomicie koresponduje ze znaczeniem transcendentalnych tekstów.

Jakościowo płyta stoi wyżej nad pozostałymi albumami duetu. Bardziej oszczędne aranżacje, perfekcyjnie uszyty nastrój, zwartość materiału, stylistyczna jednolitość, momentami mroczniejszy klimat niż na poprzednich krążkach i dużo ciekawiej i w tekstach i w a to spokojnej, falującej zefirkiem a to pompatycznej, rozpierającej mocą wichru muzyce. Brzmienie keyboardów jest bardziej nowoczesne, z ciekawym wykorzystaniem echa, krystalicznie czystsze i płomienne niż na Friends of Mr. Cairo czy Short Stories. Atmosfera którą razem wytwarzają jest niezaprzeczalnie wspaniała na tej najbardziej romantycznej płycie w ich dorobku. Jest tu tak jak w tekście słodka muzyka ma uzdrawiającą moc. Cudowny głos, liryki i niesamowita muzyka tworzą niepowtarzalną magię, której nie udało się już odtworzyć ani podczas niedokończonej sesji w 1986 roku ani na wydanej w 1991 roku płycie Page Of Life.
To arcydzieło nastroju.
Dariusz Długołęcki

Inni klienci wybrali

Podobne albumy

Kup Przechowaj

Goods in stock

Wysyłamy do 3 dni
Dostawa w formie listu poleconego dostępna już od 8zł.
Przesyłkę dostarcza Poczta Polska. Możliwy odbiór osobisty poza siedzibą sprzedawcy.

Napisz do nas