Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Vinyl

(98 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Vangelis | Earth (LP)

    Vangelis | Earth (LP)

    Jeśli ktoś mieni się wielbicielem twórczości Vangelisa, a nie zna płyty Earth, to powinien czym prędzej nadrobić tę zaległość. Dobra okazją ku temu jest wznowienie albumu z remasteringiem samego Mistrza. Zrealizowany w 1973 roku i sygnowany jeszcze pełnym nazwiskiem Vangelis O. Papathanassiou album Earth jest swoistą zapowiedzią tego, co później usłyszymy na kolejnych jego solowych dziełach. Nie będzie wcale wielka przesadą stwierdzenie, że wiele późniejszych płyt wielkiego Greka to tylko muzyczne rozwinięcie utworów z tego własnie albumu.

    J.D.



    Słuchając dynamicznej scieżki rytmicznej i elektryzujących riffów introdukcji Come On można przypuszczać, iż słucha się nagrania Led Zeppelin (z okresu trzeciej płyty) albo T. Rex, ale na pewno nie Vangelisa! Utwór otwierający mocnym akcentem album Earth nie zaskoczy już jednak aż tak bardzo wszystkich tych, którzy zdążyli się już zapoznać choćby z płytą Phos sygnowaną: Socrates with Vangelis. Sporo na Earth elementów ocierających się o stylistykę Socratesa, niemniej jednak już od pierwszego przesłuchania niniejszy album wydaje się w porównaniu z Phos dużo dojrzalszy, ciekawszy, bardziej urozmaicony. Szczególnie interesująco brzmi utwór We were all uprooted, balansujący między free-jazzem a rockiem progresywnym - to byłby znakomity fragment ścieżki dźwiękowej do filmu A. Kurosawy Rashomon. Po tajemniczej, deszczowej impresji konstrukcyjnie i muzycznej już nie tak odległej od późniejszej muzyki Vangelisa słyszymy utwór, z którego wyłoniła się Bacchanale, otwierająca album Heaven & Hell. W kolejnych utworach znów fascynować będzie nas połączenie zachmurzonych gitar, grzechotliwych instrumentów perkusyjnych oraz najbardziej zdumiewających dodatków rodem z egzotycznego snu. Balladowe, wokalne fragmenty mają nawet coś z atmosfery A Pillow of Winds Pink Floyd (Meddle, 1971). Dla wszystkich miłośników dobrej, otwartej na eksperymenty i aranżacyjne poszukiwania muzyki, Earth jest pozycją obowiązkową, natomiast dla słuchaczy znających tylko najnowsze płyty Vangelisa będzie to na pewno duża niespodzianka, może w niektórych przypadkach zbyt duża, ale dobra muzyka pozostaje dobrą muzyką: na pewno warto poświęcić tej płycie uwagę.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    23,62 EUR
  • Vangelis | Blade Runner (LP)

    Vangelis | Blade Runner (LP)

    Vangelis ponownie mnie zaskoczył, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Kolejne jego płyty zawsze mnie zachwycały i przynosiły moc niesamowitych wrażeń (wspomnę tu The City). Tak też jest i tym razem. Ta płyta jest jednak wyjątkowa i to nie tylko z powodu nawiązań do wspaniałego filmu Ridleya Scotta. Takiej dawki nastroju, klimatu i zwykłego piękna w vangelisowskim sosie muzycznym nie słyszałem od dawna. Wynika stąd wniosek, iż Vangelis jest jak dobre wino - im starsze, tym lepsze.
    Ścieżki dźwiękowe mają to do siebie, że muzyka na nich zawarta powinna stanowić składową część filmu. W przypadku Łowcy androidów Vangelis poszedł dalej: jego muzyka i film Scotta stanowią pewnego rodzaju amalgamat. To połączenie sprawia, że nie można słuchać muzyki nie myśląc o filmie i nie oglądać filmu nie ulegając urokowi kompozycji Vangelisa. A uroku jak już wspomniałem, muzyka to posiada wyjątkowo dużo. W zestawie nagrań znajdują się trzy utwory, które znane są już z wcześniejszej płyty Vangelisa Themes, a mianowicie Memories of Green (ten kawałek kompozytor opublikował już w 1980r. - See You Later), Love Theme, i Blade Runner. Jako, że te utwory są już znane skupią się na pozostałych nagraniach. Najbardziej niesamowite wrażenie sprawia (moim skromnym zdaniem) utwór Blade Runner Blues - najpełniej oddający klimat filmu; wprost trudno oprzeć się nastrojowi tej najdłuższej na płycie kompozycji, co ciekawe stworzonej bardzo prostymi środkami. Rachel's Song to kolejna perełka na tym soundtracku - nostalgiczna wokaliza Many Hopkin uzupełniona o typowo vangelisowskie dźwięki (fortepian "udający" spadające krople deszczu). Wait for Me to równie piękny utwór, choć już może nie tak nastrojowy. Tales of the future to przede wszystkim popis wokalny starego kompana Vangelisa, Demisa Roussosa - faceta, który zawsze kojarzył mi się z łzawymi utworami o miłości (jestem chyba niesprawiedliwy - są przecież jeszcze nagrania Aphrodites Child). Opowieści przyszłości brzmią dzięki niesamowitemu głosowi Roussosa jak apokaliptyczna wizja. W trzy utwory Main Titles, Blues Response i Tears in Rain zostały umiejętnie wplecione dialogi bohaterów filmu. To bardzo dobry pomysł i wart naśladowania. Całość wizerunku muzycznego Blade Runnera dopełnia "tandetna piosenka barowa" (to moje określenie) One more kiss, dear - mimo swej oczywistej banalności nie drażni zmysłu słuchu (to chyba kwestia przyzwyczajenia). Ta płyta to przykład ciągłej ewolucji muzycznej Vangelisa. Mimo tego ewoluowania nadal jest wierny korzeniom swych fascynacji muzycznych i nie ulega wpływom wszelakich mód i tak powszechnej obecnie komercji, która zabija prawdziwą muzykę (nie tylko elektroniczną).

    Marcin Pirek


    Rok 1982 przyniósł Vangelisowi szczyt sławy i długo oczekiwane uznanie jako kompozytora muzyki filmowej. Jego ścieżka dźwiękowa do Chariots Of Fire przez 15 tygodni utrzymywała się na pierwszych miejscach amerykańskich list przebojów, aby w końcu zdobyć Oskara. W tym wspaniałym dla siebie okresie w Londynie Vangelis przygotowuje muzykę do innego wielkiego przeboju kasowego - Blade Runnera, opowieści science fiction wyreżyserowanej przez Ridleya Scotta, w której główne role zagrali: Harrison Ford i Rutger Hauer. W tej doborowej stawce Vangelis wcale nie okazał się słabszy. Stworzył wspaniałą muzykę, która mimo upływu wielu lat wcale się nie zestarzała, o czym przekonałem się niedawno. Szkoda tylko że przyszło nam na to czekać aż tak długo. Ale nie jest to do końca prawdą bowiem w tym samym 1982 roku ukazała się wersja orkiestrowa tej muzyki. Przygotował ją Jack Eliott specjalnie dla New American Orchestra, którą sam poprowadził. Niestety przez lata byliśmy skazani na słuchanie tej wersji, z małym wyjątkiem bowiem trzy kompozycje z filmu w oryginalnej wersji ukazały się na płycie Themes (Polydor, 1989). Teraz kiedy po latach mogę posłuchać obu wersji ta pierwsza wydaje mi się śmieszna i staromodna. Przypomina mi nieco poczynania orkiestry Zbigniewa Górnego, prezentującego w latach 70-tych i 80-tych światowe hit w polskiej telewizji. Ale wówczas czasami nie można było inaczej. Dlaczego tak samo stało się u amerykanów, prawdopodobnie na zawsze pozostanie ich słodką tajemnicą. Bogate, orkiestrowe aranże Patricka Williamsa, Eddiego Karama czy Angela Morley są bardzo pięknie i zapewne wspaniałe... ale mają się nijak do tematyki i przesłania całego filmu. Dopiero słuchając oryginalanej muzyki odkrywamy geniusz Vangelisa.
    Przejawia się on w tworzeniu wspaniałego klimatu ogromnego miasta, jego ulic, knajp, mrocznych wnętrz domów. Wcześniej ilekroć oglądałem film moja uwaga skupiona była głównie na sugestywnych obrazach wykreowanych przez Scotta. Muzyka była tłem, na które zawsze zwracałem uwagę, ale nigdy nie była ona dominująca. Teraz kiedy mamy płytę, jest sama muzyka i ona jedynie oddziaływuje na wyobraźnię. I to działa.
    Pewnie niewielu kinomanów lubiących często powracać do tego filmu odkryłoby, że w jednej ze scen śpiewa niegdyś wielka gwiazda festiwalu w Sopocie, sam Demis Roussos. Wcześniej Roussos wspólnie z Vangelisem i grupa emigrantów z Grecji przez kilka lat tworzyli zespół Aphrodites Child. Na ścieżce dźwiękowej Blade Runnera Roussos wykonał wspaniały, prawie arabski wokal w mrocznym utworze Tales Of The Future. I pewnie ja także bym się nie zorientował gdybym nie usłyszał samej muzyki. To nie jedyna perełka, którą odkryłem podczas słuchania oryginalnych utworów Vangelisa. Podczas realizacji orkiestrowych wersji pominięto jeszcze pięć innych kompozycji: Blush Response, Wait For Me, Rachel's Song, Damask Rose i finałowy Tears In Rain. Wcale się nie zdziwiłem, że było ich tak wiele bowiem muzyka Vangelisa w odróżnieniu od tego co się powszechnie uważa, jest pełna elektronicznych brzmień i efektów czysto studyjnych, praktycznie nie do odtworzenia przez orkiestrę. Jedyny wyjątek stanowi One More Kiss, Dear - knajpian blues, w którym poza głosem wokalisty i barwą dźwięku w filmie symulującą radio, nie różni się niczym od swej orkiestrowej kopii. Cała reszta muzyki to czysta elektronika ożywiona magicznym tchnieniem genialnego Greka.
    Spośród nowoopublikowanych utworów na uwagę zasługuje dynamicznie rozwijający się Blush Response z nagranymi na początku głosami aktorów, mroczny Damask Rose przedłużenie Tales Of The Future oraz deszczowy Tears In Rain, podobnie jak poprzednie zawierające głosy Forda i umierającego w scenie finałowej Hauera.
    Co ciekawe całą tę elektroniczną otoczkę wytworzoną dla potrzeb Blade Runnera - szumy, głosy i ambientalne dźwięki docierające z zakamarków żyjącego miasta po latach Vangelis przypomniał podczas nagrywania The City (Dawn, Morning Papers, Procession). Jednak płyta ta nie jest w stanie dorównać autorskiej wersji soundtracku Blade Runner.
    Michał Zioło

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    19,93 EUR
  • Klaus Schulze | Trancefer (LP)

    Klaus Schulze | Trancefer (LP)

    Na płycie znajdują się dwa utwory o bardzo zbliżonych czasach trwania. Muzyka konstruowana jest przy wykorzystaniu komputerów i wszelkiej innej elektronicznej aparatury, do której próbował Schulze przekonać miłośników swej muzyki poprzednią płytą, czyli niezwykle interesującą pozycją Dig It, a na pierwszym planie praktycznie nieustannie gości dryfująca, lamentująca, szydząca i skradająca się wiolonczela Wolfganga Tiepolda.
    A Few Minutes After Trancefer zaczyna się nietypową, nieco dysonansującą alternacją akordów intonowanych przez vocoder; muzyka zaczyna się zupełnie znienacka, utwór pozbawiony jest długiej, niemal niesłyszalnej introdukcji lub partii brzmień niemuzycznych przygotowujących dopiero grunt pierwszemu stricte melodycznemu motywowi. Muzyka wkrótce nabiera rozkołysanego pulsu, ociekającego krystalicznymi, suchymi kroplami - chyba ten oksymoron dobrze oddaje charakter "nowej" muzyki Schulzego, konstruowanej wedle podobnych jak wcześniej zasad kompozycjynych, ale nabierającej zupełnie innych barw niż klasyczne, analogowe płyty kompozytora i muzyka z Berlina. Wszelkie brzmienia są wręcz sterylne, a jednocześnie niemalże oddziałują na zmysł węchu swoją wonią kabli, ciekłokrystalicznych fabrycznie nowych ekranów, rozgrzanych zasilaczy i zimnych głośników. Tak typowe dla schulzeańskiej muzyki "elektroniczne chóry" rozbrzmiewają i w tej kompozycji, odbite zostają jednak w vocoderowym zwierciadle. Tylko wiolonczela prześlizguje się granatowo-srebrnymi smugami przez jaskrawy błękit elektronicznego tła w sposób podobny jak na płycie Dune, tak, jakby muzyka Klausa Schulze w ogóle się nie zmieniła. Chyba właśnie to połączenie przejmującej wiolonczeli z nowatorskimi, frapujacymi opracowaniami ostinat i wszelkich dźwięków tła sprawia, że cały album brzmi po prostu niezwykle. Warto jednak jeszcze zwrócić uwagę na rewelacyjne, budujące melodię w większym stopniu niż rytm, patrie perkusyjne, omiatające swym porządkującym spojrzeniem plan utworu, powracające w różnych konfiguracjach, bombardujące tło w podobnie swobodny, rozimprowizowany sposób jak w utworze Death Of An Analogue z płyty Dig It.
    Druga kompozycja, Silent Running, jest jednym z najbardziej intrygujących utworów, jakie przedstawił słuchaczom Klaus Schulze. W takt spiesznego, ciągnącego się pulsu i elektronicznego mrowienia, wiolonczela stawia znaki zapytania, chytrze zeskrobuje postawione wcześniej wykrzykniki, zgrzytliwie ociera się wielokropkami, utyka długimi myślnikami - a barwa instrumentu Tiepolda staje się to chłodna, to niemal pogodna, to znów postrzępiona i zachrypnięta jak w niektórych spośród "Hymnów" Alfreda Schnittke. Utwór zgodnie z tytułem miękko biegnie przed siebie, pozostawiając słuchacza w stanie napiętego wyczekiwania. Przed słuchaczem rozmazują się kolejne światła i plamiste zygzaki, fosforyzujące aż do wygaśnięcia - nocne, niezbadane tło wciąż pulsuje niepokojącą muzyką, a słuchacz aż do finałowej, dziewiętnastej minuty będzie oczekiwał rozładowania napięcia...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Timewind (LP)

    Klaus Schulze | Timewind (LP)

    Bestseller
    Sukces tego właśnie albumu sprawił, iż berliński artysta mógł sobie wreszcie pozwolić na wynajęcie profesjonalnego studia oraz zakup dodatkowego sprzętu na sesję nagraniową kolejnego albumu, Moondawn. Timewind zarejestrowany został w domowych warunkach na ośmiośladowym sprzęcie, podczas gdy cała muzyka rejestrowana i miksowana była na żywo! Tym bardziej oszałamiać może spektrum wyczarowanych tutaj barw i nastrojów. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej niesamowitych i przejmujących albumów sygnowanych nazwiskiem Klausa Schulze. Dwie półgodzinne impresje poświęcone Richardowi Wagnerowi przynoszą odrętwiałe alternacje mollowych akordów i lodowate wysączenia improwizowanych ścieżek melodycznych. Muzyka spowita jest zawiesistą mgłą świtu, porywisty wiatr zmusza czas do zmiany biegu i słuchacz obserwuje w takt smutnych, ołowianych impresji, jak ledwo zarumieniona wiosna przeobraża się na powrót w głęboką zimę zapomnienia i rezygnacji. Utwory proponowane tu przez Klausa Schulze są chyba jeszcze bardziej przygnębiające niż impresje przygotowane na młodszą o dwa lata płytę Mirage - a z drugiej strony nie ma tu mowy o czystej rezygnacji i zupełnym przygnębieniu, jako że kreowana na Timewind muzyka ma niesamowitą witalną moc. Nie jest to w żadnym wypadku album lekki, ale nie zwalnia to nikogo z obowiązku przesłuchania go chociaż jeden raz! ;-) Arcydzieło atmosferycznej elektroniki sekwencyjnej, będącej jako gatunek dopiero w fazie rodzenia się, a już osiągającej niedostępne dla innych wyżyny.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Moondawn (LP)

    Klaus Schulze | Moondawn (LP)

    Pierwsze nagranie rodzi się pośród zamglonych, spowitych tajemniczym mrokiem fal, z których najpierw wynurzy się recytowana introdukcja (na ileż lat przed samplowanymi głosami wychylającymi się z dźwiękowych pokładów utworów Yen albo The Dome Event!), a następnie wysączą się posępne opary akordów. Atmosferyczny początek poprowadzi słuchacza ku jednemu z najwspanialszych fragmentów całej dyskografii Klasua Schulze: z omszałego tunelu tajemniczych, osowiałych dźwięków, wypływa powoli stereofoniczna sekwencja wielokrotnie zmieniająca rejestr, unosząca się na czarnych wodach wciąż zaciągniętego mgłą tła niczym lekki kawałek kory poruszany niewidocznym wiatrem (zapewne Wiatrem Czasu...). Na pierwszym planie wykwitają najrozmaitsze wzory kierujące się ku celowi wodnej podróży tylko swą intuicją - w tle gęstnieje zaś ścieżka perkusyjna wspaniale wyznaczana przez Haralda Grosskopfa, nabierająca coraz bardziej opływowych kształtów i zrównująca się głośnością z głównym sekwencerowym akompaniamentem. Muzyka tętni coraz bardziej nieposkromionym temperamentem, aż znajdzie swoje wyładowanie w wygasającym ponurym echem, lodowatym finale. Drugi utwór także zaczyna się bardzo statycznie i melancholijnie - być może wyblakłe, pozbawione oczu podziemne ryby kryją się przy smolisto czarnych ścianach swych królestw, zaniepokojone zbliżającym się pomrukiem burzy, mogącym zwiastować trzęsienie ziemi? W przejmującej introdukcji do suity Mindphaser czai się coś niesamowitego i tragicznego. Muzyka wzbiera w pewnym momencie na sile, syntezatorowe akordy mętnieją i wzburzają się... aż dojdzie do niespodziewanego wkroczenia potężnej ścieżki rytmicznej, przykrytej pieniącymi się falami masywnych organowych akordów. Harald Grosskopf improwizuje na swym zestawie perkusyjnym nie mniej interesująco, niż gdyby była ona syntezatorem pełnym najniezwyklejszych możliwości - Klausa Schulze podsuwa kolejne akordy, tężejące i przeobrażające się w pomniki przemarzniętych dźwięków. Ten nastrój utrzyma się już do końca utworu, pozostawiając jedynie spopielałe obłoki wymierających mrocznym echem poszumów i poświstów.

    I. W.

    Availability: Temporary absence | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Mirage (LP)

    Klaus Schulze | Mirage (LP)

    Bestseller
    Album Mirage wydany został między dwiema częściami wydawnictwa Body Love - w porównaniu z tymi pozycjami Mirage jest płytą niemal arytmiczną, niezwykle oniryczną, brzmiącą wręcz skrycie, zawoalowanie. Główne wątki melodyczne rozwijają się niespiesznie, nikną w odmętach brzmień niemuzycznych, splatają się ze sobą i gdy już zaczynają się składać na wyrazisty motyw - rozpuszczają się, przykryte lodowatymi falami szumów i tęsknych, chłodnych ech elektronicznych westchnień. Najwięcej wspólnego z atmosferą Mirage miały takie kompozycje z cyklu Body Love jak Blanche i (zwłaszcza) Moogetique - ale tamte utwory brzmiały klarowniej, brakowało i przede wszystkim tej gęstości i głębi brzmienia tak charakterystycznej dla zimowych "miraży" Klausa Schulze.
    Przy pierwszym przesłuchaniu ta płyta może nawet nieco rozczarowywać - brak tu pulsującego, prawie huczącego, transowego ostinata, na tle którego syntezatory lub organy snują swe improwizacje, brak tu chwytliwych kombinacji brzmieniowo-melodycznych w takim stylu, jaki zdominował nagrania z Body Love, brak tu niesamowitych, podminowanych niebywałym napięciem improwizowanych partii perkusyjnych raczej opowiadających niezwykłe brzmieniowe historie niż po prostu zamarkowujących rytm... Kompozycje z Mirage odsłaniają w pełni swój czar dopiero przy kolejnych, uważnych przesłuchaniach - pewnego dnia słuchacz zostanie na tyle wciągnięty przez tajemnicę tej płyty, iż zapragnie obcować z nią częściej aniżeli z innymi płytami... Oba utwory brzmią tak, iż nigdy nie uda się słuchaczowi przejrzeć ich "na wskroś". Wielogłosowość i atmosfera tej płyty są oszałamiające - jakiś detal zawsze zdoła ukryć się przed ciekawskim uchem odbiorcy. Trudno nawet zaproponować adekwatne wizualizacje do tej muzyki - największym bowiem plusem zaprezentowanych tu nagrań jest ich płynność, rozchwianie, niebywała "halucynacyjność". Wystarczy jedno mrugnięcie powieką, jeden gwałtowniejszy wdech sprowokowany rozlewającymi się elektronicznymi brzmieniami i cały obraz zostaje zburzony, a kolejne pojawią się dopiero, gdy uzbiera się w umyśle słuchacza odpowiednio gruba warstwa arpeggiatorowych płatków śniegu i oscylatorowych lodowych tafli...
    Zamieszczony na składance 2001 siedmiominutowy ekscerpt z kompozycji Crystal Lake zdaje się sugerować, iż Mirage jest płytą pełną wyrazistych melodii, dobitnie zamarkowywanych akordów i chwytliwych arpeggiatorowych tematów. Zapoznanie się z całym albumem może okazać się sporym "szokiem termicznym" - na albumie Mirage panuje najprawdziwsza, mroźna zima, nieposkromiona i przygnębiająca; nie taka, jaką znamy z kojących baśni, tylko taka, która zjawia się w najbezczelniejszych, najbardziej niezrozumiałych i poruszających snach pełnych dwuznacznych, zamglonych obrazów. Obrazów niewyraźnych, zaskakujących, niepokojących - i przez to pięknych i każących się odkrywać wciąż na nowo...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Irrlicht (LP)

    Klaus Schulze | Irrlicht (LP)

    Klaus Schulze rozbudowywał, ulepszał i sprzężał z innymi akcesoriami swe organy tak długo, dopóki nie przypłaciły one tych eksperymentów swym elektronicznym "życiem". Efekty tej pracy są jednak niebywałe; pierwsza płyta słynnego berlińskiego kompozytora i wykonawcy w jednej osobie to jeden z najmroczniejszych, najgłębszych i najplastyczniejszych albumów wszech czasów.
    Miękkie, "zardzewiałe", oddalone dźwięki zamarkowujące początek kompozycji Ebene wybrzmiewają przez chwilę w pustce, po czym giną w narastającym szumie wyłaniających się na wielu planach dźwięków. Czy to świt nad zaśnieżonym stawem w przestrzeni, w której odbijające śnieg niebo nie różni się od tafli zamarzniętej wody? Narodziny układu słonecznego? Różne skojarzenia może wywołać ta niezwykła, przejmująca, przeszywana elektronicznym wichrem muzyka... Później wyłania się charakterystyczny pasaż preparowanej orkiestry. Na tle nieustających szumów i poświstów brzmi to tak, jakby zwyczajny krajobraz pełen przycupniętych drzewek i zabudowań odkształcony został przez zamknięcie go w szklanej kuli, położonej gdzieś w mrocznym, zaśnieżonym, mętnym zakątku wszechświata. Potem zaś główną rolę przejmują organy i tak już pozostanie do końca kompozycji. Pierwsza część organowej suity to przeciągłe, monumentalne akordy, rozchodzące się jak gigantyczne kręgi na wodzie. Druga natomiast wiedziona przez organy część to chyba najniesamowitszy pasaż z całego albumu: tempo przyspiesza, w organową melodię wkradają się śmiałe dysonanse, a muzyka gna przed siebie, przemieszczając się wciąż między jednym a drugim głośnikiem. Ta impresja idealnie pasuje do tej sceny filmu Schlafes Bruder, w którym Elias gra swoją najbardziej szaleńczą, pełną pasji kompozycję.
    Wszystko hamuje raptownie w przenikliwym szumie i Ebene przechodzi bez żadnej pauzy w kompozycję Gewitter, nazwaną tak prawdopodobnie na cześć wiersza Georga Trakla, jednego z ulubionych poetów Klausa Schulze. Podtytuł drugiego utworu z płyty Irrlicht sugeruje, iż słuchacz może prześledzić proces wzrostu i spadania energii. Pierwszy plan tej krótkiej, 5-minutowej zaledwie impresji wypełniają niemuzyczne, elektroakustyczne brzmienia, a daleko w tle snuje się posępna, zachmurzona, organowa melodia.
    Trzeci utwór, Exil Sils Maria, to najabrdziej zagadkowy fragment albumu. Typowo muzyczne elementy zostają tu najsilniej zredukowane i pewnie właśnie z tego powodu, że nie sposób doszukać się tu konkretnej, zamkniętej melodii, jest to najbardziej niesamowita kompozycja na Irrlicht. Senne, odległe brzmienia wywołują różne skojarzenia i nikną w gęstej mgle, zanim słuchacz zdąży chwycić koniec jednej nitki zaznaczającej konkretny wątek. Ta muzyka jest zadziwiająco przestrzenna, wielowymiarowa, wieloznaczna. Co pewien czas odzywają się dźwięki mogące skojarzyć się z pompatycznymi, wagnerowskimi plamami instrumentów dętych, co zapewne nie jest zbiegiem okoliczności, zważywszy wielką atencję, jaką Klaus Schulze zawsze darzył Richarda Wagnera... Tytuł kompozycji niedwuznacznie zaś sugeruje, iż głównym bohaterem kompozycji jest nie kto inny niż Friedrich Nietzsche, któremu to filozofowi i pisarzowi Schulze sześć lat później poświęci jeszcze kompozycję otwierającą album X.

    I. W.



    Co było pierwsze?
    Po rozstaniu się z Froesem i Schnitzlerem (Tangerine Dream - Electronic Meditation), Klaus Schulze rozpoczął samodzielną karierę, trwa ona do dziś z powodzeniem. Pierwszy krążek firmowany własnym nazwiskiem to Irrlicht z 1972. Trzy kompozycje utrzymane w spokojnej tonacji (barwy dźwięków organopodobne) prawie bez uchwytnego rytmu mogą być niemiłe uszom wielu słuchaczy. Taką muzykę określiłbym mianem psychodelicznej, chociażby ze względu na wpływ na psychikę słuchającego (szczególnie duży przy stworzeniu odpowiednich warunków). Z tego powodu nie jest to muzyka łatwa do obioru. Jest konieczny pewny "stan ducha", pozwalający na "chłonięcie" dźwięków całym sobą. Tylko wtedy można w pełni docenić wysiłek kompozytora.
    Czy te pierwsze próby można uznać za początki "minimal music made by KS"? Jeśli kogoś zadawala taka "przynależność", jego sprawa. Dla mnie Klaus Schulze jest zbyt wszechstronny aby "szufladkować" w jakikolwiek sposób jego tworczość.

    El-Skwarka

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Interface (LP)

    Klaus Schulze | Interface (LP)

    Klaus Schulze jest mistrzem w tworzeniu alternacji mollowych akordów - dziwić więc może utwór brzmiący wręcz pogodnie. Wstęp do kompozycji On The Edge prędzej skojarzyć się może z propozycjami duetu Double Fantasy z płyty Universal Avenue (dla zainteresowanych: wydanej nakładem Innovative Communications) niż z jakąkolwiek płytą Klausa Schulze. Akordy o nieregularnej budowie zlewają się ze sobą i układają w tło na którym zabrzmią wariacyjne główne partie instrumentów. Akcent pada na powracający kilkakrotnie "klaksonowy" motyw, wywołujący pewne skojarzenia z nagraniami spod znaku Drive Inn. Z kolei linia rytmiczna bardziej kojarzy się z twórczością Billa Laswella albo wspominanym Double Fantasy (tudzież najmłodszym wcieleniem Tangerine Dream, jeśli już szukać przykładów w obrębie Szkoły Berlińskiej) niż z jakimkolwiek dotychczas słyszanym "schulzeańskim ostinatem"... Płyta zapowiada się zatem wyjątkowo interesująco, choć podejrzewam, że ortodoksyjnych miłośników Schulzego może wprawić w osłupienie.
    Drugi utwór, Colours In The Darkness, jest nie mniej nowatorski, chociaż tu wyraźnie słychać już, iż klawisze naciskają te same ręce co na płytach Drive Inn i Dziękuję Poland (wciąż jednak, jak widać, nieodparcie nasuwają się skojarzenia nie tyle z dawniejszą twórczością Schulzego, co z dokonaniami tandemu Schulze / Rainer Bloss...) "Uskakujący" rytm znów osiąga zdumiewającą jak na Klausa Schulze ilość bpm, na pierwszym planie wibrują, pulsują i zasupłowują się natarczywe brzmienia przywołujące na myśl dalekie skojarzenia z Telefon Anruf grupy Kraftwerk, natomiast w tle snuje się typowo "schulzeańsko-blossowska" melodia, rozmazująca się rzeczywiście jak światła reflektorów na poruszonym zdjęciu.
    Utwór The Beat Planante nie wnosi już właściwie nic nowego w porównaniu z poprzednimi kompozycjami, ale słucha się go z przyjemnością. Ma podobne brzmienie do On The Edge, ale jest nieco bardziej "zadumany". Dominującą rolę ma "rozstukany" rytm, wywołujący wrażenia napięcia które musi zostać rozładowane: dojdzie do tego w środkowej części utworu, kiedy pojawi się żywa perkusja, ale potem znów ustąpi ona miejsca upartemu "niekompletnemu" rytmowi tworzącemu szkielet kompozycji od jej początku. Potem zaś rozpoczyna się najwspanialszy utwór: ponad 24-minutowa kompozycja tytułowa. Od strony formalnej dzieje się w tym utworze zdumiewająco mało, ale nie jest to żaden mankament. Podkład perkusyjny wprowadza słuchacza w trans, a pierwszy plan zagospodarowany jest przez miaukliwe, przeciągające się i prężące kaskady syntezatorowych (lub też komputerowych, zważywszy rok wydania płyty) dźwięków. Muzyka zmienia kilka razy rejestr i nastrój (gdzieniegdzie wpleciony zostaje patetyczny, durowy akord), a brzmienia warstwy rytmicznej to uspokajają się, to znów kipią i skwierczą, ociekając migotliwymi barwami. Na myśl przychodzą niekończące się wariacje z płyt Body Love i ...live... (mam na myśli szczególnie nastrój kompozycji Sense), ale równie dobrze mógłby to być zapis improwizacji Jean-Michela Jarre'a, który świeżo po koncercie w Chinach zasiadł za swymi urządzeniami aby pobawić się muzyką dla własnej przyjemności. W Inter*Face udało się Klausowi Schulze popisowo połączyć nowoczesne, świeże brzmienie z najlepszymi patentami sprzed lat.

    I. W.


    Poznawanie twórczości Klausa Schulze jest chyba jeszcze trudniejsze niż poznawanie Tangerine Dream. Klaus wydał mnóstwo płyt, a dodatkowo jego dyskografię wzbogacają specjalne edycje liczące po kilkanaście CD. Nie wszystko jednak co zrobił Klaus Schulze podoba mi się. Zdecydowanie wolę płyty, na których gra on "klasyczną" elektronikę, bez wtrąceń z muzyki operowej i poważnej. Płyta Inter*face wydana w 1985 roku to Schulze. którego lubię. Zaskoczył mnie trochę pierwszy utwór On the Edge - toż to prawie elektroniczny pop, oczywiście wysokiej próby! Muzyka relaksująca, wprawiająca w pozytywny, miły nastrój. Kolejne utwory to już poważna elektronika. Klaus Schulze przestrzennie i bogato improwizuje na tle monotonnego perkusyjno-sekwencerowego rytmu.
    Ostatnie 24 minuty CD wypełnia tytułowy Inter*face. Obfituje on w zmiany nastroju, umożliwa zatopienie się w dźwiękach. Tak odbierałem również utwory z płyty Body Love. Pod koniec kompozycja staje się bardzo dynamiczna i monumentalna. Inter*face to płyta, do której lubię powracać i odkrywać ją na nowo.

    Lord Rayden

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Dune (LP)

    Klaus Schulze | Dune (LP)

    Początek tytułowej kompozycji, niepokojąca elektroakustyczna uwertura, może przywieść na myśl dawne kompozycje Schulzego - ten obrazek utrzymany jest z drugiej strony w podobnym klimacie, jak niektóre mroczne epizody płyt cyklu The Dark Side Of The Moog. Charakter zmieni się z posępnego na nostalgiczny i zimny, gdy szumy i przeciągłe tony baterii elektronicznych urządzeń rozprute zostaną przez lament wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. To chyba najniesamowitsza kompozycja, w której słychać ten instrument w tych rękach. Wiolonczela łka, prostuje się dumnie, snuje melancholijne wspomnienia, przeszywa dreszczem i zgrzytliwie ironizuje - słuchacz zaś idąc jej tropem może wkroczyć na chrzęszczącą pustynię rodem z obrazu H. R. Gigera. Barwy ołowianego nieba i stalowej ziemi zmieniają odcienie z chłodnych na zimne i wreszcie na lodowate - a wkradające się raz po raz bardziej miękkie, pogodniejsze tony tylko wzmagają dramatyczne wrażenie. Tej kompozycji nie można nazwać patetyczną bądź przesadzoną; ona po prostu jest wielka.
    W zupełnie innym tonie utrzymany jest utwór Shadows Of Ignorance. Wiolonczela skrada się kocimi krokami, skromne ostinato pulsuje w napięciu, a instrumenty klawiszowe raczą słuchacza rozimprowizowanymi motywami, w których więcej jest zagadkowości niż dojmującego smutku, który zdominował pierwszy utwór tej płyty. Wkrótce da się też słyszeć głos Arthura Browna, najpierw recytujący, a następnie intonujący kolejne zdania mistycznej przypowieści. Chociaż tutaj Brown nie pokazał pełnej skali swoich możliwości, jak uczynił to w genialnym utworze Dymagic" na albumie ...live..., kompozycja rozwija się w ciekawy sposób i przesycona jest licznymi "poślizgnięciami" i "znakami zapytania" pozostawianymi przez improwizujace instrumenty.
    Płyta ta pokazuje dwa różne oblicza Klausa Schulze, a na dodatek każde z nich oddalone jest dość znacznie od kompozycji z poprzednich albumów.


    I. W.



    Tytuł wymienionej płytki kojarzy mi się wyłącznie z sześcioksiągiem Franka Herberta Dune i filmem Davida Lyncha powstałym na kanwie tej właśnie powieści. Nasuwa się pytanie. Czy w związku z tym dzieło Klausa Schulze jest ścieżką dźwiękową z wymienionego obrazu? Z pewnością nie. Film powstał na pocz. lat 80-tych (muzykę do filmu pisał m.in. Brian Eno), płyta w 1979 roku. Jednak skojarzenie i sugestia pozostają, a lektura wszystkich tomów dodatkowo je wzmaga.
    Na krążku znajdziemy tylko dwa, prawie 30-sto minutowe, utwory co jest dość charakterystyczne dla KS. Kompozycje jednak różnią się znacznie. Pierwszy utwór - Dune przypomina psychodeliczne klimaty z wcześniejszych dokonań artysty (może nie jest to taka awangarda jak z Cyborga, ale stylistyka jest wyrazista) i staje się zarazem niezwykłą dźwiękową ilustracją wspomnianej wyżej powieści (jeśli ewentualny słuchacz ją czytał). Drugi utwór jest bardziej rytmiczny, zbliżony raczej do stylistyki prezentowanej przez Richarda Wanhfrieda (grupa założona przez KS), ale nie aż tak dynamiczny. Wrażenie potęguje dodatkowo fakt, że muzyce towarzyszy recytowany tekst (pisany notabene przez samego Klausa Schulze'a), tak jak ma to miejsce w przypadku produkcji RW. Taki zabieg powoduje, że płyta staje się wprawdzie ciekawa, ale też wprowadza pewien dysonans brzmieniowy (nagła zmiana emocji). Kto czytał Diunę w całości, doceni ten prosty (skuteczny) środek kształtowania nastrojów. Tak jak na początku wspomniałem, skojarzenia mam jednoznaczne. Jeśli takie były intencje artysty, to opisywanym krążkiem udaje mu się uchwycić i dodatkowo wzbogacić świat wykreowany przez nieżyjącego już Franka Herberta.
    Na zakończenie mała dygresja. Film Dune okazał się finansową klapą. Jednak jako niecodzienne przedsięwzięcie artystyczne może zachwycić niejednego widza do dziś. Trzeba przyznać, że jest obrazem dla koneserów (a czyż muzyka KS taka nie jest?).

    El-Skwarka

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Dreams (LP)

    Klaus Schulze | Dreams (LP)

    Tytuł pierwszej kompozycji, A Classical Move, w żartobliwy sposób dokładnie oddaje treść utworu. Po głośnym akordzie, z jakim zawsze "wyjeżdżali" w muzyczną podróż Klaus Schulze i Rainer Bloss na Drive Inn i Dziękuję Poland, następuje rozmazana, chłodna impresja, przeradzająca się wraz z wejściem ostinata w temat bardzo blisko spokrewniony z wiodącym motywem kompozycji Cellistica z 1983 roku. Dżwięki splatają się i rozplatając, tworząc drobne motywy balansujące na granicy starych wątków i nowych wariacji na ich temat. Szczególnie wpada w ucho Leitmotiv Friedricha Nietzschego z albumu X.
    To "klasyczne posunięcie" odbywa się na znanej szachownicy, ale w zupełnie nowym krajobrazie. Brzmienie tego utworu ma coś niesamowicie świeżego i nie sposób wysłuchać tej kompozycji obojętnie. Jak we śnie, znane wątki pojawiają się i znikają, utwór kluczy przez kilka zmian tonacji i gwałtownie się kończy, w momencie, w którym porwany onirycznymi wizualizacjami słuchacz nabiera akurat największej ciekawości, jak też będzie wyglądało rozwiązanie.
    Przy kolejnej kompozycji dosłownie przesiadamy się od "klasycznej" szachownicy do skomplikowanego układu klocków Kyodai. W tej kompozycji udało się kompozytorowi najsilniej zamarkować orientalne elementy, wykwitające z hipnotycznego, "podjapanizowanego" brzmieniowo rytmu niczym kolejne kwiaty śliwy. Najciekawszy fragment to schromatyzowana partia fortepianowa, dzięki której całe to 8-minutowe dziełko nabiera znamion egzotycznego, współczesnego koncertu na fortepian i orkiestrę elektronicznych przyrządów.
    Nawspanialsza moim zdaniem kompozycja to trzecia pozycja na tej płycie - utwór tytułowy. "Trąbiasta" introdukcja to dalekie echo wstępu do wagnerowskiego Lohengrina, odpowiednio chłodne, tajemnicze i posmutniałe. Na pierwszym planie wciąż rozlegać się będą hipnotyzujące akordy, rozświetlające nieco cały utwór, natomiast w tle wysypują się coraz to inne, zapamiętane z jakiegoś innego schulzeańskiego "snu", kolory, zapachy i tony. Jest w miarowym podkładzie tej kompozycji coś, co wywołuje uparte skojarzenie z brzmieniem początku utworu Exil Sils Maria z płyty Irrlicht, a na dodatek niedługo przed końcem Dreams pojawi się zapomniane echo preparowanej orkiestry malującej drobinki swych pejzaży w suicie Ebene, także pochodzącej z debiutanckiego albumu Schulzego.
    Najkrótsza propozycja na Dreams, zatytułowana Flexible, robi z pewnością najmniejsze wrażenie. Wydaje się, że ma nieco spłycone i "uplastikowione" brzmienie w porównaniu z niesamowitymi barwami reszty przedstawionych tu utworów. Bardzo ciekawy jest jednak fragment, w którym Schulze raczy nas nieoczekiwanymi brzmieniami syntezatorowej gitary, wiodącej swą melodię na podciąganych strunach.
    Płytę wieńczy monumentalna, ponad 24-minutowa kompozycja Klaustrophony. Intrygujący tytuł jest faktycznie dobrym opisem stanu, którym przesiąknieta jest cała ta senna kompozycja, w której wyczuwa się, iż za chwilę stanie się coś niebywałego. Słuchacz doczeka się niespodzianki w 15 minucie utworu: rozlegnie się dziwaczny głos "japońskiego ducha". Muszę przyznać, że przy pierwszym przesłuchaniu głos ten wydawał mi się drażniący, ale jednocześnie nie mogłem przestać słuchać tej sennej opowieści, coraz bardziej nią zafascynowany. Kolejne przesłuchania utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie ma głosu lepiej korespondującego z atmosferą i "przesłaniem" całego albumu; głos zjawia się jak nietypowy, zadziwiający, natrętny element rozbijający dotychczasową logikę snu i prowadzący śniącą osobę w zupełnie nowe rejony, których na jawie by sobie nie wymyśliła…

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR