Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Vangelis

(46 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Vangelis | Antarctica

    Vangelis | Antarctica


    Płyta z muzyką do filmu Antarctica oryginalnie ukazała się w 1983r, jednak wówczas dostępna była tylko w Japonii. Z racji zaporowych cen na japońskie produkty, płyta była bardzo droga i niezbyt znana. Dopiero w 1988r firma Polydor wydała nielimitowaną edycję na cały świat. Film który reżyserował Koreyoshi Kurahara opowiada autentyczną historię. Jej bohaterami jest japońska ekspedycja polarna, która w 1958r z racji ekstremalnej aury zmuszona została do opuszczenia swego stanowiska. Drugimi cichymi bohaterami są psy, używane do zaprzęgów. Japończycy musieli porzucić sporą część z pośród 20 psów. Po 6 miesiącach walki o przetrwanie, przeżyły tylko 2 psy. Film okazał się w Japonii niesamowitym sukcesem kasowym, a muzyka skomponowana przez Vangelisa miała w tym swój mały udział. Otwierający ją z lekka orientalny motyw Theme From Antarctica powraca w kolejnych odsłonach tej płyty co jakiś czas. Vangelis stworzył przejmujące dzieło, chcąc oddać dramatyzm całej sytuacji, ale pokazać też wolę walki i przeżycia na tej nieludzkiej ziemi. Piękna muzyka utkana z orientalnych brzmień, elektroniki, na swój sposób odbija kulturę Japonii ale stara się też opisać niesamowite krajobrazy tego kontynentu. Sama w sobie oddaje poczucie izolacji człowieka w tym ekstremalnym środowisku. Z racji wydania tej płyty już bez limitów przez wytwórnię Polygram, można w pełni docenić walory dźwiękowe tego dzieła. Nic dziwnego, że Vangelis uchodzi za specjalistę od dźwiękowych ścieżek.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    8,22 EUR
  • Vangelis | Oceanic

    Vangelis | Oceanic

    Good price

    Po cudownej płycie Voices przyszedł czas na Oceanic. Kupując tę drugą obawiałem się czy oby Vangelis nieco nie przesadził z tą nadproduktywnością. Dopiero co zachwycałem się "głosami", a tu już druga płyta? Pojawienie się jej było dla mnie sporym zaskoczeniem. Już pierwsze minuty tej muzyki przekonały mnie jednak, że moje obawy były nie słuszne. Oceanic to dzieło przemyślane i dopracowane. Tej płyty się nie słucha, ją się po prostu chłonie. Najnowsze dzieło Vangelisa to podróż po głębinach, podwodna muzyczna opowieść. Rozpoczyna Bon Voyage - krótki utwór stanowiący wprowadzenie, a może raczej zaproszenie do tej podróży. Po nim następuje Sirens Whispering i przez prawie osiem minut jesteśmy czarowani głosami syren (rzecz jasna nie alarmowych), ten kawałek to naprawdę coś. W Memories Of Blue pobrzmiewają dalekie echa utworu Memories Of Green z płyty See You Later - ciekawy utwór z pianinem w roli głównej. Najbardziej jednak zachwycił mnie Aquatic Dance, moim zdaniem prawdziwa, muzyczna rewelacja. To jeden z tych kawałków, którego słucha się bez przerwy, dopóki nie obrzydnie. Wtedy następuje dość długa przerwa, aż do momentu, gdy okładka na płycie przypadkiem wpada nam w oko i wszystko zaczyna się od nowa. Do przyjemniejszych kawałków na płycie należą Fields Of Coral, Song Of The Seas oraz Spanish Harbour z ciekawym hiszpańskim motywem.
    Mogłoby się wydawać, że twórca, który ma na swoim koncie tyle srebrnych krążków powinien się powoli "wypalać". Z Vangelisem jest zupełnie odwrotnie - "chłopak" dopiero się rozkręca! Zapas inwencji twórczej naprawdę do pozazdroszczenia. Podsumowując: Vangelisowi udało się stworzyć dzieło niesamowite, przemyślane, a co najważniejsze ciekawe. Ostatnie płyty dowodzą, że twórca ten jeszcze długo będzie nas czarował swoją muzyką, bez straty na jej jakości chociażby wydawał płyty co miesiąc....

    Kacper Olejnik


    Z muzyką Vangelisa obcuję już od kilkunastu lat. Kolejne płyty (baczność!) mistrza (spocznij!) potwierdzają, że jest on artystą poszukującym, lecz jednocześnie umiejętnie wykorzystującym swe dotychczasowe osiągnięcia. Dzięki takiemu podejściu, jego kolejne albumy niosą w sobie echa kompozycji z poprzednich płyt, będące jednakże tylko pretekstem do zaprezentowania czegoś nowego, do pokazania danego tematu w trochę innym ujęciu. Tak było w przypadku Voices i tak jest obecnie. Dzięki Oceanic pozostajemy w kręgu morskich podróży, przygód pod żaglami pełnomorskich jachtów zapoczątkowanych w Conquest of Paradise i Voices.
    Płyta zawiera ciepłą, bogato zaaranżowaną muzykę ilustracyjną w dużym stopniu pobudzającą wyobraźnię. Co prawda fani nastrojowego wokalu znanego z Loosing Sleep czy Ask the Mountains mogą czuć się trochę zawiedzeni, gdyż poza tajemniczymi, kuszącymi zawodzeniami syren Sirens' Whispering", głosu na płycie nie uświadczą. Jednakże atrakcje w postaci rytmicznego Spanish Harbor, porywających, koronkowych dźwięków sekwencera imitującego falowanie morskiej toni Fields of Coral oraz nostalgicznego brzmienia fortepianu z Dreams Of Surf czy Memories of Blue ani na chwilę nie pozwolą odpocząć rozbudzonej wyobraźni.
    Podsumowując - nic dodać, nic ująć. Kolejna płyta Vangelisa bardzo przypadła mi do gustu. Z pewnością będę po nią sięgał jeszcze wiele razy, do czego zachęcam również innych.

    PP

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,15 EUR
  • Vangelis | The Dragon - Hypothesis

    Vangelis | The Dragon - Hypothesis

    Kompozycja tytułowa z albumu The Dragon właściwie w ogóle nie kojarzy się z tak samo zatytułowaną miniaturą umieszczoną przez Vangelisa na albumie China pod koniec lat siedemdziesiątych; to piętnastominutowa suita oparta na chrzęszczącym, ozdabianym rozmaitymi nieregularnościami rytmie, grzechocząca chwytliwym riffem gitarowo-skrzypcowym, podszyta gęstym akompaniamentem elektrycznych organów. Z muzyki co jakiś czas wyłania się zgrzytliwa, przekorna solówka gitarowa, prowadząca ku dalszym meandrom cielska muzycznego smoka. Ten utwór trudno porównać z innymi dziełami samego Vangelisa - za to aż prosi się o skojarzenie ze stylistyką takich grup jak Yes, Procol Harum czy Emerson, Lake & Palmer w chwilach najbardziej twórczych i zadziornych improwizacji. W tej muzyce w pomysłowy i niepowtarzalny sposób stapiają się elementy orientalne i art-rockowe, surrealne i awangardowo-jazzowe. Pozostałe kompozycje z płyty The Dragon mają swój wspólny mianownik już w tytule: obie impresje poświęcone są faszerowanym warzywom. Na początek słuchamy znakomitej, eterycznej kompozycji Stuffed Aubergine, w której na tle szemrzących, kojących akordów gitarowych miękko osiadają wibrafonowe pyłki, snujące atrakcyjną, jazzującą pastelową melodię, raz po raz podkolorowywana intensywniejszymi barwami dysonansujących półtonów. Jest to moim zdaniem jedna z najciekawszych kompozycji Vangelisa w całej jego dyskografii; ciekawe, że są tu pasaże, które o lata świetlne wyprzedzają francuski projekt Air i jego oniryczne, elektroniczno-swingujące impresje, zapowiadając dokładnie jego styl! Stuffed Tomato rozpoczyna się motywem twardej gitary akustycznej, przechodzi przez bluesowo-jazzującą fazę i dochodzi do pasażu z udziałem sekcji rytmicznej, brzmiącego znów jak w najlepszych czasach rocka progresywnego spod znaku Yes.

    Płyta Hypothesis jest dla miłośników muzyki Vangelisa kąskiem chyba jeszcze smakowitszym niż album The Dragon. Tu rzeczywiście bardzo niewiele już mamy motywów, które skojarzyć by się mogły z późniejszą twórczością greckiego artysty. Na dobrą sprawę jest to płyta z przegródki "jazz", a nie "elektronika", nie tylko za sprawą instrumentarium, ale przede wszystkim za sprawą budowania kompozycji, łączenia wątków i nadawania im nastroju. Niektóre organowo-wokalne unisona kojarzyć się mogą z nader odkrywczą płytą Roberta Wyatta The End of an Ear, wiele improwizacji skrzypcowych, gitarowych i klawiszowych mogłoby wywołać rumieńce u uznanych wykonawców jazzowych. Wątki, wydające się składać na zupełnie swobodnie płynącą surrealistyczną opowieść układają się w coraz bardziej harmonijną całość dopiero przy którymś przesłuchaniu z rzędu. W tych pokładach turbulencyjnych smug klawiszowego dymu, zardzewiałych śrubek, nakrętek i trybików perksusyjnych szelestów, płomieni gitar i pachnących świeżą ziemią znaków zapytania rozsiewanych przez splatające się w dialogach nietypowe instrumenty słuchacz może się przy pierwszym kontakcie z płytą pogubić - ale na pewno pogubi się z wypiekami zadowolenia na twarzy. Jest to jedna z tych płyt, na których z każdym przesłuchaniem odkryje się coś zupełnie nowego i niespodziewanego – pozwala też puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie, jak mogłaby brzmieć grupa Yes, gdyby do jej składu został jednak - jak miało to zresztą przecież być - dokooptowany Vangelis…

    I. W.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    13,78 EUR
  • Vangelis | Opera Sauvage

    Vangelis | Opera Sauvage

    Opera Sauvage to dokumentalna seria odkrywająca relacje między muzyką, człowiekiem i zwierzętami z całej kuli ziemskiej. Była to jedna z głównych realizacji dokumentalisty Frédérica Rossifa na w latach 1975-1979, z której materiału wystarczyło na 21 ponad 50 minutowych epizodów, nadawanych pierwotnie we francuskiej Antenne 2. Serial ten odkrywający egzotykę i specyfikę różnych regionów świata rozgrywał się m.in. w Peru, Kamerunie, Irlandii, Singapurze. Vangelis poznał Rossifa w Paryżu w 1970 i już rok później ich spotkanie zaowocowało wspólnym dziełem L'Apocalypse des animaux. Od tej pory zaczęła się ich długa i owocna współpraca wizjonera kamery i wizjonera syntezatorów. Vangelis obdarzył swoją muzyką wiele jego filmów i nie robił tego dla pieniędzy tylko bardziej z przyjaźni. Oficjalnie ukazały się z wspólnych kolaboracji do filmów przyrodniczych tylko trzy albumy - jedynie jako bootlegi dostępne są zaś Sauvage et Beau (1984) i swoiste kompilacje muzyki Vangelisa na Splendeur Sauvage (1986), Les animaux de Frederic Rossif (1989) i Beaute Sauvage (1989).
    Ale to nie wszystko! Razem zrealizowali też produkcje o malarzach Georges Mathieu (1971), Georges Braque (1974), Pablo Picasso (1981) i Morandi (1989), obraz o fotograf Gisele Freund Au pays des visages (1972), a także wyprodukowany specjalnie na 100 lecie instytutu Pasteura w Paryżu obraz Pasteur(1987). Zwieńczeniem ich wspólpracy była czteroczęściowa, De Nuremberg á Nuremberg (1989), historia nazizmu i jego upadku, której Rossif obłożnie chory zdołał wyreżyserować 2 części. Wszystkie te filmy zostały obdarzone dźwiękami z wyobraźni Vangelisa zresztą Rossif tworzył z dostarczanych mu materiałów swoiste archiwum i jeśli dla jakiegoś bieżącego projektu potrzebował jakieś dźwięki sięgał do szuflad i wyciągał jakieś stare kawałki Vangelisa. Przyjażń obu twórców przetrwała do 1990 roku gdy Rossif zmarł na raka. Płyta powstała oczywiście w londyńskim Nemos Studio, gdzie Vangelis nagrywał w okresie angielskim aż do 1987 roku. Na albumie znalazła się jedynie część muzyki przygotowanej do tego serialu. W każdym odcinku pojawiały się nowe dźwięki spod ręki mistrza wymieszane z muzyką etniczną wykorzystywaną także jako podkład muzyczny. Vangelis na oficjalny album wybrał tylko te, które uznał za wartościowe. I tak dla przykładu z odcinka poświęconego rodzinnej Grecji nie pojawił się ani jeden fragment.
    Niektóre elementy i brzmienia stworzone na tej płycie są preludium do tego co miało pojawić się na krążkach Antarctica czy Chariots Of Fire czyli romantyczne melodie z bogatymi, prawie pompatycznymi orkiestracjami. Otwierający album Hymne stał się dość popularnym motywem wykorzystywanym podczas... uroczystości ślubnych a to znowu za sprawą użycia go jako podkładu muzycznego pod reklamówkę popularnych w USA win marki Gallio. Utwór oparto na podniosłej melodii pełnej muzycznej elegancji: poruszającej i pełnej mocy ma w sobie siłę właśnie dostojnego hymnu.
    Po tych dumnych prawie patetycznych dźwiękach słuchamy Reve - bardzo wyciszoną opartą na delikatnej grze na syntezatorze melodię, mocno skoligaconą z brzmieniami Apokalipsy Zwierząt. Senno - marzycielskie przepiękne minimalistyczne pasaże kreują wizję relaksu ale z wyczuwalną nutką refleksji, zadumy, prawie smutku. Mam wrażenie że ta kompozycja unosi mnie gdzieś w pogodne słoneczne niebo, ma w sobie tyle miłego ciepła, że prawie namacalnie czuję jakby żar słonecznego poranka bijący z tej muzyki.
    L'enfant - prosta melodia, powtarzany motyw wokół którego osnuto ciekawą aranżację - jak w Bolero Ravela mamy wrażenie że dochodzą coraz to nowe instrumenty, delikatny, zwiewny kawałek jest kwintesencją stylu Vangelisa. Cała płyta jest właśnie tak zbudowana - na czarujących , prostych tematach, rozwiniętych w ciekawe, ładne kompozycje. Zdawałoby się że to banalne, proste melodie lecz tak brzmiące że ciarki chodzą po plecach. Z tym utworem jest związana zresztą pewna anegdota: nie oparto się jego urokowi i wykorzystano go w filmie Rok Niebezpiecznego Życia (1982) ale rok wcześniej pewien reżyser nalegał urzeczony jego czystym pięknem aby umieścić go w wyrażającej symbolicznie idee sportu scenie biegu na plaży - Vangelis wyperswadował to temu reżyserowi mówiąc, że może stworzyć bez problemu podobną kompozycję ale nową i przez to możemy podziwiać kunszt Vangelisa na evergreenie Titles z Rydwanów Ognia....
    Mouettes - kolejna stonowana kompozycja. Piskliwy dźwięk z syntezatora owinięty samplami kojarzy mi się z zachodem słońca, przemijaniem, ukojeniem które przynosi mrok nocy ale i z nostalgią za słońcem. Piękna rozmarzona kompozycja. Chromatique, przepiękny podkład na gitarze akustycznej przypominający dawne dzieła Vangelisa. Irlandie, oparta na irlandzkich brzmieniach w stylu Clannad pieśń oczywiście zrealizowana w charakterystycznym brzmieniu Vangelisa.
    Flamant rouses to prawie 12 minutowa suita składająca się jakby z 3 części: wolnej, galopującej i końcowej w prawie bluesowym stylu.Vangelis daje tu popis swych umiejętności improwizacyjnych - atoniczne dźwięki unurzane w niesamowitym brzmieniu syntezatorów dają świetny rezultat - brak tu piękna melodii poprzednich kompozycji, zbliża się w tym utworze do czegoś bardziej wyszukanego niż reszta albumu z asertywnymi liniami na syntezatory i jest w tej muzyce coś bardzo pociągającego, oblicze zmienia się w pięknym końcowym fragmencie ostatnich dwóch minut - powolny spokojny rytm i kolejny piękny rozmaz syntezatorowych solówek.
    Opera Sauvage pełną pięknych, nastrojowych melodii z cudownym brzmieniem orkiestracji można uznać za sztandarowy przykład jak Vangelis z prostego materiału tworzył arcydzieła. Znowu elektryczne pianino Fender Rhodes i charakterystyczne dla Vangelisa brzmienia z Yamahy CS-80 dały niesamowity rezultat. Ten tytuł nie ciśnie się na usta na hasło Vangelis - a niesłusznie bo to znakomity przykład miłej dla ucha melodyjnej elektroniki spod znaku tego wykonawcy.

    Dariusz Długołęcki

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    8,22 EUR
  • Vangelis | Spiral

    Vangelis | Spiral

    Otwierający album tytułowy Spiral rozpoczynają proste dźwięki, które można nazwać loopem tamtych czasów, wibrujące, wirujące wokół nas idealnie naśladujące spiralę albo właściwie ruch po niej. Zostają one przyciszone i słychać stopniowany , narastający motyw symfoniczny z dodanym dzwonem rurowym przypominającym

    Tomitę

    z Pictures At An Exibition. Wielokrotnie powtarzany ma pompatyczne, doniosłe brzmienie. Im bardziej melodia się rozwija tym rytm staje się szybszy. Syntezatory przyspieszają tempo podkładu na tle którego

    Vangelis

    wygrywa solówkę na keyboardzie podobną do tych z Albedo 0'39 o konotacjach prog rocka wspartą wstawkami instrumentów perkusyjnych jako ozdobników (pojedyńcze uderzenia, talerze) by w końcu prawie że galopadę gwałtownie urwać. To jeden z najsłynniejszych tematów

    Vangelisa

    często wykorzystywany w TV (u nas telewizyjne Studio Sport), stworzony z brzmienia podobnego do trąbki brzmiącej dość nienaturalnie bo kreowanej z syntezatora. Utwór jest powalający; wymiatające kaskady elektronicznych dźwięków robią wrażenie zwłaszcza przy słuchaniu przez słuchawki. Chwytliwy , atmosferyczny pełen biegle stworzonych ozdobników: sekcja wypełniająca ostatnie dwie minuty to czysta muzyka progresywna wygenerowana przez syntezatory, doprawiony bębnami, kotłami, dzwonkami, i innymi instrumentami perkusyjnymi. Słuchacz zostaje zaskoczony nieskończonym, pełnym splendoru loopem: wywierającym dramatyczne wrażenie, prowadzonym na keyboardach łączących nastrój symfoniczno-hymnowy. Spirala jest odzwierciedleniem nieskończonego ruchu wszechświata. Słychać coś jak właśnie wirujący w spirali dźwięk zrobiony w jak na ówczesne czasy nowoczesnej technologii, które

    Vangelis

    umiejętnie wplótł w swe muzyczne pejzaże. Pełen mocy, poruszający utwór jest wspaniałym wprowadzeniem w dalszą zawartość płyty.
    Mocne, głośne dźwięki zastępuje rozlewający się leniwie pejzaż barw, nastrojowe intro do Ballad rozwija się wolnym rytmem, wspartych gwałtownie silniejszą partią muzyki która zostaje wyciszona a na tle wielce nastrojowego podkładu pojawia się jako akompaniament zwokoderowany głos ludzki podśpiewujący jakieś niezrozumiałe onomatopeje. Słowa są nie do rozszyfrowania. Można rzec że nie mają znaczenia w myśl słów

    Vangelisa

    : obraz to poezja bez słów , poemat jest wyobrażeniem bez obrazu, a muzyka jest jednym i drugim. Niesamowity klimat zostaje wzmocniony, pojawia się coś na kształt refrenu poprzez mocniejsze granie, pasaże na CS80 niezwykłej urody zdecydowanie pasują do obrazku rozgrzanej plaży , spokoju, relaksu ale i zarazem jakiejś zadumy... około szóstej minuty melodia przechodzi bardziej w improwizację by powrócić na końcu do głównego wątku. Kompozycja składa się z większej ilości brzmień niż melodii. Utwór to kontrast do Dervisha D - tutaj mamy instrumentalną balladę, która wycisza nastrój po rozbudzającej Spirali - eksplorując bardziej intymne nastroje, z wpływem interakcji pomiędzy elektrycznym pianinem a syntezatorami wprowadzającymi romantyczne niuanse. Mamy tu ulotny, impresjonistyczny kolaż dziwnych wokaliz, z bluesowo nastrojonymi syntezatorami.
    Dervish D zainspirowany jest tańcem derwiszów, którzy poprzez obracanie się wokół własnej osi w tańcu odzwierciedlają wirowanie wszechświata. To kolejny bardzo rozpoznawalny utwór. Bardzo dynamiczny wstęp kontrastuje z poprzednią melodią opartą na instrumentach perkusyjnych którą przełamuje pasażami na syntezatorze, zwróćmy uwagę że gdyby nie podkład bliżej byłoby glissandom

    Vangelis

    do eksperymentalnej Beauborg niż do melodyki jego innych dokonań; znowu pojawia się tematy przypominające coś jak refren i zwrotki jakby to był album z piosenkami bez słów. Warto odnotować dużo łagodnych dodatków przypominających delikatny w odbiorze wibrafon. Podobny do Spiral, ale odrobinę szybszy, ma 'loopa', w linii melodycznej granej na jej szczycie. Melodia pozostaje niezmienna tylko zmienia się w górnych partiach co jest bardzo efektowne. Dervish D to prawie popowy najbardziej zorientowany na ten kierunek muzyki na płycie utwór z chwytliwym motywem i powracającą sekwencja syntezatorową, gdzie można odnotować najszybsze tempo.
    Powolne uderzenie basu rozpoczyna To The Unknown Man. Temat rozwija się powoli poprzez konwersację linii basowej z główną melodią; od powtarzania motywu przewodniego przechodzącego przez syntezator na wyższe tony. Po wybrzmieniu całej frazy, dochodzą nowe podkłady , instrumenty - przypominające chór brzmienie syntezatora, trąby, w końcu na pierwszy plan wchodzą werble przełamujące kompozycję. Kiedy pojawiają się owe werble bardzo militarne brzmienie przypomina pogrzeb nieznanego żołnierza. Czyżby ten utwór dotyczył ciągłych wojen? Następnie powraca główny temat, który tym razem oblany jest keyboardowymi brzmieniami przypominającymi późniejsze symfoniczne podkłady

    Vangelisa

    , które pozostają ale zmienia się melodia. Od 6.30 pojawia się spokojny rytm perkusyjny. W finale ten perkusyjny bit ulega zelżeniu abyśmy mogli ujrzeć w pełni cały operowy obrazek gdzie zakręcone arrpeggiatory wywołują surrealistyczne wyobrażenia niczym kosmiczna interpretacja

    Ravela

    . Doniosłe powagą brzmienie jest charakterystyczne dla tego utworu stworzonego jako rodzaj symfonicznego poematu, mieszanki spokoju, melancholii i majestatycznej celebry ; pogrzebowy rytm wzbogacono przez dodanie różnych tekstur i orkiestracji biegle wprowadzonych do utworu. Jest tu splendoryczno - bombastycznie, prawie wagnerycznie. Mamy tu mieszankę nowoczesnych wpływów i melodii z keyboardów;

    Vangelis

    później rozwinął to brzmienie co da się choćby usłyszeć na Opera Sauvage. Zarazem To the Unknown Man, można postrzegać jako kolejnego prekursora Titles z Chariots Of Fire z imitującym marsz bitem i ze strukturą przypominającą ten hit.
    3+3 tytuł prawdopodobnie wziął się od rytmu utworu. Składa się jakby z dwóch melodii z których pierwsza powraca na końcu . Pierwsza melodia w typowym dla

    Vangelisa

    stylu: melodia jest prosta i powtarzana coraz to wyżej. Druga melodia to kombinacja brzmień orkiestrowych z solo upodobniającym się do organów. Brzmi to prawie jak blues na syntezatorach. W finale mamy bardzo melodyjny kompleks sekwenserów wymieszanych z partiami syntezatora i orkiestracji. 3 + 3 to kolejny temat przedstawiający ideę spirali z niezwykłymi sekwencjami i chórami w stylu progresji.
    Heaven and Hell był

    Vangelisa

    przełomem, tak Albedo 0'39 a zwłaszcza ten album ugruntowały popularność

    Vangelisa

    . Oprócz cieszących się do dziś dużą rozpoznawalnością melodii zawartych na tym albumie swoistą ikoną stylu

    Vangelisa

    stała się okładka tej płyty czyli wtyczka od mikrofonu układająca się w wężowy kształt wyłaniająca się spośród chmur błękitnego nieba. To chyba jedna z najciekawszych okładek jeśli nie najlepsza z tamtych czasów. Kabel to odzwierciedlenie techniki lecz jego usadowienie w chmurach i to że przypomina kształtem żywe stworzenie zdają się mówić: nowoczesna technologia nie musi być bezduszna; można nią kreować obrazy i barwy, które dają ludziom radość a zarezerwowane dotąd dla tradycyjnych środków wyrazu.

    Vangeli

    s swymi eksperymentami pchnął elektronikę na nowe tory. Można rzec że był prekursorem space music - zwróćmy uwagę choćby na użycie echowych brzmień jak ten na arpeggiatorze w tytułowej kompozycji. Arpeggiatory zresztą znakomicie są użyte także i na 3+3. Struktury są dynamiczne a utwory bardziej wyszukane i skomplikowane. Keyboardowe przedstawienia są nadal bardzo efektowne .Wyraźna transgresja w muzycznym rozwoju ku pełnym dźwiękowym pejzażom, szczególnie w To The Unknown Man to dowód artyzmu.

    Vangelis

    w tym okresie już popadał w rozbudowane orkiestracje ale to wysublimowany przykład rozumienia kiedy przed tym należy się powstrzymać w aranżacjach. Po Spiral, styl

    Vangelisa

    zmienił się w bardziej gładki, melodyjny , syntezatorowy, z bliższą relacją pomiędzy muzyką klasyczną a elektroniczną. Yamaha CS-80 stała się nieodłącznym emploi związanym z postacią

    Vangelisa

    . Myślę że to kamień milowy w jego karierze, który wypromował go poza wąskie grono miłośników el muzyki. Pytany o sukces albumu odpowiedział : "Próbowanie stworzenia albumu sukcesu jest błędem. Próbować być prawdziwym wobec siebie to sukces. Spiral wyłapuje i powraca do ducha wcześniejszych dokonań ale zarazem zdaje się być materiałem bardziej przemyślanym i zwartym - zdaje się ascetycznie doskonale perfekcyjna w kompozycjach, pomimo że nie osiągnął tego samego poziomu ekscytacji w większości epickich pasaży w stosunku np. do Heaven And Hell ( można zarzucać mu pewną kliniczną precyzję) ale kompozycje są tu bardziej zwarte, cały album przypomina monolit , gdy na wcześniejszym, porównywalnym brzmieniem i stylem Albedo 0'39 pojawiają się zgrzyty. Konkludując Spiral stoi na pozycji absolutnego klejnotu muzyki elektronicznej - łączy ekspresję i muzyczne ambicje wczesnego

    Vangelisa

    z awangardą i symfonicznym prog rockiem i zarazem jest wzorcem jak zrobić doskonała płytę z el muzyką. Spiral udowadniał że użycie keyboardów nie polega na włączeniu przełącz nika tylko na ON, ale i na tym ze artysta może z nich stworzyć nowoczesne arcydzieło, nie nużące słuchacza bełkotem dźwięków. Płyta ta to prawie patetyczny sposób wyrażania emocji zawierająca pięć perfekcyjnie dopracowanych dźwiękowych malowideł arcydzieł obracających się wokół tytułowego tematu spirali. Jeśli można mówić że są dla mnie jakieś lepsze od tej płyty dzieła Vangelisa to tylko z czysto emocjonalnych powodów - to kwintesencja muzyki spod znaku ME, której płyty

    Vangelisa

    są podwaliną.

    Dariusz Długołęcki



    Tytułowa kompozycja rozpoczyna się bardzo wyrazistym, chwytliwym, nostalgicznie brzmiącym pasażem, wciągającym słuchacza w rozedrgany wir chłodnej alternacji zarpeggiowanych akordów. Brzmienie zatacza szerokie, stereofoniczne kręgi, powracając w końcu z przejmującym brzmieniem syntezatora wiodącego główną melodię. Brzmienia basu i perkusji nie są już tak wyeksponowane jak choćby na płycie Albedo 0.39, tutaj główną rolę gra chłodne, migoczące ostinato, na którym piętrzą się mgliste, powłóczyste obłoki dodających swe mantrowe zdania kolejnych syntezatorów. Nieco podobnie skonstruowany jest Dervish D., demoniczny syntezatorowy utwór zbudowany na typowo bluesowej progresji, z drobnymi ornamentami (zahaczającymi improwizująco o skale jazzowe) jako łącznikami uparcie powtarzanego motywu ostninatowego. Brzmienie muzyki jest głębokie i dosadne,

    Vangelisowi

    przy pomocy głównie elektronicznego instrumentarium udaje się bez trudu malować barwy i wyrażać emocje dotąd zarezerwowane dla tradycyjnego instrumentarium składającego się z gitary i sekcji rytmicznej.
    Moim ulubionym fragmentem płyty jest impresja Ballad - niezwykłe, oniryczne dźwiękowe malowidło, które mogłoby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do jakiegoś filmu Akira Kurosawy albo muzyczny podkład do kontemplacji takich obrazów jak "Nagły deszcz w Ohashi". Z ciemnych chmur wzdychających akordów wyłania się główna melodia, malowana przetworzonym głosem - syntezator skarży się, unosi ironicznie brwi, spogląda z pobłażaniem, wzrusza się, przypomina sobie stare dzieje; dźwięki brzmią po prostu pierwszorzędnie, stawiając słuchacza oko w oko z dziwacznym duchem o niespodziewanej barwie głosu. Muzyka ma coś niepokojącego, napięcie kiełkujące gdześ w tle musi w końcu zostać rozładowane. W czarno-szaro-białym orientalnym pejzażu raz po raz wykwitają plamiste, niezidentyfikowane kształty przerażając i rozbawiając swą nagłą żółcią, czerwienią albo swym błękitem. Słuchacz kroczy po deskach mostu o kolorze skorupki orzecha włoskiego, wdychając woń soli morskiej i małż, a gęsty dym co chwilę zasłania pole widzenia i nigdy nie wiadomo, co za chwilę ukaże się zdumionym oczom. Warto dodać, że

    Vangelis

    wykorzystał w tej kompozycji bardzo atrakcyjny motyw, który przewinie się lata później w zadumanej kompozycji Twilight z albumu The City. Innym spokojnym utworem jest hymn To The Unknown Man - tutaj nie czają się już niesamowite istoty, kompozycja nie jest podminowana podskórnym napięciem. Główna melodia oparta jest na pogodnym, prostym temacie, który podlega subtelnym wariacjom na tle stałego rytmu kojarzącego się z tempo di bolero, rozpościerając się w końcu leniwymi smugami na tle porządkującego się w typowy sposób rytmu i wzdychając turbulencyjnie zakrzywiającymi się promieniami do nadal pogodnie brzmiących skal urozmaicanych akordami septymowymi. Obok Dervish D. jest to jeden z motywów z płyty Spiral najchętniej przypominanych na różnych wydawnictwach retrospektywnych a także trawestowanych przez wykonawców zafascynowanych dziełem

    Vangelisa

    i nagrywających własne wersje jego utworów.
    Płytę wieńczy impresja 3+3, łącząca orientalny posmak i atmosferę kontemplacji typową dla "Ballad" z zadziornością dynamicznej improwizacji typową dla Spiral. Miękkie, po kociemu skradające się tony fortepianowe to zapowiedź nadcągającego wichru, który przetoczy się masywnymi falami akordów pozostawiających po sobie mieniącą się pianę kipiących drobnych dźwięków, układających się w małe motywy umiejscowione w różnych złośliwie zdeformowanych muzycznych skalach. Utwór zakończy się powrotem fortepianowego zamyślenia - dobrze ilustrując motto zdobiące kopertę płyty.

    Igor Wróblewski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    8,27 EUR
  • Vangelis | Portraits

    Vangelis | Portraits

    Good price
    20 lat kariery Vangelis portretuje jakże udanie album zatytułowany właśnie Portrais (So Long, So Clear). Vangelis zapisał się w historii muzyki jako twórca filmowych tematów. Jego zmysł dramaturgiczny, melodyczny i symfoniczny sprawił, iż te rozpoznawalne są na każdym kroku. Mało tego, stały się wyrazistymi elementami współczesnej pop kultury. No bo kto nie kojarzy dziś tematów do takich filmów jak: Chariots Of Fire, Antarctica czy 1492 Conquest Of Paradise. To wszystko tu mamy, a oprócz tego pojawia się też utwór La Petite Fille De La Mer z obrazu L'Apocalypse Des Animaux Fredrica Rossifa. Szkoda tylko że nie ma żadnej kompozycji z płyty Blade Runner. To w sumie jego najlepsza filmowa muzyka, do słynnego "cyber-punkowego" obrazu Ridley'a Scotta. Poza filmowym Vangelisem, płytę Portraits (So Long, So Clear) niczym przerywniki, przetykają nagrania z albumów zrealizowanych z Jonem Andersonem z Yes. Nie wszystkim ten ekscentryczny duet pasował, mimo tego pozostawił po sobie całkiem sporo przebojów. Jak chociażby słynne I'll Find My Way Home, czy I Hear You Now. Anderson wniósł swój melancholijny głos i przytemperował symfoniczne zapędy Greka. Powstały zgrzebne kompozycje na przecięciu popu i muzyki elektronicznej, które urzekają po dziś dzień. Bardzo udana kompilacja godząca owe symfoniczne tematy filmowe i prostotę pop music. Niebanalnie i z klasą.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,77 EUR