Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Vangelis

(46 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Vangelis | L'apocalypse des Animaux (remaster)

    Vangelis | L'apocalypse des Animaux (remaster)

    L'Apocalypse Des Animaux zawiera utwory które znalazły się w 6 odcinkowym serialu dokumentalnym (każdy odcinek około 50 minutowy) zrealizowanym przez

    Frederic'a Rossif'a

    w koprodukcji telewizji włoskiej RAI i francuskiej Tele Hachette. Film miał być jakby manifestem przeciwko dziesiątkowaniu świata zwierząt i pewnej nostalgii za utraconymi czasami gdy inaczej traktowano faunę i florę. Całą serię wydano na kasetach VHS w jednym boksie w 1990 roku we Włoszech, Belgii i Francji przez Editions Montparnasse. Są oczywiście bootlegi DVD, zgrywki właśnie z tego wydawnictwa.
    Sporo muzyki wykorzystanej w L'Apocalypse Des Animaux

    Rossif

    zamieszczał później powtórnie w innych swoich dokumentach (m.in Morandi, Georges Braque, L'Opera Sauvage). Co ważne, wtedy jeszcze

    Vangelis

    nie praktykował tworzenia muzyki do obrazu a potem nagrywania jej na nowo (nie zawsze to samo) na album.

    Vangelis

    nie bawił się wtedy w edytowanie muzyki ale po prostu proponował ileś tam kawałków aby realizatorzy dobrali sobie je do odpowiednich partii filmu. Kiedy dokument pokazuje zwierzęta w ich naturalnych zachowaniach muzyka jest wykorzystywana niezbyt intensywnie służy jako podkład do komentarza. Kiedy zwierzęta oglądamy w zoo, parkach, lub laboratoriach podczas naukowych badań nie ma muzyki a słyszymy lektora lub naukowców objaśniających ich metody i obserwacje. Narrator nie pojawia się w polu widzenia zawsze głos pochodzi z offu.

    Vangelis

    twierdzi że praca nad jednym epizodem zabierała około jednego dnia i każdy odcinek otrzymywał świeżą porcję muzyki. Generique pojawiał się na rozpoczęcie i zakończenie każdego epizodu. Tylko kilka fragmentów powtórzono przy różnych epizodach. Np. radosną melodię graną na keyboardach i flecie, która zwykle towarzyszyła zabawom zwierząt, eksperymentalny fortepian plus perkusja, temat także użyty w filmie o Georges Braque, tajemniczo egzotyczny wolny temat zwykle wykorzystywany przy podwodnych zdjęciach, trochę głupawy temat w stylu disco (też w Morandi ) używający zestawu perkusyjnego na tle pierwszej generacji fortepianów elektrycznych. Dziwne ale żaden z tych powtarzanych tematów nie pojawił się na krążku (odsyłam do bootlega -

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX - OUTTAKES). Vangelis wybrał 6 utworów mających zupełnie inne brzmienie niż pozostała muzyka w serii. Różniły się choćby wykorzystaniem trąbki czy gitary. Na każdy z kawałków przypada do pięciu utworów odrzuconych w tym sporo naprawdę dobrych, co warto dodać z epizodu 2,3 i 4 nie trafiło na album nic! (Tu polecam bootleg

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX 30 ANS 1973-2003). Biorąc pod uwagę całą muzykę zawartą na ścieżce dźwiękowej można ją podzielić na 4 kategorie: melodyjną, marzycielsko-nostalgiczną, zabawną, egzotyczno eksperymentalną. Co znalazło się z tego na krążku? Apocalypse des animaux - generique typowy dla dzisiejszej muzyki spod znaku world music rytm wybijany na egzotycznych instrumentach perkusyjnych przerywają wstawki fortepianu i piękne, przypominające wirowanie kosmosu wstawki wokalne, znakomite intro budujące niesamowity klimat to w miarę dynamiczna, pogodnie brzmiąca a zarazem niesamowicie przyciągająca uwagę perełka której wadą jest jej króciuteńki czas. Może nieźle zmylić słuchacza nastawiającego się na tego typu muzykę na reszcie płyty.
    La petite fille de la mer odkrywa przed nami oparte na gitarze akustycznej i ksylofonie, bardzo ulotne, delikatne, słodkie brzmienie kojące zszargane nerwy. W tle delikatna poświata z mellotronu, zawiera coś jak punkt szczytowy gdy opiera się tylko na wysokich dźwiękach ale gitara znowu powraca i melodia powtarza się. Eteryczne, minimalistyczne dźwięki tworzą niesamowicie melancholijny klimat. W serialu obrazował on w ostatnim odcinku zdjęcia delfinów i ośmiornic.
    Le singe bleu - ambientowo minimalistyczny dźwięk to tło dla niezwykłej urody partia trąbki. Piękna aranżacja w delikatnie bluesowo jazzowej manierze. Nie przypominam sobie drugiego takiego wykorzystania tego instrumentu w utworze

    Vangelisa

    . Klawiszowe zaś dźwięki w tle, podtrzymują półsenną atmosferę. Le Singe Bleu wzięto z pierwszego epizodu, gdzie towarzyszy ona obrazowi zwinnych ruchów małpki skaczącej z drzewa na drzewo by w końcu zakołysać się na horyzoncie.
    La mort du loup to wzruszający kawałek oparto na mellotronie imitującym gitarę akustyczną z pogłosem na tle której słychać naturalne brzmienie gitary. Zgodnie z tytułem brzmi przejmująco, niczym pieśń żałobna. Ten naładowany smutkiem, poruszający utwór niezwykle sugestywnie przedstawia śmierć zwierzęcia. Pochodzi z piątego odcinka serii, towarzyszy obrazom wilków zastrzelonych w śniegach i na sawannie.
    L'Ours Musicien, ta miniaturka w filmie trwa 4 minuty, towarzyszy historii dwóch niedźwiadków polarnych porzuconych przez matkę, szperającą w chacie ekipy filmowej. Mamy tu basowe, niskie, buczące dźwięki kojarzące się rzeczywiście z wizją misia i delikatne mellotronowe akordy symbolizujące że to jeszcze maluchy. To swoisty kontrast wobec wcześniejszej impresji, muzyczny żarcik gdzie co chwilę owa melodia zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Creation du monde. Tej epickiej kompozycji nie powstydziłby się żaden z tuzów ambientu. Czarująco piękny, zbudowany bardzo prostymi, minimalistycznymi środkami. Najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz to zapowiedź późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w spokojnym, nastrojowym stylu. Doniosłość tego fragmentu ma także odzwierciedlenie w serialu. Wieńczący serię epizod rozpoczyna się wraz z dźwiękami Creation Du Monde i towarzyszy zwolnionym obrazom wielkich ptaków przelatujących nad morzem. Utwór pojawia się ponownie na koniec, podczas pojawienia się napisów końcowych obrazowanych dotąd przez Generique, jako swoiste filozoficzne podsumowanie.
    Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek - La mer recommencee, płynny ambientowy temat, jeden ton otoczony falami dźwięków przypominającymi wygłuszone talerze i inne instrumenty perkusyjne. W serialu rewitalizacja morza po wycieku ropy i innych zanieczyszczeniach ekosystemu morza zostało ubrane właśnie w dźwięki La Mer Recommencee.
    Brak tu zdominowanych przez syntezatory utworów, muzyka była stworzona przy użyciu relatywnie prostych środków a zarazem słychać tu w detalach wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych niepowtarzalnymi barwami i swobodę, łatwość znamionującą geniusza w tworzeniu tychże. Jakże to innowacyny album! Pamiętajmy jedną rzecz: ta muzyka powstała w 1970 roku! I co tu znajdujemy? Prototypy struktur ambientowych, wyznaczniki późniejszego ruchu minimalistycznego, muzyki world, new age, elektroniki. Porywająca muzyczna tapeta która może spokojnie funkcjonować bez obrazu tworząc wizje roztaczane przed słuchającymi w umyśle, wzbudza podziw jaki geniusz mógł stworzyć coś tak eterycznego i zaawansowanego.
    Zaskakują najbardziej statyczne drony, jak żywo przypominające ambient tonowe pasaże na mellotronie, gdzie nic się nie zmienia. Muzyka ta nie opisuje realiów przyrody ale raczej stara się oddać jej filozoficzny aspekt. Niezwykle piękne uchwycony: lekko zadumany, relaksujący czasami charakter tej muzyki powoduje że do dziś brzmi niesamowicie świeżo i aż dziw bierze że ta muzyka powstała w epoce gdy elektronika jaką znamy i lubimy dopiero zaczynała raczkować! Przepiękny dźwiękowy gobelin do dziś mimo upływu lat wciąż mogący konkurować z dowolną płytą . Jak na tamte czasy porażająca praca. Ponadczasowe arcydzieło.

    Dariusz Długołęcki



    Ksylofonowy akompaniament, na tle którego przebijają klawiszowe plamy dźwiękowe, otwiera tę płytę - po dynamicznej, pogodnie brzmiącej introdukcji następuje jeden z najpiękniejszych fragmentów w całym dorobku

    Vangelisa

    : impresja La petite fille de la mer. Eteryczne wibrafonowe dźwięki opowiadają być może historię o zapomnianej, omszałej pozytywce wyłowionej przez samotne, zaciekawione dziecko z morza namalowanego przez Turnera lub Ślewińskiego. Melancholijny, zbudowany na przeciwwadze minorowych i durowych akordów temat co pewien czas milknie, muzyka staje się bardziej tajemnicza i zamyślona… Kolejny utwór, Le singe bleu, to przede wszystkim wspaniała partia trąbki, która śmiało mogłaby ozdobić kontemplacyjną płytę autorstwa

    Milesa Davisa

    - klawiszowe dźwięki miękko skradają się w tle, rozpraszając lub podtrzymując półsenną pieśń świtu lub wczesnego wieczoru intonowaną przez zadumaną trąbkę. La mort du loup zgodnie z sugestią tytułu brzmi przejmująco - cała kompozycja wyłania się z odrętwiałych, zziebniętych akordów, które przeszyte są zmartwioną melodią. Kontrast wobec tej impresji stanowi muzyczny żarcik, jakim jest L'ours musicien - rzeczywiście, słuchając tej miniaturki zaaranżowanej głównie na niskie, buczące dźwięki, którym towarzyszy "ociężała", jakby spowolniona ścieżka rytmiczna wygrywana na talerzach, trudno nie wyobrazić sobie muzykującego krnąbrnego niedźwiadka, irytującego się, iż co chwilę jego piosenka zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Kolejny utwór to najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz Creation du monde. Jest to zapowiedź takich późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w stylu ambient, jak Himalaya, Summit bądź In London (sygnowane:

    Vangelis & Neuronium

    ). Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek La mer recommencée - główny temat rozpuszcza się w klawiszowych falach, przetaczających się pod niebem lekko zamglonych instrumentów, równomiernie obmywających topniejące brzegi. Brak tu zdominowanych przez najrozmaitsze syntezatory utworów - z drugiej strony, słychać tu już w najmniejszym detalu wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych najadekwatniejszymi barwami.

    Igor Wróblewski



    ...Apokalipsa zwierząt... to już 30 lat jak

    Vangelis

    wydał tę, jedną z pierwszych swoich płyt. Niejako początki bogatej później dyskografii. Muzyka wbrew tytułowi nie jest wcale aż tak ,"apokaliptyczna" ale i nie wesoła. Zmusza raczej do zastanowienia dokąd zmierza współczesny człowiek ze swoim stosunkiem do świata natury. Płyta nieco krótka jak na możliwości wielkiego greka ale od początku do końca słucha się jej z przyjemnością.

    Mariusz

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    11,07 EUR
  • Vangelis | See You Later (remaster)

    Vangelis | See You Later (remaster)

    Na co dzień bombastyczny Vangelis, na See You Later spuścił nieco z tonu i nagrał… solidny, popowy album. Muzyka jak na niego dosyć wywrotowa i nie nowa, bo oryginalne wydanie ukazało się w 1980 roku. Jednak na fali wznowień jego płyt, warto sobie o niej przypomnieć. Już sama okładka robi wrażenie, czarno-białe zdjęcie kobiety w letnim stroju, w okularach przeciwsłonecznych na tle podbiegunowego pejzażu. Ów paradoks nieźle puentuje sama muzyka, to czystej wody electro pop, naznaczony "vangelisowskim" szlifem. Na fali była wówczas muzyka New Romantic, Vangelis jednak interpretuje ów popowy wytrych po swojemu. Poza dosyć typową rozrywką I Can't Take It Anymore czy Multi-Track Suggestion, mamy całkiem miłe odskocznie. Krótki Not A Bit- All Of It jest jakby odbiciem ze świata telewizyjnych reklam, sam w sobie może też funkcjonować jako ów reklamowy spot. W całej tej popowej podróży Vangelisa, pomogli mu znakomici goście: Jon Andreson, Peter Marsh, Christina i Maurizio Arcieri jak i Cherry Vanilla. Udana płyta, całkiem niesłusznie zapomniana. Po latach można ja traktować jako próbę rozrachunku z popową estetyką tamtych lat.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,07 EUR
  • Vangelis | Invisible Connections (remaster)

    Vangelis | Invisible Connections (remaster)

    Vangelis kojarzony jest z monumentalnymi formami i nastrojowymi pasażami. Jeżeli u kogoś funkcjonuje tylko taki obraz greckiego klasyka muzyki elektronicznej, po zapoznaniu się z Invisible Connections, przeżyje ciężkie załamanie nerwowe. To album niezwykle wywrotowy, pełen swobodnych improwizacji. Trudna płyta, która może uchodzić za młodszą siostrę wydanej w 1978 roku Beaubourg. Tamten album był wynikiem fascynacji Vangelisa nowoczesną architekturą Centre Georges Pompidou w Paryżu. Invisible Connections niemal dorównuje jej w swym skrajnym podejściu do improwizacji. Jedynie trzy kompozycje, ale tyle wystarczy. Pierwsza, tytułowa stanowi niejako pomost między akustyką a elektroniką. Brzmienia fortepianu, cymbałów, perkusji przegryzają się z syntetycznymi świstami. Muzyka wolna i swobodna, którą zdawać by się mogło nie kierują żadne prawa logiki. Dwa kolejne nagrania Atom Blaster i Thermo Vision, kontynuują tę eksperymentalną ścieżkę. Atom Blaster zaskakuje skrajnie minimalistyczną formą, zaś Thermo Vision gdzie ponownie miksuje się elektronika z brzmieniami akustycznymi, zdaje się być dociążony ociężałą, mroczną zawiesiną bliską estetyce dark ambient. Po latach ta muzyka nadal przypomina o tej mało znanej "niepokornej" ścieżce Vangelisa.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,07 EUR
  • Vangelis | China (remaster)

    Vangelis | China (remaster)

    Vangelis

    interesował się starożytną filozofią i kulturą Chin co zmaterializowało się muzycznie na pierwszym wydanym dla Polydoru albumie. Ukazał się on po eksperymentalnym Beauborg który ponoć miał za zadanie zerwanie kontraktu z RCA (dla mnie to tylko pogłoska). Polydor poważnie podszedł do swej nowej gwiazdy i tego wydawnictwa zamieszczając w pierwszej edycji na LP wkładkę zawierającą długi esej i wiele unikalnych zdjęć. Z eseju dowiadujemy się, że

    Vangelis

    uznawał starożytną chińską muzykę za zbieżną ze swymi dokonaniami gdyż nie miała tylko zabawiać intelekt ale i oddziaływać na całe ciało. Kolejny przyczynek do zainteresowania się tematem to że

    Vangelis

    w latach siedemdziesiątych mocno interesował się wszelkimi instrumentami perkusyjnymi a te wśród starożytnych instrumentów chińskich wiodą prym.

    Vangelis

    przyznawał że nie był w Chinach ale uczył się tego kraju poprzez brzmienie ich instrumentarium jak i czytanie książek z których cytaty pojawiają się w wkładce jak i recytowane są na albumie.

    Vangelis

    stara się pochwycić wielorakie skojarzenia z życiem ludzi znad Jangcy.
    Mamy więc ich historię (The Long March), filozofię (Yin & Yang),charakterystyczne dla konfucjanizmu opowieści (The Little Fete), obraz wsi (The Tao Of Love), przyrody (Himalaya). Znaczące są też tytuły które konotują wyobrażenia obcokrajowców nasuwające się na myśl na hasło Chiny. Atmosferę albumu ma oddawać też niepokojące rozmazane zdjęcie

    Vangelisa

    pływającego w basenie wypełnionym turkusowo zabarwioną wodą. Szczerze dla mnie niezrozumiałe...
    Azjatyckie brzmienia pojawiały się i na wcześniejszych albumach, tu jednak wyraźnie je polepszono i otrzymały pierwszoplanowe miejsce. Tytuł mylnie wskazuje na interpretację chińskich tematów. Właśnie bardzo ważną cechą tej płyty i zarazem kolejnym przejawem talentu artysty jest to że

    Vangelis

    nie poddaje się wiernemu naśladownictwu tworząc kopię chińskich brzmień. Zamiast kalki mamy niesamowitą kombinację wpływów azjatyckich z charakterystycznym brzmieniem

    Vangelisa

    . Interpretuje różne aspekty chińskiej muzyki i kultury w swój własny unikalny sposób bez prób ich imitacji. Inaczej mówiąc mamy tu zestaw pięknych melodii świetnie zilustrowanych wyszukanymi syntezatorowymi orkiestracjami powstałymi pod wpływem chińskiej muzyki. Chung Kuo rozpoczyna oryginalne wykorzystanie efektów - słychać coś co przypomina helikopter, krążące wokół słuchacza faerie tekstur, dźwięki przypominające krzyczący tłum aż wreszcie pojawiają się instrumenty: dzwoneczki i syntezator wprowadzające majestatyczne pełne prawie patosu brzmienie. Wyciszenie w pojedyńcze dźwięki to interludium do kolejnego prawie pompatycznego wprowadzenia wygrywanego na syntezatorach. Tu dygresja - wersje cd różnią się w oznaczeniu utworów od wydań na winylu zarazem odmieniają zamierzenia

    Vangelisa

    . Chung Kuo czyli 'państwo środka' obrazuje nam ogrom i splendor Chin jako kraju - te doniosłe dźwięki były przypisane temu utworowi do 1:43 czyli do melodii. Od niego zaś zaczynał się Long March czyli utwór drugi który pierwotnie składał się z owej nastrojowej melodii z Chung Kuo na cd oraz fortepianowej wariacji, wydzielonej na cd jako Long March. Zresztą słychać wyraźnie że fortepianowe solo w drugim utworze to kontynuacja tematu z Chung Kuo na cd. Zwróćmy uwagę że inaczej w tym wypadku rozkładają się akcenty naszego pojmowania tej muzyki: krótkie wprowadzenie na temat Chin to jakby oznaka że

    Vangelisowi

    trudno oddać ducha i ogrom tego państwa. Long March otrzymuje zaś bardziej patetyczną oprawę - długi marsz oczywiście kojarzy się z Mao Tse Tungiem i chińską rewolucją,

    Vangelis

    sympatyzował z ruchami lewicowymi może należałoby rozumieć odarcie utworu drugiego z pięknej melodii w bogatej aranżacji na rzecz ascetycznego fortepianowego solo jako rodzaj innego spojrzenia na politykę Chin?
    Wracając do tematu - posługuję się jednak cd dlatego ciąg dalszy opisuję przy Chung Kuo. Oj dzieje się: wspaniały temat z niebanalną, genialną melodią - jako podkład pojedyńcze dźwięki z keyboardu na tle których

    Vangelis

    osnuwa całą gamę syntezatorowych przepięknych pasaży. Znakomicie obrazuje to talent

    Vangelisa

    - przykład wykreowania orientalnego brzmienia bez jakikolwiek rzeczywistych odniesień do tej muzyki. Docenił te dźwięki choćby GM który zawarł je w reklamie luksusowego modelu Ford Mercury Lynx.
    Long March -

    Vangelis

    pokazuje się jako świetny pianista. Fortepianowe solo oparto częściowo na poprzedniej melodii improwizowanej w neoklasycznym stylu z lekkimi wtrąceniami sekwenserów. Long March ukazał się na singlu (nie w wersji jaką znamy z cd) i co ciekawe zawiera rozwinięcie w postaci strony B czyli Long March part II. Ta właściwie piosenka wykorzystana przez UNICEF, zaśpiewana została przez

    The Children of Orleons Infant School Twickenham

    wybranego przez

    Vangelisa

    po licznych wizytacjach szkół londyńskich. Polecam jej przesłuchanie choćby na bootlegu High In The Sky - opowiada o tym że należy przejść wzgórza, wzburzoną wodę, w rosnącej spiekocie i wietrze i jest opowieścią o ludzkiej determinacji.
    Po stonowanym długim marszu poraża nas atak nieskoordynowanych dźwięków przechodzących w melodię. The Dragon to dziwnie synkopowany utwór który mimo że grany na instrumentach elektronicznych daje wrażenie że dźwięki wydobywane są z naturalnych instrumentów. Keyboardy brzmią tu bardzo miękko jesteśmy prawie pozbawieni linii basowej. Pulsujące brzmienie wspomagają kotły i talerze.

    Vangelis

    oddaje tu nastrój i ducha chińskich świąt w mitologii której smoki mają olbrzymie znaczenie. W opisie płyty podaje się że smok symbolizuje ducha zmian i kreatywną moc życia. Po kolejnym pełnym ozdobników, głośnym utworze jako przeciwwaga (Jin i Jang?) stonowany cichszy kawałek. Plum Blossom otwiera duet skrzypcowo-fortepianowy imitujący orientalizmy gdzie fortepian pełni właściwie rolę tła a cały ciężar jest przerzucony na wspaniałą solówkę na skrzypcach

    Michela Ripoche

    , dobrego przyjaciela

    Vangelisa

    jeszcze z czasów paryskich. Utwór zostaje w połowie trwania wzmocniony syntezatorowymi wstawkami dodającymi mu efektownego, nie przekombinowanego brzmienia. Kwiat śliwy to symbol seksualnej witalności.
    Tao Of Love - melodią i instrumentarium wydaje się być orientalny - znakomicie naśladuje owe brzmienia, przechodzi jednak w solówki typowe dla

    Vangelisa

    nie dające cienia wątpliwości, że to

    Vangelis

    jest twórcą tej melodii. Utwór można uznać za prosty i pretensjonalny gdyby nie znakomita, wyważona aranżacja.
    The Little Fete otwiera chiński flet. Nastrój wyciszenia i kontemplacji w medytacyjnym wydaniu przechodzi w dźwięk dzwoneczków i delikatne odprężające dźwięki syntezatora. Na ich tle pojawia się recytacja wykonana aby spotęgować wrażenie azjatyckości przez... Koreańczyków (sic!) Koon Fook Mana i Yeunk Hak Funa. Ów monolog to zaczerpnięta z książki Taoizm opowieść z VIII wieku o tym że jak chcemy się napić wina najlepiej zrobić to w nocy - bo mamy wtedy dwóch kompanów: księżyc i nasz cień czyli nie jesteśmy samotni a i butelka cała nasza... Utwór kończy gong - kurtyna opada , przedstawienie się kończy. Te trzy minimalistyczne kawałki - The Plum Blossom, The Tao of Love i The Little Fete to swoiste muzyczne ogrody zen ukryte pomiędzy bardziej epickimi, rozbudowanymi utworami.
    Yin & Yang: tu dwie przeciwności można odczytać jako wschód i zachód: greckie buzuki grane na koto z tłem na syntezatorach to jakby synteza muzyki wschodu i zachodu. W pierwszej części utwór ma charakter typowo orientalny by przejść w mocne, nerwowe rytmy i dźwięki zachodniej muzyki której tłem są orientalne wstawki.
    Himalaya, to kolejny dowód jak znakomitym ilustratorem jest

    Vangelis

    przy oddawaniu przestrzeni i piękna przyrody a pomocą dźwięków. Nie ma tu melodii tylko nastrojowa atmosfera, bas oblewany dmuchającym wiatrem i syntezatorowymi falami odzwierciedla ogrom tego pasma gór. Utwór uświadamia jak

    Vangelis

    łatwo przykuwa uwagę słuchacza na ponad 10 minut w statycznej kompozycji przy braku właściwie melodii. Himalaya wyobraża powolny marsz na wysokości, poprzez wiatr, skalne doliny i lód przechodząc w zamykający płytę Summit który opowiada o końcu tej podróży, uwieńczeniem jest zapierający dech w piersiach widok w pustce i ciszy podniebnych szczytów. Summit rozpoczyna efektowny pastisz brzmień - wyraża nie triumf po trudzie lodowej wędrówki co charakterystyczne dla ludzi cywilizacji zachodu a rozkoszowanie się widokiem co znowu odzwierciedla inność osobowości ludzi cywilizacji dalekiego wschodu ceniących duchowość ponad inne przymioty.
    W tej płycie słuchacz może znaleźć romantyczną chińska scenerię i portrety ogrodów ryżowych pól żyznej wsi, sztukę kaligrafii ideogramów jak fortepianowe interludium w Long March czy skrzypce w Plum Blossom wymieszane z dodanymi ze smakiem wpływami zachodnimi. Płyta koncepcyjna zrealizowana momentami z epickim rozmachem z pięknymi zdolnie zaaranżowanymi melodiami z wielością podkładów syntetycznych orkiestracji czy samotnego fortepianu nie ma właściwie nic w sobie z chińskich melodii - używa wschodniego skalowania na swój sposób aby za pomocą statecznych rytmów i tekstur syntezatorowych wyrazić majestatyczny obraz Chin Znakomite konstrukcje bazujące na miksie azjatyckich linii melodyjnych z urokliwym brzmieniem syntezatorów dają nam niezapomniane romantyczne i nostalgiczne melodie.

    Dariusz Długołęcki

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,07 EUR
  • Vangelis | Antarctica (remaster)

    Vangelis | Antarctica (remaster)

    Płyta z muzyką do filmu Antarctica oryginalnie ukazała się w 1983r, jednak wówczas dostępna była tylko w Japonii. Z racji zaporowych cen na japońskie produkty, płyta była bardzo droga i niezbyt znana. Dopiero w 1988r firma Polydor wydała nielimitowaną edycję na cały świat. Film który reżyserował Koreyoshi Kurahara opowiada autentyczną historię. Jej bohaterami jest japońska ekspedycja polarna, która w 1958r z racji ekstremalnej aury zmuszona została do opuszczenia swego stanowiska. Drugimi cichymi bohaterami są psy, używane do zaprzęgów. Japończycy musieli porzucić sporą część z pośród 20 psów. Po 6 miesiącach walki o przetrwanie, przeżyły tylko 2 psy. Film okazał się w Japonii niesamowitym sukcesem kasowym, a muzyka skomponowana przez Vangelisa miała w tym swój mały udział. Otwierający ją z lekka orientalny motyw Theme From Antarctica powraca w kolejnych odsłonach tej płyty co jakiś czas. Vangelis stworzył przejmujące dzieło, chcąc oddać dramatyzm całej sytuacji, ale pokazać też wolę walki i przeżycia na tej nieludzkiej ziemi. Piękna muzyka utkana z orientalnych brzmień, elektroniki, na swój sposób odbija kulturę Japonii ale stara się też opisać niesamowite krajobrazy tego kontynentu. Sama w sobie oddaje poczucie izolacji człowieka w tym ekstremalnym środowisku. Z racji wydania tej płyty już bez limitów przez wytwórnię Polygram, można w pełni docenić walory dźwiękowe tego dzieła. Nic dziwnego, że Vangelis uchodzi za specjalistę od dźwiękowych ścieżek.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,07 EUR
  • Vangelis | Rosetta

    Vangelis | Rosetta

    Bestseller Good price
    Kiedy pytano czteroletniego Ewangelosa Odiseasa Papatanasiu, grającego na domowym pianinie własne kompozycje, skąd bierze tę muzykę, ten podnosił wskazujący palec ku niebu i odpowiadał - "stamtąd". Od kilkudziesięciu lat cały świat zachwyca się kompozycjami tego nagrodzonego Oskarem Greka znanego pod nazwą Vangelis.
    Nie inaczej jest ze źródłem inspiracji do albumu Rosetta. Jest to swoista elegia na cześć zakończonej we wrześniu 2016 roku misji Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), której celem było, po raz pierwszy w historii, lądowanie na jądrze komety. I nie przypadkowo moment ukazania się płyty na rynku zaplanowano na tydzień poprzedzający finał misji poprzez uderzenie sondy Rosetta w kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Bo elegia to z języka greckiego pieśń żałobna, pieśń pożegnalna.
    Vangelis, tworząc te kompozycje przeglądał całe godziny zapisów filmowych prezentowanych mu przez pracowników ESA. Dlatego, by móc w pełni docenić jego dzieło, koniecznie trzeba wysłuchać go w połączeniu z obrazem. Ta trwająca prawie 54 minuty elegia to swoista ścieżka dźwiękowa do filmu, którego nie ma. Filmu, który każdy może stworzyć we własnej wyobraźni. A tej pomogą liczne obrazy z misji Rosetty na stronach internetowych ESA.

    J.D.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Vangelis | Heaven and Hell (remaster 2013)

    Vangelis | Heaven and Hell (remaster 2013)

    Heaven and Hell rozpoczynał okres pracy w Nemo Studios i początek prawdziwej kariery międzynarodowej i był pierwszym albumem zrealizowanym dla RCA. Płyta została odnotowana na listach przebojów co zaowocowało niesamowitym ponoć koncertem w Royal Albert Hall. Wtedy gwiazdą wytworni był Rick Wakeman i pokłosie właśnie progresywnego rocka na tej płycie wyraźnie słychać.
    Część pierwsza zaczyna się od Bacchanale. Utwór rozpoczyna się od samotnego akordu keyboardów do którego dołącza po chwili współbrzmiący z nimi chór by eksplodować w końcu perkusją i całym kompleksem pasaży na syntezatorach, dźwiękami z Fender Rhodesa wybrzmiewających na tle mooga i chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki. To zdecydowanie Hell - nagle wszystko gwałtownie cichnie i syntezatory znowu powtarzają uporządkowaną strukturę, dołącza do nich chór i kolejne powtórzenie dzikiej jazdy naśladującej cierpienia potępionych poddawanych torturom. To chyba zdecydowanie najbardziej prog rockowa część płyty przypominająca ELP czy Wakemana. Muzyka atakuje słuchacza czymś w rodzaju imitacji wojny między dobrem a złem za pomocą dźwięków cichnących i wybuchających na nowo. Utwór ukazuje bardziej agresywną stronę muzyki Vangelisa.
    Symphony to the Powers B to centralna część pierwszej suity, rozpoczyna je emulowane intro na panino, przechodzący w kosmiczne brzmienia, tak charakterystyczne później dla Vangelisa, do których dołącza chór wyśpiewujący w rytmicznym, prawie pompatycznym nastroju łacińskie teksty przydające tej muzyce coś na kształt jakiegoś religijnego obrządku. Wtedy też na zasadzie kontrapunktu, dochodzi do konfrontacji męskiej i żeńskiej części chóru anielskich i demonicznych sił wspieranych brzmieniem fortepianu, trójkąta i orkiestry. Dźwiękowo także dochodzi do gwałtownych zmian - od pełnego brzmienia orkiestry wspartego talerzami do delikatnych bramień fortepianu i perkusyjnych przeszkadzajek. W tym utworze najczęściej dopatruje się inspiracji Carminą Burana, Karla Orffa. Frenetyczne tempo inspirowane pracami tego twórcy w To the Powers B podkreśla dodatkowo także klasyczna technika gry na fortepianie. Mamy tu sporo porywających orkiestracji i wstawek etnicznych z Grecji. Przez kilka minut fortepian i chór i orkiestra otaczają słuchacza z niezwykłą burzą dźwięków aby przejść do crescendo pod koniec tej części .
    Z tej kakafonii dźwięków wpadamy w stonowany Movement 3. Rozpoczyna się melancholijną partią fortepianu, syntezatora - po chwili otrzymujemy ferię głośniejszych dźwięków wspartych przez chór - radzę zwrócić uwagę na tę kompozycję, przede wszystkim na główne brzmienie, wszak to nic innego jak wyciszona, pierwocina tytułowego utworu z Chariots Of Fire! Po drugie ten przepiękny, najbardziej przypominający późniejsze dzieła el Vangelisa fragment ma swoją drugą historię związaną z bardzo popularnym serialem dokumentalnym z lat 70 -tych Carla Sagana Cosmos, gdzie ten utwór był tematem przewodnim.
    Wreszcie So Long Ago, So Clear, gdzie falset Jona Andersona słodki i relaksujący przynosi ukojenie po agresywnej muzyce części pierwszej. Delikatny, sentymentalny duet powstał w ciekawych okolicznościach. Ponoć Anderson chciał ściągnąć Vangelisa na keybordzistę do Yes. Vangelis odmówił przyłączenia się do tej legendy progresji ale za to Anderson wystąpił na tej płycie. Dostajemy tu delikatne brzmienia Rhodesa połączone z harmoniami śpiewu - pozytywne i romantyczne liryki tworzą gorzko słodki rezonans z interpretacją Andersona przepełnioną jakimś wewnętrznym smutkiem.
    Część II jest jeszcze bardziej mistyczna, rozpoczyna ją czysta improwizacja Intestinal Bat zbiór brzmień, dzwonków i harf tajemniczych i przyprawiających o dreszcze mrocznych dźwięków - kończy się to intro szokującym brzmieniem skrzypiec. Po tym dziwnym wprowadzeniu czas na Needles and Bones rytmiczny lecz wciąż tajemniczy fragment muzyki z słyszalnym wpływem greckiego folkloru z chórami, keyboardami i dzwoneczkami w stylu Oldfielda przypominający wyszukane pląsy .
    Nagle muzyka zmienia się i kolejny utwór 12 O'clock rozpoczyna melancholijna melodia której po chwili wtórują na wpół gregoriańskie chorały podparte wolnym tonem perkusji na tle których słychać najpierw jakby lament mężczyzny a następnie kobiety - czyściec? Nagle słyszymy rytm wybijany na bębnach który nabiera siły i splata się z dzikimi dźwiękami z syntezatora- mamy chwile ciszy przerywane przeraźliwymi dźwięki, przerywane nagłymi i krótkimi chaotycznymi eksplozjami muzyki znikającymi tak szybko jak się pojawiają wymieniających się z imitacją na keyboardy ludzkich głosów, nagła cisza i kolejne powtórzenie chorału z dźwiękiem dzwonu w tle - memento mori? - dochodzi współczesny chór, kory oddaje pierwszy plan - niezwykły glos Very Varoutis daje wyobrażenie jak brzmieć powinien anielski głos, jej wokaliza rośnie z minuty na minutę w siłę by w końcu zejść jakby na dalszy plan i oddać pola męskiemu chórowi. Niezwykła pełna emocji wokaliza współbrzmiąca wspaniale z prostą elegancją muzyki. Dla mnie najbardziej przepyszny fragment płyty, również wykorzystany w serialu Cosmos.
    Ale kiedy myślimy że wszystko już wybrzmiało przechodzimy do Aries pełnej eksplodujących orkiestracji. Ten pełen splendoru i mocy utwór konczy się gwałtownie i wpada w delikatną melodię A Way w spokojny, stonowany sposób zamykającą album co kontrastuje z jego początkiem. Delikatność tego utworu pozwala słuchaczowi ochłonąć po porcji muzyki jaką serwuje Vangelis. Kończy się niepostrzeżenie wyciszeniem.
    Mamy tu kreację szerokiej wariacji nastrojów i kontrastów co tłumaczyć należy tytułem - płyta koncepcyjna opowiadająca o przepaści między dobrem a złem. Vangelis uczynił to poprzez wysublimowaną i wyszukaną w każdej minucie tej płyty muzykę. Nie da się jednoznacznie zaszufladkować tej płyty: czasami symfoniczny, momentami etniczny mocno progresywny jest dziwnym i pięknym zarazem eksperymentem nigdy więcej przez Vangelisa nie powtórzonym a zarazem to podwalina pod kolejne arcydzieła oparte na chórze i harmoniach, które odnajdujemy w Opera Sauvage i Chariots Of Fire.

    Dariusz Długołęcki



    Heaven and Hell - czyli niebo i piekło. Faktycznie Vangelis ten album, który poniekąd należy już do historycznych dzieł z gatunku el-muzyki zaskakuje dwoistością formy. Ale z pewnością po raz kolejny jak na mistrza przystało nie rozczarowuje. Wręcz przeciwnie... tematy ,,piekielne,, są niespokojne, nieraz z lekka agresywne, pełne przerażenia i strachu a z kolei ,,niebiańskie,, wyciszone, uspokojone i kojące z fantastycznym utworem ,12 o'clock. Partie chóralne i wokal żeński wspaniale harmonizują z muzyką i podkreślają jeszcze bardziej atmosferę całej płyty. To jeden z albumów Vangelisa, do których często powracam, choć cenię sobie całą twórczość tego wybitnego greckiego kompozytora, który w pełni zasłużył na Oskara tylko dlaczego tylko za Rydwany Ognia? I dlaczego tylko Oskara? Polecam każdemu fanowi Vangelisa - to muzyka, którą można kupować "w ciemno" bez odsłuchu w sklepie a dopiero po rozpakowaniu w zaciszu własnego mieszkania, najlepiej wieczorem ze słuchawkami na uszach Piekło i niebo na ziemi zapewnione na kilkadziesiąt minut.

    Mariusz

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,53 EUR
  • Vangelis | Albedo 0'39 (remaster 2013)

    Vangelis | Albedo 0'39 (remaster 2013)

    Utwory Pulstar i Alpha przynoszą aranżacje i zwroty melodyczne wytyczające Vangelisowi szlak na długie lata - pojawiają się tu bardzo chwytliwe melodie, poddawane rozmaitym parafrazom, wtopione w interesująco brzmiące ostinato i frapującą ścieżkę rytmiczną pełną drobnych, kreujących odpowiedni nastrój elementó brzmieniowych. Inne prezentowane tu impresje mają niejednokrotnie niewiele wspólnego z przestrzennymi harmoniami konstruowanymi na schemacie zwyczajnych durowych i mollowych akordów. Wiele fragmentó tego longplaya można wręcz śmiało określić mianem muzyki eksperymentalnej. Szczególnie interesująco brzmią wszystkie ścieżki rytmiczne, niekoniecznie generowane przy wykorzystaniu typowych instrumentów - w utworze Freefall słychać płynące zegarowe dźwięki przenoszące słuchacza pogrążonego w stanie nieważkości w zagubiony wymiar czasoprzestrzeni, w Mare Tranquillitatis stojące, gęste akordy o nietypowej strukturze ciekawie mieszają się z odrealnionymi, nieco oddalonymi głosami kosmonautów.
    Długie kompozycje Main Sequence i Nucleogenesis charakteryzuje iście rockowa ekspresja. Budulcem tych tematów są wyraziste, agresywnie brzmiące riffy organowe, wpadające w wir nieregularnego, łamanego rytmu perkusji i basu. Kolejne tematy wykluwają się z siebie w myśl niczym nieskrępowanych zasad improwizacji, a jedynym elementem porządkującym jest obecność instrumentu wiodącego wyraźniej i dosadniej swój wątek na pierwszym planie, na tle zataczających turbulencyjne kręgi pozostałych instrumentów. Te fragmenty albumu mogą się raczej kojarzyć z rozimprowizowanymi, niekończącymi się impresjami grupy Yes we wczesnych latach siedemdziesiątych, niż z późniejszą muzyką greckiego multiinstrumentalisty (warto tu dodać, iż Vangelis miał przecież znaleźć się swego czasu w składzie tej legendarnej art-rockowej grupy, a jego późniejsze kolaboracje z Jonem Andersonem stanowią jeden z najbardziej znanych rozdzialow w działalności greckiego muzyka i kompozytora).
    Znacznie mniej tu fortepianowych rozległych pasaży, które proponował Vangelis na płycie Heaven And Hell - brak też tak odważnych eksperymentów, jak na Beaubourg. Płyta zachwyci tych, którzy interesują się niekonwencjonalną, wielowątkową muzyką z pogranicza elektroniki i awangardowych odmian muzyki rockowej - a dla najbardziej wybrednych słuchaczy przeznaczone są spokojne, frapujące krajobrazy muzyczne Sword Of Orion i Albedo 0.39, pełne zachmurzonych widoków i zmieniających się leniwie atrakcyjnych akordowych konstelacji.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,21 EUR
  • Vangelis | Spiral (remaster 2013)

    Vangelis | Spiral (remaster 2013)

    Otwierający album tytułowy Spiral rozpoczynają proste dźwięki, które można nazwać loopem tamtych czasów, wibrujące, wirujące wokół nas idealnie naśladujące spiralę albo właściwie ruch po niej. Zostają one przyciszone i słychać stopniowany , narastający motyw symfoniczny z dodanym dzwonem rurowym przypominającym

    Tomitę

    z Pictures At An Exibition. Wielokrotnie powtarzany ma pompatyczne, doniosłe brzmienie. Im bardziej melodia się rozwija tym rytm staje się szybszy. Syntezatory przyspieszają tempo podkładu na tle którego

    Vangelis

    wygrywa solówkę na keyboardzie podobną do tych z Albedo 0'39 o konotacjach prog rocka wspartą wstawkami instrumentów perkusyjnych jako ozdobników (pojedyńcze uderzenia, talerze) by w końcu prawie że galopadę gwałtownie urwać. To jeden z najsłynniejszych tematów

    Vangelisa

    często wykorzystywany w TV (u nas telewizyjne Studio Sport), stworzony z brzmienia podobnego do trąbki brzmiącej dość nienaturalnie bo kreowanej z syntezatora. Utwór jest powalający; wymiatające kaskady elektronicznych dźwięków robią wrażenie zwłaszcza przy słuchaniu przez słuchawki. Chwytliwy , atmosferyczny pełen biegle stworzonych ozdobników: sekcja wypełniająca ostatnie dwie minuty to czysta muzyka progresywna wygenerowana przez syntezatory, doprawiony bębnami, kotłami, dzwonkami, i innymi instrumentami perkusyjnymi. Słuchacz zostaje zaskoczony nieskończonym, pełnym splendoru loopem: wywierającym dramatyczne wrażenie, prowadzonym na keyboardach łączących nastrój symfoniczno-hymnowy. Spirala jest odzwierciedleniem nieskończonego ruchu wszechświata. Słychać coś jak właśnie wirujący w spirali dźwięk zrobiony w jak na ówczesne czasy nowoczesnej technologii, które

    Vangelis

    umiejętnie wplótł w swe muzyczne pejzaże. Pełen mocy, poruszający utwór jest wspaniałym wprowadzeniem w dalszą zawartość płyty.
    Mocne, głośne dźwięki zastępuje rozlewający się leniwie pejzaż barw, nastrojowe intro do Ballad rozwija się wolnym rytmem, wspartych gwałtownie silniejszą partią muzyki która zostaje wyciszona a na tle wielce nastrojowego podkładu pojawia się jako akompaniament zwokoderowany głos ludzki podśpiewujący jakieś niezrozumiałe onomatopeje. Słowa są nie do rozszyfrowania. Można rzec że nie mają znaczenia w myśl słów

    Vangelisa

    : obraz to poezja bez słów , poemat jest wyobrażeniem bez obrazu, a muzyka jest jednym i drugim. Niesamowity klimat zostaje wzmocniony, pojawia się coś na kształt refrenu poprzez mocniejsze granie, pasaże na CS80 niezwykłej urody zdecydowanie pasują do obrazku rozgrzanej plaży , spokoju, relaksu ale i zarazem jakiejś zadumy... około szóstej minuty melodia przechodzi bardziej w improwizację by powrócić na końcu do głównego wątku. Kompozycja składa się z większej ilości brzmień niż melodii. Utwór to kontrast do Dervisha D - tutaj mamy instrumentalną balladę, która wycisza nastrój po rozbudzającej Spirali - eksplorując bardziej intymne nastroje, z wpływem interakcji pomiędzy elektrycznym pianinem a syntezatorami wprowadzającymi romantyczne niuanse. Mamy tu ulotny, impresjonistyczny kolaż dziwnych wokaliz, z bluesowo nastrojonymi syntezatorami.
    Dervish D zainspirowany jest tańcem derwiszów, którzy poprzez obracanie się wokół własnej osi w tańcu odzwierciedlają wirowanie wszechświata. To kolejny bardzo rozpoznawalny utwór. Bardzo dynamiczny wstęp kontrastuje z poprzednią melodią opartą na instrumentach perkusyjnych którą przełamuje pasażami na syntezatorze, zwróćmy uwagę że gdyby nie podkład bliżej byłoby glissandom

    Vangelis

    do eksperymentalnej Beauborg niż do melodyki jego innych dokonań; znowu pojawia się tematy przypominające coś jak refren i zwrotki jakby to był album z piosenkami bez słów. Warto odnotować dużo łagodnych dodatków przypominających delikatny w odbiorze wibrafon. Podobny do Spiral, ale odrobinę szybszy, ma 'loopa', w linii melodycznej granej na jej szczycie. Melodia pozostaje niezmienna tylko zmienia się w górnych partiach co jest bardzo efektowne. Dervish D to prawie popowy najbardziej zorientowany na ten kierunek muzyki na płycie utwór z chwytliwym motywem i powracającą sekwencja syntezatorową, gdzie można odnotować najszybsze tempo.
    Powolne uderzenie basu rozpoczyna To The Unknown Man. Temat rozwija się powoli poprzez konwersację linii basowej z główną melodią; od powtarzania motywu przewodniego przechodzącego przez syntezator na wyższe tony. Po wybrzmieniu całej frazy, dochodzą nowe podkłady , instrumenty - przypominające chór brzmienie syntezatora, trąby, w końcu na pierwszy plan wchodzą werble przełamujące kompozycję. Kiedy pojawiają się owe werble bardzo militarne brzmienie przypomina pogrzeb nieznanego żołnierza. Czyżby ten utwór dotyczył ciągłych wojen? Następnie powraca główny temat, który tym razem oblany jest keyboardowymi brzmieniami przypominającymi późniejsze symfoniczne podkłady

    Vangelisa

    , które pozostają ale zmienia się melodia. Od 6.30 pojawia się spokojny rytm perkusyjny. W finale ten perkusyjny bit ulega zelżeniu abyśmy mogli ujrzeć w pełni cały operowy obrazek gdzie zakręcone arrpeggiatory wywołują surrealistyczne wyobrażenia niczym kosmiczna interpretacja

    Ravela

    . Doniosłe powagą brzmienie jest charakterystyczne dla tego utworu stworzonego jako rodzaj symfonicznego poematu, mieszanki spokoju, melancholii i majestatycznej celebry ; pogrzebowy rytm wzbogacono przez dodanie różnych tekstur i orkiestracji biegle wprowadzonych do utworu. Jest tu splendoryczno - bombastycznie, prawie wagnerycznie. Mamy tu mieszankę nowoczesnych wpływów i melodii z keyboardów;

    Vangelis

    później rozwinął to brzmienie co da się choćby usłyszeć na Opera Sauvage. Zarazem To the Unknown Man, można postrzegać jako kolejnego prekursora Titles z Chariots Of Fire z imitującym marsz bitem i ze strukturą przypominającą ten hit.
    3+3 tytuł prawdopodobnie wziął się od rytmu utworu. Składa się jakby z dwóch melodii z których pierwsza powraca na końcu . Pierwsza melodia w typowym dla

    Vangelisa

    stylu: melodia jest prosta i powtarzana coraz to wyżej. Druga melodia to kombinacja brzmień orkiestrowych z solo upodobniającym się do organów. Brzmi to prawie jak blues na syntezatorach. W finale mamy bardzo melodyjny kompleks sekwenserów wymieszanych z partiami syntezatora i orkiestracji. 3 + 3 to kolejny temat przedstawiający ideę spirali z niezwykłymi sekwencjami i chórami w stylu progresji.
    Heaven and Hell był

    Vangelisa

    przełomem, tak Albedo 0'39 a zwłaszcza ten album ugruntowały popularność

    Vangelisa

    . Oprócz cieszących się do dziś dużą rozpoznawalnością melodii zawartych na tym albumie swoistą ikoną stylu

    Vangelisa

    stała się okładka tej płyty czyli wtyczka od mikrofonu układająca się w wężowy kształt wyłaniająca się spośród chmur błękitnego nieba. To chyba jedna z najciekawszych okładek jeśli nie najlepsza z tamtych czasów. Kabel to odzwierciedlenie techniki lecz jego usadowienie w chmurach i to że przypomina kształtem żywe stworzenie zdają się mówić: nowoczesna technologia nie musi być bezduszna; można nią kreować obrazy i barwy, które dają ludziom radość a zarezerwowane dotąd dla tradycyjnych środków wyrazu.

    Vangeli

    s swymi eksperymentami pchnął elektronikę na nowe tory. Można rzec że był prekursorem space music - zwróćmy uwagę choćby na użycie echowych brzmień jak ten na arpeggiatorze w tytułowej kompozycji. Arpeggiatory zresztą znakomicie są użyte także i na 3+3. Struktury są dynamiczne a utwory bardziej wyszukane i skomplikowane. Keyboardowe przedstawienia są nadal bardzo efektowne .Wyraźna transgresja w muzycznym rozwoju ku pełnym dźwiękowym pejzażom, szczególnie w To The Unknown Man to dowód artyzmu.

    Vangelis

    w tym okresie już popadał w rozbudowane orkiestracje ale to wysublimowany przykład rozumienia kiedy przed tym należy się powstrzymać w aranżacjach. Po Spiral, styl

    Vangelisa

    zmienił się w bardziej gładki, melodyjny , syntezatorowy, z bliższą relacją pomiędzy muzyką klasyczną a elektroniczną. Yamaha CS-80 stała się nieodłącznym emploi związanym z postacią

    Vangelisa

    . Myślę że to kamień milowy w jego karierze, który wypromował go poza wąskie grono miłośników el muzyki. Pytany o sukces albumu odpowiedział : "Próbowanie stworzenia albumu sukcesu jest błędem. Próbować być prawdziwym wobec siebie to sukces. Spiral wyłapuje i powraca do ducha wcześniejszych dokonań ale zarazem zdaje się być materiałem bardziej przemyślanym i zwartym - zdaje się ascetycznie doskonale perfekcyjna w kompozycjach, pomimo że nie osiągnął tego samego poziomu ekscytacji w większości epickich pasaży w stosunku np. do Heaven And Hell ( można zarzucać mu pewną kliniczną precyzję) ale kompozycje są tu bardziej zwarte, cały album przypomina monolit , gdy na wcześniejszym, porównywalnym brzmieniem i stylem Albedo 0'39 pojawiają się zgrzyty. Konkludując Spiral stoi na pozycji absolutnego klejnotu muzyki elektronicznej - łączy ekspresję i muzyczne ambicje wczesnego

    Vangelisa

    z awangardą i symfonicznym prog rockiem i zarazem jest wzorcem jak zrobić doskonała płytę z el muzyką. Spiral udowadniał że użycie keyboardów nie polega na włączeniu przełącz nika tylko na ON, ale i na tym ze artysta może z nich stworzyć nowoczesne arcydzieło, nie nużące słuchacza bełkotem dźwięków. Płyta ta to prawie patetyczny sposób wyrażania emocji zawierająca pięć perfekcyjnie dopracowanych dźwiękowych malowideł arcydzieł obracających się wokół tytułowego tematu spirali. Jeśli można mówić że są dla mnie jakieś lepsze od tej płyty dzieła Vangelisa to tylko z czysto emocjonalnych powodów - to kwintesencja muzyki spod znaku ME, której płyty

    Vangelisa

    są podwaliną.

    Dariusz Długołęcki



    Tytułowa kompozycja rozpoczyna się bardzo wyrazistym, chwytliwym, nostalgicznie brzmiącym pasażem, wciągającym słuchacza w rozedrgany wir chłodnej alternacji zarpeggiowanych akordów. Brzmienie zatacza szerokie, stereofoniczne kręgi, powracając w końcu z przejmującym brzmieniem syntezatora wiodącego główną melodię. Brzmienia basu i perkusji nie są już tak wyeksponowane jak choćby na płycie Albedo 0.39, tutaj główną rolę gra chłodne, migoczące ostinato, na którym piętrzą się mgliste, powłóczyste obłoki dodających swe mantrowe zdania kolejnych syntezatorów. Nieco podobnie skonstruowany jest Dervish D., demoniczny syntezatorowy utwór zbudowany na typowo bluesowej progresji, z drobnymi ornamentami (zahaczającymi improwizująco o skale jazzowe) jako łącznikami uparcie powtarzanego motywu ostninatowego. Brzmienie muzyki jest głębokie i dosadne,

    Vangelisowi

    przy pomocy głównie elektronicznego instrumentarium udaje się bez trudu malować barwy i wyrażać emocje dotąd zarezerwowane dla tradycyjnego instrumentarium składającego się z gitary i sekcji rytmicznej.
    Moim ulubionym fragmentem płyty jest impresja Ballad - niezwykłe, oniryczne dźwiękowe malowidło, które mogłoby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do jakiegoś filmu Akira Kurosawy albo muzyczny podkład do kontemplacji takich obrazów jak "Nagły deszcz w Ohashi". Z ciemnych chmur wzdychających akordów wyłania się główna melodia, malowana przetworzonym głosem - syntezator skarży się, unosi ironicznie brwi, spogląda z pobłażaniem, wzrusza się, przypomina sobie stare dzieje; dźwięki brzmią po prostu pierwszorzędnie, stawiając słuchacza oko w oko z dziwacznym duchem o niespodziewanej barwie głosu. Muzyka ma coś niepokojącego, napięcie kiełkujące gdześ w tle musi w końcu zostać rozładowane. W czarno-szaro-białym orientalnym pejzażu raz po raz wykwitają plamiste, niezidentyfikowane kształty przerażając i rozbawiając swą nagłą żółcią, czerwienią albo swym błękitem. Słuchacz kroczy po deskach mostu o kolorze skorupki orzecha włoskiego, wdychając woń soli morskiej i małż, a gęsty dym co chwilę zasłania pole widzenia i nigdy nie wiadomo, co za chwilę ukaże się zdumionym oczom. Warto dodać, że

    Vangelis

    wykorzystał w tej kompozycji bardzo atrakcyjny motyw, który przewinie się lata później w zadumanej kompozycji Twilight z albumu The City. Innym spokojnym utworem jest hymn To The Unknown Man - tutaj nie czają się już niesamowite istoty, kompozycja nie jest podminowana podskórnym napięciem. Główna melodia oparta jest na pogodnym, prostym temacie, który podlega subtelnym wariacjom na tle stałego rytmu kojarzącego się z tempo di bolero, rozpościerając się w końcu leniwymi smugami na tle porządkującego się w typowy sposób rytmu i wzdychając turbulencyjnie zakrzywiającymi się promieniami do nadal pogodnie brzmiących skal urozmaicanych akordami septymowymi. Obok Dervish D. jest to jeden z motywów z płyty Spiral najchętniej przypominanych na różnych wydawnictwach retrospektywnych a także trawestowanych przez wykonawców zafascynowanych dziełem

    Vangelisa

    i nagrywających własne wersje jego utworów.
    Płytę wieńczy impresja 3+3, łącząca orientalny posmak i atmosferę kontemplacji typową dla "Ballad" z zadziornością dynamicznej improwizacji typową dla Spiral. Miękkie, po kociemu skradające się tony fortepianowe to zapowiedź nadcągającego wichru, który przetoczy się masywnymi falami akordów pozostawiających po sobie mieniącą się pianę kipiących drobnych dźwięków, układających się w małe motywy umiejscowione w różnych złośliwie zdeformowanych muzycznych skalach. Utwór zakończy się powrotem fortepianowego zamyślenia - dobrze ilustrując motto zdobiące kopertę płyty.

    Igor Wróblewski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,21 EUR
  • Vangelis | Direct (remaster 2013)

    Vangelis | Direct (remaster 2013)

    Po owocnej współpracy z Polydorem, która umocnila jego karierę, Vangelis przeszedł do postrzeganej jako twierdzę prog rocka Aristy. Wraz z tym posunięciem nadszedł według niego czas na unowocześnienie instrumentarium. Chciał stworzyć płytę koncepcyjną ukazującą możliwości nowoczesnej techniki. Co najbardziej Vangelisa pociągało w nowych technologiach to skrócenie dystansu między inspiracją a realizacją kompozycji muzycznej. Specjalnie budowano dla niego sprzęt pod nadzorem technika Billa Marshalla ale tak naprawdę sekwencer Direct nie został ukończony w czasie powstawania płyty i nie wykorzystano go na żadnym tracku. Kilka utworów stworzono z wykorzystaniem sprzętu będącego jego prototypem nazwanego Zyklus MIDI Performance System.
    Tytuł płyty odnosi się zarówno do sprzętu jak i kierunku nowych poszukiwań twórczych Vangelisa - oprócz przyswojenia sobie zaawansowanych technologii miała być wyznacznikiem kierunku w którym Vangelis zamierzał odejść w przyszłości czyli miksu muzyki popularnej i klasycznej .Oba są reprezentowane na tym albumie z tym że balans zdecydowanie przesuwa się tu ku popowi (wyraźna melodyjność kompozycji obdarzonych jakby refrenami z dużą ilością perkusji i sampli gitary elektrycznej).
    Kontrakt z Aristą miał zaowocować serią albumów, które jednak nigdy się nie zmaterializowały. Różne style, ładne melodie i rytmy powodują że można śmiało stwierdzić że to jeden z najbardziej różnorodnych brzmieniowo albumów Vangelisa. Bardziej rytmiczny niż wcześniejsze płyty z dużą uwagą przyłożoną do detali, ozdobników. Z połączenia symfonicznego brzmienia elektroniki Vangelisa z początku lat osiemdziesiątych z bieżącym bardziej intensywnym orkiestrowym brzmieniem wyszedł unikalny kolaż elektroniki i rockowych rytmów wchłaniających też elementy folk, funky i jazzu.
    The Motion of Stars - szarpane, nerwowe brzmienie z kojącym wydźwięk niepokoju podkładem wygenerowanych instrumentów strunowych przechodzących struktury w pozbawione zwartej linii melodycznej. Słychać tu wyraźnie że to kompozycja wygenerowana na krystalicznie sztucznym, programowanym brzmieniu cyfrowych syntezatorów.
    The Will of the Wind - jako rytm ciężkie uderzenia automatu perkusyjnego na tle sampli ostrej elektrycznej gitary i dźwięków cyfrówek, takiego Vangelisa jeszcze nie znaliśmy! Brzmi jak rockowy materiał! Flet użyty jako kontrast powolnego funkowego uderzenia - tak potem charakterystycznego dla np. Enigmy.
    Metallic Rain - utwór intensywny i głęboko melancholijny. Pokochają go fani Blade Runnera. Rozpoczyna go syntezatorowe solo brzmiące jak kontynuacja Bladerunner Blues. Od 3.32 delikatna melodia przechodzi w brzmienia rockowe przez dodanie perkusji, przypominającego gitarę dźwięku z syntezatora i basu ale klimat utworu nie zmienia się. Przepiękna kompozycja.
    Elsewhere jeśli nie jest reminiscencją to przynajmniej przypomina Opera Sauvage. Zarazem można to odebrać jako zapowiedź bardziej epickich dokonań lat 90 tych typu Voices czy Oceanic. Bardzo subtelne, zwiewne otwarcie oparte na powtarzalności frazy muzycznej najpierw na syntezatorze potem flecie które jest preludium do osobnej melodii.
    Dial Out to rodzaj kawałka rockowego opartego na perkusji i rytmie, podniosła prawie patetyczna melodia daleka jest jednak od kiczu. Zwróciłbym uwagę na świetne przejście od prawie bombastycznego podkładu plus fortepian do ekstatycznej, ostrej solówki na gitarze.
    Glorianna brzmiąca jak operowy lament łączy brzmienie syntezatorów i perkusji w stylu orkiestrowym z operową wokalizą. To tu można użyć nowego określenia dla muzyki Vangelisa - elektronika operowa, w której zanurzył się w El Greco a zwłaszcza Mythodei.
    Na Rotation's Logic komfortowe dla uszu dźwięki nie odbiegają daleko od wcześniejszych utworów. To coś jakby pop-elektronika brzmiąca jak podkład pod melodię new age.
    Podniosły utwór z harfą na pierwszym planie The Oracle of Apollo to powrót do czasów See You Later. Kombinacja harfy, sampli tejże z basem i instrumentami strunowymi generowanymi z syntezatora. Świetnie zaaranżowana melodia przynosi poczucie uroczej tajemnicy i ujmującej cudowności. Message to kawałek symfoniczny stworzony ze struktur charakterystycznych dla popu, z jakby gaworzącym dzieckiem pojawiającymi się na początku i końcu utworu. Owe niewinnie brzmiące głosy kontrastujące z muzyką opartą na wyraźnym basowym bicie i poruszającym podkładem smyczkowym dodają jej niesamowitej wyrazistości znowu ocierającej się o podniosły patos. To kolejny krok ku budowaniu melodyjno symfonicznego stylu który w pełni miał się ujawnić na 1492.
    Ave przedstawienie światowej aglomeracji - czysto industrialne brzmienie z dużą domieszką funky i elementami jazzu spięte w ładną, wpadającą w ucho melodię z kończącą utwór klawesynową wstawką. Na tym utworze kończyła się wersja winylowa ale CD były już wtedy coraz modniejsze i Vangelis dodał jeszcze dwa kawałki .
    First Approach typowy kawałek mieszania stylów. Spokojny, prawie kontemplacyjny utwór zawierający solówki na syntezatorową wiolonczelę i flet. Pokład zbudowano z unikalnego brzmienia syntezatora imitującego smyczki i wokaliz. Wiolonczela i flet użyte są do wprowadzenia melodii a muzyka przechodzi w crescendo. W finale oba instrumenty powtarzają melodię jednocześnie. To chyba mój faworyt na tej płycie.
    Intergalactic Radio Station zrobiono na modłę See You Later (tekst recytowany przez technika Casey'a Young'a autoparodiuje monolog z Blade Runner - a umierającego Roy'a Batty i tekst czytany przez Keitha Spencer-Allena wykorzystany w tytułowym utworze Albedo 0.39). Ciekawy melanż podkładu o zabarwieniu prog rockowym z mówionym tekstem. Pozostałe wokale brzmią niczym zniekształcone głosy z telefonu. Co więcej pojawią się tu instrumenty dęte przypominające wodewilową sekcję trąbek. Ten utwór to taki żarcik.
    Uznawano wprowadzenie przez Vangelisa instrumentarium cyfrowego za pogrzebanie indywidualności jego charakterystycznego stylu. Nic bardziej mylnego. Uważam, że właśnie w zetknięciu z cyfrowymi narzędziami Vangelis pokazał swoją maestrię gdyż nie ma tu mowy o dominacji tychże nad wyobraźnią Vangelisa a jedynie o pewnej modyfikacji. Płyta ta w znakomity sposób przedstawia jak twórca obdarzony niesamowitym talentem potrafi w ekspansywny i wieloraki sposób wykorzystać technikę, która innemu wykonawcy odebrałaby charakter jego myśli twórczej. Nie wpadł autor w pułapkę zauroczenia możliwościami digitalowych zabawek co słychać na płytach co niektórych z tamtych lat eksploatujących te same pomysły aż do znużenia. Paletą barw i brzmień jakie znalazły się na tym krążku można by obdarzyć kilka jeszcze płyt i każdy z tematów na niej jest inny, inaczej zaaranżowany zawsze z inną ornamentacją. Właśnie owa bardzo szeroka paleta brzmień i tekstur jest niesamowitą siłą tego wydawnictwa.

    Dariusz Długołęcki



    Płyta Vangelisa Direct zwiastuje wielkie dzieła tego kompozytora. Nie znaczy to bynajmniej, że Jego poprzednie dzieła uważam za kiepskie! Jednak ta płyta zwala na kolana doskonałością techniczną. Jest co prawda jeden kawałek, sam w sobie dobry, który narusza, moim zdaniem, spójność płyty (Gloriana). Jest to jednak rzecz gustu. Co tu będę piał z zachwytu, mnie nie usłyszycie. Posłuchajcie natomiast koniecznie Direct.

    Jerzy Strzeja

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,53 EUR