Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Tangerine Dream

(160 albums)

Tangerine Dream to niemiecki zespół, założony w 1967 roku przez Edgara Froese. W ciągu swego istnienia zespół wielokrotnie zmieniał skład, z wyjątkiem samego Froese, który w zespole pozostaje do dziś. We wczesnym okresie członkiem Tangerine Dream był perkusista i kompozytor Klaus Schulze, ale najtrwalsza i najpopularniejsza była formacja z połowy lat '70: Edgar Froese, Christopher Franke, Peter Baumann. Z początkiem lat '80. Baumanna zastąpił Johannes Schmoelling; także ten skład utrzymał się dość długo i był bardzo twórczy. Albumy Tangerine Dream z wczesnego miały kluczowe znaczenie dla rozwoju Krautrocka. Albumy późniejsze dały podwaliny dla gatunku new age. Obok licznych nagrań studyjnych i koncertowych, zespół stworzył oprawę muzyczną dla blisko trzydziestu filmów.

sort by albums
on one page
recording period
  • Tangerine Dream | Quantum Key (LP)

    Tangerine Dream | Quantum Key (LP)

    Edgar Froese zafascynowały był fizyką kwantową, jej założenia próbował zrealizować w przestrzeni dźwiękowej. Jednak powstały tylko pewne szkice, śmierć artysty nie pozwoliła by za jego życia zostało wcielone. Pozostali muzycy z ostatniego składu: Thorsten Quaeschning, Ulrich Schnauss i skrzypaczka Hoshiko Jamene, mając je za bazę, postanowiła dokończyć ów niezwykły projekt. Te 4 kompozycje niejako godzą stare "sekwencyjne" czasy, jednak pod kątem brzmienia katapultują się w przyszłość. Na uwagę zwraca nowoczesne niemal "cybernetyczne brzmienie", będące pokłosiem pracy z zaawansowaną technologią. Gęste elektroniczne tła, napędzane rytmiczną maszynerią, pasja i owa niewidzialna łączność z "Mistrzem", zaowocowały doprawdy znakomitym materiałem. Te dźwiękowe molekuły dosłownie roztrzaskują się o szklane ściany, wibrując w przestrzeni i szczelnie ją wypełniając. Szkoda że to tylko EP-ka, na albumie wrażenia byłyby prawdziwie miażdżące.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    14,76 EUR

  • 22,04 EUR
  • Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.2

    Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.2

    Tangerine Dream to już historia, zatem warto pokopać w ich bootlegach bowiem z czasem okazują się one "esencją" brzmienia tej grupy. Wraz ze świetlnymi spektaklami, w parze szła znakomita muzyka. Seria Official Bootleg Series świetnie wprowadza nas w ten świat, oferując przy okazji unikalne zapisy z koncertów. Druga część przynosi aż cztery płyty i rejestracje z dwóch występów. Pierwsze dwie to rejestracje z Paryża, dokonane 6 marca 1978 roku. Jedne z niewielu dokonane w unikalnym składzie: Edgar Froese, Chris Franke i Steve Joliffe, na perkusji zagrał Klaus Krieger. Grupa bliższa jest rockowej formule jaka zdominowała dosyć kontrowersyjny album Cyclone. Okazuje się jednak iż w koncertowej, bardziej improwizowanej i otwartej formule wypadają zdecydowanie lepiej. Kolejne dwie płyty z tego wydawnictwa to zapis z Berlina Wschodniego, dokładniej z 31 stycznia 1980 roku. To kolejny niezwykle twórczy kolektyw: Edgar Froese, Chris Franke i Jochannes Schmoelling. To właśnie dołączenie do składu Schmoellinga sprawiło, iż Tangerine Dream złapali "drugi oddech". Nieco lżejsza formuła przełożyła się na bardziej popowe brzmienie, ale też i skłonność do uzupełniania ich poszukującymi dźwiękami. Takie płyty z tego okresu jak: Tangram czy Exit to przecież żelazny kanon grupy. Na owym koncertowym secie przebijają się fragmenty znane ze wspomnianej wyżej płyty Tangram, uzupełnione improwizatorskimi wycieczkami. Fragmenty z tych właśnie koncertów wypełniły takie późniejsze płyty jak: Quichotte (1980) i Pergamon (1986). Znakomite, elektroniczne granie, podszyte koncertową energią transmitowaną wprost do publiczności.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 4CD


    31,76 EUR
  • Tangerine Dream | Quantum Key

    Tangerine Dream | Quantum Key

    Edgar Froese zafascynowały był fizyką kwantową, jej założenia próbował zrealizować w przestrzeni dźwiękowej. Jednak powstały tylko pewne szkice, śmierć artysty nie pozwoliła by za jego życia zostało wcielone. Pozostali muzycy z ostatniego składu: Thorsten Quaeschning, Ulrich Schnauss i skrzypaczka Hoshiko Jamene, mając je za bazę, postanowiła dokończyć ów niezwykły projekt. Te 4 kompozycje niejako godzą stare "sekwencyjne" czasy, jednak pod kątem brzmienia katapultują się w przyszłość. Na uwagę zwraca nowoczesne niemal "cybernetyczne brzmienie", będące pokłosiem pracy z zaawansowaną technologią. Gęste elektroniczne tła, napędzane rytmiczną maszynerią, pasja i owa niewidzialna łączność z "Mistrzem", zaowocowały doprawdy znakomitym materiałem. Te dźwiękowe molekuły dosłownie roztrzaskują się o szklane ściany, wibrując w przestrzeni i szczelnie ją wypełniając. Szkoda że to tylko EP-ka, na albumie wrażenia byłyby prawdziwie miażdżące.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,19 EUR
  • Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.1

    Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.1

    Bestseller
    Gdzie szukać dzikiego i nieokiełznanego oblicza Tangerine Dream? Poza pierszymi studyjnymi albumami, już chyba tylko na ich koncertowych bootlegach z tego okresu. Dosyć specyficzne to wydawnictwa, nagrywane nielegalnie, często kiepskiej jakości. Jednak tym co decyduje o ich niezwykłości jest historyczna wartość i niepowtarzalna atmosfera. Obydwa aspekty są cechą pierwszego z planowanych boxów opatrzonego tytułem Official Bootleg V. 1. Tangerine Dream bodajże w swoim najlepszym składzie: Edgar Froese, Christopher Franke i Peter Baumann. Na całość składają się aż cztery dyski, dwa z nich przynoszą zapis niesławnego koncertu jaki odbył się katedrze we francuskim Reims w 1974 roku. Dosyć eksperymentalny set, Tangerine Dream byli jeszcze wpół drogi między chaotyczną awangardą a sekwencyjnymi teksturami. Dźwięk nie zawsze jest czysty, czasem się rwie bądź zanika. Ale sama muzyka i atmosfera była doskonała. Jednakże z racji ogromnego ścisku publika częstokroć załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne wewnątrz świątyni. Wybuchł skandal, katedrę trzeba było ponownie wyświęcać a grupa stała się celem ataku dostojników z Watykanu. Dwa kolejne dyski przynoszą koncert z października 1976 roku z Mannheim położonego w Zachodnich Niemczech. Muzyka nie jest już taka surowa i dzika, zdecydowanie bardziej przystępniejsza i poukładana. Prawdziwe i esencjonalne dziełko wprost z elektronicznego undergroundu. Tangerine Dream rozpoczynają swój lot w muzyczny kosmos. Mimo tego te improwizowane sety nadal posiadają tę specyficzną dozę szaleństwa i tchną prawdziwą pasją odkrywania nowych, nieznanych lądów.

    R.M.

    Availability: Temporary absence | product: 4CD


    31,76 EUR
  • Tangerine Dream | Out of this World

    Tangerine Dream | Out of this World

    Tangerine Dream to już historia, żona artysty Bianca Froese-Acquaye też chciała mieć w tym udział. Okładkowe zdjęcie Edgara, spacerującego z laptopem pod pachą, po pustynnym krajobrazie jest dosyć wymowne. Wszak w biało czarnych kolorach przedstawia się osoby, których już nie ma pośród żywych. Ten wybór nagrań też ma specyficzny wymiar, bo jest to pożegnanie z artystą i mężem. Utkane w ciemnych tonacjach, mają coś z dostojeństwa muzyki klasycznej. Jakby Froese zza grobu, chciał powiedzieć wszystkim o rzeczach ostatecznych. Jednak jest tu drobny rarytas dla którego warto jest sięgnąć po ten zbiór. Bianca wygrzebała z archiwum męża wcześniej nieznane nagranie Ganymede's Kiss. Dla tych którzy chcą mieć absolutnie wszystko jest to zdecydowanie powód do ekscytacji. Poza tym nie ma tu niczego, czego by nie znali. Dla Bianci płyta Out Of This World ma na pewno wymiar szczególny, w sumie to całkiem zręcznie ułożony zbiór, obok którego z powodu widomego faktu, fan grupy nie przejdzie obojętnie.

    R.M.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    15,99 EUR

  • 22,04 EUR
  • Tangerine Dream | Soldier

    Tangerine Dream | Soldier

    Tangerine Dream w 1982 roku nagrali muzykę do filmu The Soldier, który reżyserował James M. Glickenhause. Wszystko byłoby w porządku gdyby "ten" album był oryginalną ścieżką dźwiękową. Właściwy materiał zawierał 15 utworów, których nigdy nie widziałem na żadnym płytowym wydaniu. Powyższa kompilacja nie jest zatem soundtrackiem do tego filmu, lecz bezładną zbieraniną utworów grupy, głównie z lat 80-tych. Można na niej wyłapać znajome fragmenty z takich płyt jak: Tangram, Poland czy Underwater Sunlight. Jednak rodzi się pytanie, po co komu potrzebne kolejne wałkowanie tych samych nagrań? Już prezentowanie ich pod innymi tytułami może powodować niezdrową ekscytację, iż mamy do czynienia z utworami premierowymi. Po odsłuchaniu całości The Soldier podobnie jak Metropolis okazuje się zwykła ściemą.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    25,83 EUR
  • Tangerine Dream | Ricochet (LP)

    Tangerine Dream | Ricochet (LP)

    Bestseller
    To nowy rozdział w muzycznym rozwoju Tangerine Dream, którego granice kończyły się w połowie lat 80 - tych albumami złożonymi z krótkich, kilkuminutowych utworów a zarazem znakomite preludium do innego blockbustera - Stratosfear. Prawdziwa ściana mrocznych wibrujących sekwencji wymieszana z ciekawymi motywami muzycznymi - dla mnie to najciekawszy styl Tangerine Dream najbliższy mojemu sercu. Wszystkie te struktury są na najwyższym poziomie z prostej przyczyny: z kilometrów taśm Froese wybrał i skompilował najciekawsze fragmenty i bardzo przyłożył się do dopracowania wszystkich detali - stąd ta płyta jak dla mnie brzmi wciąż świeżo i niezwykle.
    Płytę wystylizowano na album live ale naprawdę to właściwie dopiero w studio dokonano rzeczywistej obróbki materiału stąd notatka że album jest nagrany podczas koncertów we Francji i Wlk. Brytanii. Już pierwsza część od początku poraża mnie swą melodyką i motywami które oszczędnie eksploatowane dają niesamowity efekt. Nie ma tu ani jednego przypadkowego dźwięku, płyta jest znakomicie przemyślana i dopracowana - poszczególne elementy tworzą niesamowity nastrój wpływający mocno na emocje (bynajmniej moje). Można ten utwór podzielić na trzy części. Pierwsza - wprowadzenie - liczne wstępy, gitara elektryczna, perkusja, spokojny ale jakiś taki doniosły nastrój, który zostaje zróżnicowany i od siódmej minuty zaczyna się zaś część druga: ekspozycja - jazda bez trzymanki na rollercoasterze albo gdzieś w przestrzeni kosmicznej w nadświetlnej. Wchłania słuchacza do swego świata nie pozwalając mu na oddech. To tak naprawdę pierwszy album gdzie na taką skalę pojawia się słynny Tangerinowski pulsujący rytm. Harmoniczny styl, melodia to porzucenie tego co prezentowano na mocno eksperymentalnych płytach z lat wcześniejszych. Zamknięcie: styl wprowadzenia, uspokojenie muzycznego pejzażu.
    Drugą część otwiera przepiękne fortepianowe intro, do którego po chwili dołącza flet. Bardzo subtelna melodia stopniowo wyciszana z delikatnym brzmieniem syntezatora w tle - w końcu flet samotnie kończy tę część i gwałtownie przechodzimy to wspaniałych dźwięków elektronicznego instrumentarium - swoisty majstersztyk manipulacji odczuciami słuchacza. Kolejne pojawiające się ozdobniki, wprowadzane są dla spotęgowania nastroju i powtarzają się jako podkład. Mamy tu połączenie polifonii, rytmu i melodii w niespotykanym dotąd u Tangerine Dream sposobie. Zresztą po prostu najlepiej puścić sobie 2 część i wysłuchać. Muzyczne ornamentacje plus melodyjność tej płyty tworzą jak dla mnie niesamowity niedościgniony klimat. A na okładce jedno z ciekawszych zdjęć autorstwa Moniki Froese.

    Dariusz Długołęcki



    ...od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z muzyką EL i trwa po dziś dzień, mimo że upłyneło 28 lat często wracam do jej dźwięków, tej płyty po prostu nie wypada nie znać jeśli się interesuje el muzyką, raz usłyszawszy chce się jej ciągle słuchać, gorąco polecam!!!...

    PPL



    Jeden z 3 absolutnych nr 1 mojego życia. Ricochet to chyba najważniejszy wyznacznik elektroniki na lata siedemdziesiąte, oczywiście poza dokonaniami Klausa Schulze. To ile na tym albumie utrwalonych jest pomysłów tria Tangerine Dream to absolutny rekord w el-muzyce. Nic dziwnego, że swego czasu album ten gościł na 1 miejscu listy przebojów el-muzyki w Pr. 3 PR.
    Utwór pierwszy rozpoczyna się jakby marszem żałobnym z fenomenalną partią gitary Froese. Od połowy, aż do końca Ricochet Part One to już majstersztyk w dziedzinie nakładania sekwenci. Dzieje się tu czasami tak wiele, że słuchacz czuje się jakby pędził w otchłań bez końca. Ale koniec następuje w pięknym i smutnym stulu. Część drugą rozpoczyna piano - także fenomenalne [ten wyraz powinien być kojarzony z tą płytą]. Coś jakby z epoki romantycznej. Piano przechodzi w sekwencję, sekwencja w solo itd... Nie posłuchasz, nie zrozumiesz. To co jeszcze wyróżnia tę pozycje to barwy brzmień. Ilu twórców muzyki [nie tylko el] nie potrafi oderwać się brzmieniowo od Ricochet. Bo i po co. Brzmienia są doskonałe i rewelacyjnie dopasowane. I pomyśleć, że jest to jedynie montaż z trasy koncertowej z roku 1974...
    Album to dowód na to, że improwizacja jest doskonałym narzędziem przy tworzeniu i graniu elektroniki, szczególnie tej berlińskiej. Szkoda tylko, że niektórzy artyści nie mają takich zdolności do jej wykorzystywania jak ten pamiętny skład Tangerine Dream.

    Wojciech Suchan



    Tangerine Dream to zespół, który wciąż zaskakuje nowymi pomysłami - od przeszło 30 lat na muzycznej arenie. Ewolucja jaką przechodzi muzyka tego (najczęściej) tria z Niemiec, zachwyca, zmusza do refleksji i pobudza a niejednokrotnie zniewala i pociąga za sobą całe rzesze fanów. RICOCHET to według mnie jeden z bardziej udanych albumów Tangerine Dream - dzisiaj już 28 letnie dzieło to skrócony zapis z ponad 90 godzin (!) muzyki zapisanej w studiu po koncertach we Francji. Edgar Froese i jego koledzy z jednego w zasadzie tematu uczynili majstersztyk. Płyta wcale nie nudzi, jest ciekawa melodycznie od samego początku do końca. Muzycy do maksimum chyba wykorzystali możliwości ówczesnych syntezatorów analogowych... i na pewno im się to udało. Jedyną wadą albumu jest to, że jest za krótki... ale na szczęście są inne płyty Tangerine Dream, można też włączyć "repeat" w odtwarzaczu CD. Na podsumowanie ciekawostka dla starszych słuchaczy i fanów Tangerine Dream: czy ktoś rozpoznał ongiś w Dzienniku TV podczas prezentacji pogody podkład muzyczny, którym jest właśnie główny motyw muzyczny ,Ricochet?
    Mandarynkowe sny niech wracają do Was - mili słuchacze ... nawet rykoszetem...

    Mariusz


    ...to modlitwa - nie muzyka ....

    ???



    13 lat temu koleżanka pożyczyła mi kasetę magnetofonową, twierdząc że jest tam fajna muzyka, gdy ją przesłuchałem byłem oczarowany, to był Ricochet. W ten sposób zaczęła się moja przydoda z Tangerine Dream. Obecnie mam 30 lat i nadal Mandarynki są moim najlepszym zespołem. Pozdrawiam wszystkich fanów i tych którzy dopiero zaczynają zagłębiać się w mandarynkowe światy.

    Łukasz 1976.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    16,25 EUR
  • Tangerine Dream | Stratosfear (LP)

    Tangerine Dream | Stratosfear (LP)

    Oprócz dobrze znanego instrumentarium muzycy zaskoczyli użyciem na tej studyjnej płycie całej gamy instrumentów akustycznych. Wykorzystano też komputerowo generowane sekwencje perkusyjne. Przygotowywaniu płyty w lecie 1976 roku w Audios Studio w Berlinie towarzyszył cały ciąg przykrych wydarzeń - a to kłopoty z nowym syntezatorem Baumanna a to zepsucie multi traków, systemu Dolby w studiu nagraniowym, zaginięcie taśmy matki, tajemnicze zmazanie skończonych nagrań, spalenie konsoli miksującej. Dochodziło też do tarć wewnątrz grupy na temat jakie nagrania wybrać na płytę.
    Pomimo ze cała ta płyta to klasyczne analogowe rozwinięte sekwencje to wyraźnie słychać już obranie przez zespół komercyjnego kierunku rozwoju ich muzyki. Doszły do głosu bardziej uporządkowane struktury muzyczne i wyeliminowano psychodeliczny VCS3 dając słuchaczom łatwiejszy w odbiorze materiał. Porzucili symfoniczno-progresywną ścieżkę dla czystych melodyjnych linii. Tytułowy Stratosfear - utwór nagrany w tonacji E minor rozpoczynają dźwiękiz 12 strunowej gitary - piękny, senny, rozmarzony wstęp przechodzi w hipnotyzujący pulsujący rytm - nasączona mellotronem melodia wspaniale koresponduje z delikatnymi pasażami z keyboardów, główny motyw na moogi i mellotron przewija się przez całą kompozycję by wyciszyć się i oddać pola przez ostatnie dwie minuty gitarze z delikatnym dialogiem z syntezatorami - dodajmy znakomity! The Big Sleep in Search of Hades - otwierająca i zamykająca część przypomina barokową sonatę opartą na dialogu klawikordu i mellotronowego fletu i zbudowana jest na zasadzie główny temat, interludium, powtórka, zakończenie. Interludium przypomina czasy zabaw psychodelią ale mocno zaprawione nowym brzmieniem Tangerine Dream. Utwór krotki acz bardzo treściwy, spokojnie mógłby być rozwinięty w parunastominutową suitę. 3am at the Border nastrojowy utwór, swoista reminiscencja prac Cluster. Moog, mellotron, rytmy komputerowe i Fender Rhodes wspaniale współbrzmią na 3am. Ciekawe brzmienie daje też harmonijka - gdy Franke przyszedł z nią do studia myślano, że robi sobie żarty i dopiero gdy wysłuchano efekt końcowy reszta grupy przystała na pozostawienie jej na płycie. Ten utwór jest najbardziej kosmiczno-egzotyczny, na wpół tajemnicze brzmienie oddaje wspaniale dziwny niby to spokojny nastrój który wprowadza jakiś taki podskórny niepokój.
    I wreszcie Invisible Limits. Zaczyna się jak gdyby było przedłużeniem utworu poprzedniego, powtarzające się akordy jako motyw przewodni i dołączające kolejne dźwięki - nagle dzwon urywa tę część utworu, który zmienia oblicze i odchodzi w berlińskie pulsacje by znowu dokonać wolty - piękne solówki pianina i fletu. Na tej płycie nie ma słabej części. Są tylko doskonale lub świetne.

    Dariusz Długołęcki



    Na tym albumie wprost roi się od nowatorskich pomysłów, a jednocześnie wszystkie kompozycje zinstrumentowane są z takim pietyzmem i wyczuciem, że nie może tu być mowy o przeładowaniu tematycznym bądź o jakiejkolwiek niespójności brzmieniowej. Każdy z czterech prezentowanych tu poematów ma swoją niepowtarzalną poetykę i w każdym z nich kryje się zagadka. Stratosfear to najbardziej dynamiczny, nasycony wręcz rockową ekspresją utwór. W partiach gitary czai się duch Davida Gilmoura, choć oczywiście błyskotliwa solówka Froesego nie ma nic wspólnego z kopiowaniem pomysłów bądź rozwiązań brzmieniowych gitarzysty Pink Floyd. Bardzo chwytliwa jest melodia główna, nawinięta na kruche, wyjątkowo rozmigotane ostinato. Znakomicie udało się muzykom stopniować napięcie, wywołując u słuchacza niegasnące rumieńce przez całe 10 minut tego hipnotycznego utworu.
    Moim ulubionym utworem jest miniatura The Big Sleep In The Search Of Hades. Tutaj fletowa melodia wiodąca intrygująco schromatyzowany i dziwnie alternowany temat (mogący skojarzyć się z harmoniką Claude'a Debussy'ego) spotyka się z organowym motywem, by utopić się w gęstniejącej melotronowej plamie, z której w końcówce utworu wyłoni się odległy, niespieszny rytm, na którego tle instrumenty muzyków wyczarują niewidywane nigdy dotąd zjawy w barwie siarki, przejrzałych śliwek i gliny. Pod sam koniec rozpięta znów zostaje gitarowa pajęczyna, po której spaceruje promień fletowego światła. Fletowe brzmienia (generowane zapewne z melotronu) są ogólnie niezmiernie istotnym elementem składowym tej płyty. Melodie budowane na tych brzmieniach są niebywale świeże, przekornie balansują na granicy konkretnej melodii i dysonansu, wykonują karkołomne chromatyczne akrobacje. Najdłuższy utwór, wieńczący płytę Invisible Limits, zaczyna się również taką "impresjonistyczną" partią fletu, by przejść przez fazę roziskrzonego arpeggia i rozpłynąć się w odmętach fortepianowego oceanu. Równie niesamowity jak The Big Sleep... jest trzeci utwór: 3AM At The Border Of The Marsh From Okefenokee. Idealną wizualizacją towarzyszącą tej muzyce byłby niemrawo kwitnący świt nad taką okolicą, jaką ukazuje enigmatyczna okładka całego albumu. Surrealistyczny nastrój tego obrazka potęgują zniekształcone brzmienia... harmonijki ustnej, splatającej się z oddechami całej baterii instrumentów elektronicznych. Jeśli odbiorca dobrze wsłucha się w kompozycję, około siódmej minuty wyraźnie usłyszy, jak przez granicę między błękitem a czerwienią przemaszerowują... kosmiczne owce!!!...

    I. W.


    ...słuchajac Tangerine Dream nie można pominąć tego albumu, a jeszcze lepiej gdy posiadając go wraca się odnajdując coraz to nowe nastroje brzmień...posłuchać i znać należy obowiązkowo...

    PPL



    Lubię Stratosfear. Froese i spółka skorzystali na tej płycie z bogactwa brzmień akustycznych, szczególnie instrumentów dętych. Nie jest to zatem płyta całkowicie elektroniczna, ale słucha się tego z przyjemnością, brzmi inaczej niż wcześniejsze i późniejsze dokonania grupy. Po dwuczęściowych kompozycjach Rubycon i Ricochet Tangerine Dream obdarowali nas aż czterema długimi utworami. Stratosfear, pierwszy na płycie, zaczyna się nieśmałą gitarą, dalej uderza w rzewne tony, plany kolejno nabrzmiewają i gasną, powtarza się co jakiś czas ten chwytliwy motyw, a obrazu dźwiękowego dopełnia umiarkowany rytm. Ten utwór w zmienionej (na gorsze) wersji pojawił się 19 lat później na Tyranny Of Beauty. The Big Sleep... swoim tytułem sugeruje kontynuację fascynacji mitologią grecką, której wynikiem była Phaedra. Utwór znów zaczyna się motywem gitarowym z nałożoną ciekawą partią fletu. Potem pojawia się nastrój grozy i melancholii, okraszony hipnotycznymi sekwencjami tegoż fletu. Zakończenie podobne do początku - niefrasobliwa gitara. Trzeci utwór o długim tytule niesie kolejną, hipnotyczną partię fletu. Zamyka płytę Invisible Limits, jest tam i solo gitarowe Edgara Froese, i trochę szybszego rytmu, i finał na pianinie. Nieco rockowy utwór. Płyta nietypowa dla zespołu, a jednocześnie Mandarynkowa. Motywy z niej pobrzmiewają na koncertowym Encore, który klimatem stanowi echo Stratosfery.
    Muzycy po prostu na chwilę skoncentrowali się na instrumentach akustycznych, dając im dojść do głosu na płycie zawierającej mimo to (oczywiście} syntetyczne brzmienia. To chyba ciekawy mariaż.


    Michał Żelazowski

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    15,59 EUR