Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Generator.pl

(2278 albums)
sort by albums on one page
recording period
  • Kitaro | Silk Road v.2 (LP)

    Kitaro | Silk Road v.2 (LP)

    New
    Kitaro w 1989 roku osiadł z drugą żoną i jej synem na farmie wielkości 730,000 m2; w Ward na północno zachodnim przedmieściu rozłożonego w górach, Boulder w stanie Kolorado. Tam stworzył swoje drugie studio nagraniowe Moichi House stworzone na 230 m kw. gdzie swobodnie mieści się 70 osobowa orkiestra. Dobór miejsca nie był przypadkowy - góry Kolorado przypominają Kitaro święte góry Japonii a zarazem w okolicy osiedlona jest liczna społeczność azjatycka. Tamże znalazło schronienie m.in. ponad 5 000 uchodźców z Tybetu. Z jednym z nich, słynnym mnichem i muzykiem Nawang Khechog nagrał swą najmroczniejszą płytę World Of Kitaro i był producentem jego płyty Karuna. Kitaro znany też jest tego że dochód z płyt przeznacza na cele charytatywne np. czarująca płyta trawestująca znane kolędy, Peace On Earth stworzona została aby wesprzeć pieniędzmi z jej sprzedaży fundację non-profit Earth Communications Office. Nie zapomina jednak o swoim kraju rodzinnym ani ten o nim - Kitaro był tam na przykład głównym wykonawcą podczas zakończenia olimpady zimowej w Nagano w 1998 roku. Pięć lat zdjęć 50 milionów dolarów kosztów, miliony kilometry taśmy - tak powstał wspaniały film dokumentalny Silk Road i dzięki niemu mamy możliwość rozkoszowania się świetną ścieżką dźwiękową... Mamy tu typową dla wczesnego Kitaro kombinację dźwiękowego przepychu, majestatycznych struktur i miłych prawie naiwnych melodii. Lekkie syntezatorowe dźwięki pełne elegancji i blasku o ciepłym i pełnym wewnętrznego spokoju charakterze. Radzę włożyć słuchawki zamknąć oczy i udać się w mistyczną podróż uniesionym tą przepiękną muzyką. Cudowne syntezatorowe pejzaże mieszane z naturalnymi odgłosami i niepowtarzalnymi efektami dźwiękowymi. Spokojne i wysublimowane prowokujące do wyobrażania sobie odległych lądów, czasów, kosmosu. Muzyka którą można wykorzystać do medytacji, relaksacji czy Jogi. Ta płyta bardziej podoba mi się od pierwszej części ze względu na według mnie dużo ciekawsze kompozycje. Płytę otwiera oddechem kosmosu przepiękny Peace. To kwintesencja stylu Kitaro - trudno być obojętnym słuchając tych poruszających dźwięków - słychać tu wszystkie charakterystyczne wyznaczniki stylu Kitaro. Dryfowanie w przestrzeni kontynuuje kolejny wspaniały utwór oparty głownie na brzmieniu santur - Takla Makan Desert. Dla mnie to muzyczna transkrypcja tego co się kryje pod słowem "wiosna" - myślę, że nikt lepiej nie potrafiłby na język muzyki przełożyć zapachu trawy, ciepła słońca, radości z otaczającej nas przyrody. Eternal Spring - rytm przyspiesza ale wciąż jesteśmy w kręgu relaksacji. Silver Moon to delikatne powtórzenie motywu przewodniego Silk Road zanurzone w subtelnej oprawie (do 1.42) następnie przechodzi w niesamowicie klimatyczną melodię wygrywaną specyficzną, zarezerwowaną tylko dla Kitaro barwą dźwięku. Według mnie najpiękniejszy fragment płyty oprócz ostatniego utworu. W Magical Sand Dance dźwięk z poprzedniego utworu przechodzi w inną melodię i wsparty jest w dość ciekawy sposób, przez perkusję i tradycyjną gitarę. Kolejny przewspaniały wstęp oparty na paru dźwiękach plus mellotron i kolejna zwiewna melodia - Year 40080. Time Travel - ulotna kompozycja oparta na chanting bellsach w tle mellotrowych chórów. Na kończące tę doskonałą płytę 3 ostatnie utwory brakuje mi już słów... To przypomina mi już małą porcelanową figurkę baletnicy obracającą się w pozytywce ...Reincarnation - wspaniały dialog dzwoneczków w kanałach, Dawning - czy można inaczej opisać świt? Tienshan - zwieńczenie godne artyzmu Kitaro - silnie wyeksponowane basowe dźwięki i prawie pompatyczna melodia dają niezatarte estetyczne wrażenia. Genialne.

    Dariusz Długołęcki

    Availability: Last items | product: 1LP


    19,19 EUR
  • Moonbooter | Evil 18-2DE

    Moonbooter | Evil 18-2DE

    New

    Availability: Only on request | product: 1CDr


    13,58 EUR
  • Krzysztof Kobus | Twenty Five

    Krzysztof Kobus | Twenty Five

    Good price

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    5,72 EUR
  • Cluster | Cluster 2

    Cluster | Cluster 2

    Good price
    Śmiała, awangardowa muzyka, nieporównywalna w zasadzie z twórczością innych artystów: eksperymenty proponowane na Cluster 2 mogą okazać się sporym szokiem nawet dla miłośników aktualnej elektronicznej awangardy, dark-ambientu itd. Muzyka Cluster to znakomite dźwiękowe wyobrażenie struktur, które oglądane z daleka wydają się być doskonale monolityczne, przy bliższych oględzinach jednak okazują się być wielopoziomowe, dziwnie pozałamywane i przede wszystkim bogate w zdumiewające detale. Pobieżnie słuchając zamieszczonych tu impresji odnosimy wrażenie przysłuchiwania się statycznemu, choć gniewnemu szumowi, przerywanemu raz po raz warkotem nigdy dotąd nie widzianego motoru; gdy jednak poświęcimy impresjom Cluster nieco więcej czasu, odsłonią się przed nami nie tylko ich eksperymentalne i nowatorskie, ale i nastrojowe walory, a także zdołamy docenić wciąż zmieniające się tutaj - choć nieustannie mocno abstrakcyjne - nastroje. Momentami panuje tutaj organowy spokój, dominują jednak zgrzytliwe dynamiczne sekwencje tkane z bardzo niecodziennego tonalnego tworzywa. Płytę wieńczy intrygujący eksperyment zaaranżowany na preparowany fortepian z wizytą w gabinecie krzywych luster... Polecam szczególnie.

    Igor Wroblewski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,76 EUR
  • Tangerine Dream | Force Majeure (reissue)

    Tangerine Dream | Force Majeure (reissue)

    Good price
    Po tym jak Jolliffe odszedł z grupy Froese i Franke nagrali w Berlinie nowy album samemu. Wspomagał ich Klaus Krüger na bębnach i inżynier dźwięku Edvard Meyer na wiolonczeli. Nagranie na przełomie sierpnia i września 1979 Force Majeure spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem krytyki jak i okazało się sukcesem komercyjnym (angielski Top 30). Tytułowe Force Majeure: cztero minutowy początek nawiązuje do stylistyki Pink Years i co ważne wyraźnie wykorzystuje syntezatory - ciąg dalszy to głównie bębny, gitara elektryczna i dźwięk fortepianu, ciekawy, przypominający trochę dawne nagrania kraut rockowe, słucha się znakomicie. Po siódmej minucie talerze i gitarę wspomaga już brzmienie analogów. Znakomita suita wpada w typowo sekwenserowe, ale spokojne klimaty od 12 minuty. Bardzo ciekawa wielonastrojowa część płyty.
    Rozpoczynająca się od gitarowych riffów Cloudburst Flight to swoista kwintesencja tego jak powinna być zbudowany świetny el utwór. Metamorphic Rocks przechodzą zaś od spokojnego klimatu do wielce energetyzującego rytmu od 4.30 - niestety chyba nie starczyło twórcom pomysłu na wykończenie tej części płyty i brzmi on najsłabiej, bo zwyczajnie monotonnie.

    Dariusz Długołęcki


    Tony otwierające ten album do złudzenia przypominają brzmienie introdukcji do kompozycji Frank Herbert Klausa Schulze z jego albumu X - ciekawe, czy jest to świadome nawiązanie, czy też po prostu efekt działania przypadku przy malowaniu elektronicznych krajobrazów wyłaniających się z poświstów i szumów najróżniejszego typu. Brzmienie zagęszcza się, zbierają się ołowiane, syntezatorowe chmury - ten fragment tytułowej suity znakomicie koresponduje z nastrojem najwcześniejszych impresji Tangerine Dream. Po pewnym czasie wyłoni się spokojny rytm basowego syntezatora, na którego tle rozkwitnie fortepianowy motyw, polegający na rozbudowywaniu bardzo efektownego, klarownego riffu. Dochodzi perkusja i utwór nabiera rozmachu; kompozycja przechodzi przez kilka spokojniejszych, prawie arytmicznych pasaży, ale porządkujące brzmienie perkusji zawsze powraca na pierwszy plan, porywając słuchacza w podróż przez kolejne dynamiczne wątki. Zespół maluje swoje dźwiękowe wizje z podobną ekspresją jak kilka lat wcześniej, niemniej jednak brzmienie uległo pewnemu "wypolerowaniu", stało się nieco bardziej suche, a muzyka starannie oczyszczana jest z dysonansujących elementów. Właśnie na przestrzeni kompozycji Force Majeure rodzi się styl, który zdominuje kolejne płyty Tangerine Dream aż do Le Parc - barokowe bogactwo wyraźnie kontrastujących ze sobą tematów, wyraziście aranżowanych, usystematyzowanych przez zdecydowane wejścia sekcji rytmicznej, sekwencerów lub po prostu pełnie brzmiących instrumentów nie wdających się już jak drzewiej w awangardowe dygresje i niekończące się, przeradzające się w dysonansowe impresje dialogi.
    Najwspanialszym fragmentem tego longplaya jest moim zdaniem utwór Cloudburst Flight. Muzyka idealnie oddaje koloryt i atmosferę obrazów Corota. Mini-suita rozpoczyna się od miękkiego, drobnego, syntezatorowego deszczu padającego prawie niezauważalnie na tle gitarowych akordów, "zarpeggiowanych" i ozdobionych drobnymi ornamentami. W pewnym momencie gitara nadaje kompozycji zdecydowany rytm, jej akordy wybrzmiewają klawiszowym echem, syntezator odpowiada na ciemniejące akordy gitary melodią opartą na kwincie, nabierającą stopniowo coraz bardziej minorowego charakteru, gdy w tle pojawia się błotniste ostinato i wkracza sekcja rytmiczna. Syntezator intonuje unisono z gitarą główny motyw utworu, po czym nadchodzi czas na zapierający dech w piersiach fragment zagrany przez Froesego na gitarze elektrycznej - uważam, iż ta partia jest jedną z najlepszych solówek gitarowych, jakie słyszymy w całej dyskografii Tangerine Dream. Gitara zmaga się ze wzbierającym na sile elektronicznym wichrem i coraz bardziej nerwową perkusją, stopniowo pojawia się coraz więcej zgrzytliwych dźwięków, świszczących strun i dysonansowych wtrętów, aż muzyka po raz kolejny wzbierze na sile, przesterowana gitara zaintonuje kilka akordów… i raptem plan muzyczny zacznie się wypogadzać, krople deszcze wciąż będą ociekać ze strun gitar i klawiszy syntezatorów, ale w tle utworu coraz bardziej zdecydowanie przezierać będzie słońce…
    Ostatni utwór zbudowany jest z dwóch kontrastowych części; względnie krótka introdukcja to bardziej art-rockowe niż elektroniczne oblicze Tangerine Dream, fragment ten świadczy wyraźnie o fascynacji muzyków Mandarynkowego Snu twórczością grupy Pink Floyd. Druga, długa część, zbudowana jest na zgrzytliwym, przesterowywanym, poddawanym najrozmaitszym deformacjom i przesileniom oraz oddaleniom akompaniamencie ostinatowym, służącym jako tło zmieniającym się plamom akordów i co jakiś czas pojawiającym się daleko w tle niepokojącym, nieraz niemuzycznym odgłosom. Dzieki temu utworowi słuchacz odbywa podróż przez skały metamorficzne - trudno sobie doprawdy wyobrazić lepszą ścieżkę dźwiękową! Ta muzyka doprawdy wprowadza słuchacza w swoisty trans i nie przestaje fascynować mimo swej pozornej, powierzchownej monotonii… Warto dodać, iż do tematu, na którym skonstruowana jest impresja Thru Metamorphic Rocks, grupa powróciła w 1981 roku pracując nad ścieżką dźwiękową do filmu Thief: wykorzystany tam utwór Igneous jest kontynuacją wątku wieńczącego album Force Majeure.

    I. W.


    To jedna z moich ulubionych płyt tego teamu. Płyta została nagrana w sierpniu i we wrześniu 1979 roku, oczywiście w Berlinie. Utwory skomponowane przez Edgara Froese (to oczywiste) i Chrisa Franke. Dopiero rok później do grupy dołączył Johannes Schmoelling.
    Płyta zawiera trzy utwory. Najdłuższy, tytułowy Force Majeure zawiera kilka wątków muzycznych, jest świetnie dopracowany, zawiera doskonałe motywy melodyczne - w sumie nagranie super. We wszystkich nagraniach na płycie, Froese daje popis gry na gitarach 6 i 12 strunowych oraz na "basie". Dzięki gitarom, drugi utwór Cloudburst Flight ma bardzo rockowe brzmienie. Trzeci utwór Thru Metamorphic Rocks również zasługuje na uwagę. Bardzo mi się podoba początek utworu, potem staje się trochę nużący. Mógłby być krótszy o pięć minut, ale to tylko moje zdanie. Wielu moim znajomym właśnie to nagranie podoba się najbardziej. Ogólnie płyta jest raczej dynamiczna, ma wiele ciekawych "kawałków", a jeżeli ktoś przepada za grą Edgara Froese na gitarach elektrycznych, to po wysłuchaniu całości nie będzie zawiedziony.

    Lech

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Tangerine Dream | Stratosfear (reissue)

    Tangerine Dream | Stratosfear (reissue)

    Good price
    Oprócz dobrze znanego instrumentarium muzycy zaskoczyli użyciem na tej studyjnej płycie całej gamy instrumentów akustycznych. Wykorzystano też komputerowo generowane sekwencje perkusyjne. Przygotowywaniu płyty w lecie 1976 roku w Audios Studio w Berlinie towarzyszył cały ciąg przykrych wydarzeń - a to kłopoty z nowym syntezatorem Baumanna a to zepsucie multi traków, systemu Dolby w studiu nagraniowym, zaginięcie taśmy matki, tajemnicze zmazanie skończonych nagrań, spalenie konsoli miksującej. Dochodziło też do tarć wewnątrz grupy na temat jakie nagrania wybrać na płytę.
    Pomimo ze cała ta płyta to klasyczne analogowe rozwinięte sekwencje to wyraźnie słychać już obranie przez zespół komercyjnego kierunku rozwoju ich muzyki. Doszły do głosu bardziej uporządkowane struktury muzyczne i wyeliminowano psychodeliczny VCS3 dając słuchaczom łatwiejszy w odbiorze materiał. Porzucili symfoniczno-progresywną ścieżkę dla czystych melodyjnych linii. Tytułowy Stratosfear - utwór nagrany w tonacji E minor rozpoczynają dźwiękiz 12 strunowej gitary - piękny, senny, rozmarzony wstęp przechodzi w hipnotyzujący pulsujący rytm - nasączona mellotronem melodia wspaniale koresponduje z delikatnymi pasażami z keyboardów, główny motyw na moogi i mellotron przewija się przez całą kompozycję by wyciszyć się i oddać pola przez ostatnie dwie minuty gitarze z delikatnym dialogiem z syntezatorami - dodajmy znakomity! The Big Sleep in Search of Hades - otwierająca i zamykająca część przypomina barokową sonatę opartą na dialogu klawikordu i mellotronowego fletu i zbudowana jest na zasadzie główny temat, interludium, powtórka, zakończenie. Interludium przypomina czasy zabaw psychodelią ale mocno zaprawione nowym brzmieniem Tangerine Dream. Utwór krotki acz bardzo treściwy, spokojnie mógłby być rozwinięty w parunastominutową suitę. 3am at the Border nastrojowy utwór, swoista reminiscencja prac Cluster. Moog, mellotron, rytmy komputerowe i Fender Rhodes wspaniale współbrzmią na 3am. Ciekawe brzmienie daje też harmonijka - gdy Franke przyszedł z nią do studia myślano, że robi sobie żarty i dopiero gdy wysłuchano efekt końcowy reszta grupy przystała na pozostawienie jej na płycie. Ten utwór jest najbardziej kosmiczno-egzotyczny, na wpół tajemnicze brzmienie oddaje wspaniale dziwny niby to spokojny nastrój który wprowadza jakiś taki podskórny niepokój.
    I wreszcie Invisible Limits. Zaczyna się jak gdyby było przedłużeniem utworu poprzedniego, powtarzające się akordy jako motyw przewodni i dołączające kolejne dźwięki - nagle dzwon urywa tę część utworu, który zmienia oblicze i odchodzi w berlińskie pulsacje by znowu dokonać wolty - piękne solówki pianina i fletu. Na tej płycie nie ma słabej części. Są tylko doskonale lub świetne.

    Dariusz Długołęcki


    Na tym albumie wprost roi się od nowatorskich pomysłów, a jednocześnie wszystkie kompozycje zinstrumentowane są z takim pietyzmem i wyczuciem, że nie może tu być mowy o przeładowaniu tematycznym bądź o jakiejkolwiek niespójności brzmieniowej. Każdy z czterech prezentowanych tu poematów ma swoją niepowtarzalną poetykę i w każdym z nich kryje się zagadka. Stratosfear to najbardziej dynamiczny, nasycony wręcz rockową ekspresją utwór. W partiach gitary czai się duch Davida Gilmoura, choć oczywiście błyskotliwa solówka Froesego nie ma nic wspólnego z kopiowaniem pomysłów bądź rozwiązań brzmieniowych gitarzysty Pink Floyd. Bardzo chwytliwa jest melodia główna, nawinięta na kruche, wyjątkowo rozmigotane ostinato. Znakomicie udało się muzykom stopniować napięcie, wywołując u słuchacza niegasnące rumieńce przez całe 10 minut tego hipnotycznego utworu.
    Moim ulubionym utworem jest miniatura The Big Sleep In The Search Of Hades. Tutaj fletowa melodia wiodąca intrygująco schromatyzowany i dziwnie alternowany temat (mogący skojarzyć się z harmoniką Claude'a Debussy'ego) spotyka się z organowym motywem, by utopić się w gęstniejącej melotronowej plamie, z której w końcówce utworu wyłoni się odległy, niespieszny rytm, na którego tle instrumenty muzyków wyczarują niewidywane nigdy dotąd zjawy w barwie siarki, przejrzałych śliwek i gliny. Pod sam koniec rozpięta znów zostaje gitarowa pajęczyna, po której spaceruje promień fletowego światła. Fletowe brzmienia (generowane zapewne z melotronu) są ogólnie niezmiernie istotnym elementem składowym tej płyty. Melodie budowane na tych brzmieniach są niebywale świeże, przekornie balansują na granicy konkretnej melodii i dysonansu, wykonują karkołomne chromatyczne akrobacje. Najdłuższy utwór, wieńczący płytę Invisible Limits, zaczyna się również taką "impresjonistyczną" partią fletu, by przejść przez fazę roziskrzonego arpeggia i rozpłynąć się w odmętach fortepianowego oceanu. Równie niesamowity jak The Big Sleep... jest trzeci utwór: 3AM At The Border Of The Marsh From Okefenokee. Idealną wizualizacją towarzyszącą tej muzyce byłby niemrawo kwitnący świt nad taką okolicą, jaką ukazuje enigmatyczna okładka całego albumu. Surrealistyczny nastrój tego obrazka potęgują zniekształcone brzmienia... harmonijki ustnej, splatającej się z oddechami całej baterii instrumentów elektronicznych. Jeśli odbiorca dobrze wsłucha się w kompozycję, około siódmej minuty wyraźnie usłyszy, jak przez granicę między błękitem a czerwienią przemaszerowują... kosmiczne owce!!!...

    I. W.


    ...słuchajac Tangerine Dream nie można pominąć tego albumu, a jeszcze lepiej gdy posiadając go wraca się odnajdując coraz to nowe nastroje brzmień...posłuchać i znać należy obowiązkowo...

    PPL


    Lubię Stratosfear. Froese i spółka skorzystali na tej płycie z bogactwa brzmień akustycznych, szczególnie instrumentów dętych. Nie jest to zatem płyta całkowicie elektroniczna, ale słucha się tego z przyjemnością, brzmi inaczej niż wcześniejsze i późniejsze dokonania grupy. Po dwuczęściowych kompozycjach Rubycon i Ricochet Tangerine Dream obdarowali nas aż czterema długimi utworami. Stratosfear, pierwszy na płycie, zaczyna się nieśmałą gitarą, dalej uderza w rzewne tony, plany kolejno nabrzmiewają i gasną, powtarza się co jakiś czas ten chwytliwy motyw, a obrazu dźwiękowego dopełnia umiarkowany rytm. Ten utwór w zmienionej (na gorsze) wersji pojawił się 19 lat później na Tyranny Of Beauty. The Big Sleep... swoim tytułem sugeruje kontynuację fascynacji mitologią grecką, której wynikiem była Phaedra. Utwór znów zaczyna się motywem gitarowym z nałożoną ciekawą partią fletu. Potem pojawia się nastrój grozy i melancholii, okraszony hipnotycznymi sekwencjami tegoż fletu. Zakończenie podobne do początku - niefrasobliwa gitara. Trzeci utwór o długim tytule niesie kolejną, hipnotyczną partię fletu. Zamyka płytę Invisible Limits, jest tam i solo gitarowe Edgara Froese, i trochę szybszego rytmu, i finał na pianinie. Nieco rockowy utwór. Płyta nietypowa dla zespołu, a jednocześnie Mandarynkowa. Motywy z niej pobrzmiewają na koncertowym Encore, który klimatem stanowi echo Stratosfery.
    Muzycy po prostu na chwilę skoncentrowali się na instrumentach akustycznych, dając im dojść do głosu na płycie zawierającej mimo to (oczywiście} syntetyczne brzmienia. To chyba ciekawy mariaż.


    Michał Żelazowski

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Tangerine Dream | Rubycon (reissue)

    Tangerine Dream | Rubycon (reissue)

    Good price
    Moim zdaniem jest to - obok Atem, Phaedra i Stratosfear oraz obszernych epizodów Poland - najbardziej synestezyjna płyta Tangerine Dream: tu, za sprawą odpowiednich dźwięków, domyślne kolory, sceny i zapachy rodzą się same. W suicie Rubycon udało się Edgarowi Froese, Christopherowi Franke i Peterowi Baumannowi wyczarować dziki, tętniący nieokrzesanym życiem krajobraz, przypominający bagniste posępki i trujące łąki rodem z kart "Tako rzecze Zaratustra" Fryderyka Nietzschego!
    Przygoda z muzyką składającą się na ten niezwykły twór rozpoczyna się o zardzewiałym brzasku, ukazującym porozrzucane tu i ówdzie suche gałęzie brzmień kojarzących się z kameralną muzyką awangardową w stylu "Hymnów" Alfreda Schnittke. Pejzaż stopniowo nabiera barwy i ładu, aż gdzieś ponad chmurami rozlega się trzepot skrzydeł dziwacznych ptaków, nadciągających ze swym wątkiem osadzonym w rozległej, całotonowej skali w stylu Claude'a Debussy'ego. Chyba właśnie do tych epizodów suity Rubycon nawiązali członkowie rosyjskiego elektronicznego projektu "Metamorphoses", przygotowując swe impresjonistyczne, syntezatorowo-komputerowe, zamglone trawestacje motywów wyszukanych na kartach dziejów muzyki klasycznej… Gdzieś pośród siarkowo-zielonkawych rumowisk zaczyna tlić się nader ruchliwe, nieokiełznane życie - ledwo wybrzmi daleki pomruk elektronicznych chórów, zacznie się wić pulsująca serpentyna ostinata. Ostinato wzbiera na sile, wygina się ku tonom oddalonym coraz bardziej od siebie wzajem na klawiaturze. Fale mułu przysłaniają widok, ścieląc się na ruchliwym podkładzie basowego syntezatora, aż w końcu podziemne źródła zaczynają wszystkie naraz wybijać równym, uporządkowanym rytmem, na tle którego wyłaniają się coraz to dziwniejsze istoty, odzywające się echem preparowanego fortepianu uderzającego masywne, parskające akordy. Być może słuchacz jest właśnie świadkiem narodzin człowieka, który w myśl filozofii Anaksymandra wyjdzie na świat z macic rybopodobnych stworów, już wypełzających w takt zmasowanego ataku syntezatorów i melotronów na ląd, ciągnąc za sobą smugi słonego śluzu…
    Muzyka wybrzusza się, ostinato ucieka spod pięter klawiszowych namułów, wszystko po mału dezintegruje się, cichnie, pierzcha. Pierwsza część kończy się podobnie cichym zamyśleniem, jakim się zaczęła - jednak nie wpada już w atonalne, porozrzucane bezładnie prawie niemuzyczne brzmienia, tylko stopniowo ubywa po prostu instrumentów na scenie. Po krótkiej pauzie powracają niesamowite dźwięki - tym razem podnosi się wysoka, mętna fala zamurowanego wpół drogi na ląd morskiego westchnienia. W tym fragmencie wyraźnie słychać jeszcze próbki atonalnego, eksperymentalnego stylu, w jakim muzycy Tangerine Dream przygotowali swe najwcześniejsze płyty. Kolejny wątek rozegra się znów pośród połamanych gałęzi, pocących się błotniście górskich potoków i drżących skał kredowych. Muzyka zostaje znów raptownie uporządkowana, ale brzmienie jest nadal chropawe i surowe, zupełnie inne niż na tak niewiele młodszych płytach jak Ricochet i Stratosfear. Podminowany ostinatem dynamiczny fragment roztopi się ostatecznie i rozmaże w skryty mrokiem leśny prześwit, pełen zwęglonych pni, nad którymi wstają gwiazdy malowane przez fletowe brzmienia melotronów w nieregularne, kapryśne tonacje… Dziwi niebywale, że to już koniec tej arcyciekawej dźwiękowej przygody. Na szczęście można tę płytę ponownie włączyć i zacząć całą niesamowitą wędrówkę od początku.

    I. W.


    ...kto usłyszał ten album przekroczył RUBYCON i znalazł się w krainie el brzmienia Tangerine Dream i choć jest archaiczne nie chce się go opuszczać lecz pragnie słuchać i słuchać i .... szczególnie polecam...

    PPL


    Równo 20 lat temu grupa Tangerine Dream nagrała jedną z tych płyt, które zespołowi faktycznie zaczęły przynosić popularność. Mam na myśli Rubycon. Który w mojej płytotece wciąż zajmuje miejsce pośród najchętniej słuchanych. Mam nawet wersję analogową, kupioną 16 lat temu na pamiętnym "Wolumenie" za ówczesne 2,5 tysiąca złotych. Jak się okazuje dosyć wielu melomanów czuje sentyment do tej właśnie płyty. Myśląc "płyta" mam na myśli wszystko to co się na nią składa. Przede wszystkim okładka, duża rozkładana koperta, delikatne zabiegi nad wyjmowaniem czarnego krążka, oraz dużo informacji o muzyce. O te dość według mnie istotne elementy zubożone są dzisiejsze płyty CD. Ilustracja jest wbrew pozorom istotną częścią składową dla całej muzycznej produkcji. Tak jak tytuły, sugeruje ona skojarzenia przy odbiorze muzyki. Czasem dzieje się to na korzyść muzyce, a czasem na niekorzyść. W przypadku Rubycon'u fotografia kropli wpadającej do wody idealnie oddaje temat i klimat muzyki. Jasny błękit sugeruje gorące niebo, ciemny granat wchodzący w ciemną zieleń nasuwa obraz tropikalnej zielonej przyrody. Rubycon (dziś Fiumicino) to opowieść o antycznej rzece, od jej powstania (pojedyncze dźwięki fortepianu odtworzonego od tyłu, sugerujące pojedyncze spadające krople) poprzez utworzenie się rwącego nurtu (sekwencerowy minimal) aż po jej zwieńczenie w Adriatyku. Ta chronologia zdarzeń trzyma logicznie formę muzyki. Wykonana na "archaicznych" instrumentach zdumiewa dzisiejszego odbiorcę prostotą środków wyrazu, oraz możliwościami kreacyjnymi dźwięku. Wszystko to zasługa jak mi się wydaje mojego ulubionego instrumentu Mellotronu, obsługiwanego przez Edgara Froese. Ten prototyp dzisiejszego samplera poza poprawieniem jakości, możliwościami pracy nad brzmieniem, formalnie różni się niewiele. Mellotron to instrument - taśma, a mimo to brzmienie orkiestry, czy tak charakterystycznego fletu jest niepowtarzalna. Cześć druga Rubycon'u rozpoczyna się od solo Petera Baumanna również historycznym już instrumentem Synthi A Voice i wspomnianym Mellotronie Edgara Froese.
    Sięganie członków zespołu do muzyki współczesnej w bardzo dużej mierze ukształtowało styl Tangerine Dream. W drugiej części zastosowano brzmienia chóralne wykorzystane w sposób zbliżony raczej kompozytorom muzyki współczesnej. Dostrzegam we wczesnej twórczości Tangerine Dream inspiracje formami poważnymi, choć od początku zespół oscylował w stronę rocka (niestety poprzestając dziś na tym stylu).
    Tak więc jeśli chciałbym wypocząć przy muzyce Tangerine Dream to bez wahania wybrałbym właśnie Rubycon. Jest to muzyka bardzo określająca zespół, są tu niemal wszystkie zwykle stosowane obszary dźwięku. Jest więc szczypta awangardy muzyki współczesnej, jest Minimal Art., są i formy swobodne. Dzieje się dużo i co ważne nie nudzi, jest doskonale dopracowana. Myślę że fani el-muzyki płytę tę doskonale znają i podzielają mój zachwyt. Moja recenzja niech będzie więc potwierdzeniem, że nie zawsze najwyższa technologia jest gwarantem na dobry produkt.

    K.K.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Tangerine Dream | Ricochet (reissue)

    Tangerine Dream | Ricochet (reissue)

    Bestseller Good price
    To nowy rozdział w muzycznym rozwoju Tangerine Dream, którego granice kończyły się w połowie lat 80 - tych albumami złożonymi z krótkich, kilkuminutowych utworów a zarazem znakomite preludium do innego blockbustera - Stratosfear. Prawdziwa ściana mrocznych wibrujących sekwencji wymieszana z ciekawymi motywami muzycznymi - dla mnie to najciekawszy styl Tangerine Dream najbliższy mojemu sercu. Wszystkie te struktury są na najwyższym poziomie z prostej przyczyny: z kilometrów taśm Froese wybrał i skompilował najciekawsze fragmenty i bardzo przyłożył się do dopracowania wszystkich detali - stąd ta płyta jak dla mnie brzmi wciąż świeżo i niezwykle.
    Płytę wystylizowano na album live ale naprawdę to właściwie dopiero w studio dokonano rzeczywistej obróbki materiału stąd notatka że album jest nagrany podczas koncertów we Francji i Wlk. Brytanii. Już pierwsza część od początku poraża mnie swą melodyką i motywami które oszczędnie eksploatowane dają niesamowity efekt. Nie ma tu ani jednego przypadkowego dźwięku, płyta jest znakomicie przemyślana i dopracowana - poszczególne elementy tworzą niesamowity nastrój wpływający mocno na emocje (bynajmniej moje). Można ten utwór podzielić na trzy części. Pierwsza - wprowadzenie - liczne wstępy, gitara elektryczna, perkusja, spokojny ale jakiś taki doniosły nastrój, który zostaje zróżnicowany i od siódmej minuty zaczyna się zaś część druga: ekspozycja - jazda bez trzymanki na rollercoasterze albo gdzieś w przestrzeni kosmicznej w nadświetlnej. Wchłania słuchacza do swego świata nie pozwalając mu na oddech. To tak naprawdę pierwszy album gdzie na taką skalę pojawia się słynny Tangerinowski pulsujący rytm. Harmoniczny styl, melodia to porzucenie tego co prezentowano na mocno eksperymentalnych płytach z lat wcześniejszych. Zamknięcie: styl wprowadzenia, uspokojenie muzycznego pejzażu.
    Drugą część otwiera przepiękne fortepianowe intro, do którego po chwili dołącza flet. Bardzo subtelna melodia stopniowo wyciszana z delikatnym brzmieniem syntezatora w tle - w końcu flet samotnie kończy tę część i gwałtownie przechodzimy to wspaniałych dźwięków elektronicznego instrumentarium - swoisty majstersztyk manipulacji odczuciami słuchacza. Kolejne pojawiające się ozdobniki, wprowadzane są dla spotęgowania nastroju i powtarzają się jako podkład. Mamy tu połączenie polifonii, rytmu i melodii w niespotykanym dotąd u Tangerine Dream sposobie. Zresztą po prostu najlepiej puścić sobie 2 część i wysłuchać. Muzyczne ornamentacje plus melodyjność tej płyty tworzą jak dla mnie niesamowity niedościgniony klimat. A na okładce jedno z ciekawszych zdjęć autorstwa Moniki Froese.

    Dariusz Długołęcki


    ...od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z muzyką EL i trwa po dziś dzień, mimo że upłyneło 28 lat często wracam do jej dźwięków, tej płyty po prostu nie wypada nie znać jeśli się interesuje el muzyką, raz usłyszawszy chce się jej ciągle słuchać, gorąco polecam!!!...

    PPL


    Jeden z 3 absolutnych nr 1 mojego życia. Ricochet to chyba najważniejszy wyznacznik elektroniki na lata siedemdziesiąte, oczywiście poza dokonaniami Klausa Schulze. To ile na tym albumie utrwalonych jest pomysłów tria Tangerine Dream to absolutny rekord w el-muzyce. Nic dziwnego, że swego czasu album ten gościł na 1 miejscu listy przebojów el-muzyki w Pr. 3 PR.
    Utwór pierwszy rozpoczyna się jakby marszem żałobnym z fenomenalną partią gitary Froese. Od połowy, aż do końca Ricochet Part One to już majstersztyk w dziedzinie nakładania sekwenci. Dzieje się tu czasami tak wiele, że słuchacz czuje się jakby pędził w otchłań bez końca. Ale koniec następuje w pięknym i smutnym stulu. Część drugą rozpoczyna piano - także fenomenalne [ten wyraz powinien być kojarzony z tą płytą]. Coś jakby z epoki romantycznej. Piano przechodzi w sekwencję, sekwencja w solo itd... Nie posłuchasz, nie zrozumiesz. To co jeszcze wyróżnia tę pozycje to barwy brzmień. Ilu twórców muzyki [nie tylko el] nie potrafi oderwać się brzmieniowo od Ricochet. Bo i po co. Brzmienia są doskonałe i rewelacyjnie dopasowane. I pomyśleć, że jest to jedynie montaż z trasy koncertowej z roku 1974...
    Album to dowód na to, że improwizacja jest doskonałym narzędziem przy tworzeniu i graniu elektroniki, szczególnie tej berlińskiej. Szkoda tylko, że niektórzy artyści nie mają takich zdolności do jej wykorzystywania jak ten pamiętny skład Tangerine Dream.

    Wojciech Suchan


    Tangerine Dream to zespół, który wciąż zaskakuje nowymi pomysłami - od przeszło 30 lat na muzycznej arenie. Ewolucja jaką przechodzi muzyka tego (najczęściej) tria z Niemiec, zachwyca, zmusza do refleksji i pobudza a niejednokrotnie zniewala i pociąga za sobą całe rzesze fanów. RICOCHET to według mnie jeden z bardziej udanych albumów Tangerine Dream - dzisiaj już 28 letnie dzieło to skrócony zapis z ponad 90 godzin (!) muzyki zapisanej w studiu po koncertach we Francji. Edgar Froese i jego koledzy z jednego w zasadzie tematu uczynili majstersztyk. Płyta wcale nie nudzi, jest ciekawa melodycznie od samego początku do końca. Muzycy do maksimum chyba wykorzystali możliwości ówczesnych syntezatorów analogowych... i na pewno im się to udało. Jedyną wadą albumu jest to, że jest za krótki... ale na szczęście są inne płyty Tangerine Dream, można też włączyć "repeat" w odtwarzaczu CD. Na podsumowanie ciekawostka dla starszych słuchaczy i fanów Tangerine Dream: czy ktoś rozpoznał ongiś w Dzienniku TV podczas prezentacji pogody podkład muzyczny, którym jest właśnie główny motyw muzyczny ,Ricochet?
    Mandarynkowe sny niech wracają do Was - mili słuchacze ... nawet rykoszetem...

    Mariusz


    ...to modlitwa - nie muzyka ....

    ???


    13 lat temu koleżanka pożyczyła mi kasetę magnetofonową, twierdząc że jest tam fajna muzyka, gdy ją przesłuchałem byłem oczarowany, to był Ricochet. W ten sposób zaczęła się moja przydoda z Tangerine Dream. Obecnie mam 30 lat i nadal Mandarynki są moim najlepszym zespołem. Pozdrawiam wszystkich fanów i tych którzy dopiero zaczynają zagłębiać się w mandarynkowe światy.

    Łukasz 1976.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Tangerine Dream | Phaedra (reissue)

    Tangerine Dream | Phaedra (reissue)

    Good price
    Faktura rytmiczna kompozycji Tangerine Dream ulega niebywałemu zintensyfikowaniu i "podkolorowaniu". Niekończące się arpeggia zazębiają się wzajemnie, zmieniają rejestr i barwę, to wyostrzają się, to znów rozmywają, a na tym pulsującym tle rozgrywają się kunsztownie zinstrumentowane sceny. W melodie prowadzące ciekawsko zaglądają dysonanse, muzyka porządkowana przez alternacje ostinat nabiera teraz zupełnie innego wyrazu. Dramat o Fedrze napisany jest przez Edgara Froese, Chrisa Franke i Petera Baumanna niezwykle sugestywnym muzycznym językiem. Bardzo ważne w tytułowej kompozycji płyty okazują się rozciągające się aż po horyzont dźwiękowe panoramy, ponakładane na siebie i przenikające się. Tony melotronów, organów, analogowych syntzatorów i preparowanych fortepianów malują niebywale sugestywne tło, bladosłoneczne, powleczone kożuchem błękitnoszarej mgły.
    Mysterious Semblance at the Strand of Nightmares idealnie oddaje nastrój obrazu Still Water Fernanda Khnopffa. Nad zamgloną sadzawką w pastelowej mgle pochylają się smętne, wyblakłe drzewa, odbijające się w mętny i zamazany sposób. Plamy kolejnych akordów wydają się wyłaniać niczym opary z leniwych kręgów na wodzie... A może lepszą wizualizację stanowiłby jakiś pustynny krajobraz, w którym jedyne zmiany to następujące po sobie układy kłębiastych chmur i podmuchy wiatru ogranizujące gruboziarnisty piasek w coraz to nowe wzory? Długie akordy modulowane są i odginane w różne strony przez większą część trwania utworu, dopóki jeden z instrumentów nie przejmie roli rytmicznej, wypunktowując w krótkich odstępach czasu rytm, na który nanizane zostają kolejne akordowe obłoki.
    Intrygujący obrazek stanowi Movements of a Visionary. Tutaj postrzępione pajęczyny onirycznej organowej melodii szybują i rwą się na tle kipiącego, bulgoczącego ostinata kojarzącego się z osypującą się kaskadą mokrych, mieniących się morskich kamieni o fantastycznych kształtach. Przez 8 minut zdarzają się w nieregularnych odstępach progresje tonalne, wiodąc słuchacza przez podwodne labirynty do... braku właściwej pointy, właściwego zakończenia. Ten utwór mógłby stanowić wzorzec kompozycji w stylu "ambient". Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej zagadkowo brzmiących epizodów w dyskografii Tangerine Dream.
    Płytę wieńczy dwuminutowa zaledwie miniatura Sequent C. Ta muzyka kojarzy się z wahaniem na granicy snu i jawy, z nieśmiałym formowaniem się nierealnych obrazów natychmiast zmywanych przez kolejny głęboki oddech instrumentów...

    I. W.


    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Tangerine Dream | Encore (reissue)

    Tangerine Dream | Encore (reissue)

    Good price
    Tę płytę tworzył jak dla mnie najlepszy skład Froese, Franke, Baumann. Ten ostatni zresztą na tej płycie pojawia się w Tangerine Dream po raz ostatni. Jest to melanż tego co zespół zagrał podczas dwóch tournee po USA, wiosną 1977 roku (to bardzo umowne określenie tego co znalazło się na płycie...). Zdradza to zresztą okładka - zdjęcie zespołu na scenie w tle z wykorzystanym wówczas do efektów wizualnych laserem wplecione we flagę amerykańską - ciekawostka: LP wydano także w 1977 roku w Jugosławii, ale za rządów Tito amerykańskie akcenty, znaczy imperalistyczne nie były mile widziane. Stąd gratka dla fanów - zdjęcie Moniki Froese pozostało ale flaga zniknęła. Początek przypomina początki Tangerine Dream czyli Pink Years - brak linii harmonicznej, dziwne wtręty dźwiękowe, aż nagle z głębi wydobywa się charakterystyczne pulsujące brzmienie. Hipnotyzująca fraza jak dla mnie nie zdradza jeszcze nic co powalałoby na kolana. Suita Cherokee Lane zaczyna działać na mnie dopiero od 12 minuty. Potem jest już fenomenalnie. Monolight rozpoczyna się wprawkami a'la Zeit czy Alpha Centauri by potem popłynąć w stronę spokojnej nastrojowej melodii - od 8 minuty pojawia się wolta w nastroju, rozedrgane, nerwowe dźwięki mogłyby z powodzeniem wspomóc nie jeden serial sensacyjny. Równie dziarsko dzieje się na Coldwater Canyon, ale moim faworytem jest Desert Dream - niby eksperymentalne ale zarazem jakieś takie bardzo poukładane - i w formie i w treści.

    Dariusz Długołęcki


    Krótko mówiąc: to jest to czego chciałoby sie słuchać nie tylko na bis (encore), choć tak przewrotnie nazwano ten album, polecam wspaniała klasyka Tangerine Dream...
    PPL

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    5,38 EUR