Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Popularity 3

(130 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Steve Roach, Kevin Braheny, Michael Stearns | Desert Solitaire

    Steve Roach, Kevin Braheny, Michael Stearns | Desert Solitaire

    W 1989 roku Steve Roach zaprosił do współpracy Michaela Stearnsa i Kevina Braheny'ego, by nagrać album dedykowany pisarzowi Edwardowi Abbey'owi, na cześć jego książki zatytułowanej Desert Solitaire. O ile pierwszy utwór brzmi wręcz pogodnie i prawie lounge'owo, o tyle już Labyrinth jest jednym z prawdziwych arcydzieł z gatunku refleksyjnych, wręcz smutnych ambientalnych tekstur. Do typowej dla Roacha niesamowitej suchej pustynności znakomicie pasują okazjonalnie rozsiane tu i tam cząstki brzmienia egzotycznej perkusji, przede wszystkim zaś album zyskuje na wielowymiarowości za sprawą saksofonu Kevina Braheny'ego (miłośnicy elektroniki powinni kojarzyć tego artystę przede wszystkim z niezwykłym, pastelowym albumem The Way Home). Muzyka w niezwykły sposób balansuje na granicy między organicznością a elektroniką, między kojącym ciepłem a pustynnym dojmującym zimnem. Trudno orzec, czy proponowane tu impresje są zdecydowanie statyczne, czy też, że poszczególne elementy zmieniają się tak szybko, że trudno przy pierwszych przesłuchaniach ogarnąć wszystkie dźwiękowe plany. Najlepiej jest wyłączyć światło i pozwolić tej muzyce po prostu płynąć, malować niespotykane krajobrazy, wywoływać niehamowane asocjacje... Szczególnie przy takich przesłuchaniach tak piękne i niecodzienne utwory jak Cloud of Promise czy Highnoon odsłonią swój magiczny wymiar.

    I. W.



    Steve Roach to absolutny specjalista od tworzenia ambientalnych pejzaży. Dosyć często w jego muzycznych poszukiwaniach, inspiracją dla nich bywają naturalne ekosystemy. Płyta Desert Solitaire swoją premierę miała w 1989r, to jedna z najlepszych wizytówek Roacha jako kreatora środowiskowych pejzaży. Jak łatwo domyśleć się z tytułu, główną inspirację stanowi tu pustynia. Sam Steve Roach mieszkając w Tucson w stanie Arizona, niejako namacalnie doświadcza jej bliskości. W tych 10-ciu kompozycjach Roach tworzy jej sugestywne obrazy, z tym iż w jego pojęciu to nie tylko piach i upał, ale pustynia pokazana jest jako środowisko skrajne. Mamy więc wyżłobione w skałach kaniony z rozległymi labiryntami, góry, wspomniany już piach i nieznośny upał. Do tego groźne burze, to wszystko składa się na obraz środowiska ekstremalnego i skrajnie nieprzyjaznego człowiekowi. Mimo tego Steve Roach stara się oddać jego potęgę i surowe piękno. Ta muzyka przypomina niekiedy prymitywne, etniczne dudnienie innym razem jest bezkształtną formą bez wyraźnych granic. Podczas realizacji Desert Solitaire wspomagali go Michael Stearns oraz Kevin Braheny. Bez wątpienia pomogli oni nadać tej płycie właściwą formę. Ważny krok w ambientowy świat, dzisiejszego mistrza gatunku.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    16,54 EUR
  • Steve Roach | World's Edge

    Steve Roach | World's Edge


    Po przełomowej płycie Dreamtime Return następuje okres poszukiwań w muzyce Steve Roacha. Drugim przełomem w karierze tego artysty jest właśnie album World's Edge. Wydaje się, że Steve Roach odnalazł siebie, sięgając do głębin swojego ducha. Jednak jego muzyka stale ewoluuje. A mimo to World's Edge jest pierwszym albumem, który sięga bardziej wgłąb muzycznej osobowości Steve Roacha, nadając jego muzyce charakterystyczne rysy. Odgłosy imitujące deszcz, malujące otwartą przestrzeń, które budują pełne uroku elektroniczne barwy. Ruchome obrazy przetaczają się przed naszymi oczami tym razem bardziej wolno. Album zyskuje tym samym na wartości. Steve Roach niejako zatrzymuje się i pochyla nad pięknem przyrody. Jego dusza jest poruszona do głębi. To istne zjednoczenie człowieka z żywiołami ziemi. Momentami słychać echa rytmów etnicznych. Te fragmenty są wynurzonymi z podświadomości pierwotnymi naszymi więzami z Ziemią. Ta płyta to prawdziwa kontemplacja i szukanie harmonii między duchem, a procesami zachodzącymi na człowieczej planecie. Harmonia ta zostaje idealnie ukazana przez Steve'a Roacha. Często odnajdujemy ją gdzieś na krańcu świata.

    Jacek Żeromski

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    25,83 EUR
  • Vangelis | Soil Festivities

    Vangelis | Soil Festivities


    Na tle ospałych dźwięków wieczornej letniej burzy zarysowują się kontury dżdżownic wypełzających o zmroku z wilgotnej ziemi. Fortepianowe, miękkie dźwięki zamarkowują zarówno padające na ziemię ciężkie krople deszczu, jak i miarowe ruchy małych stworzeń. Nastrój otwierająceg suitę epizodu kojarzyć się może z kompozycjami Erika Satie - muzyka, choć bardziej żywa, przesycona jest podobną atmosferą zagadkowości. Co jakiś czas wtoczy się w harmonijną fortepianową strukturę rozchwiany wielodźwięk syntezatora odzywającego się niskim pomrukiem - akurat zadrżały liście paproci podkopanej przez kolejną wypełzającą spod spulchnionej ziemi istotę, a może nadciągnęła skądś włochata, plamista gąsienica… Deszczowy wątek trwa przez kilkanaście minut, dopóki nie nastanie słoneczny świt, promieniejący pastelowymi barwami fortepianu nie porządkowanymi już przez żadne ostinato.
    Drugi utwór pokazuje słuchaczowi mikrokosmos jak przez mgłę - kompozycja ma nierealną, oniryczną atmosferę, snutą przez powłóczyste nitki oryginalnych, elektronicznych brzmień. W zwolnionym tempie przyglądamy się motylom, które lądują na chwiejących się kwiatach, wzbijając intensywnie pomarańczowy pył. Niekoniecznie jesteśmy teraz na wyspie Mainau - to raczej jakieś zapomniane, skryte przez mrok miejsce, które szczególnie upodobały sobie introwertyczne motyle nie mogące znieść obecności aparatu fotograficznego ani kamery: tylko dzięki osnutej na nietypowej skali, przydymionej muzyce Vangelisa słuchacz ma szansę przyjrzeć się, jak żyją te fantomowe stworzenia… Trzeci wątek zbudowany jest w sposób podobny jak kompozycje wypełniające awangardowe płyty artysty - Beaubourg (1978) i Invisible Connections (1985). O atrakcyjności utworu stanowią rozładowujące się i rozszczepiające atonalne brzmienia, wdzierające się w nieśmiało rodzącą się melodię, która natychmiast ulega postrzępieniu. Czwarty utwór to przede wszystkim mantrowy akompaniament zagadkowych akordów, zwiastujących nadejście czegoś niezwykłego. Podobny klimat udało się Vangelisowi wyczarować w utworze Ballad z płyty Spiral, ale tutaj atmosfera jest bardziej mroczna, a muzyka ma znacznie więcej niedopowiedzeń. Wibrujące, eteryczne tony wybrzmiewają pod ciężkim, zachmurzonym niebem, na które spogląda słuchacz oczami nocnych owadów. W przeciwieństwie do pozostałych kompozycji, wieńcząca cykl kompozycja przynosi mnóstwo światła i pogodnej zadumy. Brak tu właściwie powtarzanych, upartych sekwencji, drobnych motywów pracowicie znoszonych w jedno miejsce przez intrygujące słuchacza mrówki - finałowa impresja kojarzy się raczej z rozległymi, fortepianowymi pejzażami malowanymi przez Vangelisa na rozimprowizowanych, otwartych przestrzeniach płyt takich jak Chariots Of Fire (1981) czy Heaven And Hell (1974).
    Soil festivities z pewnością stanowi jedno z najwybitniejszych osiągnięć Vangelisa - choć zarazem jest jedną z najmniej docenionych jego płyt. Pod względem sugestywnej, malarskiej instrumentacji płyta ta zasługuje na wymienienie w ścisłej czołówce, mimo, że akurat w przypadku Vangelisa praktycznie każda płyta zaaranżowana jest z niezwykłym pietyzmem i ogromną wyobraźnią…

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    8,22 EUR
  • Synergy | Computer Experiments v.1

    Synergy | Computer Experiments v.1

    Availability: Only on request | product: 1CD


    13,06 EUR
  • Steve Roach | Atmospheric Conditions

    Steve Roach | Atmospheric Conditions

    Na płycie znajdziemy trzy kompozycje połączone jednak w całość. Pomiędzy utworami nie ma przerw. Muzyka na tej płycie ewoluuje, ukazując nam piękno przyrody zawarte w dźwiękach. Na początek jasno rozświetlone słońcem miejsce, gdzieś na brzegu spokojnie płynącego potoku. Jasne promienie słońca zabawnie ślizgają się po wodnych zawirowaniach potoku. Następuje refleksja nad tym, czy człowiek będąc tam jest w harmonii z tym miejscem. Czy staje się przeźroczysty, czy promienie słońca prześwietlają jego ciało. Potrzeba nam tej krystalicznej przeźroczystości, aby radować się pięknem potoku. Potrzeba wyciszenia. Woda jakby ucichła.Teraz jest już głębsza. Słońce zajęło się bardziej niebem. Świeci światłem z nad drugiej strony świata. Niesamowita zrobiłaś się wodo. Twoje molekuły przetaczają się pod moim sercem, a słońce grzeje mi czoło... I otworzyła się druga strona świata. I potok słów niewypowiedzianych przetacza się w głębinach wody. I tak już aż po koniec... aż po koniec, którego nie widzę...Woda przepływa już poza bramę wieczności... poza wrota czasu...

    Jacek Żeromski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,20 EUR
  • Michael Stearns | Floating Whispers

    Michael Stearns | Floating Whispers


    Przez wiele lat płyta Floating Whispers nie była osiągalna, oryginalnie wydana w 1987 r. dopiero w 11 lat później doczekała się kompaktowej reedycji. Mimo okładki prezentującej antyczne budowle, ta muzyka ma raczej kosmiczny wydźwięk. Niczym klisze przewijają się tu fascynacje Stearns’a kosmosem i przestrzenią. Jednak nie przybiera ona postaci ciemnej, bezdennej otchłani. Poprzez jej rozległość, Stearns oddając potęgę kosmosu w muzyce, komunikuje się z umysłem odbiorcy i stara się wprowadzić go w stan nieważkości. Muzyka z czasem staje się nieco bardziej dramatyczna, jak lot statkiem który zaczyna mieć kłopoty, ale poprzez to Stearns stara się wprowadzić element akcji. Dzięki temu Floating Whispers nie nudzi, a raczej przykuwa uwagę. Jednak bez obaw, większość to mimo wszystko, delikatne, niespieszne i uspokajające granie. W kosmosie czas płynie wolniej, i przy tej muzyce można też nieco spowolnić jego obroty. Ciekawe doświadczenie.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    19,60 EUR
  • Vangelis | Mythodea: a 2001 Mars Odyssey

    Vangelis | Mythodea: a 2001 Mars Odyssey

    Good price
    Vangelis często w swoich poczynaniach bliski był klasycznym formom. Nawet soundtracki takie jak chociażby Chariots Of Fire miały ten symfoniczny posmak. Mythodea to potężna symfonia chóralna, której prapremiera odbyła się 13 lipca 1993r w teatrze Heroda Attyki w Atenach. Vangelis napisał do tego dzieła nie tylko muzykę ale i słowa, odnosząc się w nich do historii starożytnej Grecji. Jak wspominał w wywiadzie dla magazynu KLEM "Utwór ten został skomponowany w godzinę. Nie używam technologii w sposób konwencjonalny. Nie używam komputerów". Jednak owa premiera to już zamierzchła historia, w 2001r Vangelis raz jeszcze zaprezentował swoje dzieło. Przy okazji owe wystawienie związane było z misją NASA na Marsa w celu poszukiwania śladów form życia. Cała impreza odbyła się 28 czerwca 2001r, otoczeniem była świątynia Zeusa Olimpijskiego w Atenach. Budżet był gigantyczny, opiewał na kwotę 7 milionów dolarów. Pieniądze te były podzielone między firmę Sony a greckim rządem, który wykorzystał je na promocję Grecji w świecie. W samym spektaklu udział wzięło 224 artystów, w tym sam Vangelis, 75-cio osobowa London Metropolitan Orchestra, 120-sto osobowy chór Opery Narodowej. Poza nimi główne role grały dwie śpiewaczki operowe: Kathleen Bitwa i Jessey Norman (soprany). Słuchając tego ponad godzinnego dzieła, można stwierdzić, iż rola elektroniki była tu marginalna. Orkiestra Symfoniczna oraz chór, skutecznie torpedują poczynania Vangelisa. Całości bliżej zdecydowanie do operowych form rodem z muzyki klasycznej i nawet kosmiczny, marsjański wątek tego jej nie pozbawia. Oczywiście nie brak mega pompy i bombastyczności tych brzmień, przez co Mythodea brzmi potężnie. Wydaje się jednak iż jedynie wielbiciele klasyki będą mieli pociechę z tej muzyki, fani elektroniki bez takich skłonności śmiało mogą sobie darować tę płytę.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,13 EUR
  • Mike Oldfield | Voyager

    Mike Oldfield | Voyager

    Good price
    Muzycznie produkcja Voyager kojarzy się z nagraniami Enyi albo grupy Clannad – nie chodzi jednak tylko o wykorzystanie irlandzkich motywów ludowych, lecz raczej o specyficzną, malarską głębię, o rozmaite dźwiękowe światła i cienie które nadają aranżacjom posmak czegoś nie do końca odgadnionego. Wydaje się też, że Oldfield wziął udział w nagraniach pełen radości i zapału, koncentrując się jedynie na zamyślonym, niespiesznie przebudzającym się charakterze kompozycji, a nie na niesamowitej ilości ozdobników, dygresji brzmieniowych i niezliczonych instrumentalnych tekstur. Brak tutaj właściwie elementów świadczących o technicznym kunszcie Oldfielda, takich jak haftowane niezliczoną ilością rozedrganych dźwięków fraktalowe koronki dodające uroku partiom gitarowym fragmentów płyt Ommadawn czy Amarok. Tu słuchacz ma do czynienia właściwie wyłącznie z "wirtuozerią oniryczności", jeśli można tak się wyrazić. Wszystkie dźwięki są niezwykle przestrzenne, na wskroś przesycone idealnym światłocieniem, przeniknięte jedynym odpowiednim malarskim tonem. Nawet nieco słabsze, mniej zapadające w pamięć kompozycje, jak Celtic Rain (kojarzący się z Hymnem Vangelisa z lp. Opera Sauvage), The Hero czy Flowers of the Forest (bardzo tradycyjnie potraktowane nawiązania do irlandzkiej muzyki ludowej) brzmią tu rewelacyjnie świeżo i krajobrazowo, ciekawiej niż niejedna impresja bogatsza melodycznie, ale za to odbarwiona nieco aranżacyjnie. Słuchając tych utworów nie ma się wrażenia, iż ktoś odgrywa wszystkie te motywy po kolei, siedząc w jakimś neutralnie wyglądającym studiu – ta muzyka żyje niezwykle wyrazistymi wizualizacjami, właśnie tak musi brzmieć naturalna muzyka wrzosowisk, błotnistych wysp wyrastających ze spienionego morza i łąk porastających skaliste urwiska.
    Najlepsze kompozycje to niewątpliwie Mont St. Michel, Wild Goose Flaps Its Wings, Women of Ireland i Dark Island. Pierwsza z wymienionych impresji to dwunastominutowa suita rozpisana na gitarę klasyczną i orkiestrę symfoniczną – na pewno nie jest to rozchwiany kolaż brzmień to orkiestrowych, to "rozrywkowych", tylko najprawdziwszy, zwarty koncert gitarowy! Jest to na pewno jeden z najgenialniejszych utworów Oldfielda licząc już od 1973 roku… Muzyka podlega subtelnym parafrazom, gitara improwizuje na bazie tematu podchwytywanego przez orkiestrę, kolejne wątki zaś wyłaniają się w sposób kojarzący się raczej z salą filharmonii niż studiem oddanym do dyspozycji rockowemu twórcy. W tle wciąż przepływają statki z obrazów Lorraine’a i Turnera, a niebo zasnute zostaje najbardziej fantazyjną konstelacją fioletowych i granatowych chmur, jaką zna dyskografia Oldfielda. W finale rozbrzmiewają głuche, oddalone dzwony, przywodzące od razu na myśl atmosferę "zakurzonego", przesiąkniętego zapachem pokrzyw i starych zegarów przed-finałowego epizodu pierwszej części Tubular Bells. Drugi wymieniony utwór, Wild Goose Flaps Its Wings, jest swobodną improwizacją jesiennej gitary na tle powleczonego zroszoną pajęczyną brunatnego krajobrazu stojących syntezatorowych akordów. To – obok First Excursion z trzeciej płyty albumu Boxed (1976) – najwspanialszy przyczynek Mike’a Oldfielda do muzyki ambient, w którym gitara waha się między brzmieniem Davida Gilmoura i Pete’a Namlooka. Women of Ireland to parafraza znanego tematu irlandzkiego (słyszymy ten motyw choćby w filmach Wuthering Heights i Barry Lyndon), przeplatająca się z wątkiem z Sarabande z jednej ze suit orkiestrowych Händla (nawiasem mówiąc, ten motyw także włączono do ścieżki dźwiękowej filmu "Barry Lyndon"…). Gitara Oldfielda brzmi nader ekspresywnie, a tło spowite zostaje znów intrygującymi, spokojnymi kolorami. Dark Island wreszcie jest finezyjną miniaturą, w której spotykają się dwa tematy: jeden pogodny, rozdokazywany, drugi zaś nostalgiczny, wspinający się w skale typowe dla gitarowej muzyki hiszpańskiej.

    Igor Wróblewski



    I oto mamy nastepną porcję muzyki Mike'a Oldfielda, całkiem niedługo po albumie Songs From Distant Earth. Nowa płyta jest różna od poprzedniczki, Oldfield zagrał nowe kompozycje na bardziej tradycyjnych instrumentach, dlatego nie jest to el-muzyka sensu stricto. Tym razem kompozytor powrócił do swoich irlandzkich korzeni, tworząc brzmienia nasycone folklorem swojej ojczyzny (właociwie pół-ojczyzny, gdyż Mike jest tylko w połowie Irlandczykiem). Już pierwsze takty nowego CD oznajmiają nam wyraźnie, kto je stworzył. Słychać typową, właściwą tylko temu artyście gitarę i charakterystyczne dla niego melodie. Cała płyta tchnie spokojem i impresjonistyczną zadumą, a w ten intymny nastrój wplatają się niepostrzeżenie celtyckie motywy muzyczne, czasami nawet te wspaniałe chórki, za które kocham muzyke, jaką tworzy Enya. To tylko takie moje skojarzenie, bo Voyager jest niepowtarzalną płytą, zresztą to Oldfield zawsze znajdował naśladowców, a nie odwrotnie.
    I jeszcze te urzekające flety i skrzypce, które czesto nadają smaczek nagraniom "prawdziwych" el-twórców, tu w akustycznej głównie muzyce Mike'a wspaniale współgrają z wiodącą, "rozopiewaną" gitarą. Na tej płycie wokal zepsułby chyba całą jej wymowę, zasłoniłby sobą wszystkie piekne, starannie zagrane ścieżki instrumentów. Cóż, nie jest to płyta dla fanów rasowej elektroniki, ale chyba każdy z nas potrzebuje chwil wytchnienia od syntetycznych dźwieków. Wtedy idealną alternatywą jest kraina znakomitej muzyki Mike Oldfielda, miłej szczególnie zwolennikom Clannad czy Celtic Twilight.

    Michał Żelazowski



    Pojawiła się nowa płyta Mike Oldfielda zatytułowana Voyager. Tytuł chyba już zawsze będzie mi się źle kojarzył. Zaczęło się tak. Mój drogi kolega powiadomił mnie któregoś dnia, że o północy jedna z rozgłośni radiowych rozpocznie prezentację nowej płyty Oldfielda. Następnie, zupełnie poważnie dodał, że zaraz potem także nową płytę zaprezentuje kapela disco - polo - Voyager. Dziwna mieszanka, ale tyle już w życiu widziałem idiotyzmów, że ten szczególnie mnie nie zdziwił. Wkrótce okazało się, że mój drogi kolega chyba nie za uważnie słuchał i Voyager to tytuł, a nie nazwa. O prezentacji zupełnie zapomniałem, a jako, że płyty tego akurat artysty kupuję w ciemno, czym prędzej udałem się w odpowiednie miejsce, zwane sklepem.
    Teraz o muzyce zawartej na płycie. Jak to u Oldfielda bywa sporo tu gitary. Słychać motywy irlandzkie i celtyckie, prócz kompozycji autorskich na płycie zawarte są melodie tradycyjne w aranżacjach Oldfielda. Muzyka jest przyjemna, perfekcyjnie skomponowana i wykonana, ale pozostawia pewien niedosyt. Po przedostatniej, wspaniałej płycie The Songs Of Distant Earth Oldfield wyraźnie obniżył loty. Przedostatnia płyta posiadała wyraźną inspirację, była nią książka A.C.Clarke'a, natomiast ostatnia wydaje się być takowej inspiracji pozbawiona. Zupełnie jak gdyby była nagrana dla porządku - mija trochę czasu, trzeba wydać płytę. Ja osobiście wolałbym poczekać dłużej i dostać coś lepszego. Momentami wydaje się że Oldfield kopiuje sam siebie. Jest to przepiękne kopiowanie, ale nic poza tym, a muzyka musi poszukiwać. Tak jak "Pieśni..." to płyta której słuchałem bez znużenia miesiącami, tak Voyager zagościł w moim odtwarzaczu jedynie kilka razy. Ktoś może zapytać po co ta recenzja, skoro nie polecam tej płyty? Otóż polecam, tak jak i każdą inną Oldfielda, ale tylko tym, którzy chcą mieć zbiór przepięknych, perfekcyjnie zagranych dziesięciu melodii.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,30 EUR

  • 13,26 EUR
  • Ron Boots, John Kerr | Offshore Islands

    Ron Boots, John Kerr | Offshore Islands


    Firma Groove Unlimited wznowiła w 1998 roku klasykę rocka elektronicznego z Holandii; płytę duetu Boots & Kerr - Offshore Islands. Krążek ten zawiera 9 w większości znakomitych nagrań. Płytę zaczyna najdłuższy Exploration, słychać tu klasyczne, długie dźwięki organopodobne, które narastając tworzą widowisko fanfarowo-orkiestrowe. Dużo tu organów, trąbki, melotronu i werbli. Następne utwory są w tym samym klimacie. podobne dość charakterystyczne melodie, bardzo ciekawy rytm i wysoki kunszt wykonania. trudno tę płytę porównać gatunkowo, gdyż panowie Boots i Kerr wplątują tu różne elementy charakterystyczne dla różnych stylów. Są tu np. berlińskie, długie twarde brzmienia analogowo-sequencerowe, są też ciepłe, ale nie przesłodzone melodie, kojarzące mi się z Johnem Dysonem. Dziwnym kąskiem tego krążka jest utwór końcowy. Jest to bowiem pieśń śpiewaną przez divę operową, oczywiście okraszona wieloma dźwiękami elektronicznymi i organowymi. Całość tworzy jednak jedną z najlepszych płyt wydanych w końcowej dekadzie XX wieku. Dla mnie jest to kultowa płyta z muzyką elektroniczną pochodząca z Holandii.

    Leszek Pawlikowski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,61 EUR