Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Popularity 1

(266 albums)
sort by albums on one page
recording period
  • Constance Demby | Attunement

    Constance Demby | Attunement


    Album zaczyna się wyjątkowo malowniczo, spokojnie, relaksująco. W drugim utworze główną rolę gra harfa, do melodii której ścielą się w tle płaszczyzny elektronicznych chórów. Zaskoczenie czeka słuchacza w impresji trzeciej: to tradycyjna muzyka Wysp Brytyjskich przefiltrowana przez wrażliwość Constance Demby. Żywe, w żaden sposób nie przetworzone głosy snują podniosłą pieśń w utworze czwartym; panujący tu nastrój może naprowadzić słuchacza na myśl o nagraniach Vangelisa, zwłaszcza o drugiej części suity Heaven And Hell. Nie trzeba naturalnie uzupełniać, w które spośród opiewanych w 1974 r. przez Vangelisa rejonów poprowadzi słuchacza Constance Demby... Kolejny utwór to prawdziwa muzyczna uczta: nadciąga burza piaskowa czy spopielały zmierzch jak na obrazach El Greco? W każdym razie mamy tutaj wspaniałe, napięte, pęczniejące tło, gong wybrzmiewający milionem ech, strzeliste czarne obłoki i muzykę nieco w stylu wytwórni Real World Petera Gabriela. Również po gabrielowsku (chodzi mi naturalnie o płyty z instrumentalną muzyką filmową tego artysty) brzmi mroczniejsza od innych impresja szósta. W impresji siódmej, Gabriel's Dragon (kompozytorka nie miała jednak raczej na myśli Petera Gabriela...) powraca bardziej pogodny nastrój, ale w tle wciąż przesuwają się niczym na przyspieszonym filmie intrygujące elektroniczne obłoki. Dopiero ósmy utwór pozwala słuchaczowi na powrót znaleźć ukojenie. Kompozycja przedostatnia to z kolei znów echa najbardziej rozmarzonej i niebia nsko harmonicznej twórczości Vangelisa, finał zaś przynosi miękkie, zwiewnie wygasające kroczki wibrafonu na tle dumnym niczym freski.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CDr


    17,07 EUR
  • Michael Rother | Flammende Herzen

    Michael Rother | Flammende Herzen

    Wydany w 1976r debiut Michaela Rothera nic się nie zestarzał przez lata. Ba, dziś może być znakomitą wizytówką jak grać wysublimowany pop nie popadając w banał. W Neu! to Rother tworzył bardziej medytacyjne brzmienia grupy, solo rozwinął tę ścieżkę gdzie awangarda łącząc się z popem tworzy nową jakość. Już ów debiut jasno nakreślił ścieżkę jego poszukiwań, a kolejne płyty były konsekwentnym rozwijaniem pomysłów z Flammende Herzen. Rother zacierając tu granice między popem a wysublimowanym eksperymentem, stara się nadać tej muzyce rangę sztuki. Jednocześnie sam ustawia się w rzędzie protoplastów muzyki easy listenig. Podstawowym instrumentem jest jego gitara, nośność melodii delikatne, wręcz "nierzeczywiste" uderzenia w struny, wywołują błogi nastrój. W tytułowym utworze taka właśnie gra Rothera, łączy się z ambientowym podejściem do dźwięku. Podobnie w utworze Zyklotron mamy połączenie lekkich melodii i elektroniki. W Karussel słychać pływające tło i niemal mechaniczny puls, jakby Rother przyswoił sobie późniejszą szkołę grania Kraftwerk, którego notabene był członkiem. Feurland jest za to gęsty, dramatyczny, z rozmytym brzmieniem gitary. Świetny debiut wart poznania, ambitny pop jakiego próżno szukać na falach takiego choćby Radia Zet. Znakomite!

    R. M.

    Availability: Only on request | product: 1CD


    17,34 EUR
  • Michael Rother | Sussherz und Tiefenscharfe

    Michael Rother | Sussherz und Tiefenscharfe


    Süssherz & Tiefenschärfe oryginalnie ukazał się w 1985r i jest szóstym albumem w dyskografii Michaela Rothera. Już wcześniejsze płyty pokazywały kierunek w jakim zmierzała muzyka niemieckiego artysty. Mając za bazę doświadczenia w takich uznanych składach jak Kraftwerk a zwłaszcza Neu!, jego brzmienia dryfowały w kierunku coraz bardziej elektronicznym. Jednak Rother to przede wszystkim gitarzysta, i charakterystycznych dźwięków gitary też tu nie brakuje. Poza ulotnymi konstrukcjami, Rother pozwala sobie na tworzenie mini suit. Takim przykładem jest 13- minutowy Tiefenschärfe, elektroniczne glissanda przeplatają się z dźwiękami otoczenia, pulsującymi melodiami a całość tonie w kosmicznej poświacie. Innym razem Rother tworzy coś w rodzaju minimalistycznego pejzażu w Glitzerganz, rytmiczne podrygiwania w Rapido czy ambient Blaues Licht. Jednak te brzmienia, które na pierwszy rzut ucha wydają się być dosyć wysublimowane, tu znakomicie wplatają się w jego wizję ambitnego popu. Tego który ma ambicję do bycia traktowanym jak sztuka, a nie radiowy kicz. Bardzo udany album, a sztuka Rothera wydaje się tu osiągać pełnię. Warto poznać.
    R. M.

    Availability: Only on request | product: 1CD


    17,34 EUR
  • Oskar Sala | Subharmonishe Mixturen

    Oskar Sala | Subharmonishe Mixturen

    Dzięki swemu wynalazkowi Trautonium, później zmodyfikowanym i nazwanym Mixtrautonium, Oskar Sala ma poczesne miejsce w panteonie sceny elektronicznej. W czasach wojennych jego eksperymentalna muzyka była wyklęta przez faszystowski reżim. Z resztą w 1944r artysta został powołany na front wschodni, gdzie doznał ciężkich obrażeń. Ale już wtedy firma Telefunken chciała wprowadzić jego instrument do masowej produkcji. Oferujący różne skale głośności, barwy dźwięku, łatwość obsługi, był prototypem późniejszych syntezatorów. Poza tym jego skala wykraczała poza 12 półtonów w jednej oktawie. Powyższy album obejmuje całe spektrum działań Oskara Sali na tym instrumencie. Zaczyna się kompozycją Slow Piece And Rondo z 1935r. Jest też długi, podzielony na sześć części 6 Caprices For Mixtrautonium Solo. To swoista wykładnia brzmień tej maszyny, która wtedy była istną rewelacją. Na finał mamy kolejną próbkę muzyki filmowej, jest to bowiem fragment soundtracku do obrazu Edgara Wallace'a z 1963r The Strangler From Blackmoor Castle. Ostatecznie wynalazek Oskara Sali pozostał chyba specyfikiem samego twórcy. Gdy w latach 60 Robert Moog skonstruował syntezator, to właśnie on wyznaczył nową erę w muzyce. Jednak bez Mixtrautonium trudno sobie wyobrazić jak ta historia by się potoczyła. Tu mamy jej korzenną lekcję.

    R. M.

    Availability: Only on request | product: 1CDr


    25,39 EUR
  • Ron Boots, Bas Broekhuis | Hydrythmix

    Ron Boots, Bas Broekhuis | Hydrythmix


    Kompaktowa reedycja z 1994r, materiału jaki oryginalnie ukazał się na kasecie w 1989r. Ron Boots i Bas Broekhuis mierzą się na albumie Hydrythmix z tematem wody. I nie jest jakąś specjalną tajemnicą iż materiał na tym albumie bliższy jest ambientowi niż sekwencyjnej elektronice. Zaczyna się kompozycją The Rising Sun gdzie potężny sekwencyjny motyw określa klimat całości. Bliskie jest to temu co grała grupa Tangerine Dream na początku lat '80. Choć owe sekwencje artyści przepuścili przez pogłos, przez co nabrały przestrzeni i głębi. Kolejna kompozycja Floating może uchodzić za przykład wodnego ambientu, naturalistyczne odgłosy wody uzupełnia melodia grana na fortepianie. I tak artyści dryfują między sekwencyjnymi blokami dźwięku, jak w kompozycji Rivers, a to ambientowymi przestrzeniami w The Well. Punktem centralnym albumu jest finałowa, ponad 20-minutowa kompozycja Ocean Tale. Tytuł mówi wszystko, to jakby życie i obraz oceanu widziane pod mikroskopem. Nie sposób ogarnąć tego wzrokiem, tu artyści pozostawiają odsłuch w skali micro. To nie tylko zachwyt nad jego potęgą, ale też w tym utworze można wyczuć nutę niepokoju. Żywioł nie jednego pozbawił życia, a potężne sztormy potrafią złamać nawet największych twardzieli. To zauroczenie ową wodną przestrzenią sprawia iż podczas słuchania tej kompozycji, autentycznie można się poczuć niczym samotny śmiałek na morzu. Bez wątpienia album Hydrythmix to klasyk w dyskografii Bootsa, jak i kapitalna symbioza klasycznej elektroniki i ambientu. Z tym iż ten drugi nurt wyraźnie tu dominuje.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,61 EUR
  • Synergy | Metropolitan Suite

    Synergy | Metropolitan Suite

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    13,06 EUR
  • Steve Roach, Roger King | Dust to Dust

    Steve Roach, Roger King | Dust to Dust


    Dla wszystkich miłośników mrocznego ambientu, rozsmakowanych w propozycjach niezwykle utalentowanego Steve'a Roacha, płyta Dust To Dust może okazać się sporą niespodzianką: dźwięki "westernowych" gitar oraz harmonijki ustnej korespondują wprawdzie z nastrojem okładki albumu, ale w żaden sposób nie kojarzą się z "typową" muzyką twórcy dzieł takich jak Darkest Before Dawn, Immersion albo Blood Machine (wspólny projekt z Vir Unis). Interesujące jednak, iż minimalistyczny, chrzęszczący, bazujący w zasadzie jedynie na ilustracyjnych walorach wykorzystywanych brzmień ambient przewija się, przesypuje i przelewa przez cały czas trwania niniejszej płyty. W zestawieniu ze stalowymi barwami gitar i twardymi riffami budującymi rytmiczno-melodyczne tworzywo niniejszej płyty wrażliwość Roacha na najrozmaitsze szelesty, poszumy i elektroakustyczne zacieki nabiera zupełnie nowych barw aniżeli dotychczas. W czwartym utworze pojawia się nawet jedyne w swoim rodzaju ruchliwe rytmicznie tło, za sprawą którego prezentowaną muzykę można by zaszufladkować jako "breaksweep", a wyłaniająca się zza ożywionego, szemrzącego nerwowo tła gitara ociera się o estetykę Project X lub Iana Boddy'ego, choć i tutaj powracają spowijające cały album "westernową aurą" nader charakterystyczne pustynne amerykańskie akordy. To odważny projekt, który może niektórych miłośników "nowych brzmień" nieco zniechęcić wpadającą przy pierwszych przesłuchaniach w ucho "nachalnością" zestawienia na pozór kompletnie nie pasujących do siebie stylów, który jednak przy przesłuchaniach kolejnych niewątpliwie może zostać uznany za małe arcydzieło, z pewnością oryginalne i niespodziewane. Instrumentalne partie Kinga stawiaja gitarowe w nowym kontekscie, stwarzaja zupelnie nowe imaginacyjne pole dla sluchaczy - nieco podobnie, jak stalo sie to w przypadku innej elektroniczno-gitarowej magicznej plyty, Apollo: Atmospheres & Soundtracks Briana Eno.

    I. W.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    15,20 EUR
  • Vangelis | Opera Sauvage

    Vangelis | Opera Sauvage

    Opera Sauvage to dokumentalna seria odkrywająca relacje między muzyką, człowiekiem i zwierzętami z całej kuli ziemskiej. Była to jedna z głównych realizacji dokumentalisty Frédérica Rossifa na w latach 1975-1979, z której materiału wystarczyło na 21 ponad 50 minutowych epizodów, nadawanych pierwotnie we francuskiej Antenne 2. Serial ten odkrywający egzotykę i specyfikę różnych regionów świata rozgrywał się m.in. w Peru, Kamerunie, Irlandii, Singapurze. Vangelis poznał Rossifa w Paryżu w 1970 i już rok później ich spotkanie zaowocowało wspólnym dziełem L'Apocalypse des animaux. Od tej pory zaczęła się ich długa i owocna współpraca wizjonera kamery i wizjonera syntezatorów. Vangelis obdarzył swoją muzyką wiele jego filmów i nie robił tego dla pieniędzy tylko bardziej z przyjaźni. Oficjalnie ukazały się z wspólnych kolaboracji do filmów przyrodniczych tylko trzy albumy - jedynie jako bootlegi dostępne są zaś Sauvage et Beau (1984) i swoiste kompilacje muzyki Vangelisa na Splendeur Sauvage (1986), Les animaux de Frederic Rossif (1989) i Beaute Sauvage (1989).
    Ale to nie wszystko! Razem zrealizowali też produkcje o malarzach Georges Mathieu (1971), Georges Braque (1974), Pablo Picasso (1981) i Morandi (1989), obraz o fotograf Gisele Freund Au pays des visages (1972), a także wyprodukowany specjalnie na 100 lecie instytutu Pasteura w Paryżu obraz Pasteur(1987). Zwieńczeniem ich wspólpracy była czteroczęściowa, De Nuremberg á Nuremberg (1989), historia nazizmu i jego upadku, której Rossif obłożnie chory zdołał wyreżyserować 2 części. Wszystkie te filmy zostały obdarzone dźwiękami z wyobraźni Vangelisa zresztą Rossif tworzył z dostarczanych mu materiałów swoiste archiwum i jeśli dla jakiegoś bieżącego projektu potrzebował jakieś dźwięki sięgał do szuflad i wyciągał jakieś stare kawałki Vangelisa. Przyjażń obu twórców przetrwała do 1990 roku gdy Rossif zmarł na raka. Płyta powstała oczywiście w londyńskim Nemos Studio, gdzie Vangelis nagrywał w okresie angielskim aż do 1987 roku. Na albumie znalazła się jedynie część muzyki przygotowanej do tego serialu. W każdym odcinku pojawiały się nowe dźwięki spod ręki mistrza wymieszane z muzyką etniczną wykorzystywaną także jako podkład muzyczny. Vangelis na oficjalny album wybrał tylko te, które uznał za wartościowe. I tak dla przykładu z odcinka poświęconego rodzinnej Grecji nie pojawił się ani jeden fragment.
    Niektóre elementy i brzmienia stworzone na tej płycie są preludium do tego co miało pojawić się na krążkach Antarctica czy Chariots Of Fire czyli romantyczne melodie z bogatymi, prawie pompatycznymi orkiestracjami. Otwierający album Hymne stał się dość popularnym motywem wykorzystywanym podczas... uroczystości ślubnych a to znowu za sprawą użycia go jako podkładu muzycznego pod reklamówkę popularnych w USA win marki Gallio. Utwór oparto na podniosłej melodii pełnej muzycznej elegancji: poruszającej i pełnej mocy ma w sobie siłę właśnie dostojnego hymnu.
    Po tych dumnych prawie patetycznych dźwiękach słuchamy Reve - bardzo wyciszoną opartą na delikatnej grze na syntezatorze melodię, mocno skoligaconą z brzmieniami Apokalipsy Zwierząt. Senno - marzycielskie przepiękne minimalistyczne pasaże kreują wizję relaksu ale z wyczuwalną nutką refleksji, zadumy, prawie smutku. Mam wrażenie że ta kompozycja unosi mnie gdzieś w pogodne słoneczne niebo, ma w sobie tyle miłego ciepła, że prawie namacalnie czuję jakby żar słonecznego poranka bijący z tej muzyki.
    L'enfant - prosta melodia, powtarzany motyw wokół którego osnuto ciekawą aranżację - jak w Bolero Ravela mamy wrażenie że dochodzą coraz to nowe instrumenty, delikatny, zwiewny kawałek jest kwintesencją stylu Vangelisa. Cała płyta jest właśnie tak zbudowana - na czarujących , prostych tematach, rozwiniętych w ciekawe, ładne kompozycje. Zdawałoby się że to banalne, proste melodie lecz tak brzmiące że ciarki chodzą po plecach. Z tym utworem jest związana zresztą pewna anegdota: nie oparto się jego urokowi i wykorzystano go w filmie Rok Niebezpiecznego Życia (1982) ale rok wcześniej pewien reżyser nalegał urzeczony jego czystym pięknem aby umieścić go w wyrażającej symbolicznie idee sportu scenie biegu na plaży - Vangelis wyperswadował to temu reżyserowi mówiąc, że może stworzyć bez problemu podobną kompozycję ale nową i przez to możemy podziwiać kunszt Vangelisa na evergreenie Titles z Rydwanów Ognia....
    Mouettes - kolejna stonowana kompozycja. Piskliwy dźwięk z syntezatora owinięty samplami kojarzy mi się z zachodem słońca, przemijaniem, ukojeniem które przynosi mrok nocy ale i z nostalgią za słońcem. Piękna rozmarzona kompozycja. Chromatique, przepiękny podkład na gitarze akustycznej przypominający dawne dzieła Vangelisa. Irlandie, oparta na irlandzkich brzmieniach w stylu Clannad pieśń oczywiście zrealizowana w charakterystycznym brzmieniu Vangelisa.
    Flamant rouses to prawie 12 minutowa suita składająca się jakby z 3 części: wolnej, galopującej i końcowej w prawie bluesowym stylu.Vangelis daje tu popis swych umiejętności improwizacyjnych - atoniczne dźwięki unurzane w niesamowitym brzmieniu syntezatorów dają świetny rezultat - brak tu piękna melodii poprzednich kompozycji, zbliża się w tym utworze do czegoś bardziej wyszukanego niż reszta albumu z asertywnymi liniami na syntezatory i jest w tej muzyce coś bardzo pociągającego, oblicze zmienia się w pięknym końcowym fragmencie ostatnich dwóch minut - powolny spokojny rytm i kolejny piękny rozmaz syntezatorowych solówek.
    Opera Sauvage pełną pięknych, nastrojowych melodii z cudownym brzmieniem orkiestracji można uznać za sztandarowy przykład jak Vangelis z prostego materiału tworzył arcydzieła. Znowu elektryczne pianino Fender Rhodes i charakterystyczne dla Vangelisa brzmienia z Yamahy CS-80 dały niesamowity rezultat. Ten tytuł nie ciśnie się na usta na hasło Vangelis - a niesłusznie bo to znakomity przykład miłej dla ucha melodyjnej elektroniki spod znaku tego wykonawcy.

    Dariusz Długołęcki

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    8,22 EUR
  • Jon and Vangelis | Private Collection

    Jon and Vangelis | Private Collection

    Rok 1983 był dla

    Andersona

    wielce znaczący. Oprócz tego krążka współpraca z

    Oldfieldem

    na Crises a przede wszystkim niesamowicie elektryzujący powrót

    Yes

    w nowej, zaskakującej oprawie czyli "i>90125. Głos

    Andersona

    może niektórych irytować ale dla mnie to ewenement - idealnie nadaje się do kreacji klimatów generowanych przez keyboardy co przekłada się na udział jego w projektach nie tylko

    Vangelisa

    ale też

    Oldfielda

    ,

    Tangerine Dream

    i

    Kitaro

    . (Ciekawostka -

    Anderson

    poznał

    Kitaro

    dzięki...

    Vangelisowi

    , który zabrał go na jego koncert w LA, a potem poznał obu panów za kulisami - podczas trasy koncertowej do płyty Dream zdarzało się

    Kitaro

    i

    Jonowi Andersonowi

    zagrać covery z płyt duetu). Tutaj

    Anderson

    wznosi się na wyżyny. Głos Jona jest tak giętki że swobodnie przechodzi od wielkich emocji wzmocnionych orkiestrowymi brzmieniami po intymne i osobiste śpiewanie na tle delikatnych dźwięków.
    Tytuł płyty odnosił się do tego że był ten materiał ich prywatną rzeczą, robioną bez publiczności. Jak wiadomo

    Vangelis

    to przekorna dusza i jak mówił nie robi dwa razy tego samego - wszystko co robi jest spontaniczne i jest improwizacją nie lubi być kontrolowany, ograniczany i żeby stawiano mu jakieś oczekiwania. A takie mu właśnie Polydor postawił - wydać płytę do filmu Blade Runner.

    Vangelis

    odmówił. Wściekli dysydenci zdecydowali jako odwet nie promować płyty Private Collection. I tak mimo że większość kompozycji (poza Italian Song i Horizon) ukazała się na singlach, ze słabym wsparciem ze strony wytwórni nie zdobyła list przebojów tak jak i sam album, który nie okazał się komercyjnym sukcesem ale był wszak bez kampanii reklamowej wydany chociażby na rynku amerykańskim. Dla kolekcjonerów single są cenne gdyż niektóre wersje zawierają na stronie B piosenkę z tej samej sesji tyle ze nie zawartą na longplayu czyli Love Is (odsyłam do bootlega High In The Sky.Rare And Alternative Tracks). Ciekawa jest też okładka - dość intrygujące zdjęcie w formie graficznej (otoczone symetrycznymi liniami, krój czcionki) przypominającej pierwotną wersję okładki do Friends Of Mr Cairo. Czyżby oznaczenie kontynuacji?
    ITALIAN SONG - zimne dźwięki i głos

    Andersona

    równie mroźny w swej czystości, edytowany pogłosem niczym w lodowej jaskini, układają się w piękną, króciutką ni to kołysankę ni to bożonarodzeniową kolędę. Muzycznie praktycznie bez zmian aż do 1.42 gdzie

    Vangelis

    daje popis tworzenia nastroju piękną solówką ubarwioną ozdobnikami - znika tu głos

    Andersona

    ale powraca wraz z wiodącą melodią w 2.19 by krótko potem zakończyć tą miniaturkę. Te romantyczne otwarcie płyty

    Vangelis

    uznał za na tyle nośne że zamieścił je wśród nagrań zagranych na koncercie w 1991 w Rotterdamie (

    Anderson

    się pojawił ale głos był playbacku). Bardzo spokojny, prawie majestatyczny kawałek, ze znakomitą kombinacją magicznego głosu i zwiewnych i płynnych keyboardów. Słowa niezrozumiale - to nie jest angielski a w książecce nie zawarto tekstu.
    AND WHEN THE NIGHT COMES - spokojny rytm perkusji, trójkąt i powtarzające się wysokie dźwięki z keyboardu, na to wszystko nachodzi wokal

    Andersona

    - to chyba najpiękniejsze odmalowanie nastroju głosem do muzyki Vangelisa, który jest jakiś taki smutno - zadumany. Muzyka znakomicie zinstrumentalizowana m.in. smyczkami, przez moment może przeszkadzać wprowadzenie saksofonu, i to w dość ostrym brzmieniu ale konfrontując to z tekstem owa solówka ma za zadanie trochę rozproszyć ów powabny, czarowny nastrój roztoczony przez obu panów, zresztą dalsze nie natarczywe dźwięki saksu który kończy tą pieśń łagodnieją stają się bardziej przystępne i można by rzec kusząco seksowne. Ten zmysłowy sax jest udaną reminiscencją muzyki z Blade Runner (znowu

    Dick Morrisey

    ). Ten prawie ckliwy temat to perełka klimatu i muzyki zarazem. And When the Night Comes, wydaje się być słodszą, delikatniejszą wersję The Friends of Mr. Cairo. Liryki w bardzo stosowny i delikatny sposób przedstawiają temat seksu. Jeszcze raz podkreśliłbym że głos

    Andersona

    znakomicie uzupełnia, bogatą aurę tego obrazka malowanego dźwiękiem przez

    Vangelisa

    .
    DEBORAH - piękny wstęp dla falsetu A na początku, prowadzi tylko fortepian, by po chwili dorzucić lejący się dźwięk syntezatorów i zestaw ozdobników z wysokimi tonami. Utwór ma dystyngowaną formę niczym telenowela z wyższych sfer. Ot bardzo ładna piosenka - ciekawostką zdaje się lekko zwokoderowany w pewnym momencie głos

    Andersona

    i śliczna fortepianowa solówka z typowym dla

    Vangelisa

    podkładem. Ten kawałek jak dla mnie jest najmniej ciekawy co nie znaczy zły. Utwór jest głęboko poruszający w ciepłym, romantycznym klimacie. Treściowo ma charakter apostolarny, to odpowiedź na list małej dziewczynki i radowanie się z obserwacji jak rośnie - właściwie można to odbierać jako hymn na cześć wszystkich milusińskich albo... ojcowską radość i dumę z własnej pociechy i traktowania jej jako kogoś szczególnego. I znowu znakomicie dopełniającym interpretację

    Andersona

    elementem jest muzyka

    Vangelisa

    .
    POLONAISE minimalistyczna w kwestii dźwiękowej oparta na rytmie na trzy ballada. Muzyka idealnie podkreśla głos Jona, ale bardziej mu towarzyszy niż wybija się na plan pierwszy, zwraca uwagę wykorzystanie "widmowych" chórów. Znowu wysokie dźwięki idealnie pasujące do tembru głosu

    Andersona

    , i bardzo emocjonalna przeróbka Poloneza

    Chopina

    , wzmocniona perkusyjnym crescendo po słowach - usłyszmy i módlmy się. Po owej kulminacji wraca bardzo łagodnie, powolne budowanie nastroju aż do subtelnego wyciszenia. Głos Jona wiedzie nas na szczyty, Vangelis wtóruje mu najpierw jako tło by potem wysforować się na równorzędne miejsce aż do wspólnego punktu kulminacyjnego. To nic innego jak opowieść o odnajdywaniu spokoju i harmonii i niesieniu nadziei. Tekst jak i tytuł (fonetycznie po francusku - Polakom) w zakamuflowany sposób odnosi się do politycznych wydarzeń w Polsce w czasie nagrywania płyty, ruchom społecznym przeciw komunistycznemu reżimowi. W jednym z wywiadów

    Vangelis

    przyznał, że mimo że całość to była spontaniczna jak zwykle zabawa, nie potrafili uciec od wydarzeń na zewnątrz a że byli bardzo poruszeni wydarzeniami w Polsce, nie od strony politycznej ale czystko ludzkiej stworzyli ten utwór. Jon śpiewa - mamy prawo wybierać, nasze serca nas uwolnią a nic nas nie złamie póki jesteśmy otwarci, pomóżmy naszym dzieciom używać jej rozsądnie, dla milionów nadejdzie prawda, zostawmy agresję za sobą a zamieńmy ją Tobą. Owym "Tobą" mniemam ma być Bóg - w tekście roi się od aluzji religijnych - pojawia się typowe słownictwo z pieśni kościelnych - modlitwa, wiara, chwała, świętość, światłość. Prawdopodobnie to wynik postrzegania Polski w tamtych czasach poprzez pryzmat Papieża, jako bastionu chrześcijaństwa za żelazną kurtyną a druga sprawa że

    Anderson

    jak już zauważyłem przy Friends Of Mr Cairo przemyca do swych tekstów sporo elementów wywołujących skojarzenia religijne. Na tej płycie nie wahał się już ich umieścić wprost ale o tym za chwilę.
    HE IS SAILING zaskakująco silne brzmienie atakuje nas od samego początku wyeksponowanymi instrumentami perkusyjnymi. Utwór jest głośny i niesamowicie podkreśla mocny, czysty głos

    Andersona

    . Solówki

    Vangelisa

    oparto tym razem na keyboardach, wydobywających ciekawe "miauczące" dźwięki wędrujące między kanałami. Przepiękna ściana dźwięku podczas wokalizy

    Andersona

    . Można powiedzieć że to obok ostatniego utworu najbardziej ambitny muzycznie kawałek, z wielością zmieniających się orkiestracji, ciekawymi, zmieniającymi się partiami wokalnymi i przeróżnymi efektami perkusyjnymi i energetyzującym rytmem. Niezwykle ciekawie dzieje się w słowach przynoszących tajemniczo - religijne emblematy, które można odczytać jako pieśń nadziei na ponowne nadejście Jezusa ale znów nie jesteśmy tego do końca pewni. W tekście bazuje się na serii aluzji i niedopowiedzeń które nie da się jednoznacznie zinterpretować ale najbardziej pasuje nam ta opowieść jako dzień sądu ostatecznego z tym że w wersji dla tych co nie grzeszyli i wypatrywali go z niecierpliwością. Zwraca też uwagę podobieństwo klimatu z tekstem poprzedniego utworu.
    HORIZON początek brzmi imponująco jak mroczniejszy klimatem brat bliźniak poprzedniego utworu i przynosi też skojarzenia z tematem z Bounty. Strumień potężnej muzyki pochłania nas całkowicie. Mocno egzaltowany głos

    Andersona

    pojawia się dopiero w 2.04, wzmacniany głuchymi podgłosami uderzeń talerzy, dającymi niesamowity efekt - ów podniosły nastrój, prawie patetyczny i z lekką dozą grozy - zostaje wyciszony sposobem w jaki

    Anderson

    powtarza swoisty refren "peace will come" poprzez głos pełen nadziei i wiary, i pewności że tak będzie i wtedy na zakończenie następuje muzyczna kulminacja, eksplozja bombastycznej melodii zdaje się ze słyszymy co najmniej 40 osobową orkiestrę, zapierający mi dech w piersiach fragment, podkład perkusyjny pozostaje ale keyboardy podążają nowym szlakiem, tonując jakby owe szczytowanie. Następuje repryza początku utworu z ponowną powtórką kulminacji z dodanym biciem dzwonów. Jeśli ten utwór miał zdyskontować suitę Friends Of Mr Cairo jako najbardziej pamiętaną udaje mu się to znakomicie... do gwałtownego ucięcia w 9.33. Wolta w melodii i tempie: podkład łagodnieje i wzlatujemy pod chmury nawet słychać coś jakby chór niebieski - tę solówkę zastępuje potem zadumany, nostalgiczny fortepian zatopiony w dźwiękach dzwoneczków. Te eteryczne przedstawienie muzycznego ekwiwalentu horyzontu to zarazem wstęp do nowej historii, bardzo pięknej, balladowej części tej suity.

    Anderson

    powraca dopiero około 14 minuty śpiewając słodko i romantycznie co jeszcze podkreślono echem, tu też refrenem jest że "słodka muzyka i twe tajemne serce, oba mają uzdrawiającą łaskę" co koreluje z dźwiękami pojawiającymi się podczas tego tekstu... następnie

    Vangelis

    zrywa melodię basowymi pomrukami i tak często później wykorzystywanym efektem uderzenia olbrzymich talerzy a fortepian wprowadza słuchacza w nowe zaułki muzyki

    Vangelisa

    z przepiękną wieńczącą finał melodią na fortepian.

    Anderson

    znowu jest kojący i spokojny i para razem zmierza ku satysfakcjonującej konkluzji. Przesłanie można by streścić w słowach powtarzanych niczym refren "Peace will come / Come true Horizon". To swoisty hymn, pełen nadziei wyrażanych przez Andersona, o zadziwiających cechach człowieka i nawoływanie żebyśmy znowu zbudzili w sobie dziecko które w nas zginęło, co poniesie nas znowu ku emocjom i uczuciom i w końcu ku dobru. Żarliwość z jaką to kreśli że ludzie w końcu się opamiętają przywodzi na myśl chrześcijańskie pieśni. Pseudo religijne elementy są odzwierciedlone także muzycznie w nakładających się chórkach przypominających kościelne śpiewy, czy radosnym biciu dzwonów. Symfoniczno zwiewny Horizon to niesamowity epicki utwór który powoduje że rzeczywiście czujemy promyk nadziei, że w tym okrutnym świecie coś się zmieni, swoiste życzenie pokoju w czasach wojny, muzycznie apokaliptyczna kombinacja części cichych z pełnymi glorii i patosu. Czułość i piękno kompozycji znakomicie koresponduje ze znaczeniem transcendentalnych tekstów.

    Jakościowo płyta stoi wyżej nad pozostałymi albumami duetu. Bardziej oszczędne aranżacje, perfekcyjnie uszyty nastrój, zwartość materiału, stylistyczna jednolitość, momentami mroczniejszy klimat niż na poprzednich krążkach i dużo ciekawiej i w tekstach i w a to spokojnej, falującej zefirkiem a to pompatycznej, rozpierającej mocą wichru muzyce. Brzmienie keyboardów jest bardziej nowoczesne, z ciekawym wykorzystaniem echa, krystalicznie czystsze i płomienne niż na Friends of Mr. Cairo czy Short Stories. Atmosfera którą razem wytwarzają jest niezaprzeczalnie wspaniała na tej najbardziej romantycznej płycie w ich dorobku. Jest tu tak jak w tekście słodka muzyka ma uzdrawiającą moc. Cudowny głos, liryki i niesamowita muzyka tworzą niepowtarzalną magię, której nie udało się już odtworzyć ani podczas niedokończonej sesji w 1986 roku ani na wydanej w 1991 roku płycie Page Of Life.
    To arcydzieło nastroju.
    Dariusz Długołęcki

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    8,22 EUR
  • Vangelis | Themes

    Vangelis | Themes


    Muzyka Vangelisa niemal od samego początku miała predyspozycje do tego, by zaistnieć na dużym ekranie. Grecki mistrz dzięki właśnie tym niezapomnianym ścieżkom do filmów, ma zapewnione miejsce wśród najwybitniejszych. Kompilacja Themes to nic innego jak wybór tych filmowych motywów, napisanych przez Greka. Na pierwszy ogień idzie muzyka ze słynnego filmu Ridleya Scotta Blade Runner. Po dziś dzień uchodzi on za najwybitniejsze dzieło gatunku. Stawiający fundamentalne pytania filozoficzne: kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Jednocześnie badający granice między tym co sztuczne a tym co prawdziwe. Znakomita muzyka Vangelisa, tylko podnosi niesamowitą siłę tego obrazu. Dalej mamy fragmenty muzyki do takich filmów jak Missing i Bunt na Bounty. To kolejna dawka muzyki głęboko zapadającej w pamięć. Vangelis ma po prostu ten dar że właśnie muzyką, niezwykle plastyczną i piękną, potrafi przykuć do fotela. A ta idealnie współ igra z obrazem, podkreślając jego wymowę. Na finał tej płyty mamy słynne Chariots Of Fire. To chyba najbardziej charakterystyczny i rozpoznawalny motyw skomponowany przez Vangelisa. Na tyle słynny iż nawet osoby mało słuchające muzyki, potrafią bez trudu rozszyfrować jego twórcę. Elektroniczne pasaże i niezapomniana melodia wygrywana na fortepianie. No i przesłanie filmu, gdzie sport i rywalizacja stają się metaforą do znoszenia uprzedzeń rasowych. Filmowy Vangelis w pigułce, aż trudno się oprzeć by nie posłuchać tej płyty.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,92 EUR