Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Most popular

(131 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Klaus Schulze | Live at Klangart

    Klaus Schulze | Live at Klangart

    Bestseller
    Oto jeden z bezdyskusyjnie najbardziej udanych koncertów mistrza elektroniki (nie tylko) sekwencyjnej. Poszczególne utwory, choć naturalnie różniące się aranżacyjnie, technicznie i nastrojowo od klasycznych sekwencyjnych poematów wypełniających albumy X, Moondawn albo Timewind, rozwijane zostają w jedyny w swoim rodzaju sposób, wydają się być bardzo "subtelnie podelektronizowane", eteryczne, ale niosące zawsze jednak odpowiedni groove, nowoczesne, ale nie podminowane już samplową nerwowością Royal Festival Hall. Do woli możemy tutaj podziwiać piękne wiolonczelowe impresje Wolfganga Tiepolda a także maestrię Klausa Schulze w tworzeniu podmokłych, rtęciowo mieniących się "soundscapes". Utwór I Loop You Schwindelig przynosi, zgodnie z sugestią tytułu, transowo-repetytywnie potraktowany motyw znany z płyt reaktywowanego Ash Ra Tempel Friendship oraz Gin Rose - mimo swoich ponad 25 minut utwór nie nuży, a jedynie wciąga Słuchacza w promieniującą, pulsującą mantrę chłodnych, mollowych harmonii podminowanych niesamowitym swingiem! Ozdobą niniejszej reedycji są dwa dodatkowe utwory! Short Romance znany z dziesiątego krążka Contemporary Works, a także nigdzie wcześniej nie publikowany OS 9.07, podobnie jak reszta koncertowego programu z Osnabruck wzruszający konstelacjami deszczowych, przygasłych akordów, oddalonymi, lekko "podetnizowanymi" partiami wokalnymi, tętniącym ostinatem oraz garścią tak typowo schulzeańskich barw wirujących w kalejdoskopie jeszcze raz innego tonalnego kontekstu. Koniecznie.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    14,15 EUR
  • Piotr Gepert | Anunnaki

    Piotr Gepert | Anunnaki

    Bestseller
    After Adam Bownik and Vanderson there is another ambitious Polish composer and performer of berlin school EM who has just started artistic activity. Piotr Gepert and his debut in Generator.pl label gives us almost one hour of melodic, rhythmic electronic music with significant sequentional stigma. Title of the album alluding to ancient mythology from Euphrates-Tigris valley, suggests strong contemplating and soulful character of the release, and truly all the compositions convincingly build a consistent message allowing the listener to move into a completely different dimensions, far away beyond the comfortable home armchair. Original compositions, elaborate arrangements, interesting sound solutions and, above all, full control over the musical tissue are sufficient reasons to follow further proposals of Piotr Gepert. Let us hope that he will soon be revealed during the concerts promoting this very successful album. Fans of the genre should be delighted!

    P. R.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 2

    Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 2

    Bestseller
    CD1 Prychedelic Brunch
    Ledwie wybrzmi głos Mooga, wieńczący pierwszą część suity, pomału zacznie odsłaniać się kurtyna stalowych, gładkich akordów, nawzajem się przenikających w chłodnej, posępnej harmonii. Ten stosunkowo krótki epizod prowadzi słuchacza na spotkanie z nowoczesną improwizacją opartą na wyrazistym rytmie, w której raz na pierwszy plan wysuwa się pieniste ostinato o opływowym kształcie, raz zaś melodia składana z niemuzycznych, frapująco "poszumujących" cząstek. Dla porządku raz po raz przetaczają się minorowe fale chrobotliwego, zamarzającego syntezatora, po czym wątki składające się na tę część poddawane zostają najrozmaitszym, chłodno i kleiście brzmiącym parafrazom.
    Czwarta część to wodnisty, błękitno-jemiołowy krajobraz sączący się z głośników powiększającymi się melotronowymi kałużami. Słuchacz może podziwiać zatopione drzewa i ławice wrzosowisk przepływające gdzieś daleko, przy samym dnie. Opuściwszy melotronowy przyczółek, zwieńczający podwodne parki i lasy, słuchacz dobija do suchego brzegu, przy którym przez najbliższe kilkanaście minut może oddać się swobodnym rozmyślaniom. Czas płynie tutaj wedle innych reguł niż w naszym świecie. Cząsteczki basowo-wibrafonowych dźwięków, subtelnie podszyte usypiającym, miękko-perkusyjnym akompaniamentem, wirują od niechcenia tu i tam, to opadając, to znów podrywając się do lotu pod sam sufit, u którego - wbrew zasadom grawitacji - przycupnął zaciekawiony słuchacz. Być może impresja ta stanowi obraz gotowania na Ciemnej Stronie Mooga? W połyskującym niebieskawo garnku gotuje się właśnie ambientalna zupa, słuchacz przygląda się jej spokojnej powierzchni raz po raz tylko odzywającej się serią zdumionych baniek; po chwili wynurza się czubek niebieskiej papryki, przez moment łypie na słuchacza pełnym pestek miąższem fosforyzująco jasnozielony pomidor, przy brzegu garnka zachrobocze łodyga granatowego pora...
    Szósty epizod składa się właściwie z dwóch kontrastowo zestawionych części: pierwsza oparta jest na podobnym rytmie i elektronicznym riffie co część trzecia suity - muzyka szybko jednak ulega stonowaniu i wyciszeniu, prowadząc pośród tajemniczych oparów w drugą sekwencję melodyczną: wolną, melancholijną impresję zbudowaną przez przywołujące się minorowe akordy, zsuwające się w niskie rejestry, by znów wspiąć się do średnich.
    Siódma część to powolne wynurzanie się kożuchów kłębiastego, czarnego dymu z obudzonego świtem komina. Widniejące w oddali niebo zmienia barwę z szarej przez chłodnożółtą na różowawą, a kłębiących się karakułowych obłoków wciąż przybywa za sprawą generowanych ad libitum niemuzycznych brzmień, wzbijająych się chmurami szumów i poświstów coraz wyżej i coraz szerzej...
    Finał suity to powtórzenie motywów części trzeciej, rozwinięte i wzbogacone o nowe dźwięki: szczególną uwagę należy tu zwrócić na westchnienia i pomruki "elektronicznych chórów" tak typowych dla Schulzego - warto wspomnieć wszystkie utwory wypełniające płytę Body Love (1976), Nowhere - Now Here (Body Love Vol. 2, 1977) albo spokojne partie kompozycji Floating (Moondawn, 1975). Muzyka milknie wraz z ostatnim tchnieniem długiego, sparaliżowanego akordu o brzmieniu podobnym do ścian dźwięków spowijających drugą część całej tej niezwykłej suity, której tytuł (Psychedelic Brunch) stanowi tym razem aluzję do intrygującej impresji Alan's Psychedelic Breakfast, oczywiście jak zwykle z dorobku Pink Floyd (Atom Heart Mother, 1970).

    I. W.




    CD2 Final Dat
    Final Cut nie jest moją ulubioną płytą Pink Floyd ale inaczej odbieram Final Dat duetu Namlook / Schulze...Najpierw syntezatorowe rozmazy z lekko modulowanym męskim półszeptem w tle, by przejść do konkretów w Part II czyli schulze'owska praca perkusji na tle keyboardowych solówek. Ku zaskoczeniu kontynuacja w postaci Part III jest zwyczajnie...wpadającym w ucho el przebojem! Komercja? Part IV do połowy to dość bezbarwne elektro ale zmienia się to gdy dochodzi gitara. Part V to mięsiste, bardzo charakterystyczne sekwenserowanie. Part VI to także tradycyjne granie el. Podsumowując dużo tu świetnej muzyki ale równoważy ją przeciętność drugiej połowy wydawnictwa. Ale - czemu nie?

    Dariusz Długołęcki



    CD 3 Obscured by Klaus Z początku typowy Schulze z lat 90 tych czyli charakterystyczne składniki w postaci wysokotonowych dźwięków plus zaśpiewy operowych diw. Ale w Obscured By Klaus Part 2 pałeczkę przejmuje Namlook i wchodzimy w ciekawe, lekko zdynamizowane melodyjne granie. Part 3 wytraca tempo i dostajemy porcję nastrojowego, prawie melancholijnego el w ambientowej oprawie ciągnące się także na czwarty fragment z tym, że jako tło i wsparty sekcją rytmiczną i żywszym graniem syntezatorów na pierwszym planie. Part 5 to schulzowskie surowe glissanda a bardzo ciekawie, filmowo brzmi pełna dramatu i zadumy zarazem Part 6 z dziwnym, nastrojowym sztafażem. Wartościowa płyta, polecam.

    Dariusz Długołęcki



    Smutna, bardzo przestrzenna impresja zaczynająca ten album może być wyrazem zagubienia w kosmosie, obrazem zmagania się z metafizycznymi pytaniami, które rodzą się wnet, gdy kolejne gwiazdy gasną. Niebo usiane lśniącymi punktami przesuwa się po wielkim ekranie syntezatorowych akordów, a nowe, oddalone źródła światła spiralnym, wirującym ruchem wykwitają wciąż tuż przed słuchaczem i gdzieś na dalekim planie. Kosmos uroczyście milczy, może panuje tu żałoba po katastrofie promu kosmicznego?... Nastrój pierwszej części suity kojarzyć się bowiem może trochę z atmosferą drugiej i ostatniej części Rendez-vous Jean-Michela Jarre'a...
    Druga część zdominowana jest przez wyrazisty rytm, wokół którego nanizana zostaje lśniąca siatka ostinata przefiltrowywanego na rozmaite sposoby i odkształcanego. Najwspanialej brzmią tu jednak typowo schulzeańskie elektroniczne chóry, ciągnące nieco podobną pieśń jak w ostatnim epizodzie suity Psychedelic Brunch z piątego tomu TDSOTM. Muzyka brzmi tu chłodno i "ztechnicyzowanie", zaś barwy instrumentów wahają się między granatem a czernią. Tylko wysuwające się raz na jakiś czas na główny plan dziwaczne brzmienia niemuzyczne lśnią silnym, prószącym blaskiem.
    Najidealniejszą wizualizacją pasującą do trzeciej części kompozycji byłyby chyba stopniowe, ledwo zauważalne, ale jednak dokonujące się przemiany krajobrazu: szaro-białe, martwe pole firnowe przeistacza się pod wpływem coraz cieplejszego strumienia światła sączącego się z ukrytego planu w falującą za chłodną mgiełką łąkę. Spiczaste, suche słoności śniegowej pustyni kruszą się, rozmywają, ścierają, przebijają się przez nie źdźbła trawy, płatki śniegu rozpuszczają się w omdlewająco żółte i anemicznie liliowe kwiaty. Z początku wydaje się, że to mróz rysuje kształt roślin na zimnej szybie, ale z biegiem czasu okazuje się, iż zima naprawdę ustępuje miejsca wiośnie. Przez długie, stojące akordy spogląda się na pejzaż jak przez bloki niebieskawego lodu, słychać nawet wyraźnie, jak wzbierające raz po raz syntezatorowe krople ześlizgują się krzywą, nieregularną trajektorią po krawędziach i ścianach tych nieczułych sześcianów. Ten utwór poleciłbym chyba w pierwszej kolejności wszystkim wybrednym miłośnikom muzyki relaksacyjnej - obrazy wyczarowywane przez kolejno pojawiające się głosy są niebywale sugestywne... W części czwartej lodowe ptaki ostatecznie porzucają przeistoczony przez ciepłe światło krajobraz. Powraca podkład perkusyjny, metrum i brzmienie są podobne jak w części drugiej. W tle nadal ścierają się te sobą krystaliczne, chłodne bryłki dźwięków i ciepłe plamy akordów, kleiście ciągnących się ponad rytmem.
    Moim ulubionym fragmentem suity jest część piąta, melotronowy pejzaż wysączający się spienionymi falami z głośników - przypomina się natychmiast czwarta część Psychedelic Brunch, ale kompozycja z siódmego tomu TDSOTM robi chyba jeszcze większe wrażenie. Piana na melotronowych falach układa się w halucynacyjne wzory: to jaskółki lepią bezdenne gniazdo, to lawa wycieka z wulkanów i zatrzymuje się dopiero na pniach zimowych drzew, to znów w kałużach pławią się rozmiękłe, omszałe patyki...
    Alternacje akordów otwierające suitę pojawiają się w podobnej postaci w jej zakończeniu. Teraz jednak nic poza długimi akordami, brzmiącymi tak, jakby wykonywał je kwartet smyczkowy z innej planety, nic nie mąci uwagi słuchacza, nie ma żadnych pobocznych efektów dźwiękowych. Dopiero tuż przed trzecią minutą pojawiają się miękkie, pojedyncze tony fortepianu... Trudno dokonać takiego podsumowania zważywszy ogromną rozmaitość pomysłów i zaskakujących rozwiązań na wszystkich płytach cyklu TDSOTM, ale osobiście skłonny jestem uznać siódmy tom za najwybitniejszą propozycję z tej serii...

    I. W.



    CD 4 Careful with that AKS, Peter
    Suita Careful with that AKS, Peter istotnie rozpoczyna się w nastroju grozy i niesamowitości porównywalnym z niepokojącą atmosferą utworu Pink Floyd Careful with that Axe, Eugene: z głuchych poszumów wydobywa się przejmujący szept, z którego dopiero rodzą się przytłumione, skradające się po ciemku dźwięki. Ten pochód syntezatora basowego, oparty na łamanym rytmie, przetykany improwizacjami mglistego syntezatora, pojawia się w innej odsłonie także w finałowej impresji pierwszego tomu boxu Klausa Schulze Contemporary Works: wersja umieszczona tutaj jest chyba jednak bardziej mroczna i zagadkowa. Vocoder snuje swoją mrukliwą opowieść, podczas gdy z nieustającego basowego pulsu ześlizgują się kolejne efekty dźwiękowe i spiętrzenia sprężystych poświstów. Ciagnące się, mętne dźwięki głównego syntezatora spowijają cały utwór zimową mgłą. Ten niezwykły, hipnotyczny epizod trwa oczywiście aż 25 minut...
    Druga część suity to dla odmiany króciutki pasaż: atonalne, oparte wyłącznie na efektach brzmieniowych przejście do melancholijnej, posępnej części trzeciej, w której coraz gęstszymi obłokami mollowych akordów zapełnia się elektroniczne niebo o zmroku.
    Część czwarta znów, tak jak pierwsza, zbudowana jest na chwytliwym, inspirowanym muzyką jazzową, uskakującym, rozswingowanym rytmie, na który składają się wyrazista ścieżka basowa i interesująca programowana linia perkusyjna. Dodatkową atrakcją tego epizodu są rewelacyjne, zgrzytliwe westchnienia syntezatorów, od razu przywołujące na myśl dżdżystą, wieczorną atmosferę utworu Let the Rain come z piątej płyty wydawnictwa Contemporary Works.
    Piąta część podchwytuje melancholijną atmosferę osamotnienia odmalowaną w części trzeciej. Tu jednak akordy nie mają aż tak ostrych konturów, ich barwa jest nieco bardziej rozwodniona i spopielała. W części szóstej zwraca uwagę nerwowe ostinato zaaranżowane trochę podobnie jak na pierwszej części serii The Dark Side Of The Moog. Przez 15 minut temat tła poddawany będzie różnorodnym obróbkom brzmieniowym, podczas gdy na pierwszym planie zagoszczą to długo wygasające sekwencje ponurych akordów, to znów roziskrzone, elektryzujące znaki interpunkcyjne kreślone zapamiętale przez instrumenty prowadzące. Ten fragment płyty to chyba najczytelniejsze odesłanie słuchacza do typowych brzmień wykrystalizowanych w Szkole Berlińskiej, nie trzeba jednak dodawać, iż na niniejszym albumie znane schematy, progresje i przejścia otrzymują zupełnie świeżą oprawę…
    Dla odmiany, część siódma bardzo niewiele ma wspólnego z elektroniczną tradycją: ten utwór mógłby raczej wyjść spod pióra takich nowoczesnych artystów jak Aphex Twin albo Scorn. Cały pierwszy plan wypełnia natarczywa, fantastycznie ornamentowana, rewelacyjnie brzmiąca perkusja rodem z krainy Drum n'Bass. Rozszalała ścieżka perkusyjna wdaje się w dialog z odległymi niemuzycznymi szumami, dopiero po jakimś czasie wylewają się z utworu pogodne, odmalowane pastelowymi barwami kałuże. Nader ciekawie wypada to zestawienie kojących, durowych akordów, odsyłających słuchacza na planetę Chill-Out, z agresywną, niebywale motoryczną, połamaną linią perkusyjną.
    Finałowa impresja to jeden z charakterystycznych namlookowsko-schulzeańskich zamyślonych pejzaży: długie stojące akordy w mollowym nastroju zapalają się metnym światłem i długo wygasają. Na pierwszym planie rozwija się oczywiście syntezatorowa improwizacja - I trzeba przyznać, iż właśnie na tym wydawnictwie partia mglistego, rozgwieżdżonego syntezatora brzmi najbardziej żarliwie, wręcz dramatycznie, głównie przez częste dodawanie przesteru i wpadanie w atonalne, przejmujące wiry. Ze względu na siłę wyrazu można ten epizod porównać z żywiołowym finałem kompozycji The Dome Event Klausa Schulze.

    I. W.



    Availability: Goods in stock | product: 5CD


    24,92 EUR
  • Klaus Schulze | ...Live...

    Klaus Schulze | ...Live...

    Bestseller
    Kompozycja Bellistique to wlaściwie "wzorcowy utwor" Schulzego z tego okresu. Ruchliwe arpeggio sekwencerow zmienia rejestr i glebokosc tonu, a na tle snuje sie chlodna melodia, w rozmaity sposob modulowana i "napinana" na siatce tetniacego wciaz w tle ostinata. W melodii tej przewijaja sie raz po raz drobne motywy zapozyczone z wczesniejszych kompozycji, szczegolnie wpada w ucho cytat z kompozycji Friedrich Nietzsche z albumu X. Utwor toczy sie naprzód do momentu, w ktorym rytm zostaje zlamany i wszystkie brzmienia rozpuszczaja sie w elektroakustyczna impresje przypominajaca nieco, jak brzmialy najdawniejsze kompozycje Schulzego.
    Drugi utwor pierwszej plyty to kompletna, 51-minutowa wersja suity Sense (na analogowym wydaniu albumu sluchacze mogli cieszyc sie trwajacym "zaledwie" 31 minut wycinkiem). Oto wyborne podsumowanie pomyslow, ktore zdominowaly plyty Moondawn i Body Love. Ostinato nadajace ton calej kompozycji kojarzy sie z pulsujacym rytmem utworow Floating i P:T:O:, a wypelniajaca pierwsza strone plyty Moondawn muzyka przypomni sie uważnemu słuchaczowi jeszcze i w tym momencie trwania Sense, gdy melodia snuta przez sekwencer zacznie "kipiec" i wibrować, stapiając sie w niesamowitą, dudniacą calość wraz z huczeniem perkusji Haralda Grosskopfa.
    Utwory wypelniające drugą płyte albumu sa nieco bardziej nietypowe. Przez introdukcję Heart przewijają się odległe echa utworu Heinrich von Kleist, po czym następuje hipnotyczny, rytmiczny pasaz zapowiadajacy brzmienia, jakimi Schulze w towarzystwie Pete Namlooka (i niekiedy Billa Laswella) raczyć będzie słuchaczy po kilkunastu latach w cyklu The Dark Side Of The Moog. Tytułowe serce bije coraz prędzej, pociągając za sobą alternacje zimnych akordów, aż do 30 minuty, w której muzyka umilknie.
    W finałowej kompozycji Dymagic wystepuje gościnnie Arthur Brown, na płycie Dune recytujacy i śpiewajacy podniosłe wersy suity Shadows Of Ignorance. Ten głos w pełni rekompensuje na ...live... brak wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. Opowieść Browna zaczyna się od leniwie przeciąganych zdań wplatających się w "skradające się", kosmiczne dźwięki syntezatorów. Nastepnie głos przybiera na sile i brzmi już jak w "refrenie" Shadows Of Ignorance", po czym przeradza sie w skargę szalonego śpiewaka operowego. Tempo utworu przyśpiesza według tego wzoru, co w kompozycji Heart. Gdy galopujący rytm osiąga swoje maksimum, Brown wydaje przeciagły krzyk i w tym momencie cały utwór runie znienacka w stojący, mętny akord, w którym rozpłyną się jeszcze ostatnie, ciche zdania utworu. W plebiscycie Jerzego Kordowicza na najlepszą elektroniczną płytę wszechczasów drogę do ścisłej czołówki zagrodzili Klausowi Schulze czlonkowie grupy Tangerine Dream (z albumami Poland i Ricochet) oraz Jean Michel Jarre (ze swą plytą Oxygene, nie wiedzieć czemu uchodzącą powszechnie za jego debiut). Najwyżej odnotowany tytuł Schulzego na tej liscie to wlasnie ...live..., wyśmienity album zawierający nagrania z występów artysty w latach 1976 i 1979.
    Osobiście zgadzam sie w pełni z sugestią, którą można wysnuć na podstawie wyników notowania: ...live... to najlepszy album Klausa Schulze. Sam artysta wahał się podobno przed wydaniem tego albumu, twierdząc, iż jakość zarejestrowanego materiału nie odpowiada jego oczekiwaniom; pozostaje tylko cieszyć się, że berliński muzyk ostatecznie wydał tę pozycję. Album ten to doskonały przekrój przez tworczość Klausa Schulze w fazie od Picture Music po Dune - równie dobrze nie brzmiałaby chyba żadna składanka fragmentow nagrań studyjnych z poprzednich płyt. Jest to dzieło najwyższej próby, a jakość dźwięku, wbrew zastrzeżeniom autora, jest doprawdy wiecej niż znośna. ...live... jest absolutnie obowiązkową pozycją w zbiorach każdego miłośnika muzyki elektronicznej.
    Słuchacze zasmuceni, że na reedycji albumu Dune starczyło miejsca tylko dla kontynuacji (jak wynika z wchodzącego z wyciszenia brzmienia zaawansowanego już rytmicznie i melodycznie epizodu) koncertowej impresji „Le Mans“, mogą się teraz ucieszyć: jako bonus do albumu ...live... ukazał się utwór Le Mans Au Premier, czyli ponad 17-minutowa introdukcja do wspomnianego tematu. Znajdziemy tutaj wszystkie charakterystyczne dla dynamicznych impresji koncertowych KS w roku 1979 elementy: na początku wyłania się chmurna, bezlistna, odrętwiała konstelacja akordów, z niej wykwitają pierwsze elementy porządkujące całość rytmicznie, w końcu zaś wkracza na scenę charakterystyczny uparty rytm podszyty metalicznym basem syntezatora, na który nanizane zostają prześlizgujące się kaskady dźwięków snute przez KS z typową dlań improwizacyjną swobodą). Brakuje tylko charakterystycznego głosu Arthura Browna, który by poprowadził Słuchacza w surrealistyczno-symbolistyczne rejony Shadows of Ignorance, Time Actor albo Child of Dawn; w zamian za to mamy tutaj sporą dawkę kosmiczno-analogowej pulsacji o tajemniczym charakterze, znakomite uzupełnienie zestawu nagrań dokumentującego okres Dune.

    I. W.



    Z pośród płyt przełomu lat 70-80 płyta ...Live... a szczególnie suita Sense to dla el-rocka przekroczenie rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhiusa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
    Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancho-lijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 13 lat później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i ... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja-deser dla smakoszy i dla tego właśnie lubię tę muzykę.
    Kiedy emocje dobiegają końca pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Arthura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...LIVE... nie znasz alfabetu el -muzyki.

    Damian Koczkodon




    Płyty albumu ...Live... nie mają sobie równych w twórczości Klausa Schulze. Może jedynie Timewind. Wiatr czasu odcisnął się piętnem w koncertach Klausa lat siedemdziesiątych. Bardzo dobrze! Podobnie jak Timewind wciągają słuchacza w świat rozległych przestrzeni innych światów. Jeden z utworów (Sense) trwa 51 minut i nie mogę powiedzieć aby mimo jednostajnego ostinato nudził. Wręcz przeciwnie! Ten kawałek to solidna "działka" narkotycznego transu. Muzykę trudno opisać. Powiem krótko: słucham tego albumu i słucham i nie mogę się nasłuchać. Wielka szkoda, że Schulze tak daleko odszedł od swego stylu muzyki. Ufam, że gdy wróci do łask Jego Big Moog, to razem z całym dobrodziejstwem jakie z niego wydobył.

    Jerzy Strzeja

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,07 EUR
  • Konrad Kucz | Air

    Konrad Kucz | Air

    Bestseller
    Some time ago Konrad Kucz told that it would be hard to him to go back to berlin school moods in his artistic creation. The reasons he mentioned are formal, sound and ideological exploitation of this genre. But finally he has just went back. The new album is not like hundreds or even thousands berlin school albums releasing each year - sequence, rythm, solo part and hope to become an EM master. It is not so easy. Becoming recognizable needs talent (that's obvious), hard work and patience. Kucz by years spent at keyboards and sequencers developed his unique style. The new album released by Generator.pl confirms his position as one of the leading composers and performers of classical electronic music of our time. His music is full of space, you feel an omnipresent air (hence the title), listen to pathetic mellotrones in various combinations of sound and of course the analog fat sequences, exquisitely modulated by the synthetic filters. All is very illustrative, perfect for an evening meditation and reflection from the perspective of a comfortable chair. Polish electronic music has been enriched by another export album that will satisfy every music lover around the world.

    press info



    Brilliant 2015 album connecting the Symphonic & Rhythmic "EM" styles perfectly and containing classic, lush Tangerine Dream Rubycon inspired Mellotron choral sequences!
    This is the 3rd Album from this Polish synth musician, and it is, by a mile, his best work to date and also one of the finest releases on this Polish "Electronic Music" label!
    Featuring classic spacey synth sounds, Mellotron textures from the Tomita Snowflakes / Tangerine Dream Rubycon eras, this album is ethereal, symphonic and to some degree rhythmic as well. It is very much a "cosmic" album that is abundant with atmosphere and melody throughout and it climaxes with a track that is unlike anything else on the record and sounds as if it could be an epic OMD track!
    Some time ago Polish musician Konrad Kucz revealed that it would be difficult for him to go return to "Berlin School" moods in his artistic creation. The reasons he gave were formal, sound and an ideological exploitation of this genre. But finally he has returned, and with an album that's unlike the many other "Berlin School" style albums released each year! Becoming recognizable needs talent (that's obvious), hard work and patience. By spending years in front of keyboards and sequencers, Konrad Kucz has now developed his unique style. 'Air' confirms his position as one of the leading Polish composers and performers of classical electronic music of our time. His music is full of "space" and it is delivered in such a way that you feel an omnipresent air (hence the title).
    Air: First Movement opens up in space with all manner of electronic effects before blossoming out into this panoramic display of gorgeous mystical choral voices (Mellotron 400 sounds) that soar, swell and sway though the upper atmosphere to heavenly effect, before returning to a collage of synth effects that are a little reminiscent of early Tomita. It then moves into a new, more "Berlin School" area of sound where repeating synth melody lines wondrously dance around in the atmosphere until a sequencer line comes over the horizon and interacts with the dazzling effects. It all gets a little manic as they all collide and disperse in a burst of light to reveal an altogether more sensitive sequence juxtaposed with a slightly more discordant sound. Great opener!
    Silver Clouds opens with a more classical sensitivity with the sound of a synth (I think) oboe tune and then blossoms out further with the addition of angelic synth harp sounds and added Mellotron strings, taking on a more cosmic feel as choral voices flood the soundstage with an ethereal atmospheric quality. Towards The Sky features a carnival or sounds and textures and is lightly rhythmic at first as it sprightly dances to sounds sketches of crystalline synthesizers and sequences. Soaring Angel is a symphonic tone poem that starts out in a sombre floating in space mood, but as little bursts of synth sunlight appear, a hole in the hazy, dream-like atmosphere appears, and sweet alien-like voice melodies flow through. Soft organ textures roll around for a while then more angelic beams of sound form a kind of celestial sunset and the alien choir appears once and closes the track abruptly.
    Air: Second Movement brings the return of the vast choir of heavenly voices of the opening track and a sequencer, to some extent, then delivers a rhythmic drive to the track with background organ and string synths proving an ethereal backdrop. The Mellotron choirs once more add their bit to the final passage and here we are firmly in Rubycon final movement territory! Rising Sun open in a new part of space, with a phased mix of angelic voices and effects creating a cosmic montage of sound that gives a real feeling of being "out there" in deepest dark space.
    The final two minutes form a gorgeous symphonic space theme with massed string synths and choral sounds enveloping the atmosphere before ending abruptly once more.
    Let It Out is the sound of a revolving keyboard melody line backed by string-synth textures and that's it! Daybreak moves bank into deep space textures, but it too is an equally short piece. Long Distance starts with effect ridden organ chords that form a simple but extremely effective wall of cosmic sound, then swirling ecclesiastical voices come in and surround it with a warm heavenly glow. Under The Blue Sky closes the album with a space-synth drum sequence that all of a sudden envelopes and bursts into a panoramic theme that I can only describe as being a bit similar to OMD's big Mellotron driven epic: Joan Of Arc, with key changes and all!
    Air is complete escapism - an extremely enjoyable album that will take you out into the cosmos on a just over forty-minute trip where you'll forget all your worries and woes and enjoy the beauty and thrill of a space trip like no other!

    CD-Services

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Przemysław Rudź | Hypnotized

    Przemysław Rudź | Hypnotized

    Bestseller
    Przemysław Rudź stworzył album, który niejako został zainfekowany przez obrazy Macieja Świeszczewskiego, legendarnego profesora ASP. Muzyka Rudzia wydaje się tu być ich przełożonym na dźwięki, aneksem. To co uderza wprost to kontrasty, śmiałe poszukiwania formalne i sam wymiar owego muzycznego świata. Artysta na szczęście nie brnie w monotonne sekwencyjne pętle, ale stara się na wszelakie sposoby ożywić swoje utwory i nadać im pewną dramaturgię. Rudź kapitalnie przemieszcza się pomiędzy sekwencyjnymi teksturami, nie brakuje tu wycieczek w kierunku rocka progresywnego. Jednakże te rockowe wtręty, chłodzi w delikatnej ambientalnej przestrzeni. Ta trwająca ponad godzinę płyta, jawi się idealnym podkładem dźwiękowym pod nieco szalone obrazy Świeszczewskiego. Futurystyczne brzmienia mieszają się tradycyjnym podejściem, tworząc na tej bazie nową i fascynującą hybrydę. W ten oto sposób otrzymaliśmy materiał który przy każdej odsłonie ujawnia swoją iście "hipnotyczną siłę".

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Redshift | Life to Come

    Redshift | Life to Come

    Bestseller
    Mark Shreeve może uchodzić już za klasyka muzyki elektronicznej na rodzimym rynku brytyjskim. Już w latach 80 dał się poznać jako autor tekstów dla Samanthy Fox. Na szczęście na płycie Life To Come dowodzonej przez siebie formacji Redshift, nie serwuje nam tego typu "niespodzianek". To czystej wody elektronika sekwencyjna. Jednak po odpaleniu płyty, słychać że Shreeve nie stara się rozjaśniać swoich kompozycji. Raczej ciągnie w drugą stronę, jego bloki muzyczne są tak skonstruowane, iż kumulują w sobie jakieś mroczne, atawistyczne siły. Coś na kształt tego jakby Lustmord próbował swoich sił w "szkole berlińskiej". Te utwory przybierają kształt skąpanych w ciemnościach figur, perespektywa postrzegania zostaje tu niemal całkowicie zaburzona. Shreeve nie waha się serwować tu uderzeń bliskich dronowym pomrukom, które nabierają psychoaktywnej siły i ciągną w dół. Gęste tła wzmagają tylko poczucie osaczenia. Ponadto Shreeve pozwala swoim maszynom "wygrać się". Nie tarmosi i nie temperuje ich brzmienia, raczej pomaga im się uwolnić z tych pęt. Otrzymujemy pełen niezwykłych tekstur album, który porywa swą ciemną, majestatyczną energią.

    R.M.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    12,27 EUR
  • Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.1

    Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.1

    Bestseller
    Gdzie szukać dzikiego i nieokiełznanego oblicza Tangerine Dream? Poza pierszymi studyjnymi albumami, już chyba tylko na ich koncertowych bootlegach z tego okresu. Dosyć specyficzne to wydawnictwa, nagrywane nielegalnie, często kiepskiej jakości. Jednak tym co decyduje o ich niezwykłości jest historyczna wartość i niepowtarzalna atmosfera. Obydwa aspekty są cechą pierwszego z planowanych boxów opatrzonego tytułem Official Bootleg V. 1. Tangerine Dream bodajże w swoim najlepszym składzie: Edgar Froese, Christopher Franke i Peter Baumann. Na całość składają się aż cztery dyski, dwa z nich przynoszą zapis niesławnego koncertu jaki odbył się katedrze we francuskim Reims w 1974 roku. Dosyć eksperymentalny set, Tangerine Dream byli jeszcze wpół drogi między chaotyczną awangardą a sekwencyjnymi teksturami. Dźwięk nie zawsze jest czysty, czasem się rwie bądź zanika. Ale sama muzyka i atmosfera była doskonała. Jednakże z racji ogromnego ścisku publika częstokroć załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne wewnątrz świątyni. Wybuchł skandal, katedrę trzeba było ponownie wyświęcać a grupa stała się celem ataku dostojników z Watykanu. Dwa kolejne dyski przynoszą koncert z października 1976 roku z Mannheim położonego w Zachodnich Niemczech. Muzyka nie jest już taka surowa i dzika, zdecydowanie bardziej przystępniejsza i poukładana. Prawdziwe i esencjonalne dziełko wprost z elektronicznego undergroundu. Tangerine Dream rozpoczynają swój lot w muzyczny kosmos. Mimo tego te improwizowane sety nadal posiadają tę specyficzną dozę szaleństwa i tchną prawdziwą pasją odkrywania nowych, nieznanych lądów.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 4CD


    31,76 EUR
  • Katod | 7Cats

    Katod | 7Cats

    Bestseller Good price

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    4,48 EUR
  • Tangerine Dream | Ricochet (LP)

    Tangerine Dream | Ricochet (LP)

    Bestseller
    To nowy rozdział w muzycznym rozwoju Tangerine Dream, którego granice kończyły się w połowie lat 80 - tych albumami złożonymi z krótkich, kilkuminutowych utworów a zarazem znakomite preludium do innego blockbustera - Stratosfear. Prawdziwa ściana mrocznych wibrujących sekwencji wymieszana z ciekawymi motywami muzycznymi - dla mnie to najciekawszy styl Tangerine Dream najbliższy mojemu sercu. Wszystkie te struktury są na najwyższym poziomie z prostej przyczyny: z kilometrów taśm Froese wybrał i skompilował najciekawsze fragmenty i bardzo przyłożył się do dopracowania wszystkich detali - stąd ta płyta jak dla mnie brzmi wciąż świeżo i niezwykle.
    Płytę wystylizowano na album live ale naprawdę to właściwie dopiero w studio dokonano rzeczywistej obróbki materiału stąd notatka że album jest nagrany podczas koncertów we Francji i Wlk. Brytanii. Już pierwsza część od początku poraża mnie swą melodyką i motywami które oszczędnie eksploatowane dają niesamowity efekt. Nie ma tu ani jednego przypadkowego dźwięku, płyta jest znakomicie przemyślana i dopracowana - poszczególne elementy tworzą niesamowity nastrój wpływający mocno na emocje (bynajmniej moje). Można ten utwór podzielić na trzy części. Pierwsza - wprowadzenie - liczne wstępy, gitara elektryczna, perkusja, spokojny ale jakiś taki doniosły nastrój, który zostaje zróżnicowany i od siódmej minuty zaczyna się zaś część druga: ekspozycja - jazda bez trzymanki na rollercoasterze albo gdzieś w przestrzeni kosmicznej w nadświetlnej. Wchłania słuchacza do swego świata nie pozwalając mu na oddech. To tak naprawdę pierwszy album gdzie na taką skalę pojawia się słynny Tangerinowski pulsujący rytm. Harmoniczny styl, melodia to porzucenie tego co prezentowano na mocno eksperymentalnych płytach z lat wcześniejszych. Zamknięcie: styl wprowadzenia, uspokojenie muzycznego pejzażu.
    Drugą część otwiera przepiękne fortepianowe intro, do którego po chwili dołącza flet. Bardzo subtelna melodia stopniowo wyciszana z delikatnym brzmieniem syntezatora w tle - w końcu flet samotnie kończy tę część i gwałtownie przechodzimy to wspaniałych dźwięków elektronicznego instrumentarium - swoisty majstersztyk manipulacji odczuciami słuchacza. Kolejne pojawiające się ozdobniki, wprowadzane są dla spotęgowania nastroju i powtarzają się jako podkład. Mamy tu połączenie polifonii, rytmu i melodii w niespotykanym dotąd u Tangerine Dream sposobie. Zresztą po prostu najlepiej puścić sobie 2 część i wysłuchać. Muzyczne ornamentacje plus melodyjność tej płyty tworzą jak dla mnie niesamowity niedościgniony klimat. A na okładce jedno z ciekawszych zdjęć autorstwa Moniki Froese.

    Dariusz Długołęcki



    ...od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z muzyką EL i trwa po dziś dzień, mimo że upłyneło 28 lat często wracam do jej dźwięków, tej płyty po prostu nie wypada nie znać jeśli się interesuje el muzyką, raz usłyszawszy chce się jej ciągle słuchać, gorąco polecam!!!...

    PPL



    Jeden z 3 absolutnych nr 1 mojego życia. Ricochet to chyba najważniejszy wyznacznik elektroniki na lata siedemdziesiąte, oczywiście poza dokonaniami Klausa Schulze. To ile na tym albumie utrwalonych jest pomysłów tria Tangerine Dream to absolutny rekord w el-muzyce. Nic dziwnego, że swego czasu album ten gościł na 1 miejscu listy przebojów el-muzyki w Pr. 3 PR.
    Utwór pierwszy rozpoczyna się jakby marszem żałobnym z fenomenalną partią gitary Froese. Od połowy, aż do końca Ricochet Part One to już majstersztyk w dziedzinie nakładania sekwenci. Dzieje się tu czasami tak wiele, że słuchacz czuje się jakby pędził w otchłań bez końca. Ale koniec następuje w pięknym i smutnym stulu. Część drugą rozpoczyna piano - także fenomenalne [ten wyraz powinien być kojarzony z tą płytą]. Coś jakby z epoki romantycznej. Piano przechodzi w sekwencję, sekwencja w solo itd... Nie posłuchasz, nie zrozumiesz. To co jeszcze wyróżnia tę pozycje to barwy brzmień. Ilu twórców muzyki [nie tylko el] nie potrafi oderwać się brzmieniowo od Ricochet. Bo i po co. Brzmienia są doskonałe i rewelacyjnie dopasowane. I pomyśleć, że jest to jedynie montaż z trasy koncertowej z roku 1974...
    Album to dowód na to, że improwizacja jest doskonałym narzędziem przy tworzeniu i graniu elektroniki, szczególnie tej berlińskiej. Szkoda tylko, że niektórzy artyści nie mają takich zdolności do jej wykorzystywania jak ten pamiętny skład Tangerine Dream.

    Wojciech Suchan



    Tangerine Dream to zespół, który wciąż zaskakuje nowymi pomysłami - od przeszło 30 lat na muzycznej arenie. Ewolucja jaką przechodzi muzyka tego (najczęściej) tria z Niemiec, zachwyca, zmusza do refleksji i pobudza a niejednokrotnie zniewala i pociąga za sobą całe rzesze fanów. RICOCHET to według mnie jeden z bardziej udanych albumów Tangerine Dream - dzisiaj już 28 letnie dzieło to skrócony zapis z ponad 90 godzin (!) muzyki zapisanej w studiu po koncertach we Francji. Edgar Froese i jego koledzy z jednego w zasadzie tematu uczynili majstersztyk. Płyta wcale nie nudzi, jest ciekawa melodycznie od samego początku do końca. Muzycy do maksimum chyba wykorzystali możliwości ówczesnych syntezatorów analogowych... i na pewno im się to udało. Jedyną wadą albumu jest to, że jest za krótki... ale na szczęście są inne płyty Tangerine Dream, można też włączyć "repeat" w odtwarzaczu CD. Na podsumowanie ciekawostka dla starszych słuchaczy i fanów Tangerine Dream: czy ktoś rozpoznał ongiś w Dzienniku TV podczas prezentacji pogody podkład muzyczny, którym jest właśnie główny motyw muzyczny ,Ricochet?
    Mandarynkowe sny niech wracają do Was - mili słuchacze ... nawet rykoszetem...

    Mariusz


    ...to modlitwa - nie muzyka ....

    ???



    13 lat temu koleżanka pożyczyła mi kasetę magnetofonową, twierdząc że jest tam fajna muzyka, gdy ją przesłuchałem byłem oczarowany, to był Ricochet. W ten sposób zaczęła się moja przydoda z Tangerine Dream. Obecnie mam 30 lat i nadal Mandarynki są moim najlepszym zespołem. Pozdrawiam wszystkich fanów i tych którzy dopiero zaczynają zagłębiać się w mandarynkowe światy.

    Łukasz 1976.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    16,25 EUR