Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Most popular

(133 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Klaus Schulze | Timewind

    Klaus Schulze | Timewind

    Bestseller
    Sukces tego właśnie albumu sprawił, iż berliński artysta mógł sobie wreszcie pozwolić na wynajęcie profesjonalnego studia oraz zakup dodatkowego sprzętu na sesję nagraniową kolejnego albumu, Moondawn. Timewind zarejestrowany został w domowych warunkach na ośmiośladowym sprzęcie, podczas gdy cała muzyka rejestrowana i miksowana była na żywo! Tym bardziej oszałamiać może spektrum wyczarowanych tutaj barw i nastrojów. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej niesamowitych i przejmujących albumów sygnowanych nazwiskiem Klausa Schulze. Dwie półgodzinne impresje poświęcone Richardowi Wagnerowi przynoszą odrętwiałe alternacje mollowych akordów i lodowate wysączenia improwizowanych ścieżek melodycznych. Muzyka spowita jest zawiesistą mgłą świtu, porywisty wiatr zmusza czas do zmiany biegu i słuchacz obserwuje w takt smutnych, ołowianych impresji, jak ledwo zarumieniona wiosna przeobraża się na powrót w głęboką zimę zapomnienia i rezygnacji. Utwory proponowane tu przez Klausa Schulze są chyba jeszcze bardziej przygnębiające niż impresje przygotowane na młodszą o dwa lata płytę Mirage - a z drugiej strony nie ma tu mowy o czystej rezygnacji i zupełnym przygnębieniu, jako że kreowana na Timewind muzyka ma niesamowitą witalną moc. Nie jest to w żadnym wypadku album lekki, ale nie zwalnia to nikogo z obowiązku przesłuchania go chociaż jeden raz! ;-) Arcydzieło atmosferycznej elektroniki sekwencyjnej, będącej jako gatunek dopiero w fazie rodzenia się, a już osiągającej niedostępne dla innych wyżyny.
    Wielką atrakcję stanowi dodatkowa płyta: słyszymy tu bowiem nie tylko drobny pendant do oryginalnego albumu, pod postacią miniatury Windy Times pierwotnie opublikowanej na dziesiątej płycie boksu Contemporary Works, ale przede wszystkim 50 minut muzyki zarejestrowanej w trakcie sesji nagraniowej Timewind. Obie prezentowane tu impresje stanowią wariacje na temat Bayreuth Return, przy czym Echoes of Time pozwala rzeczywiście wykryć spore podobieństwa formalne do finałowej wersji utworu, natomiast Solar Wind jest prawdziwym klejnotem o atmosferze zakorzenionej właściwie jeszcze w brzmieniu płyt Blackdance, Picture Music a może nawet i Cyborg. Utwór ten przynosi senną toń organów i eteryczne wibrafonowe dźwięki intonujące motywy podobne tym, z których wyłoniła się ostateczna wersja ścieżki melodycznej w Bayreuth Return. Tym samym niniejsza reedycja jest ‘niestety’ pozycją obowiązkową także dla tych, którzy są już szczęśliwymi posiadaczami płyty analogowej Timewind oraz jej pierwszej edycji kompaktowej!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,31 EUR
  • Klaus Schulze | Mirage

    Klaus Schulze | Mirage

    Bestseller
    Album Mirage wydany został między dwiema częściami wydawnictwa Body Love - w porównaniu z tymi pozycjami Mirage jest płytą niemal arytmiczną, niezwykle oniryczną, brzmiącą wręcz skrycie, zawoalowanie. Główne wątki melodyczne rozwijają się niespiesznie, nikną w odmętach brzmień niemuzycznych, splatają się ze sobą i gdy już zaczynają się składać na wyrazisty motyw - rozpuszczają się, przykryte lodowatymi falami szumów i tęsknych, chłodnych ech elektronicznych westchnień. Najwięcej wspólnego z atmosferą Mirage miały takie kompozycje z cyklu Body Love jak Blanche i (zwłaszcza) Moogetique - ale tamte utwory brzmiały klarowniej, brakowało i przede wszystkim tej gęstości i głębi brzmienia tak charakterystycznej dla zimowych "miraży" Klausa Schulze.
    Przy pierwszym przesłuchaniu ta płyta może nawet nieco rozczarowywać - brak tu pulsującego, prawie huczącego, transowego ostinata, na tle którego syntezatory lub organy snują swe improwizacje, brak tu chwytliwych kombinacji brzmieniowo-melodycznych w takim stylu, jaki zdominował nagrania z Body Love, brak tu niesamowitych, podminowanych niebywałym napięciem improwizowanych partii perkusyjnych raczej opowiadających niezwykłe brzmieniowe historie niż po prostu zamarkowujących rytm... Kompozycje z Mirage odsłaniają w pełni swój czar dopiero przy kolejnych, uważnych przesłuchaniach - pewnego dnia słuchacz zostanie na tyle wciągnięty przez tajemnicę tej płyty, iż zapragnie obcować z nią częściej aniżeli z innymi płytami... Oba utwory brzmią tak, iż nigdy nie uda się słuchaczowi przejrzeć ich "na wskroś". Wielogłosowość i atmosfera tej płyty są oszałamiające - jakiś detal zawsze zdoła ukryć się przed ciekawskim uchem odbiorcy. Trudno nawet zaproponować adekwatne wizualizacje do tej muzyki - największym bowiem plusem zaprezentowanych tu nagrań jest ich płynność, rozchwianie, niebywała "halucynacyjność". Wystarczy jedno mrugnięcie powieką, jeden gwałtowniejszy wdech sprowokowany rozlewającymi się elektronicznymi brzmieniami i cały obraz zostaje zburzony, a kolejne pojawią się dopiero, gdy uzbiera się w umyśle słuchacza odpowiednio gruba warstwa arpeggiatorowych płatków śniegu i oscylatorowych lodowych tafli...
    Zamieszczony na składance 2001 siedmiominutowy ekscerpt z kompozycji Crystal Lake zdaje się sugerować, iż Mirage jest płytą pełną wyrazistych melodii, dobitnie zamarkowywanych akordów i chwytliwych arpeggiatorowych tematów. Zapoznanie się z całym albumem może okazać się sporym "szokiem termicznym" - na albumie Mirage panuje najprawdziwsza, mroźna zima, nieposkromiona i przygnębiająca; nie taka, jaką znamy z kojących baśni, tylko taka, która zjawia się w najbezczelniejszych, najbardziej niezrozumiałych i poruszających snach pełnych dwuznacznych, zamglonych obrazów. Obrazów niewyraźnych, zaskakujących, niepokojących - i przez to pięknych i każących się odkrywać wciąż na nowo...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,31 EUR
  • Klaus Schulze | Moondawn

    Klaus Schulze | Moondawn

    Bestseller
    Pierwsze nagranie rodzi się pośród zamglonych, spowitych tajemniczym mrokiem fal, z których najpierw wynurzy się recytowana introdukcja (na ileż lat przed samplowanymi głosami wychylającymi się z dźwiękowych pokładów utworów Yen albo The Dome Event!), a następnie wysączą się posępne opary akordów. Atmosferyczny początek poprowadzi słuchacza ku jednemu z najwspanialszych fragmentów całej dyskografii Klasua Schulze: z omszałego tunelu tajemniczych, osowiałych dźwięków, wypływa powoli stereofoniczna sekwencja wielokrotnie zmieniająca rejestr, unosząca się na czarnych wodach wciąż zaciągniętego mgłą tła niczym lekki kawałek kory poruszany niewidocznym wiatrem (zapewne Wiatrem Czasu...). Na pierwszym planie wykwitają najrozmaitsze wzory kierujące się ku celowi wodnej podróży tylko swą intuicją - w tle gęstnieje zaś ścieżka perkusyjna wspaniale wyznaczana przez Haralda Grosskopfa, nabierająca coraz bardziej opływowych kształtów i zrównująca się głośnością z głównym sekwencerowym akompaniamentem. Muzyka tętni coraz bardziej nieposkromionym temperamentem, aż znajdzie swoje wyładowanie w wygasającym ponurym echem, lodowatym finale. Drugi utwór także zaczyna się bardzo statycznie i melancholijnie - być może wyblakłe, pozbawione oczu podziemne ryby kryją się przy smolisto czarnych ścianach swych królestw, zaniepokojone zbliżającym się pomrukiem burzy, mogącym zwiastować trzęsienie ziemi? W przejmującej introdukcji do suity Mindphaser czai się coś niesamowitego i tragicznego. Muzyka wzbiera w pewnym momencie na sile, syntezatorowe akordy mętnieją i wzburzają się... aż dojdzie do niespodziewanego wkroczenia potężnej ścieżki rytmicznej, przykrytej pieniącymi się falami masywnych organowych akordów. Harald Grosskopf improwizuje na swym zestawie perkusyjnym nie mniej interesująco, niż gdyby była ona syntezatorem pełnym najniezwyklejszych możliwości - Klausa Schulze podsuwa kolejne akordy, tężejące i przeobrażające się w pomniki przemarzniętych dźwięków. Ten nastrój utrzyma się już do końca utworu, pozostawiając jedynie spopielałe obłoki wymierających mrocznym echem poszumów i poświstów.
    Dodatkowy utwór, jak już sam tytuł sugeruje, jest nagraniem samotnej sekwencji utworu Floating, pozbawionej wszelkich pierwszoplanowych solówek. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, iż nagranie okaże się średnio interesujące. Dopiero teraz z bliska podziwiać można potyczkę dwóch sekwencyjnych sił natury, upersonifikowanych przez elektroniczne urządzenia z jednej strony oraz przez zestaw perkusyjny z drugiej. Jest to nagranie niezwykle nastrojowe i prawdziwie hipnotyczne - dowód, iż muzyka trance tak naprawdę narodziła się już 30 lat temu...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,31 EUR
  • Klaus Schulze | Audentity

    Klaus Schulze | Audentity

    Bestseller
    Album otwiera blisko 25-minutowa kompozycja Cellistica - jak sam tytuł wskazuje, jedną z pierwszoplanowych postaci w tym dramacie będzie wiolonczela Wolfganga Tiepolda, łkająca tęsknymi dźwiękami, zgrzytająca chropawymi dysonansami, rozrzucająca połyskujące promienie swoich melancholijnych wspomnień o matowej, mollowej tonacji. Pływające, roztapiające się motywy sekwencerowe mieszają się z potężnymi kaskadami tonów elektronicznych i perkusyjnych. W odróżnieniu do muzyki wypełniającej wcześniejsze płyty panuje na tym albumie już od początku specyficznie suchy, sterylny nastrój, wzmagający tylko atmosferę niepokoju i naprężenia...
    Kolejnym utworem jest Spielglocken (kompozycje ustawiono na reedycji albumu w innej kolejności, aby przygotować miejsce dla godzinnego utworu dodatkowego) - miłośnicy muzyki Klausa Schulze, którzy wcześniej niż Audentity poznali album Dziękuję Poland od razu rozpoznają charakterystyczne sekwencje vocoderowo-syntezatorowe, tętniące miękkim pulsem w dalszym planie, przykrywane improwizowanymi dźwiękami głównymi. W porównaniu z koncertową impresją Katowice (Iris) studyjny pierwowzór jest jednak delikatniejszy, znacznie mniej natarczywy rytmicznie, brzmi subtelniej i eteryczniej głównie za sprawą kroplistych, przydymionych dźwięków wibrafonowych.
    Pierwszą płytę wieńczy prawie półgodzinny poemat Sebastian im Traum, kolejny po drugim utworze z pierwszej płyty albumu X (1978) hołd dla poety Georga Trakla. Jest to jeden z najbardziej posępnych utworów w całej dyskografii Klausa Schulze. Powracający motyw wibrafonowy, przetworzony później na płycie Angst (1984) jako Freeze, to w zasadzie jedyny wpadający w ucho motyw składający się na treść tej niezwykłej impresji; poza tym smutnym, zziębniętym wątkiem o bezlistnej rytmice, plan dźwiękowy wypełniają elektroakustyczne opowieści Schulzego i Blossa oraz oniryczne, abstrakcyjne wiolonczelowe monologi Tiepolda. Ta kompozycja przy każdym przesłuchaniu pozwoli słuchaczowi odkryć nowe rejony i dostrzec miejsca, o których muzyka sugestywnie opowiada, w zupełnie nowym świetle. Na drugą płytę trafiły trzy krótsze utwory: Tango - Saty, Amourage i Opheylissem. Pierwszy z nich to drobne scherzo, zbudowane na zgiełkliwym riffie imitującym brzmienie trąbki - wkrótce dołącza się szept vocodera oraz bombardująca perkusja Michaela Shrieve'a, a następnie cały utwór rozkołysze się szklistym, posuwistym rytmem basowego syntezatora. Amourage to piękna sonata na fortepian, syntezatorową fletnię oraz frapujące elektroakustyczne szumy. Zmarznięte motywy wykwitające w tęsknej tonacji oblodzonej lisią czapą mogą równie dobrze towarzyszyć obrazom Edvarda Muncha, co panoramie warszawskiej Płyty Czerniakowskiej o czerwonawym, zdrętwiałym świcie... Opheylissem to swoistego rodzaju kontynuacja Tango - Saty, tym, razem bez trąbiastego riffu, za to z jeszcze bardziej zagęszczoną ścieżką perkusyjną i intrygującymi dysonansowymi akordami wbijającymi się w klinicznie czysty, uporządkowany rytm tej miniatury.
    Na deser słuchacze otrzymują mrożący krew w żyłach utwór Gem w kilku epizodach: pierwsze 11 minut to swobodna, arytmiczna impresja, w której rozżarzone kawały elektronicznych brzmień spadają w gęstniejące elektroakustyczne palenisko - miłośnicy muzyki Ernsta Horna oraz płyty Excerpts 1 Wolframa Spyry z pewnością będą zachwyceni tym pasażem. Z tego złowieszczego, fascynującego wstępu rodzi się utwór główny, zbudowany na szybkim rytmie sekwencerowo-perkusyjnym, na którym w typowo schulzeański sposób rozwijają się improwizowane połacie niezwykłej muzyki. Nastrój tej dynamicznej części kojarzy się z utworami wypełniającymi płytę Drive Inn, szczególnie z nerwowym, podszytym poskórnym napięciem epizodem pt. Highway.
    Na zakończenie jeszcze jedno zdanie - gdyby ktoś kiedyś pokusił się wreszcie o dokonanie adaptacji filmowej powieści Jerzego Krzysztonia "Obłęd", nie można by było chyba wyobrazić sobie w tym filmie idealniejszej muzyki niż ta, która składa się na album Audentity!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,07 EUR
  • Klaus Schulze | Picture Music

    Klaus Schulze | Picture Music

    Bestseller
    Album Picture Music dość zasadniczo różni się od poprzedniego albumu berlińskiego artysty, Blackdance. Nie tylko pojawia się wyrazista ścieżka rytmiczna - przede wszystkim zwracają uwagę głębokie, wieloplanowe brzmienia, niebywale kunsztowne aranżacje i frapująca struktura utworów. Kompozycja Totem jest nie tylko pionierskim osiągnięciem w dziedzinie elektroniki sekwencyjnej - wyznacza ona także szlak znacznie późniejszym wędrówkom muzycznym Klausa Schulze. Na ostinato nie składa się czytelna, zamknięta melodia - to raczej spontaniczne rozkwitanie kolejnych dźwięków oraz ich dalsze rozmnażanie się przez pączkowanie lub podział… W tej partii dosłownie słychać, jak muzyka rodzi się, dorasta, przekwita, obumiera... Na dalszym planie natomiast rozpięta jest melodia wahająca się na granicy skal sprowadzonych w uproszczony sposób do skali durowej i mollowej. Barwa utworu zmienia się, muzyka zostaje raz zacieniona, innym razem - przeszyta migotliwym światłem, innym znów razem wyeksponowana w pełnym świetle i potem nagle zasłonięta. Znakomitą ilustracją do tej muzyki mogłyby być zmiany dokonujące się w krajobrazie złożonym z malowidła impresjonistycznego przenikającego się z obrazem abstrakcyjnym; połyskujące zmarszczki strumyka okazują się rozmazanymi wielobarwnymi iskrami, a porozrzucane tu i ówdzie kule przeistaczają się niespodziewanie w główki niebieskiej i pomarańczowej kapusty. Cały pejzaż zmienia się jak w nietypowym śnie, ale zmierza w logiczny sposób do jakiegoś niesamowitego finału, porządkowany przez miękki, gąbczasty puls sekwencera.
    Mental Door jest jednym z moich najulubieńszych utworów Klausa Schulze. W tej suicie znalazło się miejsce dla chłodnych, minorowych fal przetaczających się w wypolerowanym świetle zamglonego księżyca i dla schromatyzowanych brzmień skradających się pod nostalgicznymi alternacjami tęsknych akordów - i nawet dla partii, która mogłaby śmiało ozdobić album Emerson, Lake & Palmer z najlepszych czasów tej grupy! Jest to jeden z najniesamowitszych fragmentów tego utworu i całej płyty, kiedy spod mżących, deszczowych syntezatorowych akordów snujących mollowy temat wyłania się wijące się cielsko ostinatowego węża. Wąż zatacza hałaśliwe, lekko przesterowane pierścienie, wygina się coraz bardziej zdecydowanymi ruchami, emitując coraz dłuższe sekwencje dźwięków, przekomarza się z półtonami, wdrapując się nawet i spełzając z powrotem po skalach kojarzących się z jazzem lub bluesem. A wtedy kipiący, żywiołowy, nieregularnie ozdabiany podkład perkusyjny przejmie pierwszy głos i stopi się z pierścieniowatym ostinatem w szaleńczym tańcu. Gdy ta sekwencja dobiegnie końca, rozpocznie się drugi równie niesamowity fragment: syntezatory doprowadzą do końca swą melancholijną pieśń, przerwaną przez nagłe wejście niepokojącego ostinata, a dobiegająca uszu słuchacza z nieco już dalszego planu gra perkusji wywoła z pewnością dreszcze… Podobnie przejmująco i niesamowicie zabrzmiała kompozycja The Looper Isn't A Hooker na albumie Dig It sześć lat później - tutaj muzyka brzmi jednak chyba jeszcze przestrzenniej, jeszcze chłodniej, jeszcze bardziej niezwykle.
    Album opakowywano w rozmaite koperty - warto zaznaczyć, że nastrój każdej z proponowanych okładek rewelacyjnie koresponduje z treścią muzyczną tej płyty. Są tu fragmenty, które wizualnie najlepiej "podsumowuje" okładka z plamistym wykwitem przypominającym potwora morskiego, są też i takie, których charakter najpełniej ukazuje okładka przedstawiająca istotę uwiązaną u sufitu pomieszczenia z kraciastą podłogą, wreszcie takie, w których dźwięki odmalowują obraz porzucony w środku gliniastego pola pod zachmurzonym niebem.
    Dodany utwór nosi tytuł C'est pas la meme chose i istotnie jest stosownym podsumowaniem treści tej 33-minutowej kompozycji. W zasadzie są to bowiem parafrazy na temat pierwszej impresji, Totem – w tle słychać charakterystyczne, mlaskające słabym światłem mżących gumiastych reflektorów ostinato, na pierwszym planie ścielą się oniryczne, psychedelicznie pokolorowane smugi prowadzącego syntezatora… dokonano tu jednak fascynującego zabiegu, świadczącego o poważnej odmienności utworu od oryginalnej wersji Totem. "Sztuczna" stereofoniczność nagrania nie ma uplastyczniać głębi pejzażu dźwiękowego, tylko umożliwić obcowanie z dwoma zupełnie różnymi muzycznymi krajobrazami. Słuchając jedynie ścieżki królującej w lewym głośniku, podążamy śladem ruchliwego ostinata, dajemy się ponieść rytmicznym świergotom i przyglądamy się kipiącym zielonkawym i czerwonawym barwom składającym się w żywą, rozedgraną opowieść. Słuchając zaś jedynie ścieżki emitowanej przez głośnik prawy, podziwiamy przejmujący organowy poemat zmarzniętych, stojących akordów, na które nanizano rozpływającą się improwizację lamentującego syntezatora. Wystarczy teraz zmieniać położenie suwaka balansu między głośnikami, by przepływać z jednej opowieści w drugą. Oczywiście jednak nie tylko ten techniczny zabieg stanowi o atrakyjności dodanego nagrania. Improwizowana partia brzmi inaczej, żarliwiej, bardziej intrygująco niż w znanym nagraniu Totem, ponadto cały utwór jest o blisko 10 minut od Totem dłuższy, oznacza to więc kilka interesujących progesji w finałowej partii plus zamyśloną, ponurą, niknącą w mroku stojących akordo-poszumów konkluzję. Zgodnie z podpowiedzią tytułu zatem "nie jest to ta sama rzecz". Nawiasem mówiąc, reedycję longplaya Mirage zdobi parafraza wątków suity Velvet Voyage, również stawiających ten utwór w zupełnie nowym świetle: Klaus Schulze żartobliwie znów pyta w tytule, tym razem po włosku: to samo, czy nie to samo?...

    I. W.


    Klaus Schulze jest tym dla muzyki elektronicznej, kim Hendrix dla rocka. Nie ma sensu przytaczać tu jego biografii, każdy szanujący się fan elektroniki choć w małym stopniu powinien ją znać. Oryginalnie wydany w 1975r album Picture Music jest czwartym w dyskografii artysty. O ile wcześniejsze płyty Irrlicht, Cyborg i w małym stopniu Blackdance zawierały sporo eksperymentów, to na Picture Music widać całkowicie wykrystalizowany styl. Na poprzednich płytach Schulze wykorzystywał głównie organy elektronowe plus akustyczne instrumenty. Tu po raz pierwszy w pełni wykorzystał sprzęt elektroniczny, doskonale znane analogowe syntezatory EMS VCS 3, ARP Odyssey, ARP 2600, organy Farfisa. Album wypełniają dwa utwory, pierwszy Totem z początku melancholijny, potem nieco nerwowy i abstrakcyjny. Drugi Mental Door to jeden z najlepszych w dyskografii Klausa Schulze. Kosmiczna podróż w nieznane, pełna głębokich, abstrakcyjnych dźwięków. W drugiej połowie utwór rozpędza się do zawrotnej prędkości, tworząc nastrój bliski transowemu rytuałowi. Po blisko 30 latach od wydania tej płyty, cały czas brzmi ona nowocześnie i intrygująco. To bez wątpienia kanon dzisiejszej elektroniki.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,31 EUR
  • Przemysław Rudź | Music For Stargazing

    Przemysław Rudź | Music For Stargazing

    Bestseller
    Album Music For Stargazing miał w pierwotnym zamyśle pełnić rolę użytkową i ilustracyjną. W koncepcie Przemysława Rudzia jego przeznaczeniem były urządzenia mobilne, zaś sama muzyka miała obrazować atlas nieba który byłby na nich dostępny. Jednak ów śmiały i wizjonerski projekt nigdy nie doszedł do skutku, została tylko muzyka. Po wielu modyfikacjach w końcu wychodzi na światło dzienne. Elektronika Przemka Rudzia balansuje między światem science-fiction, kosmonautyką, astronomią i filozoficznymi rozważaniami. Te ostatnie są obecne i na Music For Stargazing, to bowiem pytania o miejsce człowieka we wszechświecie i jego kosmicznym porządku. Cała muzyczna strona to skondensowany roztwór wszelakich elektronicznych stylów, inspiracji i fascynacji. Szkoła berlińska w duchu Klausa Schulze, ambientowe senne pejzaże, monumentalne formy bliskie estetyce prog rocka, psychodeliczne majaki. Rudź przetwarza te klisze, starając się budować własny świat. W jego ujęciu i oryginalności nie wkracza jednoznacznie na żadną z tych ścieżek, ale wszystkie one tworzą swoisty labirynt jaki prowadzi do muzyki opatrzonej etykietką "własna". Fantastyczny materiał do kontemplowania w domowych kapsułach i świetna odtrutka na szarówkę "codzienności".

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Klaus Schulze | Live at Klangart

    Klaus Schulze | Live at Klangart

    Bestseller
    Oto jeden z bezdyskusyjnie najbardziej udanych koncertów mistrza elektroniki (nie tylko) sekwencyjnej. Poszczególne utwory, choć naturalnie różniące się aranżacyjnie, technicznie i nastrojowo od klasycznych sekwencyjnych poematów wypełniających albumy X, Moondawn albo Timewind, rozwijane zostają w jedyny w swoim rodzaju sposób, wydają się być bardzo "subtelnie podelektronizowane", eteryczne, ale niosące zawsze jednak odpowiedni groove, nowoczesne, ale nie podminowane już samplową nerwowością Royal Festival Hall. Do woli możemy tutaj podziwiać piękne wiolonczelowe impresje Wolfganga Tiepolda a także maestrię Klausa Schulze w tworzeniu podmokłych, rtęciowo mieniących się "soundscapes". Utwór I Loop You Schwindelig przynosi, zgodnie z sugestią tytułu, transowo-repetytywnie potraktowany motyw znany z płyt reaktywowanego Ash Ra Tempel Friendship oraz Gin Rose - mimo swoich ponad 25 minut utwór nie nuży, a jedynie wciąga Słuchacza w promieniującą, pulsującą mantrę chłodnych, mollowych harmonii podminowanych niesamowitym swingiem! Ozdobą niniejszej reedycji są dwa dodatkowe utwory! Short Romance znany z dziesiątego krążka Contemporary Works, a także nigdzie wcześniej nie publikowany OS 9.07, podobnie jak reszta koncertowego programu z Osnabruck wzruszający konstelacjami deszczowych, przygasłych akordów, oddalonymi, lekko "podetnizowanymi" partiami wokalnymi, tętniącym ostinatem oraz garścią tak typowo schulzeańskich barw wirujących w kalejdoskopie jeszcze raz innego tonalnego kontekstu. Koniecznie.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    14,15 EUR
  • Piotr Gepert | Anunnaki

    Piotr Gepert | Anunnaki

    Bestseller
    After Adam Bownik and Vanderson there is another ambitious Polish composer and performer of berlin school EM who has just started artistic activity. Piotr Gepert and his debut in Generator.pl label gives us almost one hour of melodic, rhythmic electronic music with significant sequentional stigma. Title of the album alluding to ancient mythology from Euphrates-Tigris valley, suggests strong contemplating and soulful character of the release, and truly all the compositions convincingly build a consistent message allowing the listener to move into a completely different dimensions, far away beyond the comfortable home armchair. Original compositions, elaborate arrangements, interesting sound solutions and, above all, full control over the musical tissue are sufficient reasons to follow further proposals of Piotr Gepert. Let us hope that he will soon be revealed during the concerts promoting this very successful album. Fans of the genre should be delighted!

    P. R.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Klaus Schulze | ...Live...

    Klaus Schulze | ...Live...

    Bestseller
    Kompozycja Bellistique to wlaściwie "wzorcowy utwor" Schulzego z tego okresu. Ruchliwe arpeggio sekwencerow zmienia rejestr i glebokosc tonu, a na tle snuje sie chlodna melodia, w rozmaity sposob modulowana i "napinana" na siatce tetniacego wciaz w tle ostinata. W melodii tej przewijaja sie raz po raz drobne motywy zapozyczone z wczesniejszych kompozycji, szczegolnie wpada w ucho cytat z kompozycji Friedrich Nietzsche z albumu X. Utwor toczy sie naprzód do momentu, w ktorym rytm zostaje zlamany i wszystkie brzmienia rozpuszczaja sie w elektroakustyczna impresje przypominajaca nieco, jak brzmialy najdawniejsze kompozycje Schulzego.
    Drugi utwor pierwszej plyty to kompletna, 51-minutowa wersja suity Sense (na analogowym wydaniu albumu sluchacze mogli cieszyc sie trwajacym "zaledwie" 31 minut wycinkiem). Oto wyborne podsumowanie pomyslow, ktore zdominowaly plyty Moondawn i Body Love. Ostinato nadajace ton calej kompozycji kojarzy sie z pulsujacym rytmem utworow Floating i P:T:O:, a wypelniajaca pierwsza strone plyty Moondawn muzyka przypomni sie uważnemu słuchaczowi jeszcze i w tym momencie trwania Sense, gdy melodia snuta przez sekwencer zacznie "kipiec" i wibrować, stapiając sie w niesamowitą, dudniacą calość wraz z huczeniem perkusji Haralda Grosskopfa.
    Utwory wypelniające drugą płyte albumu sa nieco bardziej nietypowe. Przez introdukcję Heart przewijają się odległe echa utworu Heinrich von Kleist, po czym następuje hipnotyczny, rytmiczny pasaz zapowiadajacy brzmienia, jakimi Schulze w towarzystwie Pete Namlooka (i niekiedy Billa Laswella) raczyć będzie słuchaczy po kilkunastu latach w cyklu The Dark Side Of The Moog. Tytułowe serce bije coraz prędzej, pociągając za sobą alternacje zimnych akordów, aż do 30 minuty, w której muzyka umilknie.
    W finałowej kompozycji Dymagic wystepuje gościnnie Arthur Brown, na płycie Dune recytujacy i śpiewajacy podniosłe wersy suity Shadows Of Ignorance. Ten głos w pełni rekompensuje na ...live... brak wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. Opowieść Browna zaczyna się od leniwie przeciąganych zdań wplatających się w "skradające się", kosmiczne dźwięki syntezatorów. Nastepnie głos przybiera na sile i brzmi już jak w "refrenie" Shadows Of Ignorance", po czym przeradza sie w skargę szalonego śpiewaka operowego. Tempo utworu przyśpiesza według tego wzoru, co w kompozycji Heart. Gdy galopujący rytm osiąga swoje maksimum, Brown wydaje przeciagły krzyk i w tym momencie cały utwór runie znienacka w stojący, mętny akord, w którym rozpłyną się jeszcze ostatnie, ciche zdania utworu. W plebiscycie Jerzego Kordowicza na najlepszą elektroniczną płytę wszechczasów drogę do ścisłej czołówki zagrodzili Klausowi Schulze czlonkowie grupy Tangerine Dream (z albumami Poland i Ricochet) oraz Jean Michel Jarre (ze swą plytą Oxygene, nie wiedzieć czemu uchodzącą powszechnie za jego debiut). Najwyżej odnotowany tytuł Schulzego na tej liscie to wlasnie ...live..., wyśmienity album zawierający nagrania z występów artysty w latach 1976 i 1979.
    Osobiście zgadzam sie w pełni z sugestią, którą można wysnuć na podstawie wyników notowania: ...live... to najlepszy album Klausa Schulze. Sam artysta wahał się podobno przed wydaniem tego albumu, twierdząc, iż jakość zarejestrowanego materiału nie odpowiada jego oczekiwaniom; pozostaje tylko cieszyć się, że berliński muzyk ostatecznie wydał tę pozycję. Album ten to doskonały przekrój przez tworczość Klausa Schulze w fazie od Picture Music po Dune - równie dobrze nie brzmiałaby chyba żadna składanka fragmentow nagrań studyjnych z poprzednich płyt. Jest to dzieło najwyższej próby, a jakość dźwięku, wbrew zastrzeżeniom autora, jest doprawdy wiecej niż znośna. ...live... jest absolutnie obowiązkową pozycją w zbiorach każdego miłośnika muzyki elektronicznej.
    Słuchacze zasmuceni, że na reedycji albumu Dune starczyło miejsca tylko dla kontynuacji (jak wynika z wchodzącego z wyciszenia brzmienia zaawansowanego już rytmicznie i melodycznie epizodu) koncertowej impresji „Le Mans“, mogą się teraz ucieszyć: jako bonus do albumu ...live... ukazał się utwór Le Mans Au Premier, czyli ponad 17-minutowa introdukcja do wspomnianego tematu. Znajdziemy tutaj wszystkie charakterystyczne dla dynamicznych impresji koncertowych KS w roku 1979 elementy: na początku wyłania się chmurna, bezlistna, odrętwiała konstelacja akordów, z niej wykwitają pierwsze elementy porządkujące całość rytmicznie, w końcu zaś wkracza na scenę charakterystyczny uparty rytm podszyty metalicznym basem syntezatora, na który nanizane zostają prześlizgujące się kaskady dźwięków snute przez KS z typową dlań improwizacyjną swobodą). Brakuje tylko charakterystycznego głosu Arthura Browna, który by poprowadził Słuchacza w surrealistyczno-symbolistyczne rejony Shadows of Ignorance, Time Actor albo Child of Dawn; w zamian za to mamy tutaj sporą dawkę kosmiczno-analogowej pulsacji o tajemniczym charakterze, znakomite uzupełnienie zestawu nagrań dokumentującego okres Dune.

    I. W.



    Z pośród płyt przełomu lat 70-80 płyta ...Live... a szczególnie suita Sense to dla el-rocka przekroczenie rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhiusa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
    Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancho-lijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 13 lat później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i ... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja-deser dla smakoszy i dla tego właśnie lubię tę muzykę.
    Kiedy emocje dobiegają końca pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Arthura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...LIVE... nie znasz alfabetu el -muzyki.

    Damian Koczkodon




    Płyty albumu ...Live... nie mają sobie równych w twórczości Klausa Schulze. Może jedynie Timewind. Wiatr czasu odcisnął się piętnem w koncertach Klausa lat siedemdziesiątych. Bardzo dobrze! Podobnie jak Timewind wciągają słuchacza w świat rozległych przestrzeni innych światów. Jeden z utworów (Sense) trwa 51 minut i nie mogę powiedzieć aby mimo jednostajnego ostinato nudził. Wręcz przeciwnie! Ten kawałek to solidna "działka" narkotycznego transu. Muzykę trudno opisać. Powiem krótko: słucham tego albumu i słucham i nie mogę się nasłuchać. Wielka szkoda, że Schulze tak daleko odszedł od swego stylu muzyki. Ufam, że gdy wróci do łask Jego Big Moog, to razem z całym dobrodziejstwem jakie z niego wydobył.

    Jerzy Strzeja

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,07 EUR
  • Konrad Kucz | Air

    Konrad Kucz | Air

    Bestseller
    Some time ago Konrad Kucz told that it would be hard to him to go back to berlin school moods in his artistic creation. The reasons he mentioned are formal, sound and ideological exploitation of this genre. But finally he has just went back. The new album is not like hundreds or even thousands berlin school albums releasing each year - sequence, rythm, solo part and hope to become an EM master. It is not so easy. Becoming recognizable needs talent (that's obvious), hard work and patience. Kucz by years spent at keyboards and sequencers developed his unique style. The new album released by Generator.pl confirms his position as one of the leading composers and performers of classical electronic music of our time. His music is full of space, you feel an omnipresent air (hence the title), listen to pathetic mellotrones in various combinations of sound and of course the analog fat sequences, exquisitely modulated by the synthetic filters. All is very illustrative, perfect for an evening meditation and reflection from the perspective of a comfortable chair. Polish electronic music has been enriched by another export album that will satisfy every music lover around the world.

    press info



    Brilliant 2015 album connecting the Symphonic & Rhythmic "EM" styles perfectly and containing classic, lush Tangerine Dream Rubycon inspired Mellotron choral sequences!
    This is the 3rd Album from this Polish synth musician, and it is, by a mile, his best work to date and also one of the finest releases on this Polish "Electronic Music" label!
    Featuring classic spacey synth sounds, Mellotron textures from the Tomita Snowflakes / Tangerine Dream Rubycon eras, this album is ethereal, symphonic and to some degree rhythmic as well. It is very much a "cosmic" album that is abundant with atmosphere and melody throughout and it climaxes with a track that is unlike anything else on the record and sounds as if it could be an epic OMD track!
    Some time ago Polish musician Konrad Kucz revealed that it would be difficult for him to go return to "Berlin School" moods in his artistic creation. The reasons he gave were formal, sound and an ideological exploitation of this genre. But finally he has returned, and with an album that's unlike the many other "Berlin School" style albums released each year! Becoming recognizable needs talent (that's obvious), hard work and patience. By spending years in front of keyboards and sequencers, Konrad Kucz has now developed his unique style. 'Air' confirms his position as one of the leading Polish composers and performers of classical electronic music of our time. His music is full of "space" and it is delivered in such a way that you feel an omnipresent air (hence the title).
    Air: First Movement opens up in space with all manner of electronic effects before blossoming out into this panoramic display of gorgeous mystical choral voices (Mellotron 400 sounds) that soar, swell and sway though the upper atmosphere to heavenly effect, before returning to a collage of synth effects that are a little reminiscent of early Tomita. It then moves into a new, more "Berlin School" area of sound where repeating synth melody lines wondrously dance around in the atmosphere until a sequencer line comes over the horizon and interacts with the dazzling effects. It all gets a little manic as they all collide and disperse in a burst of light to reveal an altogether more sensitive sequence juxtaposed with a slightly more discordant sound. Great opener!
    Silver Clouds opens with a more classical sensitivity with the sound of a synth (I think) oboe tune and then blossoms out further with the addition of angelic synth harp sounds and added Mellotron strings, taking on a more cosmic feel as choral voices flood the soundstage with an ethereal atmospheric quality. Towards The Sky features a carnival or sounds and textures and is lightly rhythmic at first as it sprightly dances to sounds sketches of crystalline synthesizers and sequences. Soaring Angel is a symphonic tone poem that starts out in a sombre floating in space mood, but as little bursts of synth sunlight appear, a hole in the hazy, dream-like atmosphere appears, and sweet alien-like voice melodies flow through. Soft organ textures roll around for a while then more angelic beams of sound form a kind of celestial sunset and the alien choir appears once and closes the track abruptly.
    Air: Second Movement brings the return of the vast choir of heavenly voices of the opening track and a sequencer, to some extent, then delivers a rhythmic drive to the track with background organ and string synths proving an ethereal backdrop. The Mellotron choirs once more add their bit to the final passage and here we are firmly in Rubycon final movement territory! Rising Sun open in a new part of space, with a phased mix of angelic voices and effects creating a cosmic montage of sound that gives a real feeling of being "out there" in deepest dark space.
    The final two minutes form a gorgeous symphonic space theme with massed string synths and choral sounds enveloping the atmosphere before ending abruptly once more.
    Let It Out is the sound of a revolving keyboard melody line backed by string-synth textures and that's it! Daybreak moves bank into deep space textures, but it too is an equally short piece. Long Distance starts with effect ridden organ chords that form a simple but extremely effective wall of cosmic sound, then swirling ecclesiastical voices come in and surround it with a warm heavenly glow. Under The Blue Sky closes the album with a space-synth drum sequence that all of a sudden envelopes and bursts into a panoramic theme that I can only describe as being a bit similar to OMD's big Mellotron driven epic: Joan Of Arc, with key changes and all!
    Air is complete escapism - an extremely enjoyable album that will take you out into the cosmos on a just over forty-minute trip where you'll forget all your worries and woes and enjoy the beauty and thrill of a space trip like no other!

    CD-Services

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR