Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Most popular

(126 albums)
sort by albums on one page
recording period
  • Polaris | Desert Run

    Polaris | Desert Run

    Bestseller
    The track titles suggest a concept album built around desert theme, but luckily we don't have to suffer any sitar doodlings, camel baa-ing or muezin-style vocal samples. This is top-notch relaxing, rhythmic Berlin School sound. The music is more about flying over the desert than struggling through its sands.
    This record is by no means a "set-the-sequence-on-and-doodle-for-15-minutes" boring Berlin School. True, it employs sequencing intensely, but offers much more than that. Just when you think you know what to expect the next minute, Polaris rotates gently his musical kaleidoscope and all the pieces fall into new place forming another convincing soundscape.
    Desert Run is a musical work on its own, and there are no obvious nods to big EM names. In case you've never heard the style of Polaris, and need some guidance as to how to place this in your musical landscape, after scratching my head I might think of the works of Emmens & Heij (who produce tracks much in the euphoric run of Oasis) or even Redshift (the dark intense parts of Derweze or Hastings CutOff). Yes, it's that good.
    So here we have the new opus by Polaris who remained silent since 2014's Way Out:
    Fata Morgana (13:16) opens with grandeur choral pads, soon to be supplemented by multi-layered sequences and delicate percussives. Around 2:20 it suddenly feels like getting the first sip of your favourite old whiskey: yes, it's the classy Polaris sound, all the fragrances are there in perfect proportions. Sit back and enjoy the taste! By 4:20 a strong soaring solo kicks in, and so well done it is. This record surely won't allow for boredom.The track progresses with myriads of sequences falling like rain from breathy pads that glide like heavy clouds over the horizon. My ears caught some soft tron sounds towards the end. There's an impression here, that I first got while listening to Way Out, of misty depth of the landscape, much like seeing a mountain range on a rainy evening, discovering layer after layer in the distance. This music is more than just a sum of its elements. I have 6 of his previous albums on my shelf but must admit this might be my fav track by Polaris. Whoa. After such an opener, where do we go next?
    Derweze (9:34) draws its name from a Turkmenistan site where earth gas keeps burning in a large crater nonstop since 1971, making a great visual spectacle at night time. The mood gets darker at first, but not for long. Slow rhythm works steadily under washes of atmospheric keys, and the chord progression from 7:30 onwards makes you nod to the music without even knowing. And then there's a little flutey tron solo that nicely concludes the track.
    Next one is Dunes (11:40), starting with a fat synth underneath and a meandering solo on top. Soon there's a bassline and drum loop added, forming a relaxed flowing music where sequences stay calmer and usher in some brilliant soloing. This tune shows Polaris' more reflective side. Nice work.
    Hastings CutOff (9:50) starts in much darker and more industrial feeling, the synths get more angular, jumping around like metal hornets. This is again counterbalanced soon by soothing pads in the background. Then halfway through the track there's a superb mood change, when things get real cosmic and a TB303-like loop rises, at first subdued and restrained, but we old acidheads know it's gonna mutate and wriggle, we know it... and soon it does, gaining more squelch, and from here we float slowly on a spacey acid trip until it ends in an echoed crescendo.
    Oasis (8:12) starts blissfully with light pads, and then quick twinkling sequences set in one by one. Polaris soon throws a magnificent solo into the mix. The massive sequencing erupts again around 5:20 and this is one of the finest moments of the whole album. All in all it's an airy, sunny and breathy closure to entire Desert Run, one of those I never want it to finish tracks.
    Great step forward in his musical career, while pleasing old fans like myself, Desert Run is well worth the wait.

    Michał Żelazowski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Katod | Gold Ballads

    Katod | Gold Ballads

    Bestseller Good price
    Mariusz Wasilewski, czyli Katod, na swoich płytach dał się poznać jako utalentowany kompozytor przebojowej elektroniki, niezwykle starannie zaaranżowanej i nagranej. Zawiera to co miłośnicy stylu lubią najbardziej - porywające solówki synezatorów, gitar, szalejącą sekcję rytmiczną, sekwencje i harmonie bliskie rockowi progresywnemu. Płyta Gold ballads to zbiór elektronicznych hitów, które w latach 80. gwarantowałyby kompozytorowi stałą obecność w rozgłosniach radiowych. Wypada trzymać kciuki, że kiedyś ta muzyka zostanie doceniona, bo to naprawdę wspaniały wkład w polską szkołę klasycznej elektroniki. Klasa sama dla siebie!

    P.R.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    4,48 EUR
  • Tangerine Dream | The Sessions 2

    Tangerine Dream | The Sessions 2

    Bestseller
    Okazuje się, że zespół z biegiem lat może zamienić się w coś więcej niż tylko grupę ludzi tworzących razem muzykę. Współczesna historia i konwencja Tangerine Dream przypomina raczej głębszą filozofię i szyld, które przejmują muzycy młodego pokolenia, kontynuujący dokonania ojców założycieli. Taki jest obecny skład Mandarynkowego Snu, którego najnowsze propozycje wychodzą naprzeciw zapotrzebowaniu słuchaczy i fanów na działalność artystyczną legendy i prekursora muzyki elektronicznej. Materiał zawarty na obu krążkach albumu The Session 2, po odejściu Edgara Froese - zwornika koncepcji artystycznej zespołu i Mistrza, brzmi bardzo obiecująco i nawiązuje charakterem do wczesnego okresu działalności zepołu, sięgającego lat 70. ubiegłego wieku. Wygląda więc na to, że Tangerine Dream istnieje, ma się bardzo dobrze, a to gwarantuje kolejne płyty w dorobku tego zespołu-instytucji.

    P.R.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,99 EUR
  • Przemysław Rudź | Master Of Own Fate

    Przemysław Rudź | Master Of Own Fate

    Bestseller
    After a warm reception of the album 3C, dedicated to Tri-City (where Rudź lives and works), recorded with the aces of Polish el-scene - Krzysztof Duda and Robert Kanaan, Przemysław Rudź returns with a new solo work entitled Master Of Own Fate. The master of own fate is not only the composer himself, but also those to whom the record is dedicated - the people of the sea. Their hard and dangerous work, full of everyday challenges and uncertainty of reaching the destination port, is like a continuation of the 3C concept, after all beautiful port cities of Gdansk and Gdynia (two parts of Tri-City) have become such ports for many. In the musical layer it is a classic Rudź with his searching for a part of the common of electronics and progressive rock, this time in an energetic and sometimes pathetic form. The title suite, multi-layered and epic, refers to many similarly formally constructed works by Rudź, in which, as in the mirror, reflects his fascination with unconventional music, that is original and requiring the listener to submit himself entirely to the composer's narration. In return, we get a ticket to explore fantastic worlds, where analogue sounds, synthesizer passages, pastel landscapes and expressive solo performances create another important achievement of the Polish school of classical electronic music. Big recommendation!

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,01 EUR
  • Klaus Schulze | Timewind (LP)

    Klaus Schulze | Timewind (LP)

    Bestseller
    Sukces tego właśnie albumu sprawił, iż berliński artysta mógł sobie wreszcie pozwolić na wynajęcie profesjonalnego studia oraz zakup dodatkowego sprzętu na sesję nagraniową kolejnego albumu, Moondawn. Timewind zarejestrowany został w domowych warunkach na ośmiośladowym sprzęcie, podczas gdy cała muzyka rejestrowana i miksowana była na żywo! Tym bardziej oszałamiać może spektrum wyczarowanych tutaj barw i nastrojów. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej niesamowitych i przejmujących albumów sygnowanych nazwiskiem Klausa Schulze. Dwie półgodzinne impresje poświęcone Richardowi Wagnerowi przynoszą odrętwiałe alternacje mollowych akordów i lodowate wysączenia improwizowanych ścieżek melodycznych. Muzyka spowita jest zawiesistą mgłą świtu, porywisty wiatr zmusza czas do zmiany biegu i słuchacz obserwuje w takt smutnych, ołowianych impresji, jak ledwo zarumieniona wiosna przeobraża się na powrót w głęboką zimę zapomnienia i rezygnacji. Utwory proponowane tu przez Klausa Schulze są chyba jeszcze bardziej przygnębiające niż impresje przygotowane na młodszą o dwa lata płytę Mirage - a z drugiej strony nie ma tu mowy o czystej rezygnacji i zupełnym przygnębieniu, jako że kreowana na Timewind muzyka ma niesamowitą witalną moc. Nie jest to w żadnym wypadku album lekki, ale nie zwalnia to nikogo z obowiązku przesłuchania go chociaż jeden raz! ;-) Arcydzieło atmosferycznej elektroniki sekwencyjnej, będącej jako gatunek dopiero w fazie rodzenia się, a już osiągającej niedostępne dla innych wyżyny.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Mirage (LP)

    Klaus Schulze | Mirage (LP)

    Bestseller
    Album Mirage wydany został między dwiema częściami wydawnictwa Body Love - w porównaniu z tymi pozycjami Mirage jest płytą niemal arytmiczną, niezwykle oniryczną, brzmiącą wręcz skrycie, zawoalowanie. Główne wątki melodyczne rozwijają się niespiesznie, nikną w odmętach brzmień niemuzycznych, splatają się ze sobą i gdy już zaczynają się składać na wyrazisty motyw - rozpuszczają się, przykryte lodowatymi falami szumów i tęsknych, chłodnych ech elektronicznych westchnień. Najwięcej wspólnego z atmosferą Mirage miały takie kompozycje z cyklu Body Love jak Blanche i (zwłaszcza) Moogetique - ale tamte utwory brzmiały klarowniej, brakowało i przede wszystkim tej gęstości i głębi brzmienia tak charakterystycznej dla zimowych "miraży" Klausa Schulze.
    Przy pierwszym przesłuchaniu ta płyta może nawet nieco rozczarowywać - brak tu pulsującego, prawie huczącego, transowego ostinata, na tle którego syntezatory lub organy snują swe improwizacje, brak tu chwytliwych kombinacji brzmieniowo-melodycznych w takim stylu, jaki zdominował nagrania z Body Love, brak tu niesamowitych, podminowanych niebywałym napięciem improwizowanych partii perkusyjnych raczej opowiadających niezwykłe brzmieniowe historie niż po prostu zamarkowujących rytm... Kompozycje z Mirage odsłaniają w pełni swój czar dopiero przy kolejnych, uważnych przesłuchaniach - pewnego dnia słuchacz zostanie na tyle wciągnięty przez tajemnicę tej płyty, iż zapragnie obcować z nią częściej aniżeli z innymi płytami... Oba utwory brzmią tak, iż nigdy nie uda się słuchaczowi przejrzeć ich "na wskroś". Wielogłosowość i atmosfera tej płyty są oszałamiające - jakiś detal zawsze zdoła ukryć się przed ciekawskim uchem odbiorcy. Trudno nawet zaproponować adekwatne wizualizacje do tej muzyki - największym bowiem plusem zaprezentowanych tu nagrań jest ich płynność, rozchwianie, niebywała "halucynacyjność". Wystarczy jedno mrugnięcie powieką, jeden gwałtowniejszy wdech sprowokowany rozlewającymi się elektronicznymi brzmieniami i cały obraz zostaje zburzony, a kolejne pojawią się dopiero, gdy uzbiera się w umyśle słuchacza odpowiednio gruba warstwa arpeggiatorowych płatków śniegu i oscylatorowych lodowych tafli...
    Zamieszczony na składance 2001 siedmiominutowy ekscerpt z kompozycji Crystal Lake zdaje się sugerować, iż Mirage jest płytą pełną wyrazistych melodii, dobitnie zamarkowywanych akordów i chwytliwych arpeggiatorowych tematów. Zapoznanie się z całym albumem może okazać się sporym "szokiem termicznym" - na albumie Mirage panuje najprawdziwsza, mroźna zima, nieposkromiona i przygnębiająca; nie taka, jaką znamy z kojących baśni, tylko taka, która zjawia się w najbezczelniejszych, najbardziej niezrozumiałych i poruszających snach pełnych dwuznacznych, zamglonych obrazów. Obrazów niewyraźnych, zaskakujących, niepokojących - i przez to pięknych i każących się odkrywać wciąż na nowo...

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | ...Live... (2LP)

    Klaus Schulze | ...Live... (2LP)

    Bestseller
    Kompozycja Bellistique to wlaściwie "wzorcowy utwor" Schulzego z tego okresu. Ruchliwe arpeggio sekwencerow zmienia rejestr i glebokosc tonu, a na tle snuje sie chlodna melodia, w rozmaity sposob modulowana i "napinana" na siatce tetniacego wciaz w tle ostinata. W melodii tej przewijaja sie raz po raz drobne motywy zapozyczone z wczesniejszych kompozycji, szczegolnie wpada w ucho cytat z kompozycji Friedrich Nietzsche z albumu X. Utwor toczy sie naprzód do momentu, w ktorym rytm zostaje zlamany i wszystkie brzmienia rozpuszczaja sie w elektroakustyczna impresje przypominajaca nieco, jak brzmialy najdawniejsze kompozycje Schulzego.
    Drugi utwor pierwszej plyty to kompletna, 51-minutowa wersja suity Sense (na analogowym wydaniu albumu sluchacze mogli cieszyc sie trwajacym "zaledwie" 31 minut wycinkiem). Oto wyborne podsumowanie pomyslow, ktore zdominowaly plyty Moondawn i Body Love. Ostinato nadajace ton calej kompozycji kojarzy sie z pulsujacym rytmem utworow Floating i P:T:O:, a wypelniajaca pierwsza strone plyty Moondawn muzyka przypomni sie uważnemu słuchaczowi jeszcze i w tym momencie trwania Sense, gdy melodia snuta przez sekwencer zacznie "kipiec" i wibrować, stapiając sie w niesamowitą, dudniacą calość wraz z huczeniem perkusji Haralda Grosskopfa.
    Utwory wypelniające drugą płyte albumu sa nieco bardziej nietypowe. Przez introdukcję Heart przewijają się odległe echa utworu Heinrich von Kleist, po czym następuje hipnotyczny, rytmiczny pasaz zapowiadajacy brzmienia, jakimi Schulze w towarzystwie Pete Namlooka (i niekiedy Billa Laswella) raczyć będzie słuchaczy po kilkunastu latach w cyklu The Dark Side Of The Moog. Tytułowe serce bije coraz prędzej, pociągając za sobą alternacje zimnych akordów, aż do 30 minuty, w której muzyka umilknie.
    W finałowej kompozycji Dymagic wystepuje gościnnie Arthur Brown, na płycie Dune recytujacy i śpiewajacy podniosłe wersy suity Shadows Of Ignorance. Ten głos w pełni rekompensuje na ...live... brak wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. Opowieść Browna zaczyna się od leniwie przeciąganych zdań wplatających się w "skradające się", kosmiczne dźwięki syntezatorów. Nastepnie głos przybiera na sile i brzmi już jak w "refrenie" Shadows Of Ignorance", po czym przeradza sie w skargę szalonego śpiewaka operowego. Tempo utworu przyśpiesza według tego wzoru, co w kompozycji Heart. Gdy galopujący rytm osiąga swoje maksimum, Brown wydaje przeciagły krzyk i w tym momencie cały utwór runie znienacka w stojący, mętny akord, w którym rozpłyną się jeszcze ostatnie, ciche zdania utworu. W plebiscycie Jerzego Kordowicza na najlepszą elektroniczną płytę wszechczasów drogę do ścisłej czołówki zagrodzili Klausowi Schulze czlonkowie grupy Tangerine Dream (z albumami Poland i Ricochet) oraz Jean Michel Jarre (ze swą plytą Oxygene, nie wiedzieć czemu uchodzącą powszechnie za jego debiut). Najwyżej odnotowany tytuł Schulzego na tej liscie to wlasnie ...live..., wyśmienity album zawierający nagrania z występów artysty w latach 1976 i 1979.
    Osobiście zgadzam sie w pełni z sugestią, którą można wysnuć na podstawie wyników notowania: ...live... to najlepszy album Klausa Schulze. Sam artysta wahał się podobno przed wydaniem tego albumu, twierdząc, iż jakość zarejestrowanego materiału nie odpowiada jego oczekiwaniom; pozostaje tylko cieszyć się, że berliński muzyk ostatecznie wydał tę pozycję. Album ten to doskonały przekrój przez tworczość Klausa Schulze w fazie od Picture Music po Dune - równie dobrze nie brzmiałaby chyba żadna składanka fragmentow nagrań studyjnych z poprzednich płyt. Jest to dzieło najwyższej próby, a jakość dźwięku, wbrew zastrzeżeniom autora, jest doprawdy wiecej niż znośna. ...live... jest absolutnie obowiązkową pozycją w zbiorach każdego miłośnika muzyki elektronicznej.
    Słuchacze zasmuceni, że na reedycji albumu Dune starczyło miejsca tylko dla kontynuacji (jak wynika z wchodzącego z wyciszenia brzmienia zaawansowanego już rytmicznie i melodycznie epizodu) koncertowej impresji „Le Mans“, mogą się teraz ucieszyć: jako bonus do albumu ...live... ukazał się utwór Le Mans Au Premier, czyli ponad 17-minutowa introdukcja do wspomnianego tematu. Znajdziemy tutaj wszystkie charakterystyczne dla dynamicznych impresji koncertowych KS w roku 1979 elementy: na początku wyłania się chmurna, bezlistna, odrętwiała konstelacja akordów, z niej wykwitają pierwsze elementy porządkujące całość rytmicznie, w końcu zaś wkracza na scenę charakterystyczny uparty rytm podszyty metalicznym basem syntezatora, na który nanizane zostają prześlizgujące się kaskady dźwięków snute przez KS z typową dlań improwizacyjną swobodą). Brakuje tylko charakterystycznego głosu Arthura Browna, który by poprowadził Słuchacza w surrealistyczno-symbolistyczne rejony Shadows of Ignorance, Time Actor albo Child of Dawn; w zamian za to mamy tutaj sporą dawkę kosmiczno-analogowej pulsacji o tajemniczym charakterze, znakomite uzupełnienie zestawu nagrań dokumentującego okres Dune.

    I. W.



    Z pośród płyt przełomu lat 70-80 płyta ...Live... a szczególnie suita Sense to dla el-rocka przekroczenie rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhiusa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
    Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancho-lijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 13 lat później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i ... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja-deser dla smakoszy i dla tego właśnie lubię tę muzykę.
    Kiedy emocje dobiegają końca pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Arthura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...LIVE... nie znasz alfabetu el -muzyki.

    Damian Koczkodon




    Płyty albumu ...Live... nie mają sobie równych w twórczości Klausa Schulze. Może jedynie Timewind. Wiatr czasu odcisnął się piętnem w koncertach Klausa lat siedemdziesiątych. Bardzo dobrze! Podobnie jak Timewind wciągają słuchacza w świat rozległych przestrzeni innych światów. Jeden z utworów (Sense) trwa 51 minut i nie mogę powiedzieć aby mimo jednostajnego ostinato nudził. Wręcz przeciwnie! Ten kawałek to solidna "działka" narkotycznego transu. Muzykę trudno opisać. Powiem krótko: słucham tego albumu i słucham i nie mogę się nasłuchać. Wielka szkoda, że Schulze tak daleko odszedł od swego stylu muzyki. Ufam, że gdy wróci do łask Jego Big Moog, to razem z całym dobrodziejstwem jakie z niego wydobył.

    Jerzy Strzeja

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR
  • Klaus Schulze | Audentity (2LP)

    Klaus Schulze | Audentity (2LP)

    Bestseller
    Album otwiera blisko 25-minutowa kompozycja Cellistica - jak sam tytuł wskazuje, jedną z pierwszoplanowych postaci w tym dramacie będzie wiolonczela Wolfganga Tiepolda, łkająca tęsknymi dźwiękami, zgrzytająca chropawymi dysonansami, rozrzucająca połyskujące promienie swoich melancholijnych wspomnień o matowej, mollowej tonacji. Pływające, roztapiające się motywy sekwencerowe mieszają się z potężnymi kaskadami tonów elektronicznych i perkusyjnych. W odróżnieniu do muzyki wypełniającej wcześniejsze płyty panuje na tym albumie już od początku specyficznie suchy, sterylny nastrój, wzmagający tylko atmosferę niepokoju i naprężenia...
    Kolejnym utworem jest Spielglocken (kompozycje ustawiono na reedycji albumu w innej kolejności, aby przygotować miejsce dla godzinnego utworu dodatkowego) - miłośnicy muzyki Klausa Schulze, którzy wcześniej niż Audentity poznali album Dziękuję Poland od razu rozpoznają charakterystyczne sekwencje vocoderowo-syntezatorowe, tętniące miękkim pulsem w dalszym planie, przykrywane improwizowanymi dźwiękami głównymi. W porównaniu z koncertową impresją Katowice (Iris) studyjny pierwowzór jest jednak delikatniejszy, znacznie mniej natarczywy rytmicznie, brzmi subtelniej i eteryczniej głównie za sprawą kroplistych, przydymionych dźwięków wibrafonowych.
    Pierwszą płytę wieńczy prawie półgodzinny poemat Sebastian im Traum, kolejny po drugim utworze z pierwszej płyty albumu X (1978) hołd dla poety Georga Trakla. Jest to jeden z najbardziej posępnych utworów w całej dyskografii Klausa Schulze. Powracający motyw wibrafonowy, przetworzony później na płycie Angst (1984) jako Freeze, to w zasadzie jedyny wpadający w ucho motyw składający się na treść tej niezwykłej impresji; poza tym smutnym, zziębniętym wątkiem o bezlistnej rytmice, plan dźwiękowy wypełniają elektroakustyczne opowieści Schulzego i Blossa oraz oniryczne, abstrakcyjne wiolonczelowe monologi Tiepolda. Ta kompozycja przy każdym przesłuchaniu pozwoli słuchaczowi odkryć nowe rejony i dostrzec miejsca, o których muzyka sugestywnie opowiada, w zupełnie nowym świetle. Na drugą płytę trafiły trzy krótsze utwory: Tango - Saty, Amourage i Opheylissem. Pierwszy z nich to drobne scherzo, zbudowane na zgiełkliwym riffie imitującym brzmienie trąbki - wkrótce dołącza się szept vocodera oraz bombardująca perkusja Michaela Shrieve'a, a następnie cały utwór rozkołysze się szklistym, posuwistym rytmem basowego syntezatora. Amourage to piękna sonata na fortepian, syntezatorową fletnię oraz frapujące elektroakustyczne szumy. Zmarznięte motywy wykwitające w tęsknej tonacji oblodzonej lisią czapą mogą równie dobrze towarzyszyć obrazom Edvarda Muncha, co panoramie warszawskiej Płyty Czerniakowskiej o czerwonawym, zdrętwiałym świcie... Opheylissem to swoistego rodzaju kontynuacja Tango - Saty, tym, razem bez trąbiastego riffu, za to z jeszcze bardziej zagęszczoną ścieżką perkusyjną i intrygującymi dysonansowymi akordami wbijającymi się w klinicznie czysty, uporządkowany rytm tej miniatury.
    Na deser słuchacze otrzymują mrożący krew w żyłach utwór Gem w kilku epizodach: pierwsze 11 minut to swobodna, arytmiczna impresja, w której rozżarzone kawały elektronicznych brzmień spadają w gęstniejące elektroakustyczne palenisko - miłośnicy muzyki Ernsta Horna oraz płyty Excerpts 1 Wolframa Spyry z pewnością będą zachwyceni tym pasażem. Z tego złowieszczego, fascynującego wstępu rodzi się utwór główny, zbudowany na szybkim rytmie sekwencerowo-perkusyjnym, na którym w typowo schulzeański sposób rozwijają się improwizowane połacie niezwykłej muzyki. Nastrój tej dynamicznej części kojarzy się z utworami wypełniającymi płytę Drive Inn, szczególnie z nerwowym, podszytym poskórnym napięciem epizodem pt. Highway.
    Na zakończenie jeszcze jedno zdanie - gdyby ktoś kiedyś pokusił się wreszcie o dokonanie adaptacji filmowej powieści Jerzego Krzysztonia "Obłęd", nie można by było chyba wyobrazić sobie w tym filmie idealniejszej muzyki niż ta, która składa się na album Audentity!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR
  • Tangerine Dream | The Sessions 1 (EP)

    Tangerine Dream | The Sessions 1 (EP)

    Bestseller
    W roku 2018, Tangerine Dream to ponownie trio: Thorsten Quaeschening, Ulrich Schnauss i Hoshiko Yamane. Bynajmniej cała trójka nie pzowoliła umrzeć Tangerine Dream, chociaż główny aktor zszedł już ze sceny. Płyta Sessions 1 to zapis fragmentów występów z Budapesztu i Hong Kongu, zarazem to kolejne stopnie wtajemniczenia. Atakuje ultranowoczesna oprawa dźwiękowa. Monumentalne drony, nasączone elektronicznymi efektami, poza nimi mamy krystalicznie wypolerowane dźwiękowe klisze w Blue Arctic Dunabe. Przeplatają się one z bardziej zwartymi, syntetycznymi sekwencjami i rytmicznymi eksplozjami w drugim nagraniu Gladiatonial Dragon. Tym samym nowy Tangerine Dream na żywo, próbuje niejako łapać ducha "klasycznych" improwizowanych koncertów z lat 70 i 80. Jednak w tym wypadku poza samą formułą, trio stara się niewiele cytować ze swojej przeszłości. Proponuje za to blisko godzinę nowoczesnej i wyrafinowanej muzyki.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1EP-CD


    9,59 EUR
  • Tangerine Dream | Light Flux

    Tangerine Dream | Light Flux

    Bestseller

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,99 EUR