Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Most popular

(131 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Jean Michel Jarre | Concerts in China

    Jean Michel Jarre | Concerts in China

    Bestseller

    Płyta dokumentująca koncerty Jarre'a w Chinach w 1982 roku jest wybitnym osiągnięciem francuskiego artysty. Praktycznie żaden inny z licznych późniejszych albumów koncertowych tego kompozytora, aranżera i wykonawcy w jednej osobie nie przynosi aż tak wielkiego ładunku emocji, tylu aranżacyjnych niespodzianek i tylu nigdzie indziej nie publikowanych utworów. Album otwiera przejmująca L’Ouverture, czyli fascynująco spowolniona introdukcja pierwszej części suity Chants Magnetiques, urozmaicona vocoderowymi akcentami i dobrymi ozdobnikami perkusyjnymi. Następny utwór powinien szczególnie zainteresować miłośników kontynuatorstwa berlińskich tradycji : Arpegiateur doprawdy niewiele ustępuje wielu młodym utworom Tangerine Dream (o ile ich nie przewyższa), słychać też tutaj, iż wielu młodszych artystów nagrywających choćby dla Manikin Records albo Neu Harmony nie zakończyło swej muzycznej edukacji na nagraniach Tangerine Dream i Klausa Schulze, lecz sięgali też – czy się do tego przyznają, czy nie – po płyty "popowego sekwencyjnego iluzjonisty" z Francji. Nieco podobne motywy zjawiają się w utworze Nuit a Shanghai, kolejnym premierowym utworze. Harpe Laser, choć właściwie jest tylko wyimprowizowanym interludium przedzielającym właściwe kompozycje, robi doprawdy duże wrażenie: być może to muzyczny opis wypłowiałego świtu w brudnym, dużym, nowoczesnym mieście, koniec kolejnej doby dogorywającej w przybyłej właśnie jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca śmieciarce? Harpe Laser jest niewątpliwie jednym z najbardziej fascynujących momentów tego albumu, ale o którym utworze w tym zestawie można powiedzieć coś innego? Znakomicie wypada zagadkowe, wykluwające się w pożółkłych elektronicznych szuwarach Chants Magnetiques III, bardzo dojrzale brzmi zwieńczone improwizacjami nawiązującymi do Chants... I Equinoxe 7 ze zmienionym rytmem, a do tego mamy jeszcze przecież prawdziwy dynamit: siarczyste, brawurowe wersje przebojów Jarre’a z tego okresu, Equinoxe 4 i Chants Magnetiques II, bezdyskusyjnie najlepsze odsłony tych tematów w całym dorobku Jarre’a, który te właśnie kompozycje przypominał jeszcze wiele razy tak na żywo, jak i w nowych studyjnych wersjach. Jeżeli ktoś jeszcze wątpi w autentyczne zdolności Jarre'a i nazywa jego muzykę ‘konfekcją’, powinien niezwłocznie sięgnąć po ten album. Prawdziwy miłośnik dobrej muzyki elektronicznej z pewnością już to zdołał uczynić i co najwyżej ucieszy się z faktu, iż wznowione nagrania znów są osiągalne.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    9,59 EUR
  • Jean Michel Jarre | Equinoxe

    Jean Michel Jarre | Equinoxe

    Bestseller Good price

    Album ma odzwierciedlać dzień życia człowieka od rana do wieczora. Jarre rozwinął tu swoje brzmienia dodał dużo więcej dynamicznych i rytmicznych elementów głównie przez większe eksploatowanie sekwencji linii basowych. Krok naprzód po sukcesie komercyjnym Oxygene. Nie przełamał tu reguł które pozwoliły oczarować słuchaczy poprzedniej płyty ale zdaje się że płyta jest mniej improwizowana a bardziej przemyślana - co niekoniecznie znaczy lepsza. Jarre w umiejętny sposób rozbudowuje syntezatorowe orkiestracje tworząc ścianę dźwięku osadzoną w pięknych liniach melodycznych współgrających z harmonijnymi podkładami służącą mu to wytworzenia niesamowitego mniej pogodnego w odróżnieniu do Oxygene klimatu. Uwagę przykłada do wszelkich smaczków i pasaży dodając melodiom dodatkowej atrakcyjności. Dźwięk brzmi także dużo mocniej niż na poprzedniej płycie co podyktował repertuar płyty.
    Nie zapowiada tego pełen patosu wstęp części 1 obrazujący jak dla mnie wschód słońca przechodzący w części 2 w muzyczną opowieść o poranku, powoli budzącym się do życia świecie. Delikatne dźwięki nabierają mocy w części 3, lecz w jeszcze spokojnej tonacji, bez basów - to już symbol czynu, podjęcia wyzwań dnia codziennego. Dużo mocniejszą dawką decybeli obdarzono nas w części 4 - praca, zajęcia, człowiek na pełnych obrotach. Najbardziej dynamiczna część 5 - bombastyczny obraz człowieka w ruchu tak charakterystycznego dla dzisiejszej cywilizacji to chyba najbardziej znana porcja muzyki z tej płyty - podkład z niej jest kontynuowany w części 6 i na tle tego Jarre dodaje kolejne ozdobniki tworząc jakby nową integralną część (człowiek nadal na najwyższych obrotach tyle że w zaciszu domowym). Pod koniec jednak jego fizyczna aktywność powoli maleje (końcówka 6 części i część 7). Kiczowata melodyjka w 7 na wstępie (kojarzy się z klubem paryskiej bohemy) sygnalizuje odpoczynek - a samotnie bez udziału ozdobników wygrywane końcowe akordy to jakby hołd dla kondycji ludzkiej, człowieka samego w sobie i zarazem hymn dla konczącego się dnia. Całość brzmi jak muzyczna epicka opowieść.
    Można twierdzić że Jarre nie zaryzykował i zduplikował poprzednią formułę ale wiele tam nowych elementów. Nastroje na niej zawarte są jakby mniej porażające jak to było na Oxygene - mroczne i mniej uduchowione - prawdopodobnie gdyby ukazała się jako preludium przed Tlenem jej sukces byłby dużo mniejszy - jako kontynuacja znalazła szeroki poklask - co nie znaczy że płyta jest zła - o nie - to majstersztyk.

    Dariusz Długołęcki


    Wspaniały album! Nawiązujący do poprzedniego krążka twórcy. Equinoxe jest bardziej przyziemny. Nie znaczy to jednak, że pozbawiony jest tajemnicy. Ma niepowtarzalny klimat. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie Band in the rain kończące Equinoxe7. Słuchacz tego albumu na pewno się nie znudzi ani przez moment. Często lubię słuchać Jarre'a wieczorem, choć to tylko moja opinia. Jest to jednak album porównywalny z Oxygene. Myśle, że te dwa krążki są najlepszymi dziełami w historii muzyki elektronicznej. Jak do tej pory nie znalazłem bardziej perfekcyjnych płyt z El-muzą.

    Bartek


    Muzyka z tej płyty, jak i opisywane przez nią zjawisko, jest czymś rzadkim i niezwykłym w swoim rodzaju. Mimo dość dużego podobieństwa do swej poprzedniczki Oxygene płyta ta nie traci na świeżości pomysłów, a przede wszystkim na oryginalności zaprezentowanych utworów. Jean Michel Jarre poprzez Oxygene, Equinoxe i późniejszą Magnetic Fields stworzył swój własny, niepowtarzalny styl, który do dziś fascynuje wielu słuchaczy na całym świecie. Equinoxe jest dość wyraźnym przykładem zafascynowania kompozytora różnego rodzaju dźwiękowymi "bajerami". Szalejące wichry, odgłosy burzy, świergot ptaków i zlewające się plany dźwiękowe upiększają i urozmaicają jego muzykę, a nie przesycają ją natrętnie jazgoczącymi dźwiękami (jak ma to miejsce u wielu innych muzyków).
    Z całej suity na szczególną uwagę zasługują trzy pierwsze jej części osnute kosmiczną tajemnicą, pozostałe to już bardziej zdynamizowane ale podtrzymujące wcześniejsze wątki muzyczne pejzaże (warto przypomnieć, że pochodzą stąd dwa "przeboje": Equinoxe IV i Equinoxe V). W ostatnich latach dokonania Jarre'a zbliżyły się do tzw. techno-popu (nie mylić z techno!), ale nie wolno zapominać, że są w jego dorobku płyty, które z całą pewnością nawiązują do SBSME (skrótu chyba nie muszę tłumaczyć).

    Wojciech Suchan

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,13 EUR
  • Arc | Blaze

    Arc | Blaze

    Bestseller

    Próba tchnięcia nowego ducha w brzmieniowe ramy skonstruowane przez pionierów z Berlina nie zawsze owocuje wyjątkowo udanymi płytami. Po pierwsze, elektronika sekwencyjna jest już terenem tak dalece wyeksplorowanym, że można pomału mieć wątpliwości, czy poruszając się po nim da się jeszcze w ogóle przedstawić coś oryginalnego. Po drugie, często najlepszym sposobem na nagranie dobrego i wpadającego w ucho albumu jest bliżej lub dalej posunięte kopiowanie gotowych patentów wypracowanych przez prekursorów stylu: Klausa Schulze oraz grupy Tangerine Dream. Muzycy duetu Arc zaproponowali zestaw nagrań, w którym nie tylko dochodzi do głosu ich własny sposób widzenia elektronicznej muzyki sekwencyjnej, ale w którym uwage przykuwają przede wszystkim rewelacyjne aranżacje, dopracowane do granic możliwości i takoż zachwycające wybrednych miłośników brzmień okołoberlińskich. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż Ian Boddy i Mark Shreeve mają dodatkowy zmysł wyspecjalizowany w kierunku opracowywania powstałych impresji na konkretne brzmienia i barwy oraz w kierunku uwypuklania niektórych głosów i usuwania w cień pozostałych. Jakkolwiek oksymoronicznie może to zabrzmieć, kompozycje Arc mają wprost niespotykany ciężar gatunkowy, nie tracąc przy tym ani trochę swej surrealnej, eterycznej zwiewności. Elektroniczne riffy, energiczne ostinata i wszelkie syntezatorowe akcenty potrafią niemalże przytłoczyć słuchacza, a jednocześnie muzyka ta jest niepospolicie przestrzenna, głęboka i lekkostrawna. W fenomenalny sposób udało się tutaj połączyć "berlinizujące" ostinatowe sekwencje z atmosferycznym, zagadkowo wielowarstwowym ambientem. Niektóre spośród przedstawionych tu utworów śmiało mogłyby stać się ozdobą katalogu Fax Records: niektóre rozwiązania harmoniczno-aranżacyjne mogą wywołać nie aż tak odległe skojarzenia z płytami Psychonavigation 4 albo XIV - Solarized Namlooka. W ten nieprzeciętny zestaw nagrań znakomicie wprowadza już pierwszy, szczególnie interesujący utwór tytułowy: można by pomyśleć, iż Boddy i Shreeve zaprosili do wspólnego jam-session muzyków Pink Floyd A.D. 1967, kierowanego jeszcze przez Syda Barretta!
    Perkusja Carla Brookera przydaje rytmicznym kompozycjom z Blaze dodatkowego wymiaru, intrygującego i zarazem generującego u słuchacza więcej adrenaliny. Obowiązkowa pozycja dla nawet najwybredniejszych melomanów zainteresowanych ewolucją stylu zapoczątkowanego przez berlińskich mistrzów.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    10,92 EUR
  • Jean Michel Jarre | Oxygene (remastered)

    Jean Michel Jarre | Oxygene (remastered)

    Bestseller Good price
    Płyta, będąca kamieniem milowym muzyki elektronicznej, przez wielu uważana za najwybitniejsze osiągnięcie gatunku, wyniosła także na wyżyny nieznanego wówczas, francuskiego syntezatorzystę. O ile późniejsze (a szczególnie ostatnie) dokonania Jarre'a nie mają już takiego uroku, co pierwsze, to przyznać trzeba, że dzięki nim muzyka elektroniczna trafiła "pod strzechy" nawet mniej wybrednych słuchaczy. Czy to dobrze - śmiem wątpić, komercjalizacja nigdy nie wychodzi sztuce na dobre... Oxygene na pewno nie można zarzucić owej przypadłości, płyta poraża pełnią i bogactwem brzmienia, niezwykle nowatorskiego jak na owe czasy, a i dziś potrafiącego zachwycić. Sześc utworów, tworzących nierozerwalną całość, wypełnione jest zwiewnymi, klimatycznymi dźwiękami, szumami wiatru i wspaniałymi efektami stereofonicznymi. Oxygene part 1 wprowadza nas w stan zadumy i pewnej melancholii, przelewając elektroniczne pejzaże z głośnika w głośnik. Muzyka nabiera tempa w Oxygene part 2, pod tym indeksem ukryty jest, między innymi, zgrabny temat triolowy, jeden z najbardziej charakterystycznych w dorobku kompozytora. Z towarzyszącym nam szumem wiatru rozpoczyna się Oxygene part 3, tchnąca optymizmem urokliwa miniaturka, z wieńczącym ją śpiewem ptaków, kończącym jednocześnie pierwszą stronę płyty. Po tym kolejny raz witani jesteśmy szumem wiatru i rozpoczyna się Oxygene part 4, można powiedzieć "wizytówka" Jarre'a, będąca dowodem na to, że jest on jednocześnie mistrzem komponowania prostych, ale przyjemnych, chwytających za serce melodii. Oxygene part 5 wraca na początku do klimatów spokojniejszych, malowanych organowymi krajobrazami, by pod koniec nabrać tempa i wprowadzić nas w klimaty rodem z Tangerine Dream... Płytę kończy Oxygene part 6, nastrojowy utwór, któremu towarzyszy szum morza i odgłosy rybitw kończące płytę. Trzeba przyznać, że w 1976 roku była to rzeczywiście muzyczna rewolucja, nikt dotąd muzyki, jakby nie było, pop w ten sposób nie grał. Czas jednak pokazał, że "muzyka przyszłości", jak reklamowano Oxygene, brzmi zupełnie inaczej, czy lepiej, czy gorzej, oceńcie sami. Dla mnie Oxygene to wspaniała podróż w krainę przestrzeni, błękitnego nieba i widocznego w każdą stronę horyzontu...

    Sebastian Sztark



    Pomyśleć że Jarre miał problemy z wydaniem tego materiału! A tymczasem to jeden z najbardziej charakterystycznych i popularnych albumow muzyki elektronicznej wszechczasów! Odmienny od chłodnego futuryzmu Kraftwerk i bardziej kosmiczny i przestrzenny niż Tangerine Dream zaskakiwał silnie melodyjnym brzmieniem i kreacją muzycznych pejzaży.
    Kluczowe komponenty sukcesu tej płyty to znakomicie wykorzystanie instrumentarium (choćby Eminent-310 Unique organ), fantastyczne użycie efektów echa i dźwiękowych generowanych przez VCS i AKS i genialne realizatorsko niesamowite efekty stereofoniczne.
    Ten album to znak firmowy Jarre'a.
    Już pierwsza część powala klimatem jaki wytwarza ta muzyka - podniosły, metafizyczny nastrój ale nie mroczny. To jakby kosmiczno-przestrzenna nirvana oblana dźwiękami - nastrojowe preludium do porywającej w intergalaktyczną podróż części drugiej - przed nami całe piękno kosmosu -mijamy czerwone karły, pulsary, roje meteorytów - przepiękna, wyważona i w stu procentach dopracowana muzyka.
    Część trzecia to jakby spięcie tej potrójnej suity - spokojnie - dynamicznie -spokojnie - bardziej jednak doniośle.
    Część czwarta - chyba najbardziej znany kawałek elektronicznej muzyki w ogóle. Oparty na kilku melodyjnych akordach, ale jak zaaranżowany i jak wspaniale wsparty podkładami!
    Część piąta - składa się z dwóch fragmentów - pierwsza - odzwierciedlenie kosmicznej pustki - prawie brak linii melodycznej i jakby swobodny przepływ dźwięków - im dalej jednak w las tym pojawia się zamiast dysonansow coraz więcej harmonii która nagle przeksztalca się w feerię muzycznej galopady - jedno z najciekawszych wykorzytań stereo w historii muzyki - słynne przejścia zamian kanałami poszczegolnych podkladów robi wrażenie do dziś - główny motyw pojawiający nagle - poraża mnie do dziś - ten jakis taki przenikliwy, chwytający za serce dźwięk i zakończenie z falami rozbijającymi się glucho o skałę i samplami popiskiwań mew to jak dla mnie najpiekniejsza część tej płyty. Końcowa część to znowu przeciwstawność na ktorej Jarre oparł płytę - spokojny, nastrojowy utwór mniej jednak przestrzenny od pozostałych. Bardzo systematycznie ułożone struktury tej muzyki tworzą jej moc - olbrzymia siła tkwi też w tym że Jarre nie udziwniał kompozycji tworząc esensjonalnie krótkie utwory kumulujące wszystko co podpowiadała mu muzyczna wyobraźnia w sposób który pozwalał się nacieszyć poszczególnymi dźwiękami do momentu kiedy zaczęłyby nużyć. To grzech wielu twórców którzy nadmiernie eksploatują pewne pomysły, które zamiast brzmieć świeżo po 10 minutach powodują ból głowy. Siłą Oxygene jest to, że jest przyjaźnie nastawiona na słuchacza, który przy kolejnych przesłuchach może odnajdywać następne smaczki a jego wyobraźnia tworzyć coraz to inne wizje.
    Zasługą Jarre'a jest to, że muzykę el rozpropagował w świecie wyrywając ją z niszowego gatunku przeznaczonego dla niewielkiej, elitarnej grupy słuchaczy. Jak nośna i jak rewolucyjna była ta muzyka niech świadczy olbrzymi boom na podrabiaczy stylu Jarre'a - do dziś wiele płyt w sklepach netowych zamiast opisu nosi krótką etykietę wyjaśniającą wszystko - jarrish. Ale mistrza nie jest w stanie nikt podrobić - co by nie pisać, Jean Michel Jarre ma wielkie zasługi dla el muzyki i obszczekiwanie jego dokonań IMHO jest śmieszne - jego miejsce jest równorzędne obok Tangerine Dream, Klausa Schulze i Vangelisa.

    Dariusz Długołęcki



    Pośród szumów i poświstów elektronicznego sitowia chwiejącego się sennie na tle syntezatorowych konstelacji chmur i wody rodzą się pierwsze mętne, zimne akordy, a wokół nich zaczynają wirować migotliwe arpeggia i ciągnące się pojedyncze tony. PPG Wave snuje swoją nostalgiczną pieśń, a plan zaciąga się coraz ciemniejszymi, seledynowo-granatowo-brunatnymi chmurami rozmaitych syntezatorów. Tak rozpoczyna się dzieło, które zapewniło Jean-Michelowi Jarre’owi sławę – do dziś płyta Oxygene w wielu kręgach uchodzi za debiutancką płytę francuskiego artysty, przez co wydawnictwa Cage, Erosmachine, Deserted Palace i Les granges brulées skazane zostają na zapomnienie. Oniryczna, pozbawiona właściwie rytmicznego szkieletu impresja przechodzi płynnie wraz z odezwaniem się migoczącego ostinata w część drugą: po chwili rozbrzmi fragment stylizowany na barokowe Gigue, gdzie wysokie tony syntezatora momentami do złudzenia przypominać będą mollowe wyznania barokowej trąbki. Quasi-barokowy motyw zostaje zmyty falami elektronicznych chórów, których pomruk niesie słuchacza przez lodowe cieśniny rzeźbione w brzmieniach syntezatorów i melotronów.
    Część trzecia rozpoczyna się od dramatycznego, przejmującego, dysonansowego „akordu syntetycznego“, który szybko rozpuszcza się pod naporem ciężkiego rytmu akcentowanego dźwiękami tak ścieżki perkusyjnej, jak i lepkich, masywnych akordów syntezatorowych intonujących chwytliwy motyw zbudowany na charakterystycznej dla najbardziej nośnych riffów kwincie. Muzyka ulega zdezintegrowaniu na podobieństwo piany dotkniętej kawałkiem mydła jeszcze przed trzecią minutą trwania tego epizodu. Z szumu wiatru i gamy innych niezidentyfikowanych niemuzycznych brzmień wyłania się znany chyba każdemu słuchaczowi muzyki nie tylko elektronicznej pulsujący rytm czwartego epizodu, najprędzej kojarzonego z nazwiskiem Jarre’a. Na posuwistym tle rozbrzmiewa przymglona, bardzo melodyjna impresja, ciekawie parafrazowana na bazie niby przewidywalnego schematu Cm-F-G.
    Część piąta to najdłuższy epizod Oxygene. Właściwie wyróżnić można tutaj dwie pod-części: pierwsza jest niebywale spokojna i stonowana, rozbłyskują w niej skrzące się, miękkie brzmienia oddalonych syntezatorów; część druga ma dla kontrastu wyrazisty, rozbulgotany, kipiący rytm, na tle którego w sposób niemal charakterystyczny dla rockowej improwizacji Jarre rozwija otwartą melodię syntezatora prowadzącego.
    Ostatnia część to frapujący, chłodny obrazek, w którym brzmienie ścian akordów jest wyjątkowo ponure i osamotnione. Szczególną uwagę zwraca melodia budująca przejście między powrotami alternacji mollowych akordów – Jarre składa ją w pomysłowy sposób używając półtonowych interwałów, nadających muzyce specyficzny posmak. Od strony dźwiękowej finałowy epizod przypomina nieco konstelację dźwięków wypełniającą introdukcję Oxygene, utwór spowity jest jednak w szaty bardziej rytmiczne niż część pierwsza.
    Skojarzenia przypływające spontanicznie podczas obcowania z tą płytą mogą różnić się bardzo dalece – wcale niekoniecznie musi to być podróż przez najdalsze krańce kosmosu, zdumiewanie się architekturą warszawskiego Mostu Poniatowskiego na tle wystygłego marcowego nieba ani kontemplowanie obrazów surrealistów. Tak czy inaczej, podróż przez dźwiękowe struktury Oxygene jest niezapomnianym przeżyciem, o czym warto jak najszybciej przekonać się na własnej skórze.


    Igor Wróblewski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,67 EUR
  • Redshift | Faultline

    Redshift | Faultline

    Bestseller

    Charakterystyczne brzmienie Redhsift podlega dalszej ewolucji; transowe, musujące ostinata jeszcze bardziej wezbrały na sile, a zamyślone epizody to już raz po raz prawdziwe klejnoty wyrastającego na berlińskiej glebie ambientu. Album rozpoczyna się porażającym wprost utworem tytułowym, w którym wiodący głos należy do typowego dla Redshift ostinata o zmysłowo schromatyzowanej, „uskakującej” melodii – a raz wzniecone napięcie nie siada już aż do samego końca tej zdumiewającej płyty. Po krótkiej wizycie na opustoszałej planecie zasłoniętej mgiełką mżącego, fosforyzującego deszczu („Chrysolite”) odbywamy kolejną podróż przez ciasne pierścienie sprężystych ostinat w „Pyro-Gen”; niektóre sekwencje podminowane są terkotliwym pogłosem w stylu „Quichotte” TD, a namiętna melodyka ostinat połączona z wykonawczo-programatorskim temperamentem z pewnością pozostawi wielu słuchaczy pokręcających jedynie głowami bez słów... To na pewno jeden z najmocniejszych punktów całego albumu. „Aquamarine” to kolejne eksperymentalne intermezzo, zaczynające się gdzieś w rejonach mrocznego ambientu, prowadzące natomiast z czasem w zakurzone, oświetlone słabym światłem gazowych lamp rejony „The Big Sleep in Search of Hades” TD. „Quenzer” to po relatywnie krótkiej chwili wytchnienia kolejny zmasowany atak sekwencyjnych batalionów. Płytę wieńczy hipnotyczne, ponad 20-minutowe „Praetorian”, w którym lekko opóźniono tempo i wyrównano proporcje między tętentem ostinat a akordowo-improwizacyjnymi halucynacjami atrakcyjnie pokolorowanymi w duchu „Rubycon” Mandarynkowego Snu...
    I. W.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    12,27 EUR
  • Sampler Tangram 1

    Sampler Tangram 1

    Bestseller Good price
    Wydany nakładem X-Serwis składak o wymownym tytule Tangram 1, sumuje dokonania polskiej sceny muzyki elektronicznej z połowy lat '90. Ten czas nie był dobry dla gatunku zapoczątkowanego przez Klausa Schulze i Tangerine Dream. Panosząca się wówczas muzyka techno, skutecznie torpedowała zabiegi twórców korzystających z doświadczeń wspomnianych klasyków. Ci jednak nie złożyli broni, pokazali co mają w zanadrzu. Wśród tych najważniejszych można takie uznane w tym światku nazwiska jak: Artur Lasoń, Kyanis, Władysław "Gudonis" Komendarek, Korneliusz Matauszek, Piotr Paciorkowski. Większość z nich balansuje między sekwencyjną elektroniką, rockiem i popem. Ich inspiracją jest twórczość Tangerine Dream, Klausa Schulze, Jean Michel Jarre'a czy Isao Tomity. Muzyka daleka od ówczesnej gorączki rave, jaka panowała w połowie lat '90. Wyżej wspomniani jak i cała reszta, korzysta z tych szlachetnych wzorców, jakie kształtowały muzykę elektroniczną. Rzecz warta posłuchania i poznania, bo w końcu to namacalny raport kondycji tej sceny z tamtych lat. Jednakże ten album ma wybitnie wspominkowy charakter, mimo tego można śmiało go sobie zapodawać.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    2,24 EUR
  • Tangerine Dream | Dream Mixes 4 (+bonus CD)

    Tangerine Dream | Dream Mixes 4 (+bonus CD)

    Bestseller
    Seria Dream Mixes została zainicjowana prze Jerome Froese'go. Wpadł on na pomysł by utwory z klasycznych płyt przedstawić w nowoczesnych remixach. Boom techno i pokrewnych stylów, niejako wymógł na Tangerine Dream presje by ci podążali za nowymi brzmieniami. I tak jest w gąszczu sampli, transowych bitów można usłyszeć klasyczne utwory grupy, z tym iż są to wersje mocno zniekształcone. Utwory z płyt Exit (pojawia się motyw ze słynnego Kiev Mission), Tangram czy Thief, doładowane zostały połamaną rytmiką drum'n'bass. Fanem tego stylu jest młody Froese i to on zapewne mocno znęcał się nad tym materiałem. Są jednak utwory które bliższe są klasycznym dokonaniom grupy. Takim utworem jest Massenger mający swoje korzenie w utworze Rising Runner Missed By Endless Summer z płyty Cyclone. Ale Dream Mixes 3 to nie tylko wywrotowe remiksowanie nobliwej klasyki. Zespół sięgnął też po nowsze utwory jak te z płyty Mars Polaris. Dla wielu ortodoksyjnych fanów grupy tego typu rzeczy, to zamach na własną sztukę. Są jednak i ci z otwartymi głowami i kolejne części Dream Mixes łykają bezproblemowo. W sumie to nadążanie za trendami jest dowodem iż zespół pozostał nieco w tyle. Mimo to potrafią wciąż zaskoczyć nowoczesnym brzmieniem i pozostać sobą. A to już sztuka.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,99 EUR
  • Vangelis | Sex Power - Poem Symphonie

    Vangelis | Sex Power - Poem Symphonie

    Bestseller
    Na mieniącym się skontrastowanymi, różnorakimi odcieniami albumie Sex Power przechodzimy przez introdukcję kojarzącą się z albumem L'apocalypse des animaux, by usłyszeć pasaż tak charakterystyczny dla Vangelisa w latach późniejszych (durowy temat fortepianowy, chórek podejmujący parafrazy na temat głównego motywu, oryginalnie zaaranżowana chrzęszcząca ścieżka perkusyjna); słuchamy kojącej akustycznej ballady, by bezpośrednio po tym dać się zahipnotyzować skomplikowanemu dalekowschodniemu rytmowi zapowiadającemu takie płyty, jak kolejne części cyklu Sultan przygotowanego przez Namlooka wraz z B. Ocalem. W ósmym, eksperymentalnym utworze nie zabrakło elementów stylu, który można by już określać jako dark-ambient, przy czym aranżacyjnie Vangelis pozostaje w sferze dźwięków a la Ummagumma Pink Floyd. Przetworzone wątki tej impresji zjawiają się jeszcze w miniaturze dziesiątej, której zagęszczone, wielowarstwowe tło konstruowane z niemuzycznych brzmień każe z kolei potraktować Vangelisa jako prekursora noise'u! Poem Symphonie to w ogóle pierwsze nagrania greckiego kompozytora i multiinstrumentalisty - jedyne w swoim rodzaju słuchowisko narracyjno-chóralne, przetykane instrumentalnymi, akustycznymi miniaturami, poświęcone zamieszkom studenckim we Francji. O dziw już tutaj słychać elementy charakterystycznego stylu Vangelisa, jeśli chodzi o stopniowanie napięcia, aranżowanie motywów, masywne, lekko lejące się brzmienie melodii prowadzących - Poem Symphonie więcej ma wspólnego z niektórymi późniejszymi płytami Vangelisa aniżeli np. awangardowy, free-jazzowy album Hypothesis. Z kolei obie niespełna trzyminutowe piosenki wieńczące album nie mają ze "stylem Vangelisa" praktycznie nic wspólnego, może poza lekko ujazzowioną improwizacyjną werwą; generalnie utwory te jednak można usytuować stylistycznie gdzieś między The Beach Boys i The Searchers a musicalami Hair i The Rocky Horror Picture Show (!)

    I. W.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    13,78 EUR
  • Wolfram Spyra, Chris Lang | Achtundzechzig 24

    Wolfram Spyra, Chris Lang | Achtundzechzig 24

    Bestseller

    Na czym polega istota tej muzyki..
    Zastanawiałem się przez cały czas jej trwania. Właściwie jest to w większości nic innego tylko wierne odtworzenie klimatu jaki słychać na nagraniach drugiej polowy lat '70, np. na płycie Mirage Klausa Schulze. Po prostu dwóch ludzi bez wątpienia zafascynowanych złotymi latami elmuzy postanowiło podtrzymać dobrą tradycję. Nie silą się na nowatorstwo, nie przecierają nowych szlaków, jest to po prostu "stary, dobry berlin". Zabieg jaki stosowali juz z powodzeniem wcześniej M.Schonwalder i B.Kistenmacher. Celebrowanie nastroju które ma wprowadzić w nastrój zadumy... Bardzo mi się podoba że Spyra i Lang nie skusili się na ekspresyjne solówki, nakładające się tonami w jazgot nie-do-zniesienia. Uniknęli tej pułapki, grając może nawet czasami zbyt spokojnie. Snują w każdym bądź razie swoją wizję nieznacznie ale smacznie, od czasu do czasu dając dowody ze stać ich też było na zakup trochę nowszych płytek Klausa Schulze typu En=Trance (hi hi).
    W końcowej części kompozycji Neunundfünfzig 49 słuchacze tego koncertu mogą sie ożywić i wyjść z łagodnego transu, muzyka staje się bardziej wyrazista i konkretna. Acht 39 to z kolei krótsza forma i zdecydowanie bardziej zbliżona do tradycyjnej muzyki. Pokusiłbym się o stwierdzenie że można by się przy niej śmiało pokręcić z połowicą po parkiecie w namiętnym uścisku. Podsumowując: jak dla mnie osobiście mogłoby być więcej ikry, mniej flegmy, ale w sumie nie jest źle.

    Damian "DiKey" Koczkodon www.elmuzyka.za.pl


    Po tę płytę powinni sięgnąć głównie wielbiciele Klausa Schulze, gdyż muzyka tu zawarta skojarzyła mi się właśnie z jego postacią. Wolframa Spyrę znałem głównie z wydawnictw Faxa, gdzie wraz z Pete Namlookiem rozwijał raczej ambientowy rozdział swojej twórczości. W wytwórni Manikin stawia raczej na znane i sprawdzone patenty rodem z klasycznej elektroniki. Na powyższy album składają się dwie kompozycje, pierwsza Neunundfunfzig 49, to blisko godzinna suita. I oczywiście ona zajmuje lwią część albumu. Analogowa elektronika od czasu do czasu rytmiczny puls, fortepian i melodyka tak charakterystyczna dla Schulze. Mam wrażenie iż Spyra i Lang chcieli wskrzesić ducha jego twórczości z lat '70. To dosyć ekscytujący okres w twórczości Klausa Schulze, bowiem właśnie wtedy stworzył swoje absolutne arcydzieła. Artystom udało się, choć cytaty z przyszłości nieco przygniatają własną inwencję twórczą. Drugi utwór Acht 39, trwający raptem 8 minut, to jedynie zwieńczenie całości. Płyta niezła, trochę wtórna, lecz na pewno warta wysłuchania.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    16,60 EUR
  • Edgar Froese | Ages - rerecorded

    Edgar Froese | Ages - rerecorded

    Bestseller
    Edgar Froese rekonstruuje i remiksuje swoje legendarne opus z 1978 roku (po odjęciu jednego z utworów z dwupłytowego winylowego albumu, całość mieści się na jednej płycie CD), nie zapomniawszy o przetasowaniu kolejności utworów. Nawet jeżeli oryginalne Ages pozostaje jedną z najoryginalniejszych i najdobitniejszych wypowiedzi w dziejach muzyki elektronicznej, warto zainteresować się i tą - aczkolwiek dość "ugrzecznioną" - reedycją. Podobnie jak w przypadku re-recordingu sporej części dyskografii Tangerine Dream, którego mózgiem Froese był i pozostaje, tak i tutaj wrażenia można mieć mieszane: czy całe mnóstwo (owszem, perfekcyjnie brzmiących i wyprodukowanych) nakładek rzeczywiście dodaje do tej muzyki istotne ingrediencje, wyjątkowe nastroje? Pisząc słowa "ugrzeczniona reedycja" miałem na myśli fakt, iż zdecydowanie bliżej nowej odsłonie Ages do kulturalnego, solidnie zaaranżowanego i wyprodukowanego el-popu aniżeli do nowatorskiego elektronicznego rocka, niejednokrotnie błyskającego swym lwim pazurem. Otwierający płytę Ikarus brzmi już nie tak, jakby stanowił ścieżkę dźwiękową do plastyki Feliciena Ropsa, lecz jakby był dość mainstreamowym - choć bardziej bogato brzmiącym - utworem, jakich niemało w zasobach wydawanej współcześnie okołoberlińskiej elektroniki. Niemniej jednak melodie i wielowątkowa architektura Ages bronią się nadal - i tak uważam, że nawet i w niniejszej reedycji byłaby płyta Ages niezłym wstępem dla Słuchaczy, którzy dopiero zapoznają się z czarodziejstwem Szkoły Berlińskiej i wariacyjnej elektroniki sekwencyjnej. Przynajmniej jeden z absolutnie najniezwyklejszych utworów - Nights of Automatic Women - przyprawiony jest nowymi detalami w sposób skromny i wyważony, tak więc zmysłowa konstrukcja pierwowzoru nic nie traci. Dla fanatyków Tangerine Dream to i tak pozycja obowiązkowa, nowicjuszom chętnie polecam, a co mówię Słuchaczom spomiędzy? Trzy i pół gwiazdki na pięć możliwych.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,99 EUR