Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Most popular

(133 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Moogazyn

    Moogazyn

    Bestseller Good price

    Płyta wydana z okazji 10-lecia Klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej. Piękna nazwa klubu wywołuje refleksje nad zawartością tej płyty. Muzykę medytacyjna niewątpliwie reprezentują: Cosmogony, Dwie kobiety - fantazja, J.K. 150, Der Drachenberg - Probe 1. Wielka szkoda, że ten ostatni jest niefortunnie wyciszony. Pozostałość ma być muzyką elektroniczną. Czy aby jest? Chyba niektórzy zapomnieli, że termin "muzyka elektroniczna" już ma niewiele wspólnego z wykonywaniem na instrumentach elektronicznych. Jeśli mylę się to disco-polo (tfuj!) to też el-muzyka. Na takie warczenie jak Warczyk potrzeba Szczęśliwego Nowego Worku aby wysłać Brzegiem Styksu na Isle. Piszland pachnie bardzo późnym Tangeine Dream, a Random Realities wczesnym. Na tej płycie wszystkiego jest po trochu, od Jarre'a do..., chciałoby się napisać Schnitzlera - niestety nie mamy tak znakomitej plejady el-muzyków. Na koniec jest Znak Wysłuchania. Artur, może jakiś nowy tytuł. Proponuję "Znak przebudzenia". Podsumowując, płyta udana, warta posiadania przez każdego polskiego fana, a już na pewno przez bywalców podupadającego, niestety, KMMEiM.


    Turecky

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    2,24 EUR
  • Mikołaj Hertel | Polskie Jesienie

    Mikołaj Hertel | Polskie Jesienie

    Bestseller Good price
    Kiedy usłyszałem w radiu o nowej płycie Mikołaja Hertla Polskie jesienie, pomyślałem sobie: "Może być nieciekawie. Od Ezoterica minęło niewiele czasu. Czy nowy krążek nie okaże się po prostu nudny?". Moje obawy w pewnym stopniu rozwiała pobieżna prezentacja w trójkowym Top TLENIE. Jednak dopiero wysłuchanie całości, pozwoliło jako tako ułożyć myśli. Dlaczego tylko jako tako? O tym niżej.
    Wymieniona w tytule płyta wywołała we mnie niestety mieszane uczucia. Z jednej strony jest to nadal ten Mikołaj Hertel, jakiego lubię. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że w twórczości tego artysty coś cicho zgrzytnęło. Zawartość krążka jest sprawnie i przemyślnie skonstruowana. W ramach własnych "jesiennych" kompozycji, są ujęte ciekawe (i okraszone instrumentarium charakterystycznym dla artysty) transkrypcje kilku znanych dzieł polskich kompozytorów z dość szerokiego przedziału czasu (zaczyna się od Pożegnania ojczyzny - Ogińskiego, kończy na Pamiętasz była jesień - Kaszyckiego). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że utwory autorstwa Mikołaja Hertla wydają się nieco odcinać, od pozostałych, niesionym przesłaniem. Niby wszystkie odwołują się do jesieni i nostalgii (w pozytywnym znaczeniu), ale gdzieś jednak unosi się niejaki "zgrzyt", trochę trudna do określenia nierównowaga pomiędzy poszczególnymi częściami. Tym samym obraz muzyki zawartej na płytce staje się trochę mało zrozumiały, a intencje artysty są ledwie zauważalne (własne kompozycje miały spełniać rolę klamry, spinającej całość; jest wręcz odwrotnie). Trudno powiedzieć co byłoby lepsze. Zrezygnowanie z transkrypcji, czy z osobistych dodatków? W jednym i drugim przypadku płyta by wiele straciła, ale też by wiele zyskała. Byłaby po prostu inna, może nawet lepsza. Powstaje pytanie czy był sens produkowania takiego wydawnictwa. Tak, ale pomysł wydaje się niedopracowany. Dobrze, że to co trafia do rąk słuchaczy, nie zniechęca dodatkowo swoją długością (41 minut). Jaka jest więc moja konkluzja? Prawdę mówiąc ogarnęło mnie małe rozczarowanie. Podejrzewam, choć mogę się mylić, że Mikołaja Hertla opanowała jesienna atmosfera. Zaistniała niepohamowana chęć tworzenia i została zaspokojona, ale efekt w takim przypadku jest przeważnie inny od zamierzonego. Nostalgia podsuwa pomysły, które są po prostu ... smutne, choć w swej istocie piękne. Dlatego też jeśli ktoś chce się zasmucić niech słucha, reszcie odradzam.

    El-Skwarka


    Mikołaj Hertel to jeden z moich szczególnie ulubionych polskich muzyków. Nazywany czesto ,,polskim Kitaro,, - nie bez przyczyny, bo komponuje naprawdę utwory warte wysłuchania. Łagodne frazy, do tego równa linia melodyczna przy zachowanym delikatnym rytmie wprawia w refleksyjny nastrój i zapewnia niepowtarzalny klimat. W czasach, w których często dominuje agresywny i ciężki rock e-l muzyka pana Mikołaja jest jak balsam dla zagonionego i nie majacego dużo dla siebie czasu człowieka XXI wieku. Może kompozytor zaskoczy nas jeszcze wizją wiosny lub lata choć te jesienie brzmią na tyle ciepło, że jesień w moim domu w wykonaniu pana Hertla może trwać cały rok. Niecierpliwie czekam na nowe, równie dobre propozycje, nowe albumy, słuchaczy zaś zapraszam do tego subtelnego świata, który należy do Hertla ale przecież znamy go wszyscy. Jedyny kłopot byłby jedynie w przypadku próby wydania albumu BEST OF MIKOŁAJ HERTEL...., bowiem jak można wybrać diament pośród tylu brylantów?

    Mariusz

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    2,24 EUR
  • Tangerine Dream | Dream Mixes 4 (+bonus CD)

    Tangerine Dream | Dream Mixes 4 (+bonus CD)

    Bestseller
    Seria Dream Mixes została zainicjowana prze Jerome Froese'go. Wpadł on na pomysł by utwory z klasycznych płyt przedstawić w nowoczesnych remixach. Boom techno i pokrewnych stylów, niejako wymógł na Tangerine Dream presje by ci podążali za nowymi brzmieniami. I tak jest w gąszczu sampli, transowych bitów można usłyszeć klasyczne utwory grupy, z tym iż są to wersje mocno zniekształcone. Utwory z płyt Exit (pojawia się motyw ze słynnego Kiev Mission), Tangram czy Thief, doładowane zostały połamaną rytmiką drum'n'bass. Fanem tego stylu jest młody Froese i to on zapewne mocno znęcał się nad tym materiałem. Są jednak utwory które bliższe są klasycznym dokonaniom grupy. Takim utworem jest Massenger mający swoje korzenie w utworze Rising Runner Missed By Endless Summer z płyty Cyclone. Ale Dream Mixes 3 to nie tylko wywrotowe remiksowanie nobliwej klasyki. Zespół sięgnął też po nowsze utwory jak te z płyty Mars Polaris. Dla wielu ortodoksyjnych fanów grupy tego typu rzeczy, to zamach na własną sztukę. Są jednak i ci z otwartymi głowami i kolejne części Dream Mixes łykają bezproblemowo. W sumie to nadążanie za trendami jest dowodem iż zespół pozostał nieco w tyle. Mimo to potrafią wciąż zaskoczyć nowoczesnym brzmieniem i pozostać sobą. A to już sztuka.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,99 EUR
  • Tangerine Dream | Exit

    Tangerine Dream | Exit

    Bestseller
    Płytę zrobiono najnowocześniejszymi na ówczesne czasy instrumentami (Fairlight Computer, konsola miksująca MSI). I tak na tym studyjnym albumie obyło się bez inżyniera dźwięku i instrumentów akustycznych. Kiev Mission to jeden z moich ulubionych kawałków Tangerine Dream - klimat tej muzyki zderzony z monodeklamacją po rosyjsku o pokoju i porozumieniu powala mnie do dziś - należy się tu doszukiwać podtekstów politycznych (Froese był mocno zaangażowany w ruch antywojenny) ale zarazem to zabawa brzmieniem tego dźwięcznego języka. W połowie następuje zmiana melodii - ale nadal jest genialnie. Powiem tak, jak dla mnie, od tej płyty poprzeczka jest już ustawiona tak wysoko, że trudno coś mówić o el muzyce nie znająć dokonań Tangerine Dream z mojej top 10 przynajmniej od tego miejsca. Ponowne wykorzystano to brzmienie na Pilots Of Purple Twilight. Chorozon to jakby młodszy brak Warsaw In The Sun tyle, że według mnie ciekawszy. Trudno też coś zarzucić kolejnym utworom ale zdecydowanie wyróżnia się według mnie zakończenie - Remote Viewing - początkowy niepokojacy nastrój przechodzi w przepiękną delikatną solówkę, na tle której powoli najpierw jako tło, przebiją się na czołowe miejsce berlińskie sekwensery. Jedna z najładniejszych melodii Tangerine Dream.

    Dariusz Długołęcki


    Trzy spośród zamieszczonych tu sześciu kompozycji brzmią wręcz przebojowo; utrzymane są w podobnym tempie i nastroju jak motoryczne utwory ze ścieżki dźwiękowej do filmu Thief. Ostinato o pełnym brzmieniu i wyrazistej melodyce stanowi podstawę całego utworu Pilots Of Purple Twilight; w tle zmieniają się kalejdoskopowo układy plam akordów i wybrzmiewają długim echem rozsypujące się migotliwe ornamenty. Choronzon zbudowany jest na intensywnym rytmie perkusyjnym i chywtliwej alternacji dwudźwięków - pierwszy plan zaś wypełni elektryzująca partia gitary z wykorzystaniem podciąganych strun, a następnie głębokie tony wiodącego klarowną główną melodię syntezatora. Trzeci "przebój" z tego albumu to Network 23, skonstruowany na jednostajnym, wyrazistym rytmie, przepełniony atrakcyjnymi, dobitnymi brzmieniami syntezatorów. Pozostałe trzy utwory stanowią niewątpliwie największą ozdobę płyty. Szczególnie zasługuje na uwagę kompozycja tytułowa, utrzymana w wolniejszym tempie, pełna zadumanych, zamyślonych planów dźwiękowych przenikających się nawzajem w plastyczny sposób. Melodia jest bardzo klarowna, ale daleko jej do banalności; pobrzmiewa w niej melancholijna nuta, zaaranżowana jest bardzo precyzyjnie i niesie ze sobą największą zwiewność, lekkość, w porównaniu z innymi propozycjami z tego albumu. W pewnym momencie odezwie się istny arpeggiatorowy deszcz, a w końcowej partii utworu usłyszeć będzie można nawet prawdziwy deszcz, szumiący w miarowym zamyśleniu.
    Do miłośników nieco bardziej "konserwatywnego" oblicza Tangerine Dream adresowane są dwie pozostałe impresje - najdłuższe, najbardziej rozbudowane, złożone z największej ilości wątków Kiew Mission i Remote Viewing. Można by nawet powiedzieć, że to "miniatury" typowych utworów Tangerine Dream sprzed paru lat: w obu kompozycjach wyraźnie czai się duch Force Majeure i Tangram, tyle, że wątki wyłaniają się i rozwijają spieszniej, przebiegają bezdygresyjnie, ogólnie trwają krócej, za to namalowane są żywszymi barwami i bardziej zdecydowanymi kreskami.
    Pod względem dynamiki oraz przejrzystości brzmienia można by Exit porównać z takim albumem, jak Legion Marka Shreeve'a - porównanie okaże się szczególnie trafne, jeśli zważyć, iż w utworze Shreeve'a Icon gościnnie pojawił się z charakterystycznie brzmiącymi instrumentami sam Christopher Franke…

    I. W.


    ...album juz z nowej epoki Tangerine Dream lat 80-tych, choć czuc jeszcze dobre wzorce poczatków tworzenia el muzyki...

    PPL

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,92 EUR
  • Thomas Fanger, Mario Schonwalder | Analog Overdose - The Ricochet Dream Edition

    Thomas Fanger, Mario Schonwalder | Analog Overdose - The Ricochet Dream Edition

    Bestseller

    Największym atutem tego albumu jest istna malarskość wszystkich planów dźwiękowych. Kolejne warstwy muzycznych kolorów nakładane są na siebie z wielkim wyczuciem harmonii i zrozumieniem muzyki tworzonej przez artystów z kręgu Szkoły Berlińskiej w latach siedemdziesiątych - nie ulega wątpliwości, iż Fanger i Schonwalder po prostu czują "nerw" tego muzycznego stylu i znakomicie wiedzą, co jest ważne przy kreowaniu intuicyjnych, sekwencyjnych pejzaży. Cały album (oba krążki przynoszą ponad 75 minut muzyki!) nawet przez chwilę nie nuży, nie sprawia wrażenia odgrzewania sprawdzonych schematów. Przede wszystkim, Fanger i Schonwalder znakomicie stopniują napięcie i zmyślnie konstruują swe wielowątkowe suity. Wszystkie dźwięki są wyważone, wszelkie brzmienia niemuzyczne i otwarcia nowych wątków pojawiają się w odpowiednich miejscach - a przy tym kompozycje nie brzmią w "wykalkulowany", chłodny sposób. Wspominam o tych atutach z tego prostego powodu, iż recepta na Analog Overdose jest naprawdę tradycyjna - to muzyka w dokładnie takim stylu, jaki królował w nagraniach sygnowanych przez mistrzów Szkoły Berlińskiej. Nie są to jednak ani kopie dawnych nagrań, ani ich pastisze, ani kontynuacje znanych wątków - Fanger i Schonwalder wykazują mnóstwo inwencji melodycznej i brzmieniowej, nie wahając się od czasu do czasu uraczyć słuchacza nowocześniejszymi tonami, tkwiąc jednocześnie ze względu na sam klimat nagrań "w samym środku lat siedemdziesiątych". W drugim utworze z pierwszej płyty bez trudu udaje się kompozytorom / muzykom przywołać ducha unoszącego się nad nagraniami wypełniającymi album Atem Tangerine Dream - a przecież o wtórności melodycznej czy o prostym, mechanicznym transponowaniu pomysłów z roku 1973 we współczesność nie ma tu mowy. Fletowe motywy są podobnie atrakcyjnie schromatyzowane i zdeformowane jak na klasycznych płytach Tangerine Dream - a jednak słucha się ich jak zupełnego nowum. Przy króciutkich impresjach (pozycje 3 i 4) z pierwszego krążka albumu przychodzą na myśl skojarzenia z cyklem Dark Side of the Moog Namlooka i Schulzego, ale to znów coś zupełnie innego. Album Fangera i Schonwaldera pozostaje mocniej niż seria DSOTM zakorzeniony w "analogowych czasach", a jednocześnie lśni świeżym blaskiem i wpuszcza światło nowego dnia przez szpary przykurzonych sekwencerów, arpeggiatorów i melotronów...
    Największą chyba atrakcją dla el-melomanów są utwory wieńczące każdą z płyt albumu: impresje trwające odpowiednio po 20 minut i 53 minuty. Koda pierwszego krążka tego wydawnictwa jest dla mnie jednym z najwspanialszych utworów, jakie powstały w elektronice "nowej epoki". Nastrój tej kompozycji jest podobnie chłodny, zamglony i nostalgiczny jak propozycje Klausa Schulze z albumu "Body Love", a na sczezgólną uwagę zasługuje partia prowadząca, osnuta na miękkich wibrafonowych dźwiękach. Niezwykle atrakcyjnie brzmi też melodia budująca staccatowe ostinato, zamarkowujące kroplistymi, gęstymi, niskimi dźwiękami rytm utworu.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    14,18 EUR
  • Jean Michel Jarre | Concerts in China

    Jean Michel Jarre | Concerts in China

    Bestseller

    Płyta dokumentująca koncerty Jarre'a w Chinach w 1982 roku jest wybitnym osiągnięciem francuskiego artysty. Praktycznie żaden inny z licznych późniejszych albumów koncertowych tego kompozytora, aranżera i wykonawcy w jednej osobie nie przynosi aż tak wielkiego ładunku emocji, tylu aranżacyjnych niespodzianek i tylu nigdzie indziej nie publikowanych utworów. Album otwiera przejmująca L’Ouverture, czyli fascynująco spowolniona introdukcja pierwszej części suity Chants Magnetiques, urozmaicona vocoderowymi akcentami i dobrymi ozdobnikami perkusyjnymi. Następny utwór powinien szczególnie zainteresować miłośników kontynuatorstwa berlińskich tradycji : Arpegiateur doprawdy niewiele ustępuje wielu młodym utworom Tangerine Dream (o ile ich nie przewyższa), słychać też tutaj, iż wielu młodszych artystów nagrywających choćby dla Manikin Records albo Neu Harmony nie zakończyło swej muzycznej edukacji na nagraniach Tangerine Dream i Klausa Schulze, lecz sięgali też – czy się do tego przyznają, czy nie – po płyty "popowego sekwencyjnego iluzjonisty" z Francji. Nieco podobne motywy zjawiają się w utworze Nuit a Shanghai, kolejnym premierowym utworze. Harpe Laser, choć właściwie jest tylko wyimprowizowanym interludium przedzielającym właściwe kompozycje, robi doprawdy duże wrażenie: być może to muzyczny opis wypłowiałego świtu w brudnym, dużym, nowoczesnym mieście, koniec kolejnej doby dogorywającej w przybyłej właśnie jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca śmieciarce? Harpe Laser jest niewątpliwie jednym z najbardziej fascynujących momentów tego albumu, ale o którym utworze w tym zestawie można powiedzieć coś innego? Znakomicie wypada zagadkowe, wykluwające się w pożółkłych elektronicznych szuwarach Chants Magnetiques III, bardzo dojrzale brzmi zwieńczone improwizacjami nawiązującymi do Chants... I Equinoxe 7 ze zmienionym rytmem, a do tego mamy jeszcze przecież prawdziwy dynamit: siarczyste, brawurowe wersje przebojów Jarre’a z tego okresu, Equinoxe 4 i Chants Magnetiques II, bezdyskusyjnie najlepsze odsłony tych tematów w całym dorobku Jarre’a, który te właśnie kompozycje przypominał jeszcze wiele razy tak na żywo, jak i w nowych studyjnych wersjach. Jeżeli ktoś jeszcze wątpi w autentyczne zdolności Jarre'a i nazywa jego muzykę ‘konfekcją’, powinien niezwłocznie sięgnąć po ten album. Prawdziwy miłośnik dobrej muzyki elektronicznej z pewnością już to zdołał uczynić i co najwyżej ucieszy się z faktu, iż wznowione nagrania znów są osiągalne.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    9,59 EUR
  • Jean Michel Jarre | Magnetis Fields

    Jean Michel Jarre | Magnetis Fields

    Bestseller Good price
    Po prawie bliźniaczo podobnych brzmieniem Equinoxe i Oxygene Jarre wydał płytę zupełnie odmienną. Brak tu wizji kosmicznych światów swoistego kreowania innej nadrzeczywistej materii dźwięku - tutaj mamy do czynienia z melodyjnym minimalizmem. Podkłady jakie pojawiają się w poszczególnych utworach powodują zupełnie inny odbiór tej muzyki, która jakby zrzuciła zwiewną zasłonę odrealnienia. Tytuł do płyty Jarre zaczerpnął z nadrealistycznego poematu Andre Bretona i Philippe'a Soupalta. Pierwsza połowa albumu koncentruje się na 17 minutowej suicie, jednej z najbardziej zaskakujących kompozycji Jarre'a. Skonstruowano ją jako sekwencję dwóch głównych motywów, z rozmarzonym interludium wprowadzającym trochę kosmicznego ducha. Pierwszy motyw oparto na dynamicznej serii syntezatorowych chórów dochodzących do crescendo, drugi o zabarwieniu orkiestrowym można by nazwać progresywnym popem elektronicznym z ciekawymi syntezatorowymi improwizacjami o bardziej ambitnym zabarwieniu. Jest ona jakby podzielona na 3 części - pierwszą bardziej dynamiczną kończą zabawy przetworzonym głosem (naturalne dźwięki miksowano Fairlightem), druga surrealistyczna składająca się z mnogich efektów, sampli (pierwszy raz użyte w historii jako muzyczny element) i dochodzącej do nich melodii na syntezatorze przechodząca w część 3 - najsłabszą na płycie - najlepiej obrazuje owo odarcie z mrocznej tajemnicy poprzednich 2 płyt na rzecz zrytmizowanego popu elektronicznego.
    Część druga to chwytliwy techno - pop oparty na twistowym rytmie. Szkoda że Jarre odszedł od działających na wyobraźnię przestrzennych wizji.
    Część 3 zaś to głównie przegląd elektronicznych efektów - odgłosów maszynerii, pikania radaru itd. Wszystkie te dźwięki emulowane przez syntezatory brzmią niezwykle intrygująco w zestawieniu z syntezatorem. Króciutki acz bardzo nastrojowy o ciekawej stylistyce jedyny przypominający dawne dokonania Jarre'a.
    Część 4 - melodyjne linie i relaksacyjny podkład dają nam możliwość obcowania z najlepszym jak dla mnie utworem na tej płycie - spokojna, pogodna atmosfera pozwala na błogie zanurzenie się w otaczających nas dźwiękach.
    Część 5 można odebrać jako rumbę - wiadomo że Jarre dalej flirtował z latynoamerykańskimi rytmami, że wspomnę nieszczęsne Calypso i wielokrotnie przemycał tą muzykę do swych utworów. Ten utwór wieńczący płytę to wyraźne zasygnalizowanie że stylistyka z Equinoxe i Oxygene to już przeszłość.
    Na pewno wielu fanów rozczarowało się sądząc że Jarre będzie kontynuował wariacje na temat swoich dwóch poprzednich płyt. Inni jak ja, uważają że dobrze uczynił że zaczął poszukiwać czegoś nowego. Na koniec ciekawostka - po francusku płyta nosi tytuł Les Chants Magnétiques czyli "Magnetyczne piosenki" - wydano ją także jako Magnetic Fields a nie Songs - Jarre uznał że słowo Fields brzmi lepiej jako nazwa płyty.

    Dariusz Długołęcki


    Płytę otwiera ruchliwe, rozmigotane ostinato, w które wkrada się regularnie dźwięk o pół tonu niższy niż główny ton składowy, przez co uzyskuje się wrażenie rozmazywania się melodii, spotęgowane licznymi pogłosami. Na tym tle rozbrzmiewają charakterystyczne jarre'owskie dwudźwięki, prowadzące swą nostalgiczną opowieść. Ten dynamiczny, iskrzący się fragment może stanowić idealną ścieżkę dźwiękową do filmu, który w przyspieszonym tempie pokazuje budzenie się i wzrost roślin albo podziały komórkowe… Pływający, miękki bas zaznacza co jakiś czas swoje akcenty, a temat przewodni roztapia się co kilka chwil w bezkresnym oceanie szumów i kosmicznych świergotów.
    Muzyka z biegiem czasu staje się coraz pogodniejsza, ostinato oscyluje wokół durowego akordu, a prowadząca melodia wschodzi niczym słońce przebijające się przez deszczowe chmury prędko odsłaniające czyste niebo. Potem zaś idziemy na spacer w towarzystwie zagadującego nas półsłówkami robota. Zwiedzamy Warszawę? Paryż? Fikcyjną metropolię pełną samochodów o opływowych kształtach, pełną budynków wyginających się za sprawą śmiałej architektonicznej wyobraźni jak w krzywym zwierciadle?... Gdy skończy się ten pozbawiony regularnego rytmu i wyrazistej melodii fragment, jak świetlista smuga rozbłyśnie znienacka kolejny wątek, prowadzony natychmiast wpadającymi w ucho dwudźwiękami na tle galopującego rytmu syntezatorowo-perkusyjnego. Ta melodia toczyć się już będzie pospiesznie aż do końca pierwszej części suity, stopniowo wyciszając się, pozostawiając na słyszalnym planie tylko zamyślone, smętne, tęskne syntezatorowe znaki interpunkcyjne. Po ostatnim wielokropku rzeczywiście zostanie już tylko cisza…
    Część druga to najbardziej znany fragment tej płyty i zarazem niekwestionowany przebój, gwóźdź programu późniejszych koncertów. Bardzo chwytliwy motyw brzmi klarownie w "zwrotkach" i miesza się z lekko dysonansowymi akordami w "refrenach" utworu, a brawurowy podkład przywołuje na myśl pomysłowe podkłady perkusyjne wykorzystane przez grupę Kraftwerk jako budulec kolejowych muzycznych podróży w utworach Trans Europa Express, Abzug i Metall auf Metall. Część trzecia brzmi najbardziej tajemniczo i mgliście. Może słuchacz próbuje przyjrzeć się płochliwemu egzotycznemu ptakowi, który skrył się w zgniłozielonym sitowiu?... Brzmienie muzyki zapowiada pogłębioną na późniejszych płytach fascynację wątkami orientalnymi.
    Czwarta część to typowa dla Jarre'a melodia, brzmiąca jednocześnie i pogodnie, i z lekka nostalgicznie. Leitmotiv tego utworu stopniowo będzie niknąć wśród poświstów i dźwięków idealnie oddających igranie odblasków na tafli wody, aż pozostanie tylko miarowe, chłodne ostinato.
    Część ostatnia to wzmagająca "surrealistyczny" nastrój całości żartobliwa rumba, celowo "utandetniona" i brzmiąca mniej plastycznie niż pozostałe kompozycje. Słuchacz zasiada przy jednym z klubowych stolików i za chwilę doczeka się premiery dzieła Les chants magnetiques - cała suita rozpocznie się od początku; ten seans w seansie może nigdy się nie kończyć… Przecież znienacka milknące dźwięki rumby to też tylko igraszka ze słuchaczem…

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,67 EUR
  • Jean Michel Jarre | Equinoxe

    Jean Michel Jarre | Equinoxe

    Bestseller Good price

    Album ma odzwierciedlać dzień życia człowieka od rana do wieczora. Jarre rozwinął tu swoje brzmienia dodał dużo więcej dynamicznych i rytmicznych elementów głównie przez większe eksploatowanie sekwencji linii basowych. Krok naprzód po sukcesie komercyjnym Oxygene. Nie przełamał tu reguł które pozwoliły oczarować słuchaczy poprzedniej płyty ale zdaje się że płyta jest mniej improwizowana a bardziej przemyślana - co niekoniecznie znaczy lepsza. Jarre w umiejętny sposób rozbudowuje syntezatorowe orkiestracje tworząc ścianę dźwięku osadzoną w pięknych liniach melodycznych współgrających z harmonijnymi podkładami służącą mu to wytworzenia niesamowitego mniej pogodnego w odróżnieniu do Oxygene klimatu. Uwagę przykłada do wszelkich smaczków i pasaży dodając melodiom dodatkowej atrakcyjności. Dźwięk brzmi także dużo mocniej niż na poprzedniej płycie co podyktował repertuar płyty.
    Nie zapowiada tego pełen patosu wstęp części 1 obrazujący jak dla mnie wschód słońca przechodzący w części 2 w muzyczną opowieść o poranku, powoli budzącym się do życia świecie. Delikatne dźwięki nabierają mocy w części 3, lecz w jeszcze spokojnej tonacji, bez basów - to już symbol czynu, podjęcia wyzwań dnia codziennego. Dużo mocniejszą dawką decybeli obdarzono nas w części 4 - praca, zajęcia, człowiek na pełnych obrotach. Najbardziej dynamiczna część 5 - bombastyczny obraz człowieka w ruchu tak charakterystycznego dla dzisiejszej cywilizacji to chyba najbardziej znana porcja muzyki z tej płyty - podkład z niej jest kontynuowany w części 6 i na tle tego Jarre dodaje kolejne ozdobniki tworząc jakby nową integralną część (człowiek nadal na najwyższych obrotach tyle że w zaciszu domowym). Pod koniec jednak jego fizyczna aktywność powoli maleje (końcówka 6 części i część 7). Kiczowata melodyjka w 7 na wstępie (kojarzy się z klubem paryskiej bohemy) sygnalizuje odpoczynek - a samotnie bez udziału ozdobników wygrywane końcowe akordy to jakby hołd dla kondycji ludzkiej, człowieka samego w sobie i zarazem hymn dla konczącego się dnia. Całość brzmi jak muzyczna epicka opowieść.
    Można twierdzić że Jarre nie zaryzykował i zduplikował poprzednią formułę ale wiele tam nowych elementów. Nastroje na niej zawarte są jakby mniej porażające jak to było na Oxygene - mroczne i mniej uduchowione - prawdopodobnie gdyby ukazała się jako preludium przed Tlenem jej sukces byłby dużo mniejszy - jako kontynuacja znalazła szeroki poklask - co nie znaczy że płyta jest zła - o nie - to majstersztyk.

    Dariusz Długołęcki


    Wspaniały album! Nawiązujący do poprzedniego krążka twórcy. Equinoxe jest bardziej przyziemny. Nie znaczy to jednak, że pozbawiony jest tajemnicy. Ma niepowtarzalny klimat. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie Band in the rain kończące Equinoxe7. Słuchacz tego albumu na pewno się nie znudzi ani przez moment. Często lubię słuchać Jarre'a wieczorem, choć to tylko moja opinia. Jest to jednak album porównywalny z Oxygene. Myśle, że te dwa krążki są najlepszymi dziełami w historii muzyki elektronicznej. Jak do tej pory nie znalazłem bardziej perfekcyjnych płyt z El-muzą.

    Bartek


    Muzyka z tej płyty, jak i opisywane przez nią zjawisko, jest czymś rzadkim i niezwykłym w swoim rodzaju. Mimo dość dużego podobieństwa do swej poprzedniczki Oxygene płyta ta nie traci na świeżości pomysłów, a przede wszystkim na oryginalności zaprezentowanych utworów. Jean Michel Jarre poprzez Oxygene, Equinoxe i późniejszą Magnetic Fields stworzył swój własny, niepowtarzalny styl, który do dziś fascynuje wielu słuchaczy na całym świecie. Equinoxe jest dość wyraźnym przykładem zafascynowania kompozytora różnego rodzaju dźwiękowymi "bajerami". Szalejące wichry, odgłosy burzy, świergot ptaków i zlewające się plany dźwiękowe upiększają i urozmaicają jego muzykę, a nie przesycają ją natrętnie jazgoczącymi dźwiękami (jak ma to miejsce u wielu innych muzyków).
    Z całej suity na szczególną uwagę zasługują trzy pierwsze jej części osnute kosmiczną tajemnicą, pozostałe to już bardziej zdynamizowane ale podtrzymujące wcześniejsze wątki muzyczne pejzaże (warto przypomnieć, że pochodzą stąd dwa "przeboje": Equinoxe IV i Equinoxe V). W ostatnich latach dokonania Jarre'a zbliżyły się do tzw. techno-popu (nie mylić z techno!), ale nie wolno zapominać, że są w jego dorobku płyty, które z całą pewnością nawiązują do SBSME (skrótu chyba nie muszę tłumaczyć).

    Wojciech Suchan

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,13 EUR
  • Arc | Blaze

    Arc | Blaze

    Bestseller

    Próba tchnięcia nowego ducha w brzmieniowe ramy skonstruowane przez pionierów z Berlina nie zawsze owocuje wyjątkowo udanymi płytami. Po pierwsze, elektronika sekwencyjna jest już terenem tak dalece wyeksplorowanym, że można pomału mieć wątpliwości, czy poruszając się po nim da się jeszcze w ogóle przedstawić coś oryginalnego. Po drugie, często najlepszym sposobem na nagranie dobrego i wpadającego w ucho albumu jest bliżej lub dalej posunięte kopiowanie gotowych patentów wypracowanych przez prekursorów stylu: Klausa Schulze oraz grupy Tangerine Dream. Muzycy duetu Arc zaproponowali zestaw nagrań, w którym nie tylko dochodzi do głosu ich własny sposób widzenia elektronicznej muzyki sekwencyjnej, ale w którym uwage przykuwają przede wszystkim rewelacyjne aranżacje, dopracowane do granic możliwości i takoż zachwycające wybrednych miłośników brzmień okołoberlińskich. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż Ian Boddy i Mark Shreeve mają dodatkowy zmysł wyspecjalizowany w kierunku opracowywania powstałych impresji na konkretne brzmienia i barwy oraz w kierunku uwypuklania niektórych głosów i usuwania w cień pozostałych. Jakkolwiek oksymoronicznie może to zabrzmieć, kompozycje Arc mają wprost niespotykany ciężar gatunkowy, nie tracąc przy tym ani trochę swej surrealnej, eterycznej zwiewności. Elektroniczne riffy, energiczne ostinata i wszelkie syntezatorowe akcenty potrafią niemalże przytłoczyć słuchacza, a jednocześnie muzyka ta jest niepospolicie przestrzenna, głęboka i lekkostrawna. W fenomenalny sposób udało się tutaj połączyć "berlinizujące" ostinatowe sekwencje z atmosferycznym, zagadkowo wielowarstwowym ambientem. Niektóre spośród przedstawionych tu utworów śmiało mogłyby stać się ozdobą katalogu Fax Records: niektóre rozwiązania harmoniczno-aranżacyjne mogą wywołać nie aż tak odległe skojarzenia z płytami Psychonavigation 4 albo XIV - Solarized Namlooka. W ten nieprzeciętny zestaw nagrań znakomicie wprowadza już pierwszy, szczególnie interesujący utwór tytułowy: można by pomyśleć, iż Boddy i Shreeve zaprosili do wspólnego jam-session muzyków Pink Floyd A.D. 1967, kierowanego jeszcze przez Syda Barretta!
    Perkusja Carla Brookera przydaje rytmicznym kompozycjom z Blaze dodatkowego wymiaru, intrygującego i zarazem generującego u słuchacza więcej adrenaliny. Obowiązkowa pozycja dla nawet najwybredniejszych melomanów zainteresowanych ewolucją stylu zapoczątkowanego przez berlińskich mistrzów.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    10,92 EUR
  • Sampler Tangram 1

    Sampler Tangram 1

    Bestseller Good price
    Wydany nakładem X-Serwis składak o wymownym tytule Tangram 1, sumuje dokonania polskiej sceny muzyki elektronicznej z połowy lat '90. Ten czas nie był dobry dla gatunku zapoczątkowanego przez Klausa Schulze i Tangerine Dream. Panosząca się wówczas muzyka techno, skutecznie torpedowała zabiegi twórców korzystających z doświadczeń wspomnianych klasyków. Ci jednak nie złożyli broni, pokazali co mają w zanadrzu. Wśród tych najważniejszych można takie uznane w tym światku nazwiska jak: Artur Lasoń, Kyanis, Władysław "Gudonis" Komendarek, Korneliusz Matauszek, Piotr Paciorkowski. Większość z nich balansuje między sekwencyjną elektroniką, rockiem i popem. Ich inspiracją jest twórczość Tangerine Dream, Klausa Schulze, Jean Michel Jarre'a czy Isao Tomity. Muzyka daleka od ówczesnej gorączki rave, jaka panowała w połowie lat '90. Wyżej wspomniani jak i cała reszta, korzysta z tych szlachetnych wzorców, jakie kształtowały muzykę elektroniczną. Rzecz warta posłuchania i poznania, bo w końcu to namacalny raport kondycji tej sceny z tamtych lat. Jednakże ten album ma wybitnie wspominkowy charakter, mimo tego można śmiało go sobie zapodawać.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    2,24 EUR