Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Klaus Schulze

(97 albums)

Klaus Schulze w 1969 roku wraz z Edgarem Froese i Konradem Schnitzlerem brał udział w założeniu awangardowej grupy Tangerine Dream, która po zmianach personalnych stała się najsłynniejszą grupą w swym gatunku. Wkrótce po nagraniu pierwszego albumu Klaus Schulze opuszcza Tangerine Dream by stać się współzałożycielem innej legendarnej grupy progresywnego rocka Ash Ra Tempel, którą również opuszcza. Odtąd tworzy jako solista. Mimo bardzo intensywnej pracy w studio i licznych koncertów, Klaus Schulze znalazł czas na gościnne występy i nagrania z wieloma muzykami W swych poszukiwaniach otarł się o takie gatunki jak jazz-rock, progresywny pop, techno, new age, world music oraz awangardowe błazeństwa. Wyróżnikiem stylu Klausa Schulze są wibrujące, aczkolwiek stonowane sekwencje rytmów, kaskady nakładających się na siebie i imitujących się nawzajem linii melodycznych, nastroje zmieniające się od relaksującego skupienia do katatonicznego transu. Klaus Schulze często do nagrania swych albumów zaprasza innych muzyków, rozszerzając tym samych instrumentarium o instrumenty akustyczne (wiolonczelę, skrzypce, gitarę lub flet) oraz o wokalizy. Klaus Schulze żyje i tworzy w Berlinie.

sort by albums on one page
recording period
  • Klaus Schulze | Picture Music (LP)

    Klaus Schulze | Picture Music (LP)

    Album Picture Music dość zasadniczo różni się od poprzedniego albumu berlińskiego artysty, Blackdance. Nie tylko pojawia się wyrazista ścieżka rytmiczna - przede wszystkim zwracają uwagę głębokie, wieloplanowe brzmienia, niebywale kunsztowne aranżacje i frapująca struktura utworów. Kompozycja Totem jest nie tylko pionierskim osiągnięciem w dziedzinie elektroniki sekwencyjnej - wyznacza ona także szlak znacznie późniejszym wędrówkom muzycznym Klausa Schulze. Na ostinato nie składa się czytelna, zamknięta melodia - to raczej spontaniczne rozkwitanie kolejnych dźwięków oraz ich dalsze rozmnażanie się przez pączkowanie lub podział… W tej partii dosłownie słychać, jak muzyka rodzi się, dorasta, przekwita, obumiera... Na dalszym planie natomiast rozpięta jest melodia wahająca się na granicy skal sprowadzonych w uproszczony sposób do skali durowej i mollowej. Barwa utworu zmienia się, muzyka zostaje raz zacieniona, innym razem - przeszyta migotliwym światłem, innym znów razem wyeksponowana w pełnym świetle i potem nagle zasłonięta. Znakomitą ilustracją do tej muzyki mogłyby być zmiany dokonujące się w krajobrazie złożonym z malowidła impresjonistycznego przenikającego się z obrazem abstrakcyjnym; połyskujące zmarszczki strumyka okazują się rozmazanymi wielobarwnymi iskrami, a porozrzucane tu i ówdzie kule przeistaczają się niespodziewanie w główki niebieskiej i pomarańczowej kapusty. Cały pejzaż zmienia się jak w nietypowym śnie, ale zmierza w logiczny sposób do jakiegoś niesamowitego finału, porządkowany przez miękki, gąbczasty puls sekwencera.
    Mental Door jest jednym z moich najulubieńszych utworów Klausa Schulze. W tej suicie znalazło się miejsce dla chłodnych, minorowych fal przetaczających się w wypolerowanym świetle zamglonego księżyca i dla schromatyzowanych brzmień skradających się pod nostalgicznymi alternacjami tęsknych akordów - i nawet dla partii, która mogłaby śmiało ozdobić album Emerson, Lake & Palmer z najlepszych czasów tej grupy! Jest to jeden z najniesamowitszych fragmentów tego utworu i całej płyty, kiedy spod mżących, deszczowych syntezatorowych akordów snujących mollowy temat wyłania się wijące się cielsko ostinatowego węża. Wąż zatacza hałaśliwe, lekko przesterowane pierścienie, wygina się coraz bardziej zdecydowanymi ruchami, emitując coraz dłuższe sekwencje dźwięków, przekomarza się z półtonami, wdrapując się nawet i spełzając z powrotem po skalach kojarzących się z jazzem lub bluesem. A wtedy kipiący, żywiołowy, nieregularnie ozdabiany podkład perkusyjny przejmie pierwszy głos i stopi się z pierścieniowatym ostinatem w szaleńczym tańcu. Gdy ta sekwencja dobiegnie końca, rozpocznie się drugi równie niesamowity fragment: syntezatory doprowadzą do końca swą melancholijną pieśń, przerwaną przez nagłe wejście niepokojącego ostinata, a dobiegająca uszu słuchacza z nieco już dalszego planu gra perkusji wywoła z pewnością dreszcze… Podobnie przejmująco i niesamowicie zabrzmiała kompozycja The Looper Isn't A Hooker na albumie Dig It sześć lat później - tutaj muzyka brzmi jednak chyba jeszcze przestrzenniej, jeszcze chłodniej, jeszcze bardziej niezwykle.
    Album opakowywano w rozmaite koperty - warto zaznaczyć, że nastrój każdej z proponowanych okładek rewelacyjnie koresponduje z treścią muzyczną tej płyty. Są tu fragmenty, które wizualnie najlepiej "podsumowuje" okładka z plamistym wykwitem przypominającym potwora morskiego, są też i takie, których charakter najpełniej ukazuje okładka przedstawiająca istotę uwiązaną u sufitu pomieszczenia z kraciastą podłogą, wreszcie takie, w których dźwięki odmalowują obraz porzucony w środku gliniastego pola pod zachmurzonym niebem.


    I. W.


    Klaus Schulze jest tym dla muzyki elektronicznej, kim Hendrix dla rocka. Nie ma sensu przytaczać tu jego biografii, każdy szanujący się fan elektroniki choć w małym stopniu powinien ją znać. Oryginalnie wydany w 1975r album Picture Music jest czwartym w dyskografii artysty. O ile wcześniejsze płyty Irrlicht, Cyborg i w małym stopniu Blackdance zawierały sporo eksperymentów, to na Picture Music widać całkowicie wykrystalizowany styl. Na poprzednich płytach Schulze wykorzystywał głównie organy elektronowe plus akustyczne instrumenty. Tu po raz pierwszy w pełni wykorzystał sprzęt elektroniczny, doskonale znane analogowe syntezatory EMS VCS 3, ARP Odyssey, ARP 2600, organy Farfisa. Album wypełniają dwa utwory, pierwszy Totem z początku melancholijny, potem nieco nerwowy i abstrakcyjny. Drugi Mental Door to jeden z najlepszych w dyskografii Klausa Schulze. Kosmiczna podróż w nieznane, pełna głębokich, abstrakcyjnych dźwięków. W drugiej połowie utwór rozpędza się do zawrotnej prędkości, tworząc nastrój bliski transowemu rytuałowi. Po blisko 30 latach od wydania tej płyty, cały czas brzmi ona nowocześnie i intrygująco. To bez wątpienia kanon dzisiejszej elektroniki.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Crime of Suspense

    Klaus Schulze | Crime of Suspense

    Po wznowionej jako pojedynczy album pozycji Vanity Of Sounds doczekaliśmy się reedycji następnego zbioru nagrań z obszernego boxu Contemporary Works. Proponowana tutaj muzyka ma sporo wspólnego z impresjami wypełniającymi album Are You Sequenced?, ale jednak jest bardziej stonowana, wyciszona, może ponadto melancholijna? Takie wrażenie wywołują obie długie kompozycje, w których artyście towarzyszy Julia Messenger o ciekawej barwie głosu: Good Old 4 On The Floor i Overchill. Nawiasem mówiąc, ten drugi utwór może przy pierwszych przesłuchaniach sprawiać wrażenie czegoś w rodzaju "wolnego remiksu" tej pierwszej kompozycji, co przydaje płycie spójności i wyrazistszego kolorytu. Umieszczony między wspomnianymi utworami J.E.M. to z kolei bardzo oryginalna impresja w stylu ethno, z niezwykle jaskrawo zabarwioną, karkołomną partią fletową oraz kipiącym sekwencerem i prawdziwie breakbeatowym rytmem odsuniętym w tło. Jeśli Klaus Schulze nagrywa "impresję w stylu ethno", nie należy oczywiście spodziewać się tandetnych przewidywalnych rozwiązań, tylko zupełnie nowej jakości; słowem "ethno" posłużyłem się jedynie dla przybliżenia charakteru kompozycji, ponieważ nie znalazłem bardziej obrazowego w istniejącej terminologii… Podsumowując, jest to jeden z tych albumów Klasu Schulze, który prawdopodobnie nie wpadnie w ucho natychmiast, ale za to z pewnością zyska bardzo dużo przy każdym kolejnym uważnym przesłuchaniu. Dodatkową atrakcją są dwa dodane utwory, Ruins i Castles, pochodzące z dziesiątej płyty boxu Contemporary Works (zbierającej alternatywne miksy utworów z tego wydawnictwa, skrócone wersje oraz nieopublikowane nagrania z sesji z dwoma utworami nagranymi przez Klasua Schulze z Solar Moon System na czele). Te dwie dodatkowe impresje zaczerpnięte zostały ze specjalnej promocyjnej wersji dziesiątego krążka Contemporary Works, na której kolejne utwory nie zostały połączone w całość, tylko umieszczone oddzielnie, dzięki czemu słyszymy w pełnej wersji introdukcję oraz końcówkę każdego z nich (na oryginalnej 10. płycie każda końcówka zazębiała się z początkiem następnego utworu). Ruins oraz Castles, podobnie jak główny materiał z płyty The Crime Of Suspense, też nie wpadają w ucho natychmiast, ale mają niepowtarzalny nastrój korespondujący z atmosferą malowideł holenderskich, który można odkryć przy kolejnych powrotach do całej płyty i coraz uważniejszych przesłuchaniach.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,15 EUR
  • Klaus Schulze | Angst (deluxe)

    Klaus Schulze | Angst (deluxe)

    Ta płyta otwiera swoisty cykl albumów Klausa Schulze: albumów zawierających kilka krótszych, bardziej zwartych kompozycji ożywionych zagęszczoną fakturą rytmiczną. Pierwsza kompozycja, Freeze, to kontynuacja jednego z wątków rozbudowanej suity Sebastian im Traum z albumu Audentity. Aranżacja jest nawet dość podobna: dominują chłodne, wibrafonowe kryształki, lśniące pomiędzy smutnymi plamami oddalonego fortepianu.
    Pain brzmi najbardziej "przebojowo" (4-minutowy wycinek tego właśnie utworu reprezentuje zresztą album Angst na składance pt. 2001) i już po pierwszym wysłuchaniu płyty najbardziej pozostaje w pamięci. Melodyjna alternacja mollowych i durowych akordów zamarkowuje akcenty, a w dialog z tymi akordami wchodzą na tle pulsującego ostinata smużki syntezatorowego "dymu", ciągnące się w nieregularne motywy w dość wysokich rejestrach. Rozedrgany akompaniament odsunie się na moment w dal, po czym powróci wraz z wyrazistym perkusyjnym rytmem. Ten fragment potrwa przez chwilę, po czym zacznie ubywać instrumentów na scenie - najpierw z powrotem zniknie perkusja, potem zaś ostinato, pozostawiając tylko snującą się, frapująco brzmiącą mgłę. Na późniejszej płycie Inter*Face Klaus Schulze podobnie skonstruuje utwór The Beat Planante, rezerwując w jego środkowej części miejsce na największą ilość brzmień perkusyjnych i zdecydowany rytm. W Memory rozbrzmiewa temat tytułowego utworu z płyty Drive Inn - tamta motoryczna impresja tu brzmi niemal eterycznie, rozpisana na wibrafonowe brzmienia w duchu Freeze oraz na dźwięki kojarzące się z fletnią pana (choć zapewne wygenerowane z innego urządzenia). Surrender zaś dla odmiany to najbardziej natarczywa partia perkusyjna, hipnotyzująca, otwierająca zdecydowanym ruchem kolejne wyimaginowane bariery ciszy i wdzierająca się do kolejnych bezdźwięcznych pomieszczeń, by wypełnić je swym stukotem.
    Najdłuższy utwór to wieńczący płytę Beyond. Na tle transowych uderzeń perkusji kipi i skwierczy elektroniczny podkład, wijący się i zacieśniający, a gdzieś w oddali nastepują po sobie nostalgiczne chmary akordów, kojarzące się z oglądanymi przez szkło oddalające ścianami deszczu. Dodatkowy utwór nosi tytuł pasujący nastrojem do pozostałych propozycji z oryginalnej płyty Angst: Silent Survivor. W książeczce dołączonej do digipacku zamieszczone jest jednak znacznie bardziej prozaiczne wyjaśnienie "mistycyzującego" tytułu. Utwór pochodzi z 1984 roku i aż do teraz przeleżał spokojnie w pudle z taśmami Klasua Schulze - "przetrwał cicho" do dzisiejszego dnia. To ponad półgodzinne nagranie przynosi wspaniałe, dynamiczne sekwencje, przyprawione charakterystycznymi schulzeańskimi dysonansami, interpolacjami tonicznymi i niecodziennymi efektami brzmieniowymi. Słychać tutaj echo sesji Audentity, Drive Inn oraz oczywiście Angst, ale nie można powiedzieć, by Silent Survivor nie wnosił nic nowego w obraz artysty w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Przede wszystkim fascynujący okazuje się tu przebieg splatania dynamicznej ścieżki sekwencerowej o klarownym rytmie i wyrazistej tonacji z tłem, w którym nie zabrakło miejsca dla najbardziej abstrakcyjnych i atonalnych elektronicznych wysączeń i wyładowań. Cały utwór oscyluje wokół jednego z ulubionych motywów Klasua Schulze, polegającego na przeplataniu akordu (n)-moll z akordem (n-1 ton)-Dur i po raz kolejny okazuje się, jak wiele nastroju i nowych barw można oddać w wariacjach na stosunkowo prosty temat. Im bardziej utwór się rozwija, tym więcej znajdzie się w jego polu "przeszkadzających", burzących harmonię dźwięków. Podobno Silent Survivor znajdował się na taśmie opatrzonej napisem "muzyka baletowa" - dla tych, którzy znają już cztery tomy "muzyki baletowej" Klasua Schulze z dzieła Contemporary Works, utwór dodany do reedycji Angst stanowić będzie nader ciekawe uzupełnienie eterycznych i onirycznych kompozycji o wymiar prawdziwie eksplozywny: Silent Survivor jest po prostu jednym z najbardziej ekspresywnych utworów Klasua Schulze w latach osiemdziesiątych, co w połączeniu z charakterystyczną dla albumu Audentity specyficzną "klinicznością brzmienia" zapewnia niesamowity efekt.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,15 EUR
  • Klaus Schulze (Wahnfried) | Trance Appeal (2LP)

    Klaus Schulze (Wahnfried) | Trance Appeal (2LP)

    To z pewnością jedna z najbardziej "podskórnych" wypowiedzi Richarda Wahnfrieda - rytmy kiełkują tutaj powoli, niespiesznie, nie wypuszczając naraz zbyt wielu odnóg; pierwszoplanowe dźwięki ostrożnie i podejrzliwie skanując otoczenie, i tak wyłapując przez oddalone peryskopy coraz to inne, głośne, znienacka wyrastające w polu widzenia sample. Doprawdy trudno lepiej mi opisać rzeczywistość szkicowaną szczególnie w drugiej impresji na albumie, Bizarre, ale podobny nastrój dominuje z grubsza na całej płycie. Utworu Rubbish raczej nie powstydziłby się Aphex Twin: tło znów jest podejrzliwe, minimalistyczne, zachowawcze, tymczasem na pierwszym planie dochodzi do ekspresywnego bombardowania muzycznej przestrzeni beatami i rozregulowanymi stukotami. Pojawia się tutaj ponadto jedna z najbardziej przejmujących melodii albumu, przyniesiona przez podmuchy egzotycznego aerofonu. Angel Heart jest pierwszym utworem, w którym do głosu dochodzi tak esencjonalne dla KS mżące sekwencjonowanie, tutaj otrzymuje ono jednak zaskakujący, nowoczesny posmak laptopowego IDM przy skręconych do minimum głośności beatach. So What? stanowi kolejną wyprawę w rejony ulubione przez Aphex Twina, a jednocześnie nie zabrakło tutaj miejsca na atmosferę wyczarowaną przez Klausa Schulze na albumie En=Trance. Kolejne utwory w imponujący sposób balansują na granicy eksperymentalnych kompozycji i prowokujących tonicznych szkiców, nie przestając przy tym tchnąć atmosferą dość jednak typową dla Schulzego. A Chilly Fiesta to z kolei porcja głębokich basów i smutnie zamyślonych improwizacji utrzymanych w humorze przepełniającym Le Moulin de Daudet. Psychedelic Clubbing, jeden z najlepszych utworów w zestawie, ma wiele wspólnego z motorycznymi partiami A Saucerful of Ambience (TDSOTM II, wraz z P. Namlookiem). Le Sleep des Animaux to schulzeański przyczynek do skradającego się click-ambientu... a bonusowy utwór Marooned to trzynastominutowy melanż "zdekodowanych" na harmoniczny język muzycznych skarg typowych dla Esoteric Goody oraz posępnych wyiskrzeń nieco w stylu pierwszego Oxygene Jean-Michel Jarre'a. Prawdopodobnie jedna z najmniej przystępnych, za to najbardziej fascynujących pozycji opublikowanych pod pseudonimem Richarda Wahnfrieda.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR
  • Klaus Schulze | Drums'n'balls (2LP)

    Klaus Schulze | Drums'n'balls (2LP)

    Na grzbiecie digipacku brakuje numerka informującego o tym, które miejsce w chronologicznie zestawionej dyskografii Klasua Schulze płyta Drums'n'Balls zajmuje - początkowo seria reedycji wydawanych nakładem Revisited Records nie uwzględniała płyt sygnowanych: Wahnfried, dopiero z czasem postanowiono i te nagrania dołączyć do kolekcji eleganckich wznowień. Muzyka tutaj przedstawiona nie odbiega od stylistyki Klausa Schulze tak dalece, jak np. treść innej płyty Wahnfrieda, Trancelation; aranżacyjnie i nastrojowo nie tak daleko stąd do Le Moulin de Daudet albo Beyond Recall. Uwagę natychmiast przykuwają intrygujące sample perkusyjne oraz lekkie, woskowe sekwencje. Największą niespodziankę mogą stanowić tutaj dwie "etniczne" impresje: House of India i po raz pierwszy wydany dopiero w ramach tej reedycji Chicken Biryani, w których Klaus Schulze wykorzystuje linię wokalną zbudowaną na systemie ćwierćtonowym! Pozostałe kompozycje z pewnością z miejsca zadowolą miłośników muzyki tworzonej przez Schulze od początku lat dziewięćdziesiątych, zorientowanej na zwiewniejsze, ulotniejsze sekwencje i mnóstwo rozmaitych sampli. Utwór otwierający płytę okaże się miłym zaskoczeniem dla tych, którzy docenili wchodzącą w zestaw Contemporary Works płytę Trance 4 Motion, jako że jest to po prostu pierwotna, instrumentalna wersja prezentowanej w 2000 r. właśnie tam kompozycji Global Miditation. Ze względu na zagadkową, przydymioną i zamyśloną atmosferę przy jednoczesnej obecności żywych struktur rytmicznych, wyrazistych klawiszowo-perkusyjnych ostinat i klarownych powierzchni melodycznych aż prosi się, żeby powiedzieć: płyta Drums'n'Balls” powinna zostać nominowana do kategorii "Wzorzec ambitnej muzyki klubowej".

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR
  • Klaus Schulze | Dziekuje Poland (2LP)

    Klaus Schulze | Dziekuje Poland (2LP)

    Moja przygoda z muzyką elektroniczną zaczęła się na dobre ponad pięć lat temu. Któregoś wtorkowego wieczoru w "Kocham Kino" emitowany był film "Złodziej" (Thief), z James'em Caan'em w roli głównej. Pani Grażyna Torbicka (która w kilku słowach opowiada o filmie przed jego emisją) zachwalała świetnie zgraną ze zdjęciami muzykę bardzo wówczas popularnego zespołu Tangerine Dream. Jako że muzyka w filmie ma dla mnie bardzo duże znaczenie (Ennio Morricone i Vangelisa uważałem wówczas za najlepszych kompozytorów muzyki filmowej) z dużym napięciem czekałem na to, jaki rodzaj muzyki usłyszę w filmie (muszę zaznaczyć, że wcześniej nigdy nie słyszałem o "jakimś tam" Tangerine Dream). I co się okazało? Okazało się, że muzyka to prawdziwy majstersztyk, a utwór który słychać po końcowej strzelaninie i na napisach końcowych zmienił moje dotychczasowe wyobrażenie o muzyce w filmie (chciałbym jednocześnie zaznaczyć, że sam film uważam za jeden z najlepszych filmów sensacyjnych jakie miałem przyjemność oglądać). No i tak w moim przypadku rozpoczęła się trwająca do dziś fascynacja muzyką elektroniczną. W międzyczasie dowiedziałem się o internetowym sklepie wysyłkowym Generator.pl (w kupionej w salonie Traffic-Club płycie Tangerine Dream znajdowała się naklejka z adresem pocztowym i internetowym sklepu Generator.pl), dzięki któremu poznałem takich twórców jak Florian Fricke (Popol Vuh), Wendy Carlos, Mike Oldfield czy Klaus Schulze.Tak na marginesie: mam nadzieję, że Generator będzie jeszcze funkcjonował przez długie lata, czego Panu Ziemowitowi serdecznie życzę.
    Jako że nie ograniczam się do słuchania płyt tylko jednego artysty, ostatnio postanowiłem poznać twórczość pioniera niemieckiej muzyki elektronicznej - Klausa Schulze. Jako pierwsze nabyłem te płyty, które sam Klaus na swojej oficjalnej stronie internetowej ocenia jako najlepsze. Gdy "zorientowałem się", że twórczość Klausa Schulze warto poznać trochę dokładniej zdecydowałem się zakupić album Dziękuję Poland (przez ostatnie kilka dni z "uporem maniaka" słucham tylko tego albumu). I to właśnie ten album chciałbym pokrótce zrecenzować na co wpływ ma również fakt, że urodziłem się właśnie w 1983 r.
    Nie chcę skupiać się na technicznej stronie muzyki, gdyż nie potrafię opisywać muzyki tak plastycznie jak chociażby Pan I. W.. Chciałbym natomiast w kilku zdaniach uzewnętrznić emocje towarzyszące mi podczas odsłuchiwania poszczególnych utworów. Pierwszą płytę albumu otwiera utwór Katowice. Trudno znaleźć słowa które w pełni oddawałyby uczucia (stan umysłu) towarzyszące słuchaczowi w trakcie stopniowego rozwijania się głównych "wątków" muzycznych tego ponad 25-cio minutowego utworu. Ja odczuwam nieopisaną radość, czuję że mój umysł penetruje te obszary mózgu gdzie znajdują się nasze dotąd niezrealizowane marzenia i pragnienia, gdzie przechowywane są wspomnienia naszych najszczęśliwszych chwil w życiu. Utwór jest niesamowicie melodyjny i łatwo się go słucha (bo niektóre utwory Klausa Schulze - co tu dużo mówić - wymagają niezwykle elastycznego umysłu, otwartego na muzyczną awangardę), a gdy przebrzmiewają ostatnie dźwięki tego porywającego utworu człowiek czuje lekki smutek, że to już koniec (ale od czego jest przycisk "repeat" na pilocie ?). Takiej muzyki powinno się w szczególności słuchać w chwilach zwątpienia (w siebie, ludzi, otaczający nas świat), gdy człowiek potrzebuje dużej dawki pozytywnej energii i wiary, że wszystko ułoży się po naszej myśli. Pod koniec utworu pojawiają się motywy muzyczne, które na albumie X składają się na utwór Ludwig II von Bayern (gdy pierwszy raz słyszy się oryginalna wersję tego utworu człowiek może odnieść wrażenie, że Klaus jest współczesnym Mozartem). Są one świetnym zakończeniem naprawdę niezwykłego, muzycznego "obrazu" Katowic. Z Katowicami bezpośrednio wiąże się utwór bonusowy drugiej płyty Dzien Dobry. Można powiedzieć, że jest to lekko zmieniona (ale dorównująca oryginałowi pod względem oddziaływania na umysł słuchacza) wersja Katowic. Zupełnym nieporozumieniem jest natomiast dla mnie utwór bonusowy z CD1. Hip-hopowy dotyk Midasa jest nudny i monotonny, a na dodatek zupełnie nie pasuje do zamieszczonych na obu krążkach "metropolitalnych" kompozycji. Pozostałe utwory to stojąca na odpowiednio wysokim poziomie muzyka, nie robiąca jednak na słuchaczu (przynajmniej na mnie) tak wielkiego wrażenia jak opisane powyżej Katowice czy Dzien Dobry. W nich również pojawiają się motywy z utworów składających się na album X (m.in. Friedrich Nietzsche i Ludwig II von Bayern). W niektórych fragmentach słychać też echa Wiatru Czasu.
    Podsumowując album Dziękuję Poland polecam wszystkim, którzy chcą poczuć na "własnej skórze" magiczny wpływ kapitalnych utworów Katowice i Dzien dobry. I choćby ze względu na te dwa utwory warto zaopatrzyć się w album Dziękuję Poland. Jednak ostrzegam: działają one na umysł słuchacza jak narkotyk, powodując murowane "okresowe" uzależnienie.

    PS. Album Dziękuję Poland uważam osobiście za odrobinę lepszy od albumu Poland Tangerine Dream. A wy jak uważacie?

    Tadeusz Moskwiński


    Wspólnie z Rainerem Blossem, Klaus Schulze pojawił się w Polsce w 1983 roku mimo jeszcze obowiązującego wtedy stanu wojennego. Widocznie PAGART miał mimo wszystko odpowiednie kontakty. Jednak dwie czarne płyty ukazały się dopiero w 1985 roku.
    Jak sam twórca zauważa na okładce albumu, nie zamierzał wydawać kolejnego krążka koncertowego. Nagrywał tylko dla własnych potrzeb (na magnetofonie cyfrowym). Jednak atmosfera koncertów i spontaniczność publiczności spowodowały, że zdecydował inaczej. Dziękuję Poland ujrzało światło dzienne. Dobrze się stało. Nie jest łatwo pisać obiektywnie o artyście, którego wysoko się ceni i uwielbia. Dlatego nie będę się rozpisywał na temat zawartości płyt. Niech za ocenę służy jedno zdanie: "Proszę Państwa, oto Klaus Schulze, Rainer Bloss i ich muzyka".

    El-Skwarka

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR
  • Klaus Schulze | ...Live... (2LP)

    Klaus Schulze | ...Live... (2LP)

    Bestseller
    Kompozycja Bellistique to wlaściwie "wzorcowy utwor" Schulzego z tego okresu. Ruchliwe arpeggio sekwencerow zmienia rejestr i glebokosc tonu, a na tle snuje sie chlodna melodia, w rozmaity sposob modulowana i "napinana" na siatce tetniacego wciaz w tle ostinata. W melodii tej przewijaja sie raz po raz drobne motywy zapozyczone z wczesniejszych kompozycji, szczegolnie wpada w ucho cytat z kompozycji Friedrich Nietzsche z albumu X. Utwor toczy sie naprzód do momentu, w ktorym rytm zostaje zlamany i wszystkie brzmienia rozpuszczaja sie w elektroakustyczna impresje przypominajaca nieco, jak brzmialy najdawniejsze kompozycje Schulzego.
    Drugi utwor pierwszej plyty to kompletna, 51-minutowa wersja suity Sense (na analogowym wydaniu albumu sluchacze mogli cieszyc sie trwajacym "zaledwie" 31 minut wycinkiem). Oto wyborne podsumowanie pomyslow, ktore zdominowaly plyty Moondawn i Body Love. Ostinato nadajace ton calej kompozycji kojarzy sie z pulsujacym rytmem utworow Floating i P:T:O:, a wypelniajaca pierwsza strone plyty Moondawn muzyka przypomni sie uważnemu słuchaczowi jeszcze i w tym momencie trwania Sense, gdy melodia snuta przez sekwencer zacznie "kipiec" i wibrować, stapiając sie w niesamowitą, dudniacą calość wraz z huczeniem perkusji Haralda Grosskopfa.
    Utwory wypelniające drugą płyte albumu sa nieco bardziej nietypowe. Przez introdukcję Heart przewijają się odległe echa utworu Heinrich von Kleist, po czym następuje hipnotyczny, rytmiczny pasaz zapowiadajacy brzmienia, jakimi Schulze w towarzystwie Pete Namlooka (i niekiedy Billa Laswella) raczyć będzie słuchaczy po kilkunastu latach w cyklu The Dark Side Of The Moog. Tytułowe serce bije coraz prędzej, pociągając za sobą alternacje zimnych akordów, aż do 30 minuty, w której muzyka umilknie.
    W finałowej kompozycji Dymagic wystepuje gościnnie Arthur Brown, na płycie Dune recytujacy i śpiewajacy podniosłe wersy suity Shadows Of Ignorance. Ten głos w pełni rekompensuje na ...live... brak wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. Opowieść Browna zaczyna się od leniwie przeciąganych zdań wplatających się w "skradające się", kosmiczne dźwięki syntezatorów. Nastepnie głos przybiera na sile i brzmi już jak w "refrenie" Shadows Of Ignorance", po czym przeradza sie w skargę szalonego śpiewaka operowego. Tempo utworu przyśpiesza według tego wzoru, co w kompozycji Heart. Gdy galopujący rytm osiąga swoje maksimum, Brown wydaje przeciagły krzyk i w tym momencie cały utwór runie znienacka w stojący, mętny akord, w którym rozpłyną się jeszcze ostatnie, ciche zdania utworu. W plebiscycie Jerzego Kordowicza na najlepszą elektroniczną płytę wszechczasów drogę do ścisłej czołówki zagrodzili Klausowi Schulze czlonkowie grupy Tangerine Dream (z albumami Poland i Ricochet) oraz Jean Michel Jarre (ze swą plytą Oxygene, nie wiedzieć czemu uchodzącą powszechnie za jego debiut). Najwyżej odnotowany tytuł Schulzego na tej liscie to wlasnie ...live..., wyśmienity album zawierający nagrania z występów artysty w latach 1976 i 1979.
    Osobiście zgadzam sie w pełni z sugestią, którą można wysnuć na podstawie wyników notowania: ...live... to najlepszy album Klausa Schulze. Sam artysta wahał się podobno przed wydaniem tego albumu, twierdząc, iż jakość zarejestrowanego materiału nie odpowiada jego oczekiwaniom; pozostaje tylko cieszyć się, że berliński muzyk ostatecznie wydał tę pozycję. Album ten to doskonały przekrój przez tworczość Klausa Schulze w fazie od Picture Music po Dune - równie dobrze nie brzmiałaby chyba żadna składanka fragmentow nagrań studyjnych z poprzednich płyt. Jest to dzieło najwyższej próby, a jakość dźwięku, wbrew zastrzeżeniom autora, jest doprawdy wiecej niż znośna. ...live... jest absolutnie obowiązkową pozycją w zbiorach każdego miłośnika muzyki elektronicznej.
    Słuchacze zasmuceni, że na reedycji albumu Dune starczyło miejsca tylko dla kontynuacji (jak wynika z wchodzącego z wyciszenia brzmienia zaawansowanego już rytmicznie i melodycznie epizodu) koncertowej impresji „Le Mans“, mogą się teraz ucieszyć: jako bonus do albumu ...live... ukazał się utwór Le Mans Au Premier, czyli ponad 17-minutowa introdukcja do wspomnianego tematu. Znajdziemy tutaj wszystkie charakterystyczne dla dynamicznych impresji koncertowych KS w roku 1979 elementy: na początku wyłania się chmurna, bezlistna, odrętwiała konstelacja akordów, z niej wykwitają pierwsze elementy porządkujące całość rytmicznie, w końcu zaś wkracza na scenę charakterystyczny uparty rytm podszyty metalicznym basem syntezatora, na który nanizane zostają prześlizgujące się kaskady dźwięków snute przez KS z typową dlań improwizacyjną swobodą). Brakuje tylko charakterystycznego głosu Arthura Browna, który by poprowadził Słuchacza w surrealistyczno-symbolistyczne rejony Shadows of Ignorance, Time Actor albo Child of Dawn; w zamian za to mamy tutaj sporą dawkę kosmiczno-analogowej pulsacji o tajemniczym charakterze, znakomite uzupełnienie zestawu nagrań dokumentującego okres Dune.

    I. W.



    Z pośród płyt przełomu lat 70-80 płyta ...Live... a szczególnie suita Sense to dla el-rocka przekroczenie rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhiusa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
    Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancho-lijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 13 lat później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i ... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja-deser dla smakoszy i dla tego właśnie lubię tę muzykę.
    Kiedy emocje dobiegają końca pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Arthura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...LIVE... nie znasz alfabetu el -muzyki.

    Damian Koczkodon




    Płyty albumu ...Live... nie mają sobie równych w twórczości Klausa Schulze. Może jedynie Timewind. Wiatr czasu odcisnął się piętnem w koncertach Klausa lat siedemdziesiątych. Bardzo dobrze! Podobnie jak Timewind wciągają słuchacza w świat rozległych przestrzeni innych światów. Jeden z utworów (Sense) trwa 51 minut i nie mogę powiedzieć aby mimo jednostajnego ostinato nudził. Wręcz przeciwnie! Ten kawałek to solidna "działka" narkotycznego transu. Muzykę trudno opisać. Powiem krótko: słucham tego albumu i słucham i nie mogę się nasłuchać. Wielka szkoda, że Schulze tak daleko odszedł od swego stylu muzyki. Ufam, że gdy wróci do łask Jego Big Moog, to razem z całym dobrodziejstwem jakie z niego wydobył.

    Jerzy Strzeja

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR
  • Klaus Schulze | En=trance (2LP)

    Klaus Schulze | En=trance (2LP)

    Trudno powiedzieć, co przede wszystkim sprawia, iż muzyka wypełniająca tę płytę kojarzy się z tajemniczymi, zamkniętymi pokojami, nasiąkniętymi aromatycznymi kolorami. Podejrzewam, iż odpowiedzialne za taki efekt jest ustawienie proporcji wszystkich głosów: chyba po raz pierwszy na albumie Klausa Schulze wszelkie muzyczne wątki dobiegają do uszu słuchacza "z tego samego poziomu". Mimo barokowej rozmaitości tematów i dużej inwencji melodycznej przez dłuższy czas brak tu tajemnicy, czającej się na ukrytym planie; nie ma tu "skradających się" motywów, rozwijających się powoli nowych tematów. Schulze zrezygnował z budowania napięcia, proponując w zamian obfita porcję rozwiązań harmonicznych i melodycznych zmieniających się znienacka, kalejdoskopowo. Ruchliwe ostinata brzmią z jednej strony bardzo atrakcyjnie, z drugiej zaś jednak brak im głębi typowej dla nagrań z albumów Moondawn bądź Mirage. Rozkwitające na podobieństwo fraktali ścieżki rytmiczne obudowują improwizowane tematy główne ciasnymi pierścieniami i wywołują specyficzne wrażenie "zamykania" tej muzyki w ścianach z nietypowego tworzywa. Pokoje są obszerne i znakomicie działa w nich klimatyzacja, ale wciąż jednak nie udaje się słuchaczowi znaleźć wyjścia z labiryntu kolejnych pomieszczeń.
    Dopiero pod koniec trzeciego utworu muzyka prowadzi słuchacza z podziemi na peron wyimaginowanego dworca przyszłości, z którego wraz z pierwszymi minutami kompozycji czwartej wydostanie się na deszczową autostradę kreskowaną rozmytymi światłami reflektorów. Tu leży klucz do tajemnicy tej płyty: w pierwszej części penetrujemy ukryte archiwa, w drugiej - udaje się nam znaleźć drogę na zewnątrz. Nie wiem, czy dokładnie taka idea przyświecała twórcy płyty, ale tak czy inaczej, efekt jest niesamowity… Muszę tu bowiem podkreślić, iż mimo zrównania głosów w większości partii i pozbawienia znajdujących się tu nagrań aury mistycyzmu, absolutnie nie jest to płyta nieudana bądź wtórna. To już po prostu nieco inny Klaus Schulze - artysta otworzył drzwi prowadzące w nowe rejony. Poprzednie płyty, z bardziej zwartymi i zamkniętymi kompozycjami, niejednokrotnie podszytymi zdecydowanym rytmem, były zapowiedzią pewnego przełomu: na En=Trance przełom ten dokonuje się już na dobre, choć żaden z zamieszczonych tu utworów nie trwa krócej niż 15 minut a niektóre elementy jednoznacznie kojarzą się z rozwiązaniami typowymi dla dawniejszej twórczości berlińskiego artysty.
    Najbardziej elektryzujące fragmenty tej płyty to główny temat En=Trance, kunsztowna fuga zamykająca Alpha Numerique oraz opisywany dwa akapity wyżej fragment obejmujący zakończenie trzeciego utworu i początek czwartego. Dodatkowy utwór nie pochodzi z sesji nagraniowej, w wyniku której narodził się album En=Trance, ale niewątpliwie sprawi ogromną radość miłośnikom muzyki Klausa Schulze. Nagrania dokonano w 1975 roku i jest to po prostu zapis "zabawy" urządzeniem o nazwie Elvish Sequencer; jednak ta swoista próba dźwięku połączona z mini-improwizacją stanowi nie mniejszy klejnot w uchu prawdziwego miłośnika tajemniczej, nieco mrocznej elektroniki sekwencyjnej, aniżeli skończone wielopłaszczyznowe pejzaże autorstwa Klausa Schulze! Brzmienia i zarysy melodii wyczarowywane w tym ośmiominutowym drobnym arcydziele to do pewnego stopnia wprowadzenie w nastrój później (Timewind) opublikowanej kompozycji Bayreuth Return, ale tylko do pewnego stopnia. Szkoda naprawdę, że na dodatkową, wcześniej niepublikowaną atrakcję starczyło na tej płycie tak niewiele miejsca; mimo prostoty użytych środków "elfowy sekwencer" niesie ze sobą coś niesamowitego, rozjarzającego się w niepokojącym mroku odblaskami zarysowującymi się w kształty spowijające nokturnowe obrazy Grimshawa, na których wielokrotnie nie zabrakło miejsca dla tajemniczych, posępno-zagadkowych elfów o sardonicznych uśmiechach. Tej pół-kompozycji można by doprawdy słuchać znacznie dłużej niż osiem minut...
    Specjalnego wymiaru nabiera ta impresja właśnie jako bonus do "podziemnej", nocnej płyty En=Trance: słuchacz klucząc przez niekończące się korytarze, labirynty piętrowych parkingów i tajemniczych pokojów o szczelnie zamkniętych okiennicach znajduje w finale swej 70-minutowej podróży ukryty skarb, połyskujący niesamowitym brzmieniem ery fantastycznych albumów Timewind i Moondawn

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR
  • Klaus Schulze | Cyborg (2LP)

    Klaus Schulze | Cyborg (2LP)

    Prawdopodobnie jest to najbardziej fascynujący i niezgłębiony album w dyskografii Klausa Schulze. Pozornie znacznie bardziej ascetyczny i minimalistyczny niż poprzednia płyta, Irrlicht, kryje w sobie ogromną ilość tajemnic, do których klucza szukać można dość długo... Niesamowite, głębokie dźwięki, nie wiadomo, czy wygenerowane przez zardzewiałego tytułowego cyborga, czy wydobyte ze wspomaganej elektronicznie wiolonczeli, przeszywają przestrzeń przeciągłymi westchnieniami. Westchnienia ociekają plamistymi dźwiękami i zbierają się w wypukłe kałuże muzycznej rtęci. Gdzieś w oddali przesypują się kroki rozwianych, rozmazanych, strzępiastych zjaw, spacerujących po świecie dźwięków bez żadnego celu, bez oczu i uszu, po to tylko, aby wślizgnąć się w ucho słuchacza i wywołać w nim niejasne, dziwaczne wrażenie zagubienia w pierwszym krajobrazie. Co właściwie przedstawia ten krajobraz? Namalowany brunatnymi smugami, opuszczony, pachnący drewnem pokój, za którego oknami wstaje błotnisty świt, a w piecu którego żarzą się rdzawo złośliwe miny duchów? Opuszczoną planetę o gąbczastej konsystencji?

    Najosobliwszą dźwiękową podróż odbędzie słuchacz za sprawą kompozycji drugiej: Conphara. Klausowi Schulze udaje się tutaj wytworzyć nastrój pełnego napięcia oczekiwania, które w każdej chwili może zostać rozładowane, ale pod koniec utworu okaże się, iż do ostatniej minuty było tylko potęgowane... Nieco podobną atmosferę ma impresja Nebulous Dawn Tangerine Dream z albumu Zeit - podobnie i tutaj słuchacz za sprawą miękko wirujących dźwięków wypunktowywanych raz po raz twardym światłem innego tonowego reflektora może mieć złudzenie uczestniczenia w seansie poświęconym zjawisku fotoelektrycznemu... A może zwiedzamy puste, wyludnione obserwatorium, może kroczymy niekończącym się korytarzem zamieszkałym tylko przez pomrukujące agregaty i posiwiałe, bezużyteczne już silniki?... Impresja Chromengel otwierająca drugą płytę albumu jest najbardziej uporządkowaną harmonicznie i rytmicznie propozycją. Zmętniałe, smutne akordy w tle wyznaczają drogę późniejszym kompozycjom Schulzego, składając się w jedyne w swoim rodzaju nostalgiczne, zimne kombinacje. Główna "melodia" zbudowana jest natomiast ze śliskich skrzypiących poświstów napinających się na siatce akordów i wkręcających się w nią - te brzmienia czynią utwór wyjątkowo frapującym. Bodaj najniezwyklejszym dźwiękowym obrazem jest ostatni poemat: Neuronengesang. Na odleglejszym planie wyłania się, zwija i znów rozpościera organowa melodia utrzymana w chłodnych i ciemnych barwach, a plan pierwszy penetrowany jest przez natrętne ostre światło niemuzycznego tonu, rozrywającego miękki plan dalszy zimnym cięciem. Wkraczamy w ciemną przestrzeń, która lustrowana jest miriadami lodowatych promieni, znienacka wpadających na trop słuchacza, nieustannie go już do końca utworu śledzących. Ta muzyka może też stanowić idealną ilustrację do przeprowadzanej w jakimś odludnym, zapomnianym laboratorium obserwacji mikroskopowej: przy dźwiękach organów wyraźnie formują się kształty i barwy drobnoustrojów, ale z każdym zanieczyszczeniem preparatu, przy każdym nieuważnym przesunięciu szkiełka nakrywkowego pojawia się złowieszczy zgrzyt... Na wielkie brawa zasługuje wydawnictwo Revisited Records: proponowany tutaj bonus to aż 50-minutowa (!) kompozycja But Beautiful zarejestrowana już dość dawno temu podczas koncertu. Gdyby ktoś chciał odbyć sentymentalną podróż przez typowe dla Klausa Schulze nastroje, przyjrzeć się, jak one ewoluowały i jak zostawały ze soba zderzone, a przy tym dać się ponieść fenomenalnemu nastrojowi oraz zdziwić się, jak dużo wartościowej muzyki czekało tyle czasu w archiwach KS na ujawnienie - jest on jednym z adresatów, do których przesłanie But Beautiful jest skierowane. Utwór rodzi się w ołowiano-chromowych oparach, pośród strzępów neurotycznych organowych wyładowań (typowych dla atmosfery albumu Cyborg) oraz malarsko sugestywnych efektów brzmieniowych. Uważny słuchacz od razu spostrzeże, iż dokładnie ten sam snujący się w tle elektroniczny dym wysącza się równie gęstymi obłokami w introdukcji do legendarnej Linzer Stahlsinfonie oraz w minimalistycznej kompozycji Esoteric Goody (dołączonej do programu "zrewidowanego" przez Revisited Records albumu Dig It). Abstrakcyjny elektroniczny pejzaż ziejący atmosferą grozy i opuszczenia przechodzi płynnie w nieco bardziej zrytmizowany pasaż, który spokojnie mógł był zdobić dowolną z kompozycji zarejestrowanych podczas sesji Blackdance. Jednak dopiero to, co dzieje się nieco później, przechodzi wszelkie oczekiwania i zdoła bez trudu zadowolić nawet najbardziej wybrednego miłośnika muzyki berlińskiego artysty! Coraz bardziej zdumiewające popisy ostinatowe, coraz bardziej zagęszczone, zmysłowe tło, coraz bardziej fascynujące, niekończące się solówki nanizane na arpeggiatorową oś przyspieszającego swe ruchy kosmosu - chyba tylko tak (proszę wybaczyć patetyczne określenia) da się opisać rozwój tej niesamowitej kompozycji. Słuchając najbardziej dynamicznych pasaży, odpowiednich progresji ostinatowych i sposobu traktowania improwizowanych melodii prowadzących wnioskuję, iż But Beautiful zostało zarejestrowane na żywo gdzieś w okolicach 1976 roku. "Kultowa" kompozycja Sense wydana na albumie ...live... ma od momentu wydania reedycji Cyborga poważną konkurentkę, jeśli chodzi o ładunek emocjonalny i zasoby niepowtarzalnego nastroju! Pierwszorzędna niespodzianka dla wszystkich fanów Klausa Schulze - a zarazem kolejna pozycja, o którą bezwzględnie należy poszerzyć domowe zbiory...

    Igor Wróblewski


    Nie sądziłem, że kiedykolwiek zdolny będę skreślić kilka zdań na temat tego dwupłytowego albumu. Między innymi dlatego, że kompozycje na nim umieszczone zawsze wywoływały we mnie wielorakie stany umysłu, trudne do sensownego "ubrania" w słowa. Ponieważ jednak niczego z góry nie wykluczam... stało się.
    Prezentowane na dwóch krążkach utwory nie należą do najmłodszych. Historyczne raczej brzmienia (1973) jeszcze dziś mogą jednak poruszyć. Wszystko zaczyna się od Synphary. Spotkamy tutaj wiolonczelowe smutne barwy, "ćwierkania" oraz szumy analogowe typowe dla początków muzyki elektronicznej. Po takim wstępie następuje Conphara. Kompozycja z odrobiną niezbyt szybkiego, ale bardzo neurotycznego rytmu (stworzonego głównie przez odpowiednią modulację dźwięku). W tym utworze usłyszymy także "smyczki", jednak w trochę wyższej, mniej naturalnej tonacji. Drugą płytkę otwiera Chromengel. Kompozycja jest zdominowana przez organowe barwy przeplatane poznanym wcześniej mechanicznym "ćwierkaniem". Całość jest zakończona Neuronengesang. Wiolonczelowo-fletowe zawodzenia tego utworu (do spółki z innymi, "rozrzuconymi w nieładzie" dźwiękami o nieokreślonej barwie) mogą, w odpowiednich warunkach, przyprawić nawet o odmienne stany świadomości. Tytuł kompozycji jest zresztą wyraźną wskazówką czego należy oczekiwać. Wszystkie zamieszczone utwory są dość długie - przekraczają 20 min. Jest to posunięcie ze wszech miar słuszne. Uważam, że czas odgrywa niebagatelną rolę w kształtowaniu właściwego nastroju, co przy stylu (w tym konkretnym przypadku - minimal music czy też jak to woli awangarda) reprezentowanym przez Klausa Schulze jest konieczne do pełnego przeżywania tego typu twórczości. Obie płyty nie należą do łatwych w odbiorze. Trzeba przyznać, że jest to muzyka dla prawdziwych koneserów. Wpływ zaś na umysł (a co za tym idzie na wyobraźnię i odczucia) jest wręcz "zabójczy" i za każdym słuchaniem tej produkcji Klausa Schulze zawsze inny, wręcz zaskakujący i bez przerwy intrygujący.

    El-Skwarka

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR
  • Klaus Schulze | Audentity (2LP)

    Klaus Schulze | Audentity (2LP)

    Bestseller
    Album otwiera blisko 25-minutowa kompozycja Cellistica - jak sam tytuł wskazuje, jedną z pierwszoplanowych postaci w tym dramacie będzie wiolonczela Wolfganga Tiepolda, łkająca tęsknymi dźwiękami, zgrzytająca chropawymi dysonansami, rozrzucająca połyskujące promienie swoich melancholijnych wspomnień o matowej, mollowej tonacji. Pływające, roztapiające się motywy sekwencerowe mieszają się z potężnymi kaskadami tonów elektronicznych i perkusyjnych. W odróżnieniu do muzyki wypełniającej wcześniejsze płyty panuje na tym albumie już od początku specyficznie suchy, sterylny nastrój, wzmagający tylko atmosferę niepokoju i naprężenia...
    Kolejnym utworem jest Spielglocken (kompozycje ustawiono na reedycji albumu w innej kolejności, aby przygotować miejsce dla godzinnego utworu dodatkowego) - miłośnicy muzyki Klausa Schulze, którzy wcześniej niż Audentity poznali album Dziękuję Poland od razu rozpoznają charakterystyczne sekwencje vocoderowo-syntezatorowe, tętniące miękkim pulsem w dalszym planie, przykrywane improwizowanymi dźwiękami głównymi. W porównaniu z koncertową impresją Katowice (Iris) studyjny pierwowzór jest jednak delikatniejszy, znacznie mniej natarczywy rytmicznie, brzmi subtelniej i eteryczniej głównie za sprawą kroplistych, przydymionych dźwięków wibrafonowych.
    Pierwszą płytę wieńczy prawie półgodzinny poemat Sebastian im Traum, kolejny po drugim utworze z pierwszej płyty albumu X (1978) hołd dla poety Georga Trakla. Jest to jeden z najbardziej posępnych utworów w całej dyskografii Klausa Schulze. Powracający motyw wibrafonowy, przetworzony później na płycie Angst (1984) jako Freeze, to w zasadzie jedyny wpadający w ucho motyw składający się na treść tej niezwykłej impresji; poza tym smutnym, zziębniętym wątkiem o bezlistnej rytmice, plan dźwiękowy wypełniają elektroakustyczne opowieści Schulzego i Blossa oraz oniryczne, abstrakcyjne wiolonczelowe monologi Tiepolda. Ta kompozycja przy każdym przesłuchaniu pozwoli słuchaczowi odkryć nowe rejony i dostrzec miejsca, o których muzyka sugestywnie opowiada, w zupełnie nowym świetle. Na drugą płytę trafiły trzy krótsze utwory: Tango - Saty, Amourage i Opheylissem. Pierwszy z nich to drobne scherzo, zbudowane na zgiełkliwym riffie imitującym brzmienie trąbki - wkrótce dołącza się szept vocodera oraz bombardująca perkusja Michaela Shrieve'a, a następnie cały utwór rozkołysze się szklistym, posuwistym rytmem basowego syntezatora. Amourage to piękna sonata na fortepian, syntezatorową fletnię oraz frapujące elektroakustyczne szumy. Zmarznięte motywy wykwitające w tęsknej tonacji oblodzonej lisią czapą mogą równie dobrze towarzyszyć obrazom Edvarda Muncha, co panoramie warszawskiej Płyty Czerniakowskiej o czerwonawym, zdrętwiałym świcie... Opheylissem to swoistego rodzaju kontynuacja Tango - Saty, tym, razem bez trąbiastego riffu, za to z jeszcze bardziej zagęszczoną ścieżką perkusyjną i intrygującymi dysonansowymi akordami wbijającymi się w klinicznie czysty, uporządkowany rytm tej miniatury.
    Na deser słuchacze otrzymują mrożący krew w żyłach utwór Gem w kilku epizodach: pierwsze 11 minut to swobodna, arytmiczna impresja, w której rozżarzone kawały elektronicznych brzmień spadają w gęstniejące elektroakustyczne palenisko - miłośnicy muzyki Ernsta Horna oraz płyty Excerpts 1 Wolframa Spyry z pewnością będą zachwyceni tym pasażem. Z tego złowieszczego, fascynującego wstępu rodzi się utwór główny, zbudowany na szybkim rytmie sekwencerowo-perkusyjnym, na którym w typowo schulzeański sposób rozwijają się improwizowane połacie niezwykłej muzyki. Nastrój tej dynamicznej części kojarzy się z utworami wypełniającymi płytę Drive Inn, szczególnie z nerwowym, podszytym poskórnym napięciem epizodem pt. Highway.
    Na zakończenie jeszcze jedno zdanie - gdyby ktoś kiedyś pokusił się wreszcie o dokonanie adaptacji filmowej powieści Jerzego Krzysztonia "Obłęd", nie można by było chyba wyobrazić sobie w tym filmie idealniejszej muzyki niż ta, która składa się na album Audentity!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2LP


    29,00 EUR