Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Low price zone

(212 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Jean Michel Jarre | Oxygene (remastered)

    Jean Michel Jarre | Oxygene (remastered)

    Bestseller Good price
    Płyta, będąca kamieniem milowym muzyki elektronicznej, przez wielu uważana za najwybitniejsze osiągnięcie gatunku, wyniosła także na wyżyny nieznanego wówczas, francuskiego syntezatorzystę. O ile późniejsze (a szczególnie ostatnie) dokonania Jarre'a nie mają już takiego uroku, co pierwsze, to przyznać trzeba, że dzięki nim muzyka elektroniczna trafiła "pod strzechy" nawet mniej wybrednych słuchaczy. Czy to dobrze - śmiem wątpić, komercjalizacja nigdy nie wychodzi sztuce na dobre... Oxygene na pewno nie można zarzucić owej przypadłości, płyta poraża pełnią i bogactwem brzmienia, niezwykle nowatorskiego jak na owe czasy, a i dziś potrafiącego zachwycić. Sześc utworów, tworzących nierozerwalną całość, wypełnione jest zwiewnymi, klimatycznymi dźwiękami, szumami wiatru i wspaniałymi efektami stereofonicznymi. Oxygene part 1 wprowadza nas w stan zadumy i pewnej melancholii, przelewając elektroniczne pejzaże z głośnika w głośnik. Muzyka nabiera tempa w Oxygene part 2, pod tym indeksem ukryty jest, między innymi, zgrabny temat triolowy, jeden z najbardziej charakterystycznych w dorobku kompozytora. Z towarzyszącym nam szumem wiatru rozpoczyna się Oxygene part 3, tchnąca optymizmem urokliwa miniaturka, z wieńczącym ją śpiewem ptaków, kończącym jednocześnie pierwszą stronę płyty. Po tym kolejny raz witani jesteśmy szumem wiatru i rozpoczyna się Oxygene part 4, można powiedzieć "wizytówka" Jarre'a, będąca dowodem na to, że jest on jednocześnie mistrzem komponowania prostych, ale przyjemnych, chwytających za serce melodii. Oxygene part 5 wraca na początku do klimatów spokojniejszych, malowanych organowymi krajobrazami, by pod koniec nabrać tempa i wprowadzić nas w klimaty rodem z Tangerine Dream... Płytę kończy Oxygene part 6, nastrojowy utwór, któremu towarzyszy szum morza i odgłosy rybitw kończące płytę. Trzeba przyznać, że w 1976 roku była to rzeczywiście muzyczna rewolucja, nikt dotąd muzyki, jakby nie było, pop w ten sposób nie grał. Czas jednak pokazał, że "muzyka przyszłości", jak reklamowano Oxygene, brzmi zupełnie inaczej, czy lepiej, czy gorzej, oceńcie sami. Dla mnie Oxygene to wspaniała podróż w krainę przestrzeni, błękitnego nieba i widocznego w każdą stronę horyzontu...

    Sebastian Sztark



    Pomyśleć że Jarre miał problemy z wydaniem tego materiału! A tymczasem to jeden z najbardziej charakterystycznych i popularnych albumow muzyki elektronicznej wszechczasów! Odmienny od chłodnego futuryzmu Kraftwerk i bardziej kosmiczny i przestrzenny niż Tangerine Dream zaskakiwał silnie melodyjnym brzmieniem i kreacją muzycznych pejzaży.
    Kluczowe komponenty sukcesu tej płyty to znakomicie wykorzystanie instrumentarium (choćby Eminent-310 Unique organ), fantastyczne użycie efektów echa i dźwiękowych generowanych przez VCS i AKS i genialne realizatorsko niesamowite efekty stereofoniczne.
    Ten album to znak firmowy Jarre'a.
    Już pierwsza część powala klimatem jaki wytwarza ta muzyka - podniosły, metafizyczny nastrój ale nie mroczny. To jakby kosmiczno-przestrzenna nirvana oblana dźwiękami - nastrojowe preludium do porywającej w intergalaktyczną podróż części drugiej - przed nami całe piękno kosmosu -mijamy czerwone karły, pulsary, roje meteorytów - przepiękna, wyważona i w stu procentach dopracowana muzyka.
    Część trzecia to jakby spięcie tej potrójnej suity - spokojnie - dynamicznie -spokojnie - bardziej jednak doniośle.
    Część czwarta - chyba najbardziej znany kawałek elektronicznej muzyki w ogóle. Oparty na kilku melodyjnych akordach, ale jak zaaranżowany i jak wspaniale wsparty podkładami!
    Część piąta - składa się z dwóch fragmentów - pierwsza - odzwierciedlenie kosmicznej pustki - prawie brak linii melodycznej i jakby swobodny przepływ dźwięków - im dalej jednak w las tym pojawia się zamiast dysonansow coraz więcej harmonii która nagle przeksztalca się w feerię muzycznej galopady - jedno z najciekawszych wykorzytań stereo w historii muzyki - słynne przejścia zamian kanałami poszczegolnych podkladów robi wrażenie do dziś - główny motyw pojawiający nagle - poraża mnie do dziś - ten jakis taki przenikliwy, chwytający za serce dźwięk i zakończenie z falami rozbijającymi się glucho o skałę i samplami popiskiwań mew to jak dla mnie najpiekniejsza część tej płyty. Końcowa część to znowu przeciwstawność na ktorej Jarre oparł płytę - spokojny, nastrojowy utwór mniej jednak przestrzenny od pozostałych. Bardzo systematycznie ułożone struktury tej muzyki tworzą jej moc - olbrzymia siła tkwi też w tym że Jarre nie udziwniał kompozycji tworząc esensjonalnie krótkie utwory kumulujące wszystko co podpowiadała mu muzyczna wyobraźnia w sposób który pozwalał się nacieszyć poszczególnymi dźwiękami do momentu kiedy zaczęłyby nużyć. To grzech wielu twórców którzy nadmiernie eksploatują pewne pomysły, które zamiast brzmieć świeżo po 10 minutach powodują ból głowy. Siłą Oxygene jest to, że jest przyjaźnie nastawiona na słuchacza, który przy kolejnych przesłuchach może odnajdywać następne smaczki a jego wyobraźnia tworzyć coraz to inne wizje.
    Zasługą Jarre'a jest to, że muzykę el rozpropagował w świecie wyrywając ją z niszowego gatunku przeznaczonego dla niewielkiej, elitarnej grupy słuchaczy. Jak nośna i jak rewolucyjna była ta muzyka niech świadczy olbrzymi boom na podrabiaczy stylu Jarre'a - do dziś wiele płyt w sklepach netowych zamiast opisu nosi krótką etykietę wyjaśniającą wszystko - jarrish. Ale mistrza nie jest w stanie nikt podrobić - co by nie pisać, Jean Michel Jarre ma wielkie zasługi dla el muzyki i obszczekiwanie jego dokonań IMHO jest śmieszne - jego miejsce jest równorzędne obok Tangerine Dream, Klausa Schulze i Vangelisa.

    Dariusz Długołęcki



    Pośród szumów i poświstów elektronicznego sitowia chwiejącego się sennie na tle syntezatorowych konstelacji chmur i wody rodzą się pierwsze mętne, zimne akordy, a wokół nich zaczynają wirować migotliwe arpeggia i ciągnące się pojedyncze tony. PPG Wave snuje swoją nostalgiczną pieśń, a plan zaciąga się coraz ciemniejszymi, seledynowo-granatowo-brunatnymi chmurami rozmaitych syntezatorów. Tak rozpoczyna się dzieło, które zapewniło Jean-Michelowi Jarre’owi sławę – do dziś płyta Oxygene w wielu kręgach uchodzi za debiutancką płytę francuskiego artysty, przez co wydawnictwa Cage, Erosmachine, Deserted Palace i Les granges brulées skazane zostają na zapomnienie. Oniryczna, pozbawiona właściwie rytmicznego szkieletu impresja przechodzi płynnie wraz z odezwaniem się migoczącego ostinata w część drugą: po chwili rozbrzmi fragment stylizowany na barokowe Gigue, gdzie wysokie tony syntezatora momentami do złudzenia przypominać będą mollowe wyznania barokowej trąbki. Quasi-barokowy motyw zostaje zmyty falami elektronicznych chórów, których pomruk niesie słuchacza przez lodowe cieśniny rzeźbione w brzmieniach syntezatorów i melotronów.
    Część trzecia rozpoczyna się od dramatycznego, przejmującego, dysonansowego „akordu syntetycznego“, który szybko rozpuszcza się pod naporem ciężkiego rytmu akcentowanego dźwiękami tak ścieżki perkusyjnej, jak i lepkich, masywnych akordów syntezatorowych intonujących chwytliwy motyw zbudowany na charakterystycznej dla najbardziej nośnych riffów kwincie. Muzyka ulega zdezintegrowaniu na podobieństwo piany dotkniętej kawałkiem mydła jeszcze przed trzecią minutą trwania tego epizodu. Z szumu wiatru i gamy innych niezidentyfikowanych niemuzycznych brzmień wyłania się znany chyba każdemu słuchaczowi muzyki nie tylko elektronicznej pulsujący rytm czwartego epizodu, najprędzej kojarzonego z nazwiskiem Jarre’a. Na posuwistym tle rozbrzmiewa przymglona, bardzo melodyjna impresja, ciekawie parafrazowana na bazie niby przewidywalnego schematu Cm-F-G.
    Część piąta to najdłuższy epizod Oxygene. Właściwie wyróżnić można tutaj dwie pod-części: pierwsza jest niebywale spokojna i stonowana, rozbłyskują w niej skrzące się, miękkie brzmienia oddalonych syntezatorów; część druga ma dla kontrastu wyrazisty, rozbulgotany, kipiący rytm, na tle którego w sposób niemal charakterystyczny dla rockowej improwizacji Jarre rozwija otwartą melodię syntezatora prowadzącego.
    Ostatnia część to frapujący, chłodny obrazek, w którym brzmienie ścian akordów jest wyjątkowo ponure i osamotnione. Szczególną uwagę zwraca melodia budująca przejście między powrotami alternacji mollowych akordów – Jarre składa ją w pomysłowy sposób używając półtonowych interwałów, nadających muzyce specyficzny posmak. Od strony dźwiękowej finałowy epizod przypomina nieco konstelację dźwięków wypełniającą introdukcję Oxygene, utwór spowity jest jednak w szaty bardziej rytmiczne niż część pierwsza.
    Skojarzenia przypływające spontanicznie podczas obcowania z tą płytą mogą różnić się bardzo dalece – wcale niekoniecznie musi to być podróż przez najdalsze krańce kosmosu, zdumiewanie się architekturą warszawskiego Mostu Poniatowskiego na tle wystygłego marcowego nieba ani kontemplowanie obrazów surrealistów. Tak czy inaczej, podróż przez dźwiękowe struktury Oxygene jest niezapomnianym przeżyciem, o czym warto jak najszybciej przekonać się na własnej skórze.


    Igor Wróblewski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,67 EUR
  • Jean Michel Jarre | Concert Houston-Lyon

    Jean Michel Jarre | Concert Houston-Lyon

    Good price

    Po fenomenalnym zapisie koncertów w Chinach w 1982 roku, kolejny album live Jean Michela Jarre’a brzmi nieco zachowawczo. Nie zabrakło jednak tutaj ani atrakcyjnego zestawu elektronicznych "przebojów" w raz po raz rozbudowanych wersjach, ani atmosfery niepowtarzalnego wydarzenia, potęgowanej dobrze zmontowanymi wycinkami odgłosów ulicy oraz audycji radiowych. Promowany jest tu głównie materiał z albumów Zoolook i Rendez-Vous, ale pojawia się też choćby i pominięty w zestawie Les Concerts en Chine hit z Equinoxe, czyli piąta część noszącej ten tytuł suity z 1978 r. Ze względu na atmosferę koncertowej niepowtarzalności i aurę kontaktu z publicznością niesamowite Deuxieme Rendez-Vous zabrzmiało chyba jeszcze niezwyklej niż na studyjnym albumie; Ethnicolor z kolei może nie jest już aż tak przejmujący, jak w wersji studyjnej, kompozycja ta jednak nabrała z kolei iście rockowego rozmachu i jeszcze pełniejszego brzmienia. Tradycyjnie już mamy tutaj impresje na laserowej harfie oraz muzyczne pamiątkowe zdjęcia zebrane w czterominutowy album pod tytułem Souvenir de Chine. Dla czekających nie tylko na najpopularniejsze utwory – miła niespodzianka pod postacią mrocznego, niekonwencjonalnego "repetytywnego chaosu w pigułce", Wooloomooloo. Pozostaje pewien niedosyt w porównaniu z fenomenalnym albumem Concerts en Chine z 1982, ale dobra koncertowa płyta pozostaje nadal dobrą koncertową płytą. Dla najwierniejszych fanów pozycja tak czy inaczej obowiązkowa, dla pozostałych – ciekawy dokument z udanej trasy.

    Igor Wóblewski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,46 EUR
  • Vangelis | Mythodea: a 2001 Mars Odyssey

    Vangelis | Mythodea: a 2001 Mars Odyssey

    Good price
    Vangelis często w swoich poczynaniach bliski był klasycznym formom. Nawet soundtracki takie jak chociażby Chariots Of Fire miały ten symfoniczny posmak. Mythodea to potężna symfonia chóralna, której prapremiera odbyła się 13 lipca 1993r w teatrze Heroda Attyki w Atenach. Vangelis napisał do tego dzieła nie tylko muzykę ale i słowa, odnosząc się w nich do historii starożytnej Grecji. Jak wspominał w wywiadzie dla magazynu KLEM "Utwór ten został skomponowany w godzinę. Nie używam technologii w sposób konwencjonalny. Nie używam komputerów". Jednak owa premiera to już zamierzchła historia, w 2001r Vangelis raz jeszcze zaprezentował swoje dzieło. Przy okazji owe wystawienie związane było z misją NASA na Marsa w celu poszukiwania śladów form życia. Cała impreza odbyła się 28 czerwca 2001r, otoczeniem była świątynia Zeusa Olimpijskiego w Atenach. Budżet był gigantyczny, opiewał na kwotę 7 milionów dolarów. Pieniądze te były podzielone między firmę Sony a greckim rządem, który wykorzystał je na promocję Grecji w świecie. W samym spektaklu udział wzięło 224 artystów, w tym sam Vangelis, 75-cio osobowa London Metropolitan Orchestra, 120-sto osobowy chór Opery Narodowej. Poza nimi główne role grały dwie śpiewaczki operowe: Kathleen Bitwa i Jessey Norman (soprany). Słuchając tego ponad godzinnego dzieła, można stwierdzić, iż rola elektroniki była tu marginalna. Orkiestra Symfoniczna oraz chór, skutecznie torpedują poczynania Vangelisa. Całości bliżej zdecydowanie do operowych form rodem z muzyki klasycznej i nawet kosmiczny, marsjański wątek tego jej nie pozbawia. Oczywiście nie brak mega pompy i bombastyczności tych brzmień, przez co Mythodea brzmi potężnie. Wydaje się jednak iż jedynie wielbiciele klasyki będą mieli pociechę z tej muzyki, fani elektroniki bez takich skłonności śmiało mogą sobie darować tę płytę.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,13 EUR
  • Tangerine Dream | Rubycon

    Tangerine Dream | Rubycon

    Good price

    Moim zdaniem jest to - obok Atem, Phaedra i Stratosfear oraz obszernych epizodów Poland - najbardziej synestezyjna płyta Tangerine Dream: tu, za sprawą odpowiednich dźwięków, domyślne kolory, sceny i zapachy rodzą się same. W suicie Rubycon udało się Edgarowi Froese, Christopherowi Franke i Peterowi Baumannowi wyczarować dziki, tętniący nieokrzesanym życiem krajobraz, przypominający bagniste posępki i trujące łąki rodem z kart "Tako rzecze Zaratustra" Fryderyka Nietzschego!
    Przygoda z muzyką składającą się na ten niezwykły twór rozpoczyna się o zardzewiałym brzasku, ukazującym porozrzucane tu i ówdzie suche gałęzie brzmień kojarzących się z kameralną muzyką awangardową w stylu "Hymnów" Alfreda Schnittke. Pejzaż stopniowo nabiera barwy i ładu, aż gdzieś ponad chmurami rozlega się trzepot skrzydeł dziwacznych ptaków, nadciągających ze swym wątkiem osadzonym w rozległej, całotonowej skali w stylu Claude'a Debussy'ego. Chyba właśnie do tych epizodów suity Rubycon nawiązali członkowie rosyjskiego elektronicznego projektu "Metamorphoses", przygotowując swe impresjonistyczne, syntezatorowo-komputerowe, zamglone trawestacje motywów wyszukanych na kartach dziejów muzyki klasycznej… Gdzieś pośród siarkowo-zielonkawych rumowisk zaczyna tlić się nader ruchliwe, nieokiełznane życie - ledwo wybrzmi daleki pomruk elektronicznych chórów, zacznie się wić pulsująca serpentyna ostinata. Ostinato wzbiera na sile, wygina się ku tonom oddalonym coraz bardziej od siebie wzajem na klawiaturze. Fale mułu przysłaniają widok, ścieląc się na ruchliwym podkładzie basowego syntezatora, aż w końcu podziemne źródła zaczynają wszystkie naraz wybijać równym, uporządkowanym rytmem, na tle którego wyłaniają się coraz to dziwniejsze istoty, odzywające się echem preparowanego fortepianu uderzającego masywne, parskające akordy. Być może słuchacz jest właśnie świadkiem narodzin człowieka, który w myśl filozofii Anaksymandra wyjdzie na świat z macic rybopodobnych stworów, już wypełzających w takt zmasowanego ataku syntezatorów i melotronów na ląd, ciągnąc za sobą smugi słonego śluzu…
    Muzyka wybrzusza się, ostinato ucieka spod pięter klawiszowych namułów, wszystko po mału dezintegruje się, cichnie, pierzcha. Pierwsza część kończy się podobnie cichym zamyśleniem, jakim się zaczęła - jednak nie wpada już w atonalne, porozrzucane bezładnie prawie niemuzyczne brzmienia, tylko stopniowo ubywa po prostu instrumentów na scenie. Po krótkiej pauzie powracają niesamowite dźwięki - tym razem podnosi się wysoka, mętna fala zamurowanego wpół drogi na ląd morskiego westchnienia. W tym fragmencie wyraźnie słychać jeszcze próbki atonalnego, eksperymentalnego stylu, w jakim muzycy Tangerine Dream przygotowali swe najwcześniejsze płyty. Kolejny wątek rozegra się znów pośród połamanych gałęzi, pocących się błotniście górskich potoków i drżących skał kredowych. Muzyka zostaje znów raptownie uporządkowana, ale brzmienie jest nadal chropawe i surowe, zupełnie inne niż na tak niewiele młodszych płytach jak Ricochet i Stratosfear. Podminowany ostinatem dynamiczny fragment roztopi się ostatecznie i rozmaże w skryty mrokiem leśny prześwit, pełen zwęglonych pni, nad którymi wstają gwiazdy malowane przez fletowe brzmienia melotronów w nieregularne, kapryśne tonacje… Dziwi niebywale, że to już koniec tej arcyciekawej dźwiękowej przygody. Na szczęście można tę płytę ponownie włączyć i zacząć całą niesamowitą wędrówkę od początku.

    I. W.


    ...kto usłyszał ten album przekroczył RUBYCON i znalazł się w krainie el brzmienia Tangerine Dream i choć jest archaiczne nie chce się go opuszczać lecz pragnie słuchać i słuchać i .... szczególnie polecam...

    PPL


    Równo 20 lat temu grupa Tangerine Dream nagrała jedną z tych płyt, które zespołowi faktycznie zaczęły przynosić popularność. Mam na myśli Rubycon. Który w mojej płytotece wciąż zajmuje miejsce pośród najchętniej słuchanych. Mam nawet wersję analogową, kupioną 16 lat temu na pamiętnym "Wolumenie" za ówczesne 2,5 tysiąca złotych. Jak się okazuje dosyć wielu melomanów czuje sentyment do tej właśnie płyty. Myśląc "płyta" mam na myśli wszystko to co się na nią składa. Przede wszystkim okładka, duża rozkładana koperta, delikatne zabiegi nad wyjmowaniem czarnego krążka, oraz dużo informacji o muzyce. O te dość według mnie istotne elementy zubożone są dzisiejsze płyty CD. Ilustracja jest wbrew pozorom istotną częścią składową dla całej muzycznej produkcji. Tak jak tytuły, sugeruje ona skojarzenia przy odbiorze muzyki. Czasem dzieje się to na korzyść muzyce, a czasem na niekorzyść. W przypadku Rubycon'u fotografia kropli wpadającej do wody idealnie oddaje temat i klimat muzyki. Jasny błękit sugeruje gorące niebo, ciemny granat wchodzący w ciemną zieleń nasuwa obraz tropikalnej zielonej przyrody. Rubycon (dziś Fiumicino) to opowieść o antycznej rzece, od jej powstania (pojedyncze dźwięki fortepianu odtworzonego od tyłu, sugerujące pojedyncze spadające krople) poprzez utworzenie się rwącego nurtu (sekwencerowy minimal) aż po jej zwieńczenie w Adriatyku. Ta chronologia zdarzeń trzyma logicznie formę muzyki. Wykonana na "archaicznych" instrumentach zdumiewa dzisiejszego odbiorcę prostotą środków wyrazu, oraz możliwościami kreacyjnymi dźwięku. Wszystko to zasługa jak mi się wydaje mojego ulubionego instrumentu Mellotronu, obsługiwanego przez Edgara Froese. Ten prototyp dzisiejszego samplera poza poprawieniem jakości, możliwościami pracy nad brzmieniem, formalnie różni się niewiele. Mellotron to instrument - taśma, a mimo to brzmienie orkiestry, czy tak charakterystycznego fletu jest niepowtarzalna. Cześć druga Rubycon'u rozpoczyna się od solo Petera Baumanna również historycznym już instrumentem Synthi A Voice i wspomnianym Mellotronie Edgara Froese.
    Sięganie członków zespołu do muzyki współczesnej w bardzo dużej mierze ukształtowało styl Tangerine Dream. W drugiej części zastosowano brzmienia chóralne wykorzystane w sposób zbliżony raczej kompozytorom muzyki współczesnej. Dostrzegam we wczesnej twórczości Tangerine Dream inspiracje formami poważnymi, choć od początku zespół oscylował w stronę rocka (niestety poprzestając dziś na tym stylu).
    Tak więc jeśli chciałbym wypocząć przy muzyce Tangerine Dream to bez wahania wybrałbym właśnie Rubycon. Jest to muzyka bardzo określająca zespół, są tu niemal wszystkie zwykle stosowane obszary dźwięku. Jest więc szczypta awangardy muzyki współczesnej, jest Minimal Art., są i formy swobodne. Dzieje się dużo i co ważne nie nudzi, jest doskonale dopracowana. Myślę że fani el-muzyki płytę tę doskonale znają i podzielają mój zachwyt. Moja recenzja niech będzie więc potwierdzeniem, że nie zawsze najwyższa technologia jest gwarantem na dobry produkt.

    K.K.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,67 EUR
  • Tangerine Dream | Atlantic Walls

    Tangerine Dream | Atlantic Walls

    Good price

    Kolejny kompilacyjny album Tangerine Dream, który to skierowany jest do tych chcących oszczędzić wydawanie gotówki na więcej płyt. Materiał zebrany na Atlantic Walls podsumowuje lata 1988-1998. A więc mamy nagrania z takich albumów jak: Optical Race, Lilly On The Beach, Merlose, Rockoon, Turn Of The Tides, Tyranny Of The Beauty i Timesquare (Dream Mixes vol. 2). Z tym iż tu uwypuklono utwory z albumów Merlose i Tyranny Of The Beauty. Jest jeszcze bliźniacza kompilacja Atlantic Bridges i tam przeważa materiał z Optical Race i Lilly On The Beach. Ten okres był dosyć kontrowersyjny w karierze grupy. Odejście Christophera Franke (który zabrał też na odchodne większość sprzętu), odbiło się zarówno na brzmieniu grupy, jak i jakości materiału. Muzyka zaczęła dryfować w kierunku popu, a zespół nastawiał się na brzmienia bardziej akceptowane w USA. Do tego dojście Jerome Froese'go przez wielu traktowane było jako kpina. Jak się okazało syn lidera stał się postacią napędową grupy. Zyskała na tym muzyka, która zaczęła brzmieć niezwykle nowocześnie. Młody Froese dostrzegał muzykę techno, jej pęd ku futurystycznym dźwiękom. Grupa miała nadążać za światem i sama zaczęła eksperymentować na tych polach, jednocześnie zachowując swoją tożsamość. To też album podsumowujący 10-letni wkład Zlatko Pericy. Ten gitarzysta to nie tylko koncertowy dodatek, ale i w studiu okazał się znakomitym kolorystą. Ci zatem którzy chcą poznać ów okres, ten album będzie solidnym przewodnikiem i zapewne taka jest jego rola.

    R. M.


    Płyta wytwórni TDI to druga część "atlantyckiej" serii. Tak jak poprzednia - złożona jest z utworów, których kompozytorami byli: Edgar Froese, Paul Haslinger, Jerome Froese. Muzyka pochodzi z tych samych płyt. CD zawiera też 12 utworów co daje 72 minuty muzyki. Dla mnie jest to muzyka uspokajająca, czasem ... wesoła? Chociaż wolę "twórczość" trochę wcześniejszą , to chwila "oddechu" też jest potrzebna. Polecam, szczególnie młodszemu gronu fanów.

    Andrzej Jaworek

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,76 EUR
  • Moogazyn

    Moogazyn

    Bestseller Good price

    Płyta wydana z okazji 10-lecia Klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej. Piękna nazwa klubu wywołuje refleksje nad zawartością tej płyty. Muzykę medytacyjna niewątpliwie reprezentują: Cosmogony, Dwie kobiety - fantazja, J.K. 150, Der Drachenberg - Probe 1. Wielka szkoda, że ten ostatni jest niefortunnie wyciszony. Pozostałość ma być muzyką elektroniczną. Czy aby jest? Chyba niektórzy zapomnieli, że termin "muzyka elektroniczna" już ma niewiele wspólnego z wykonywaniem na instrumentach elektronicznych. Jeśli mylę się to disco-polo (tfuj!) to też el-muzyka. Na takie warczenie jak Warczyk potrzeba Szczęśliwego Nowego Worku aby wysłać Brzegiem Styksu na Isle. Piszland pachnie bardzo późnym Tangeine Dream, a Random Realities wczesnym. Na tej płycie wszystkiego jest po trochu, od Jarre'a do..., chciałoby się napisać Schnitzlera - niestety nie mamy tak znakomitej plejady el-muzyków. Na koniec jest Znak Wysłuchania. Artur, może jakiś nowy tytuł. Proponuję "Znak przebudzenia". Podsumowując, płyta udana, warta posiadania przez każdego polskiego fana, a już na pewno przez bywalców podupadającego, niestety, KMMEiM.


    Turecky

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    2,24 EUR
  • Vangelis | Portraits

    Vangelis | Portraits

    Good price
    20 lat kariery Vangelis portretuje jakże udanie album zatytułowany właśnie Portrais (So Long, So Clear). Vangelis zapisał się w historii muzyki jako twórca filmowych tematów. Jego zmysł dramaturgiczny, melodyczny i symfoniczny sprawił, iż te rozpoznawalne są na każdym kroku. Mało tego, stały się wyrazistymi elementami współczesnej pop kultury. No bo kto nie kojarzy dziś tematów do takich filmów jak: Chariots Of Fire, Antarctica czy 1492 Conquest Of Paradise. To wszystko tu mamy, a oprócz tego pojawia się też utwór La Petite Fille De La Mer z obrazu L'Apocalypse Des Animaux Fredrica Rossifa. Szkoda tylko że nie ma żadnej kompozycji z płyty Blade Runner. To w sumie jego najlepsza filmowa muzyka, do słynnego "cyber-punkowego" obrazu Ridley'a Scotta. Poza filmowym Vangelisem, płytę Portraits (So Long, So Clear) niczym przerywniki, przetykają nagrania z albumów zrealizowanych z Jonem Andersonem z Yes. Nie wszystkim ten ekscentryczny duet pasował, mimo tego pozostawił po sobie całkiem sporo przebojów. Jak chociażby słynne I'll Find My Way Home, czy I Hear You Now. Anderson wniósł swój melancholijny głos i przytemperował symfoniczne zapędy Greka. Powstały zgrzebne kompozycje na przecięciu popu i muzyki elektronicznej, które urzekają po dziś dzień. Bardzo udana kompilacja godząca owe symfoniczne tematy filmowe i prostotę pop music. Niebanalnie i z klasą.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,77 EUR
  • Jon and Vangelis | Best of Jon and Vangelis

    Jon and Vangelis | Best of Jon and Vangelis

    Good price

    Chyba nie ma co się spodziewać nowych nagrań duetu Jon & Vangelis, dlatego wydany w 1984r album The Best Of stanowi optymalne podsumowanie. Co prawda w 1991r był krótki epizod z płytą Page Of Life i wtedy wydawało się że duet powróci na dłużej. Mimo tego i tak jest się czym cieszyć. Współpraca Jona Andersona i Vangelisa miała już miejsce na albumie tego drugiego Heaven And Hell. Potem w 1974r gdy grupa Yes zwolniła Ricka Wakemana za pijaństwo, w jego miejsce jako następca brany pod uwagę był właśnie Vangelis. Jednak ekscentryczny styl bycia Greka chyba nie odpowiadał grupie. Ostatecznie ten wakat trafił się Patrickowi Morazowi. Jednak współpraca z wokalistą Yes przyniosła nadzwyczaj udany efekt w postaci czterech płyt studyjnych. Na albumie The Best Of mamy nagrania z trzech pierwszych albumów, a więc Short Stories, The Friends Of Mr. Cairo i Private Collection. Niezwykle nastrojowe utwory z pogranicza ballady, popu, rocka i elektroniki miały całkiem niezłe wzięcie. Utwór I'll FInd My Way Home znalazł się nawet na miejscu 1 Listy Przebojów Trójki. Jednak oprócz tego istnieją jeszcze nagrania, które nadal czekają na to by je wydać. Takimi są nieoficjalny album Yes Alternate Generator. To na nim znalazły się wersje demo nagrań All Through The Night czy The Arms Of Love. Oprócz nich są jeszcze utwory z singli, które nie pojawiły się na pełnych płytach. Może znajdzie się ktoś, kto uzupełni dyskografię duetu o te rarytasy.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Mike Oldfield | Voyager

    Mike Oldfield | Voyager

    Good price
    Muzycznie produkcja Voyager kojarzy się z nagraniami Enyi albo grupy Clannad – nie chodzi jednak tylko o wykorzystanie irlandzkich motywów ludowych, lecz raczej o specyficzną, malarską głębię, o rozmaite dźwiękowe światła i cienie które nadają aranżacjom posmak czegoś nie do końca odgadnionego. Wydaje się też, że Oldfield wziął udział w nagraniach pełen radości i zapału, koncentrując się jedynie na zamyślonym, niespiesznie przebudzającym się charakterze kompozycji, a nie na niesamowitej ilości ozdobników, dygresji brzmieniowych i niezliczonych instrumentalnych tekstur. Brak tutaj właściwie elementów świadczących o technicznym kunszcie Oldfielda, takich jak haftowane niezliczoną ilością rozedrganych dźwięków fraktalowe koronki dodające uroku partiom gitarowym fragmentów płyt Ommadawn czy Amarok. Tu słuchacz ma do czynienia właściwie wyłącznie z "wirtuozerią oniryczności", jeśli można tak się wyrazić. Wszystkie dźwięki są niezwykle przestrzenne, na wskroś przesycone idealnym światłocieniem, przeniknięte jedynym odpowiednim malarskim tonem. Nawet nieco słabsze, mniej zapadające w pamięć kompozycje, jak Celtic Rain (kojarzący się z Hymnem Vangelisa z lp. Opera Sauvage), The Hero czy Flowers of the Forest (bardzo tradycyjnie potraktowane nawiązania do irlandzkiej muzyki ludowej) brzmią tu rewelacyjnie świeżo i krajobrazowo, ciekawiej niż niejedna impresja bogatsza melodycznie, ale za to odbarwiona nieco aranżacyjnie. Słuchając tych utworów nie ma się wrażenia, iż ktoś odgrywa wszystkie te motywy po kolei, siedząc w jakimś neutralnie wyglądającym studiu – ta muzyka żyje niezwykle wyrazistymi wizualizacjami, właśnie tak musi brzmieć naturalna muzyka wrzosowisk, błotnistych wysp wyrastających ze spienionego morza i łąk porastających skaliste urwiska.
    Najlepsze kompozycje to niewątpliwie Mont St. Michel, Wild Goose Flaps Its Wings, Women of Ireland i Dark Island. Pierwsza z wymienionych impresji to dwunastominutowa suita rozpisana na gitarę klasyczną i orkiestrę symfoniczną – na pewno nie jest to rozchwiany kolaż brzmień to orkiestrowych, to "rozrywkowych", tylko najprawdziwszy, zwarty koncert gitarowy! Jest to na pewno jeden z najgenialniejszych utworów Oldfielda licząc już od 1973 roku… Muzyka podlega subtelnym parafrazom, gitara improwizuje na bazie tematu podchwytywanego przez orkiestrę, kolejne wątki zaś wyłaniają się w sposób kojarzący się raczej z salą filharmonii niż studiem oddanym do dyspozycji rockowemu twórcy. W tle wciąż przepływają statki z obrazów Lorraine’a i Turnera, a niebo zasnute zostaje najbardziej fantazyjną konstelacją fioletowych i granatowych chmur, jaką zna dyskografia Oldfielda. W finale rozbrzmiewają głuche, oddalone dzwony, przywodzące od razu na myśl atmosferę "zakurzonego", przesiąkniętego zapachem pokrzyw i starych zegarów przed-finałowego epizodu pierwszej części Tubular Bells. Drugi wymieniony utwór, Wild Goose Flaps Its Wings, jest swobodną improwizacją jesiennej gitary na tle powleczonego zroszoną pajęczyną brunatnego krajobrazu stojących syntezatorowych akordów. To – obok First Excursion z trzeciej płyty albumu Boxed (1976) – najwspanialszy przyczynek Mike’a Oldfielda do muzyki ambient, w którym gitara waha się między brzmieniem Davida Gilmoura i Pete’a Namlooka. Women of Ireland to parafraza znanego tematu irlandzkiego (słyszymy ten motyw choćby w filmach Wuthering Heights i Barry Lyndon), przeplatająca się z wątkiem z Sarabande z jednej ze suit orkiestrowych Händla (nawiasem mówiąc, ten motyw także włączono do ścieżki dźwiękowej filmu "Barry Lyndon"…). Gitara Oldfielda brzmi nader ekspresywnie, a tło spowite zostaje znów intrygującymi, spokojnymi kolorami. Dark Island wreszcie jest finezyjną miniaturą, w której spotykają się dwa tematy: jeden pogodny, rozdokazywany, drugi zaś nostalgiczny, wspinający się w skale typowe dla gitarowej muzyki hiszpańskiej.

    Igor Wróblewski



    I oto mamy nastepną porcję muzyki Mike'a Oldfielda, całkiem niedługo po albumie Songs From Distant Earth. Nowa płyta jest różna od poprzedniczki, Oldfield zagrał nowe kompozycje na bardziej tradycyjnych instrumentach, dlatego nie jest to el-muzyka sensu stricto. Tym razem kompozytor powrócił do swoich irlandzkich korzeni, tworząc brzmienia nasycone folklorem swojej ojczyzny (właociwie pół-ojczyzny, gdyż Mike jest tylko w połowie Irlandczykiem). Już pierwsze takty nowego CD oznajmiają nam wyraźnie, kto je stworzył. Słychać typową, właściwą tylko temu artyście gitarę i charakterystyczne dla niego melodie. Cała płyta tchnie spokojem i impresjonistyczną zadumą, a w ten intymny nastrój wplatają się niepostrzeżenie celtyckie motywy muzyczne, czasami nawet te wspaniałe chórki, za które kocham muzyke, jaką tworzy Enya. To tylko takie moje skojarzenie, bo Voyager jest niepowtarzalną płytą, zresztą to Oldfield zawsze znajdował naśladowców, a nie odwrotnie.
    I jeszcze te urzekające flety i skrzypce, które czesto nadają smaczek nagraniom "prawdziwych" el-twórców, tu w akustycznej głównie muzyce Mike'a wspaniale współgrają z wiodącą, "rozopiewaną" gitarą. Na tej płycie wokal zepsułby chyba całą jej wymowę, zasłoniłby sobą wszystkie piekne, starannie zagrane ścieżki instrumentów. Cóż, nie jest to płyta dla fanów rasowej elektroniki, ale chyba każdy z nas potrzebuje chwil wytchnienia od syntetycznych dźwieków. Wtedy idealną alternatywą jest kraina znakomitej muzyki Mike Oldfielda, miłej szczególnie zwolennikom Clannad czy Celtic Twilight.

    Michał Żelazowski



    Pojawiła się nowa płyta Mike Oldfielda zatytułowana Voyager. Tytuł chyba już zawsze będzie mi się źle kojarzył. Zaczęło się tak. Mój drogi kolega powiadomił mnie któregoś dnia, że o północy jedna z rozgłośni radiowych rozpocznie prezentację nowej płyty Oldfielda. Następnie, zupełnie poważnie dodał, że zaraz potem także nową płytę zaprezentuje kapela disco - polo - Voyager. Dziwna mieszanka, ale tyle już w życiu widziałem idiotyzmów, że ten szczególnie mnie nie zdziwił. Wkrótce okazało się, że mój drogi kolega chyba nie za uważnie słuchał i Voyager to tytuł, a nie nazwa. O prezentacji zupełnie zapomniałem, a jako, że płyty tego akurat artysty kupuję w ciemno, czym prędzej udałem się w odpowiednie miejsce, zwane sklepem.
    Teraz o muzyce zawartej na płycie. Jak to u Oldfielda bywa sporo tu gitary. Słychać motywy irlandzkie i celtyckie, prócz kompozycji autorskich na płycie zawarte są melodie tradycyjne w aranżacjach Oldfielda. Muzyka jest przyjemna, perfekcyjnie skomponowana i wykonana, ale pozostawia pewien niedosyt. Po przedostatniej, wspaniałej płycie The Songs Of Distant Earth Oldfield wyraźnie obniżył loty. Przedostatnia płyta posiadała wyraźną inspirację, była nią książka A.C.Clarke'a, natomiast ostatnia wydaje się być takowej inspiracji pozbawiona. Zupełnie jak gdyby była nagrana dla porządku - mija trochę czasu, trzeba wydać płytę. Ja osobiście wolałbym poczekać dłużej i dostać coś lepszego. Momentami wydaje się że Oldfield kopiuje sam siebie. Jest to przepiękne kopiowanie, ale nic poza tym, a muzyka musi poszukiwać. Tak jak "Pieśni..." to płyta której słuchałem bez znużenia miesiącami, tak Voyager zagościł w moim odtwarzaczu jedynie kilka razy. Ktoś może zapytać po co ta recenzja, skoro nie polecam tej płyty? Otóż polecam, tak jak i każdą inną Oldfielda, ale tylko tym, którzy chcą mieć zbiór przepięknych, perfekcyjnie zagranych dziesięciu melodii.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,30 EUR
  • Brian Eno, David Byrne | My Life in the Bush of Ghosts

    Brian Eno, David Byrne | My Life in the Bush of Ghosts

    Good price
    My Life in the Bush of Ghosts to jedna z płyt Briana Eno bogato okraszonych partiami wokalnymi. Ze względu na charakterystyczny głos Davida Byrne'a nie zbywa podczas słuchania tego materiału na asocjacjach z muzyką Talking Heads - mamy tutaj żywe pasaże rytmiczne z mistrzowsko potraktowanymi instrumentami perkusyjnymi oraz ciekawie preparowanymi gitarami, jednakowoż miłośnicy charakterystycznego stylu "zamyślonego" Briana Eno na pewno nie będą rozczarowani. Na płycie dominują motoryczne, okraszone brzmieniami najróżniejszych "przeszkadzajek" rytmy oraz soul-funk-rockowo klangujące linie basowe (szczególnie warto zwrócić na utwór trzeci, podobnie gniewno-zmysłowy jak frapujące Exposure Petera Gabriela i Roberta Frippa). Wyobraźmy sobie humor, swobodę oraz szczyptę refleksyjności Briana Eno, trochę rytmicznego szaleństwa i trochę połamanych, pokomplikowanych struktur nieco w stylu "kolorowej trylogii" (Discipline, Beat, Three of a Perfect Pair) King Crimson, a otrzymamy w miarę sporo mówiący już wstępny obraz muzyki wypełniającej tę płytę. Jest to 40-minutowe, 11-utworowe scherzo na bardzo wysokim poziomie, dowód na to, jak można, przy fenomenalnych umiejętnościach technicznych i celowym "wysterylizowaniu" brzmienia, udanie i na poziomie cieszyć się i bawić uprawianiem muzyki. Polecam krótki, ale bardzo treściwy brzmieniowo utwór dziesiąty, podszyty tak żartobliwym, jak i perfekcyjnie wyważonym scratchingiem oraz całą masą rytmicznych uskoków i skrzypliwych efektów.

    I. W.

    Availability: Only on request | product: 1CD


    7,67 EUR