Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

Generator.pl

(2322 albums)
sort by albums on one page
recording period
  • Steve Roach | Bloom Ascension

    Steve Roach | Bloom Ascension

    New

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    16,68 EUR
  • Paul Ellis | Interstellar-Nataraja

    Paul Ellis | Interstellar-Nataraja

    New

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    15,61 EUR
  • Awenson | Within

    Awenson | Within

    New

    Availability: Only on request | product: 1CD


    15,61 EUR
  • Kitaro | Silk Road v.2 (LP)

    Kitaro | Silk Road v.2 (LP)

    New
    Kitaro w 1989 roku osiadł z drugą żoną i jej synem na farmie wielkości 730,000 m2; w Ward na północno zachodnim przedmieściu rozłożonego w górach, Boulder w stanie Kolorado. Tam stworzył swoje drugie studio nagraniowe Moichi House stworzone na 230 m kw. gdzie swobodnie mieści się 70 osobowa orkiestra. Dobór miejsca nie był przypadkowy - góry Kolorado przypominają Kitaro święte góry Japonii a zarazem w okolicy osiedlona jest liczna społeczność azjatycka. Tamże znalazło schronienie m.in. ponad 5 000 uchodźców z Tybetu. Z jednym z nich, słynnym mnichem i muzykiem Nawang Khechog nagrał swą najmroczniejszą płytę World Of Kitaro i był producentem jego płyty Karuna. Kitaro znany też jest tego że dochód z płyt przeznacza na cele charytatywne np. czarująca płyta trawestująca znane kolędy, Peace On Earth stworzona została aby wesprzeć pieniędzmi z jej sprzedaży fundację non-profit Earth Communications Office. Nie zapomina jednak o swoim kraju rodzinnym ani ten o nim - Kitaro był tam na przykład głównym wykonawcą podczas zakończenia olimpady zimowej w Nagano w 1998 roku. Pięć lat zdjęć 50 milionów dolarów kosztów, miliony kilometry taśmy - tak powstał wspaniały film dokumentalny Silk Road i dzięki niemu mamy możliwość rozkoszowania się świetną ścieżką dźwiękową... Mamy tu typową dla wczesnego Kitaro kombinację dźwiękowego przepychu, majestatycznych struktur i miłych prawie naiwnych melodii. Lekkie syntezatorowe dźwięki pełne elegancji i blasku o ciepłym i pełnym wewnętrznego spokoju charakterze. Radzę włożyć słuchawki zamknąć oczy i udać się w mistyczną podróż uniesionym tą przepiękną muzyką. Cudowne syntezatorowe pejzaże mieszane z naturalnymi odgłosami i niepowtarzalnymi efektami dźwiękowymi. Spokojne i wysublimowane prowokujące do wyobrażania sobie odległych lądów, czasów, kosmosu. Muzyka którą można wykorzystać do medytacji, relaksacji czy Jogi. Ta płyta bardziej podoba mi się od pierwszej części ze względu na według mnie dużo ciekawsze kompozycje. Płytę otwiera oddechem kosmosu przepiękny Peace. To kwintesencja stylu Kitaro - trudno być obojętnym słuchając tych poruszających dźwięków - słychać tu wszystkie charakterystyczne wyznaczniki stylu Kitaro. Dryfowanie w przestrzeni kontynuuje kolejny wspaniały utwór oparty głownie na brzmieniu santur - Takla Makan Desert. Dla mnie to muzyczna transkrypcja tego co się kryje pod słowem "wiosna" - myślę, że nikt lepiej nie potrafiłby na język muzyki przełożyć zapachu trawy, ciepła słońca, radości z otaczającej nas przyrody. Eternal Spring - rytm przyspiesza ale wciąż jesteśmy w kręgu relaksacji. Silver Moon to delikatne powtórzenie motywu przewodniego Silk Road zanurzone w subtelnej oprawie (do 1.42) następnie przechodzi w niesamowicie klimatyczną melodię wygrywaną specyficzną, zarezerwowaną tylko dla Kitaro barwą dźwięku. Według mnie najpiękniejszy fragment płyty oprócz ostatniego utworu. W Magical Sand Dance dźwięk z poprzedniego utworu przechodzi w inną melodię i wsparty jest w dość ciekawy sposób, przez perkusję i tradycyjną gitarę. Kolejny przewspaniały wstęp oparty na paru dźwiękach plus mellotron i kolejna zwiewna melodia - Year 40080. Time Travel - ulotna kompozycja oparta na chanting bellsach w tle mellotrowych chórów. Na kończące tę doskonałą płytę 3 ostatnie utwory brakuje mi już słów... To przypomina mi już małą porcelanową figurkę baletnicy obracającą się w pozytywce ...Reincarnation - wspaniały dialog dzwoneczków w kanałach, Dawning - czy można inaczej opisać świt? Tienshan - zwieńczenie godne artyzmu Kitaro - silnie wyeksponowane basowe dźwięki i prawie pompatyczna melodia dają niezatarte estetyczne wrażenia. Genialne.

    Dariusz Długołęcki

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    19,19 EUR
  • Moonbooter | Evil 18-2DE

    Moonbooter | Evil 18-2DE

    New

    Availability: Only on request | product: 1CDr


    13,58 EUR
  • Krzysztof Kobus | Twenty Five

    Krzysztof Kobus | Twenty Five

    New Good price

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,72 EUR
  • Kitaro | Silk Road v.1 (LP)

    Kitaro | Silk Road v.1 (LP)

    New Bestseller
    Silk Road Kitaro to jeden z najsłynniejszych i najbardziej malowniczych albumów z gatunku "elektronicznego neoklasycyzmu" bądź wariacyjnego orientalnego new-age. Ta ścieżka dźwiękowa do japońskiego serialu telewizyjnego do dziś robi wrażenie - album jest prawdziwą wizytówką Kitaro, a jednocześnie przykładem maestrii aranżacyjnej, opracowania utworów są bowiem wyjątkowo przestrzenne i skromne, a przy tym przebogate wizualizacyjnie, lżejsze i bardziej sugestywne niż na niejednym późniejszym albumie japońskiego kompozytora i multiinstrumentalisty. Imponować może duże spektrum nastrojów i odniesień: Bell Tower ma nietypowe, obłe brzmienie, kojarzące się z pierwszymi ciepłymi powiewami wiosny i zapachem zieleniejących dosłownie w oczach gałęzi; The Great River to piękny, tchnący spokojem krajobraz, mogący uchodzić za wręcz wzorcową miniaturę elektronicznej muzyki relaksacyjnej; The Great Wall of China to udana wyprawa na tereny oscylatorowej elektroniki sekwencyjnej, w ogóle nie tak odległej od dokonań Klausa Schulze lub Tangerine Dream co do nastroju; Bodhisattva wreszcie to próbka talentu Kitaro jako malarza surrealnych dźwięków, świetnie nadających się jako muzyka do teatralnego spektaklu rozgrywającego się gdzieś w ukrytym, parującym gaju o świcie, w strugach ciemnozielonego deszczu. Tradycyjne i akustyczne instrumenty znakomicie uzupełniają się z elektronicznie generowanymi sekwencjami i ścianami majestatycznych, ale z pewnością nie przytłaczających akordów – ta muzyka brzmi doprawdy zwiewnie i czarodziejsko.

    I. W.



    Album Silk Road miał swoją premierę w 1982r, w postaci dwupłytowego winylowego albumu. Gdy później dokonano edycji na nośniku kompaktowym, podzielono owe płyty na dwie odrębne części które nadal funkcjonują na rynku. Sam film będący kooperacją chińsko-japońską, nijako ocieplił chłodne stosunki między obydwoma państwami. Stał się też wielkim sukcesem komercyjnym, a muzyka Kitaro trafiła pod strzechy. Ten album stał się (i słusznie) wyznacznikiem estetyki new age, który niejako zapoczątkował ów nurt. To w pełni autorskie dzieło Japończyka, który mozolnie nagrywał i miksował ten materiał we własnym studiu. Kitaro grał nie tylko na kultowych syntezatorach Rolanda, Korga, Mooga czy Yamahy, oprócz tego grał też na gitarze akustycznej, bębnach, perkusji, mellotronie i ludowych japońskich instrumentach. A muzyka? Już tytułowy Silk Road z zapadającą w pamięć charakterystyczną melodią w orientalnej atmosferze, przygotowuje na podróż owym szlakiem. Kolejny Bell Tower wprowadza delikatnie aurę niesamowitości, kompozycja Heavenly Father ma nieco majestatyczny wydźwięk. Motywy charakterystyczne dla elektroniki sekwencyjnej pojawiają się w Great River. Dynamiczny a jednocześnie liryczny jest utwór Great Wall Of China. Jednak mimo całej tej złożoności i różnorodności tego zestawu, zagrana na japońskich instrumentach perkusyjnych kompozycja Bodhisatva, robi największe wrażenie. Kultowy album, który dla Kitaro stał się trampoliną do wielkiej kariery i popkulturowym dziełem.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    19,19 EUR
  • Cluster | Cluster 2

    Cluster | Cluster 2

    New Good price
    Śmiała, awangardowa muzyka, nieporównywalna w zasadzie z twórczością innych artystów: eksperymenty proponowane na Cluster 2 mogą okazać się sporym szokiem nawet dla miłośników aktualnej elektronicznej awangardy, dark-ambientu itd. Muzyka Cluster to znakomite dźwiękowe wyobrażenie struktur, które oglądane z daleka wydają się być doskonale monolityczne, przy bliższych oględzinach jednak okazują się być wielopoziomowe, dziwnie pozałamywane i przede wszystkim bogate w zdumiewające detale. Pobieżnie słuchając zamieszczonych tu impresji odnosimy wrażenie przysłuchiwania się statycznemu, choć gniewnemu szumowi, przerywanemu raz po raz warkotem nigdy dotąd nie widzianego motoru; gdy jednak poświęcimy impresjom Cluster nieco więcej czasu, odsłonią się przed nami nie tylko ich eksperymentalne i nowatorskie, ale i nastrojowe walory, a także zdołamy docenić wciąż zmieniające się tutaj - choć nieustannie mocno abstrakcyjne - nastroje. Momentami panuje tutaj organowy spokój, dominują jednak zgrzytliwe dynamiczne sekwencje tkane z bardzo niecodziennego tonalnego tworzywa. Płytę wieńczy intrygujący eksperyment zaaranżowany na preparowany fortepian z wizytą w gabinecie krzywych luster... Polecam szczególnie.

    Igor Wroblewski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,76 EUR
  • Tangerine Dream | Force Majeure (reissue)

    Tangerine Dream | Force Majeure (reissue)

    New Good price
    Po tym jak Jolliffe odszedł z grupy Froese i Franke nagrali w Berlinie nowy album samemu. Wspomagał ich Klaus Krüger na bębnach i inżynier dźwięku Edvard Meyer na wiolonczeli. Nagranie na przełomie sierpnia i września 1979 Force Majeure spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem krytyki jak i okazało się sukcesem komercyjnym (angielski Top 30). Tytułowe Force Majeure: cztero minutowy początek nawiązuje do stylistyki Pink Years i co ważne wyraźnie wykorzystuje syntezatory - ciąg dalszy to głównie bębny, gitara elektryczna i dźwięk fortepianu, ciekawy, przypominający trochę dawne nagrania kraut rockowe, słucha się znakomicie. Po siódmej minucie talerze i gitarę wspomaga już brzmienie analogów. Znakomita suita wpada w typowo sekwenserowe, ale spokojne klimaty od 12 minuty. Bardzo ciekawa wielonastrojowa część płyty.
    Rozpoczynająca się od gitarowych riffów Cloudburst Flight to swoista kwintesencja tego jak powinna być zbudowany świetny el utwór. Metamorphic Rocks przechodzą zaś od spokojnego klimatu do wielce energetyzującego rytmu od 4.30 - niestety chyba nie starczyło twórcom pomysłu na wykończenie tej części płyty i brzmi on najsłabiej, bo zwyczajnie monotonnie.

    Dariusz Długołęcki


    Tony otwierające ten album do złudzenia przypominają brzmienie introdukcji do kompozycji Frank Herbert Klausa Schulze z jego albumu X - ciekawe, czy jest to świadome nawiązanie, czy też po prostu efekt działania przypadku przy malowaniu elektronicznych krajobrazów wyłaniających się z poświstów i szumów najróżniejszego typu. Brzmienie zagęszcza się, zbierają się ołowiane, syntezatorowe chmury - ten fragment tytułowej suity znakomicie koresponduje z nastrojem najwcześniejszych impresji Tangerine Dream. Po pewnym czasie wyłoni się spokojny rytm basowego syntezatora, na którego tle rozkwitnie fortepianowy motyw, polegający na rozbudowywaniu bardzo efektownego, klarownego riffu. Dochodzi perkusja i utwór nabiera rozmachu; kompozycja przechodzi przez kilka spokojniejszych, prawie arytmicznych pasaży, ale porządkujące brzmienie perkusji zawsze powraca na pierwszy plan, porywając słuchacza w podróż przez kolejne dynamiczne wątki. Zespół maluje swoje dźwiękowe wizje z podobną ekspresją jak kilka lat wcześniej, niemniej jednak brzmienie uległo pewnemu "wypolerowaniu", stało się nieco bardziej suche, a muzyka starannie oczyszczana jest z dysonansujących elementów. Właśnie na przestrzeni kompozycji Force Majeure rodzi się styl, który zdominuje kolejne płyty Tangerine Dream aż do Le Parc - barokowe bogactwo wyraźnie kontrastujących ze sobą tematów, wyraziście aranżowanych, usystematyzowanych przez zdecydowane wejścia sekcji rytmicznej, sekwencerów lub po prostu pełnie brzmiących instrumentów nie wdających się już jak drzewiej w awangardowe dygresje i niekończące się, przeradzające się w dysonansowe impresje dialogi.
    Najwspanialszym fragmentem tego longplaya jest moim zdaniem utwór Cloudburst Flight. Muzyka idealnie oddaje koloryt i atmosferę obrazów Corota. Mini-suita rozpoczyna się od miękkiego, drobnego, syntezatorowego deszczu padającego prawie niezauważalnie na tle gitarowych akordów, "zarpeggiowanych" i ozdobionych drobnymi ornamentami. W pewnym momencie gitara nadaje kompozycji zdecydowany rytm, jej akordy wybrzmiewają klawiszowym echem, syntezator odpowiada na ciemniejące akordy gitary melodią opartą na kwincie, nabierającą stopniowo coraz bardziej minorowego charakteru, gdy w tle pojawia się błotniste ostinato i wkracza sekcja rytmiczna. Syntezator intonuje unisono z gitarą główny motyw utworu, po czym nadchodzi czas na zapierający dech w piersiach fragment zagrany przez Froesego na gitarze elektrycznej - uważam, iż ta partia jest jedną z najlepszych solówek gitarowych, jakie słyszymy w całej dyskografii Tangerine Dream. Gitara zmaga się ze wzbierającym na sile elektronicznym wichrem i coraz bardziej nerwową perkusją, stopniowo pojawia się coraz więcej zgrzytliwych dźwięków, świszczących strun i dysonansowych wtrętów, aż muzyka po raz kolejny wzbierze na sile, przesterowana gitara zaintonuje kilka akordów… i raptem plan muzyczny zacznie się wypogadzać, krople deszcze wciąż będą ociekać ze strun gitar i klawiszy syntezatorów, ale w tle utworu coraz bardziej zdecydowanie przezierać będzie słońce…
    Ostatni utwór zbudowany jest z dwóch kontrastowych części; względnie krótka introdukcja to bardziej art-rockowe niż elektroniczne oblicze Tangerine Dream, fragment ten świadczy wyraźnie o fascynacji muzyków Mandarynkowego Snu twórczością grupy Pink Floyd. Druga, długa część, zbudowana jest na zgrzytliwym, przesterowywanym, poddawanym najrozmaitszym deformacjom i przesileniom oraz oddaleniom akompaniamencie ostinatowym, służącym jako tło zmieniającym się plamom akordów i co jakiś czas pojawiającym się daleko w tle niepokojącym, nieraz niemuzycznym odgłosom. Dzieki temu utworowi słuchacz odbywa podróż przez skały metamorficzne - trudno sobie doprawdy wyobrazić lepszą ścieżkę dźwiękową! Ta muzyka doprawdy wprowadza słuchacza w swoisty trans i nie przestaje fascynować mimo swej pozornej, powierzchownej monotonii… Warto dodać, iż do tematu, na którym skonstruowana jest impresja Thru Metamorphic Rocks, grupa powróciła w 1981 roku pracując nad ścieżką dźwiękową do filmu Thief: wykorzystany tam utwór Igneous jest kontynuacją wątku wieńczącego album Force Majeure.

    I. W.


    To jedna z moich ulubionych płyt tego teamu. Płyta została nagrana w sierpniu i we wrześniu 1979 roku, oczywiście w Berlinie. Utwory skomponowane przez Edgara Froese (to oczywiste) i Chrisa Franke. Dopiero rok później do grupy dołączył Johannes Schmoelling.
    Płyta zawiera trzy utwory. Najdłuższy, tytułowy Force Majeure zawiera kilka wątków muzycznych, jest świetnie dopracowany, zawiera doskonałe motywy melodyczne - w sumie nagranie super. We wszystkich nagraniach na płycie, Froese daje popis gry na gitarach 6 i 12 strunowych oraz na "basie". Dzięki gitarom, drugi utwór Cloudburst Flight ma bardzo rockowe brzmienie. Trzeci utwór Thru Metamorphic Rocks również zasługuje na uwagę. Bardzo mi się podoba początek utworu, potem staje się trochę nużący. Mógłby być krótszy o pięć minut, ale to tylko moje zdanie. Wielu moim znajomym właśnie to nagranie podoba się najbardziej. Ogólnie płyta jest raczej dynamiczna, ma wiele ciekawych "kawałków", a jeżeli ktoś przepada za grą Edgara Froese na gitarach elektrycznych, to po wysłuchaniu całości nie będzie zawiedziony.

    Lech

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,38 EUR
  • Tangerine Dream | Stratosfear (reissue)

    Tangerine Dream | Stratosfear (reissue)

    New Good price
    Oprócz dobrze znanego instrumentarium muzycy zaskoczyli użyciem na tej studyjnej płycie całej gamy instrumentów akustycznych. Wykorzystano też komputerowo generowane sekwencje perkusyjne. Przygotowywaniu płyty w lecie 1976 roku w Audios Studio w Berlinie towarzyszył cały ciąg przykrych wydarzeń - a to kłopoty z nowym syntezatorem Baumanna a to zepsucie multi traków, systemu Dolby w studiu nagraniowym, zaginięcie taśmy matki, tajemnicze zmazanie skończonych nagrań, spalenie konsoli miksującej. Dochodziło też do tarć wewnątrz grupy na temat jakie nagrania wybrać na płytę.
    Pomimo ze cała ta płyta to klasyczne analogowe rozwinięte sekwencje to wyraźnie słychać już obranie przez zespół komercyjnego kierunku rozwoju ich muzyki. Doszły do głosu bardziej uporządkowane struktury muzyczne i wyeliminowano psychodeliczny VCS3 dając słuchaczom łatwiejszy w odbiorze materiał. Porzucili symfoniczno-progresywną ścieżkę dla czystych melodyjnych linii. Tytułowy Stratosfear - utwór nagrany w tonacji E minor rozpoczynają dźwiękiz 12 strunowej gitary - piękny, senny, rozmarzony wstęp przechodzi w hipnotyzujący pulsujący rytm - nasączona mellotronem melodia wspaniale koresponduje z delikatnymi pasażami z keyboardów, główny motyw na moogi i mellotron przewija się przez całą kompozycję by wyciszyć się i oddać pola przez ostatnie dwie minuty gitarze z delikatnym dialogiem z syntezatorami - dodajmy znakomity! The Big Sleep in Search of Hades - otwierająca i zamykająca część przypomina barokową sonatę opartą na dialogu klawikordu i mellotronowego fletu i zbudowana jest na zasadzie główny temat, interludium, powtórka, zakończenie. Interludium przypomina czasy zabaw psychodelią ale mocno zaprawione nowym brzmieniem Tangerine Dream. Utwór krotki acz bardzo treściwy, spokojnie mógłby być rozwinięty w parunastominutową suitę. 3am at the Border nastrojowy utwór, swoista reminiscencja prac Cluster. Moog, mellotron, rytmy komputerowe i Fender Rhodes wspaniale współbrzmią na 3am. Ciekawe brzmienie daje też harmonijka - gdy Franke przyszedł z nią do studia myślano, że robi sobie żarty i dopiero gdy wysłuchano efekt końcowy reszta grupy przystała na pozostawienie jej na płycie. Ten utwór jest najbardziej kosmiczno-egzotyczny, na wpół tajemnicze brzmienie oddaje wspaniale dziwny niby to spokojny nastrój który wprowadza jakiś taki podskórny niepokój.
    I wreszcie Invisible Limits. Zaczyna się jak gdyby było przedłużeniem utworu poprzedniego, powtarzające się akordy jako motyw przewodni i dołączające kolejne dźwięki - nagle dzwon urywa tę część utworu, który zmienia oblicze i odchodzi w berlińskie pulsacje by znowu dokonać wolty - piękne solówki pianina i fletu. Na tej płycie nie ma słabej części. Są tylko doskonale lub świetne.

    Dariusz Długołęcki


    Na tym albumie wprost roi się od nowatorskich pomysłów, a jednocześnie wszystkie kompozycje zinstrumentowane są z takim pietyzmem i wyczuciem, że nie może tu być mowy o przeładowaniu tematycznym bądź o jakiejkolwiek niespójności brzmieniowej. Każdy z czterech prezentowanych tu poematów ma swoją niepowtarzalną poetykę i w każdym z nich kryje się zagadka. Stratosfear to najbardziej dynamiczny, nasycony wręcz rockową ekspresją utwór. W partiach gitary czai się duch Davida Gilmoura, choć oczywiście błyskotliwa solówka Froesego nie ma nic wspólnego z kopiowaniem pomysłów bądź rozwiązań brzmieniowych gitarzysty Pink Floyd. Bardzo chwytliwa jest melodia główna, nawinięta na kruche, wyjątkowo rozmigotane ostinato. Znakomicie udało się muzykom stopniować napięcie, wywołując u słuchacza niegasnące rumieńce przez całe 10 minut tego hipnotycznego utworu.
    Moim ulubionym utworem jest miniatura The Big Sleep In The Search Of Hades. Tutaj fletowa melodia wiodąca intrygująco schromatyzowany i dziwnie alternowany temat (mogący skojarzyć się z harmoniką Claude'a Debussy'ego) spotyka się z organowym motywem, by utopić się w gęstniejącej melotronowej plamie, z której w końcówce utworu wyłoni się odległy, niespieszny rytm, na którego tle instrumenty muzyków wyczarują niewidywane nigdy dotąd zjawy w barwie siarki, przejrzałych śliwek i gliny. Pod sam koniec rozpięta znów zostaje gitarowa pajęczyna, po której spaceruje promień fletowego światła. Fletowe brzmienia (generowane zapewne z melotronu) są ogólnie niezmiernie istotnym elementem składowym tej płyty. Melodie budowane na tych brzmieniach są niebywale świeże, przekornie balansują na granicy konkretnej melodii i dysonansu, wykonują karkołomne chromatyczne akrobacje. Najdłuższy utwór, wieńczący płytę Invisible Limits, zaczyna się również taką "impresjonistyczną" partią fletu, by przejść przez fazę roziskrzonego arpeggia i rozpłynąć się w odmętach fortepianowego oceanu. Równie niesamowity jak The Big Sleep... jest trzeci utwór: 3AM At The Border Of The Marsh From Okefenokee. Idealną wizualizacją towarzyszącą tej muzyce byłby niemrawo kwitnący świt nad taką okolicą, jaką ukazuje enigmatyczna okładka całego albumu. Surrealistyczny nastrój tego obrazka potęgują zniekształcone brzmienia... harmonijki ustnej, splatającej się z oddechami całej baterii instrumentów elektronicznych. Jeśli odbiorca dobrze wsłucha się w kompozycję, około siódmej minuty wyraźnie usłyszy, jak przez granicę między błękitem a czerwienią przemaszerowują... kosmiczne owce!!!...

    I. W.


    ...słuchajac Tangerine Dream nie można pominąć tego albumu, a jeszcze lepiej gdy posiadając go wraca się odnajdując coraz to nowe nastroje brzmień...posłuchać i znać należy obowiązkowo...

    PPL


    Lubię Stratosfear. Froese i spółka skorzystali na tej płycie z bogactwa brzmień akustycznych, szczególnie instrumentów dętych. Nie jest to zatem płyta całkowicie elektroniczna, ale słucha się tego z przyjemnością, brzmi inaczej niż wcześniejsze i późniejsze dokonania grupy. Po dwuczęściowych kompozycjach Rubycon i Ricochet Tangerine Dream obdarowali nas aż czterema długimi utworami. Stratosfear, pierwszy na płycie, zaczyna się nieśmałą gitarą, dalej uderza w rzewne tony, plany kolejno nabrzmiewają i gasną, powtarza się co jakiś czas ten chwytliwy motyw, a obrazu dźwiękowego dopełnia umiarkowany rytm. Ten utwór w zmienionej (na gorsze) wersji pojawił się 19 lat później na Tyranny Of Beauty. The Big Sleep... swoim tytułem sugeruje kontynuację fascynacji mitologią grecką, której wynikiem była Phaedra. Utwór znów zaczyna się motywem gitarowym z nałożoną ciekawą partią fletu. Potem pojawia się nastrój grozy i melancholii, okraszony hipnotycznymi sekwencjami tegoż fletu. Zakończenie podobne do początku - niefrasobliwa gitara. Trzeci utwór o długim tytule niesie kolejną, hipnotyczną partię fletu. Zamyka płytę Invisible Limits, jest tam i solo gitarowe Edgara Froese, i trochę szybszego rytmu, i finał na pianinie. Nieco rockowy utwór. Płyta nietypowa dla zespołu, a jednocześnie Mandarynkowa. Motywy z niej pobrzmiewają na koncertowym Encore, który klimatem stanowi echo Stratosfery.
    Muzycy po prostu na chwilę skoncentrowali się na instrumentach akustycznych, dając im dojść do głosu na płycie zawierającej mimo to (oczywiście} syntetyczne brzmienia. To chyba ciekawy mariaż.


    Michał Żelazowski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    5,38 EUR