Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

2CD

(26 albums)
123 Next page Last page
sort by albums
on one page
recording period
  • Klaus Schulze | X

    Klaus Schulze | X

    Bestseller
    Album rozpoczyna się długo wybrzmiewającymi elektronicznymi westchnieniami z metalicznym przydechem; z niemuzycznej warstwy tonów wyłaniają się stopniowo dźwięki układające się w drobne, pulsujące sekwencje. Pierwsza kompozycja dedykowana jest Fryderykowi Nietzschemu, któremu wcześniej (na debiutanckiej płycie) Schulze poświęcił już utwór Exil Sils Maria. Muzyczna biografia filozofa i poety wydaje się koncentrować na ostatnich latach jego życia - w utworze Schulzego nie słychać zapału Zaratustry, zstępującego w towarzystwie żmii i orła do mieszkańców dolin, nieświadomych śmierci Boga, a wiedza, którą posiada podmiot liryczny kompozycji nie jest już "wiedzą radosną". Melancholijne barwy instrumentów klawiszowych wpadające w wir chłodnej perkusji Haralda Großkopfa opowiadają raczej dzieje Nietzschego od momentu, gdy ze łzami w oczach uściskał biednego konia okładanego na ulicy batem. Muzyka zatacza coraz szersze kręgi, podlega dalszym dygresjom, wciąż jednak mocno trzymając się minorowego, niemal żałobnego nastroju -wrażenie tych sekwencji potęguje bardzo dynamiczna, pełna rozmaitych ornamentów ścieżka perkusyjna. Mniej więcej w połowie utworu słuchacz towarzyszy Nietzschemu podczas jednej z wycieczek w zamglone góry; czy kojące otoczenie, tak sprzyjające Zaratustrze, jest świadkiem obłędu, czy wydobrzenia filozofa? Syntezator wiodący główną opowieść ma teraz ostrzejsze brzmienie, muzyka staje się coraz bardziej rozmyta, choć ścieżka rytmiczna z perkusją na pierwszym planie bezlitośnie porządkuje cały utwór i nadaje mu aż nader wyraźne kontury. Niesamowicie brzmi fragment, w którym w melodię wkrada się pierwszy poważny dysonans - ten pozornie nie pasujący dźwięk już do końca utworu będzie się wsączał w synztezatorową pieśń, przeciągając się i wbirując, łamiąc harmonię kompozycji; muzyka nabiera za sprawą tego czterotonowego interwału znienacka podorientalizowanego charakteru, co może świadczyć o chęci ukazania - w nieco krzywym zwierciadle - motywu Zaratustry.
    Friedrich Nietzsche jest bez wątpienia jednym z najniezwyklejszych dokonań Klausa Schulze, a do tego jednym z najchętniej cytowanych w najrozmaitszych wariacjach na późniejszych koncertach; echa jednego z wątków melodycznych można odnaleźć chociażby w utworze Bellistique z albumu …live… albo w impresji Warszawa z wydawnictwa Dziękuję Poland.
    Kolejna impresja to portret młodo zmarłego poety Georga Trakla. Fascynacja twórczością Trakla to niezwykle istotny element twórczości Klausa Schulze, który najpierw poecie poświęcił miniaturę Gewitter z debiutanckiej płyty, a po albumie X uhonorował Trakla jeszcze suitą Sebastian im Traum (Audentity, 1983) oraz przede wszystkim operą Totentag (1994). Utwór osnuty jest na słabnącym, staccatowym ostinacie, robiącym wrażenie jakby odtwarzane było wspak - na tym głębokim, niskim tle rozlewa się zimna, legatowa melodia przywołująca nastrój posępnych wierszy Trakla.
    Do raptownej zmiany nastroju dochodzi przy trzecim utworze, którym jest biografia Franka Herberta. Nastrój zadumy rozproszony zostaje szorstkim, niemuzycznym akordem (bardzo silnie kojarzącym się z młodszym o rok wstepem do utworu Force Majeure Tangerine Dream), który natychmiast pociąga za sobą rozpędzone, sprężyste ostinato zbudowane na dwóch tonach składowych mollowego akordu. Z pewnością trudno byłoby nazwać ten utwór pogodnym, ale nastrój zmienia się w porównianiu z poprzednimi kompozycjami dość wyraźnie. Ostinato podlega zmianom tonacji, a na pierwszym planie słychać najfantastyczniejsze dźwięki przyszłości. Idealną wizualizacją do tej muzyki byłyby specyficzne pejzaże pustynne HR Gigera, na których skontrastowany został koloryt zimnych członów robotów oraz pogodnego beżu suchego piasku i turkusu zastygłego w bezruchu nieba.
    Z zasłuchanego, oniemiałego sitowia wyłania się o muzycznym brzasku biografia czwarta: impresja poświęcona Friedemannowi Bachowi. Plan zdominowany jest przez rozmaite szumy i poświsty, na tle których uparcie majaczy wiolonczelowa figura. Muzyka dociera do słuchacza jak we śnie, przez 18 minut uruchamiając najrozmaitsze zaskakujące skojarzenia i przydymione obrazy odbijające się w tafli rozmarzającego jeziora.
    Drugą płytę otwiera jedna z najwspanialszych kompozycji w dyskografii Schulzego: Ludwig II. von Bayern. Spośród "orkiestrowych" impresji berlińskiego artysty kto wie, czy nie ta właśnie robi najbardziej oszałamiające wrażenie. W pysznych fugach przenikających się nawzajem w niekończących się parafrazach głównego, niezwykle atrakcyjnego muzycznego tematu, pobrzmiewa zarówno barokowy rozmach jak i zamknięta w lodowych zamkach żałoba. Muzyka przetacza się przez kolejne komnaty, niczym w Masce szkałanego moru E. A. Poego malowane podług nienasyconych kaprysów króla Ludwiga II. na najrozmaitsze barwy, dopóki nie zostanie uwięziona w bezkresnym stojącym akordzie, drętwiejącym i obumierającym w nocnej zimowej scenerii. Na tle tego akordu przesuwają się jak we mgle strzępki melodii, zapomniane westchnienia, tony harmonijne i zgrzytliwe. Ten pasaż nie mógłby być ani o minutę krótszy - muzyczny portret "chwili będącej zarazem nieskończonością" jest namalowany niebywale precyzyjnie. W pewnym momencie odrętwienie zostanie jednak skruszone dalekim biciem dzwonu, po czym na scenę wkroczy posuwista, mantrowa perkusja Großkopfa, na tle której najpierw słychać będzie tylko demoniczne echo dzwonów, potem atonalizujące pizzicato, a wreszcie powtórzenie głównego tematu, wykonane w wersji staccato. Muzyka zamknięta w zardzewiałej kropli starego dzwonu spadnie z rozpryskiem na ziemię i utwór w blisko 29 minucie trwania dobiegnie końca. Bohaterem ostatniej impresji jest Heinrich von Kleist. Ironia i groteska miesza się tu z zadumą i tragedią, co podkreślają zmiany kolejnych muzycznych wątków. Utwór brzmi niezwykle eterycznie i sennie, utworowi brak wyraźnych konturów i porządkującego rytmu, przez co przekracza śmiało bariery muzyczno-literacko-malarskiej wyobraźni. Główny motyw budujący tę kompozycję stał się obok wątku Fryderka Nietzschego żelaznym punktem wielu koncertów Schulzego (podlegajac oczywiście najrozmaitszym zmianom): wystarczy wspomnieć kompozycję Heart (…live…, 1980) oraz fragmenty koncertów w Polsce w roku 1984.
    Okładka reedycji informuje o umieszczeniu na albumie tylko jednego dodatkowego utworu, ale przecież tak naprawdę pojawiają się tu dwa bonusy: wieńczące drugą płytę specjalne koncertowe nagranie Objet d'Louis, czyli parafraza kompozycji Ludwig II. von Bayern, nagrana wespół z orkiestrą, oraz ponad 26-minutowa wersja suity Georg Trakl znanej słuchaczom dotąd tylko w 5-minutowym formacie. Objet d'Louis brzmi niesłychanie intrygująco, przede wszystkim bardzo surowo, ale co za tym idzie - niesamowicie i mrocznie. Tak można by prawdopodobnie zdefiniować surrealny sen Henryka Mikołaja Góreckiego - a może przedświtowe, zamglone marzenie senne Björk, mającej właśnie dokonać nagrania z islandzkim kwartetem smyczkowym? Podejrzewam, że zarówno Góreckiemu jak i Björk impresja Objet d'Louis bardzo by się spodobała. Orkiestra miała bardzo mało czasu na próby, zatem owoc wspólnego występu to prawdziwy "objet d'art", jak czytamy w książeczce dołączonej do reedycji albumu; słychać tu swobodę, spontaniczność i malarsko sugestywną posępność. Orkiestra wydaje się wypełniać cały plan dźwiękowy, zbliżając "Ludwika" do estetyki "najprawdziwszej" muzyki "poważnej". Dźwiękowe miraże syntezatorów Klasua Schulze zjawiają się w tej muzycznej panoramie dopiero w drugiej połowie utworu, a ściślej - tuż przed konkluzją; jest to oczywiście jeden z najniesamowitszych pasaży w całej kompozycji. To istna perła w dyskografii Klausa Schulze i każdy miłośnik jego muzyki powinien z niezwykłym nagraniem jak najszybciej się zaznajomić.
    Drugi bonus okazuje się nader zaskakujący. Kompozycja dedykowana Georgowi Traklowi rozwija się w mroczny, zaśnieżony sposób przez niewiele dłużej niż znane nam już pięć i pół minuty, po czym nagle dryfuje w innym kierunku: dołącza się roziskrzona, krystaliczna sekwencja, utwór poddany zostaje kolejnym, typowo schulzeańskim alternacjom tonacyjnym, w finale dochodzi zaś do brawurowego przyspieszenia tempa. Znakomicie brzmi kipiąca perkusja Haralda Großkopfa, fantastycznie lśnią zgrzytliwe dysonanse przetykające partie solową w zestawieniu z nadal czystym harmonicznie ostinatowym fraktalowym pierścieniem…
    Warto jeszcze nadmienić, że końcówki utworów Friedrich Nietzsche i Ludwig II. von Bayern tym razem zaprezentowane zostały w kompletnych, nie podlegających wyciszeniu, wersjach. Ponadto książeczka wzbogacająca digi-pack przynosi wyjatkowo dużo informacji: obok zamieszczonego w każdej płycie z tej serii wstępnego eseju oraz informacji na temat konkretnego albumu (jęz. niemiecki i angielski) tu znajdziemy ponadto życiorys Klausa Schulze, esej K. D. Muellera z 1978 r. oraz krótki wywód KS na temat powstawania jego muzyki (wszystkie dodatkowe atrakcje tylko w jęz. niemieckim).

    Igor Wróblewski

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    14,15 EUR
  • Klaus Schulze | Dziekuje Poland

    Klaus Schulze | Dziekuje Poland

    Moja przygoda z muzyką elektroniczną zaczęła się na dobre ponad pięć lat temu. Któregoś wtorkowego wieczoru w "Kocham Kino" emitowany był film "Złodziej" (Thief), z James'em Caan'em w roli głównej. Pani Grażyna Torbicka (która w kilku słowach opowiada o filmie przed jego emisją) zachwalała świetnie zgraną ze zdjęciami muzykę bardzo wówczas popularnego zespołu Tangerine Dream. Jako że muzyka w filmie ma dla mnie bardzo duże znaczenie (Ennio Morricone i Vangelisa uważałem wówczas za najlepszych kompozytorów muzyki filmowej) z dużym napięciem czekałem na to, jaki rodzaj muzyki usłyszę w filmie (muszę zaznaczyć, że wcześniej nigdy nie słyszałem o "jakimś tam" Tangerine Dream). I co się okazało? Okazało się, że muzyka to prawdziwy majstersztyk, a utwór który słychać po końcowej strzelaninie i na napisach końcowych zmienił moje dotychczasowe wyobrażenie o muzyce w filmie (chciałbym jednocześnie zaznaczyć, że sam film uważam za jeden z najlepszych filmów sensacyjnych jakie miałem przyjemność oglądać). No i tak w moim przypadku rozpoczęła się trwająca do dziś fascynacja muzyką elektroniczną. W międzyczasie dowiedziałem się o internetowym sklepie wysyłkowym Generator.pl (w kupionej w salonie Traffic-Club płycie Tangerine Dream znajdowała się naklejka z adresem pocztowym i internetowym sklepu Generator.pl), dzięki któremu poznałem takich twórców jak Florian Fricke (Popol Vuh), Wendy Carlos, Mike Oldfield czy Klaus Schulze.Tak na marginesie: mam nadzieję, że Generator będzie jeszcze funkcjonował przez długie lata, czego Panu Ziemowitowi serdecznie życzę.
    Jako że nie ograniczam się do słuchania płyt tylko jednego artysty, ostatnio postanowiłem poznać twórczość pioniera niemieckiej muzyki elektronicznej - Klausa Schulze. Jako pierwsze nabyłem te płyty, które sam Klaus na swojej oficjalnej stronie internetowej ocenia jako najlepsze. Gdy "zorientowałem się", że twórczość Klausa Schulze warto poznać trochę dokładniej zdecydowałem się zakupić album Dziękuję Poland (przez ostatnie kilka dni z "uporem maniaka" słucham tylko tego albumu). I to właśnie ten album chciałbym pokrótce zrecenzować na co wpływ ma również fakt, że urodziłem się właśnie w 1983 r.
    Nie chcę skupiać się na technicznej stronie muzyki, gdyż nie potrafię opisywać muzyki tak plastycznie jak chociażby Pan I. W.. Chciałbym natomiast w kilku zdaniach uzewnętrznić emocje towarzyszące mi podczas odsłuchiwania poszczególnych utworów. Pierwszą płytę albumu otwiera utwór Katowice. Trudno znaleźć słowa które w pełni oddawałyby uczucia (stan umysłu) towarzyszące słuchaczowi w trakcie stopniowego rozwijania się głównych "wątków" muzycznych tego ponad 25-cio minutowego utworu. Ja odczuwam nieopisaną radość, czuję że mój umysł penetruje te obszary mózgu gdzie znajdują się nasze dotąd niezrealizowane marzenia i pragnienia, gdzie przechowywane są wspomnienia naszych najszczęśliwszych chwil w życiu. Utwór jest niesamowicie melodyjny i łatwo się go słucha (bo niektóre utwory Klausa Schulze - co tu dużo mówić - wymagają niezwykle elastycznego umysłu, otwartego na muzyczną awangardę), a gdy przebrzmiewają ostatnie dźwięki tego porywającego utworu człowiek czuje lekki smutek, że to już koniec (ale od czego jest przycisk "repeat" na pilocie ?). Takiej muzyki powinno się w szczególności słuchać w chwilach zwątpienia (w siebie, ludzi, otaczający nas świat), gdy człowiek potrzebuje dużej dawki pozytywnej energii i wiary, że wszystko ułoży się po naszej myśli. Pod koniec utworu pojawiają się motywy muzyczne, które na albumie X składają się na utwór Ludwig II von Bayern (gdy pierwszy raz słyszy się oryginalna wersję tego utworu człowiek może odnieść wrażenie, że Klaus jest współczesnym Mozartem). Są one świetnym zakończeniem naprawdę niezwykłego, muzycznego "obrazu" Katowic. Z Katowicami bezpośrednio wiąże się utwór bonusowy drugiej płyty Dzien Dobry. Można powiedzieć, że jest to lekko zmieniona (ale dorównująca oryginałowi pod względem oddziaływania na umysł słuchacza) wersja Katowic. Zupełnym nieporozumieniem jest natomiast dla mnie utwór bonusowy z CD1. Hip-hopowy dotyk Midasa jest nudny i monotonny, a na dodatek zupełnie nie pasuje do zamieszczonych na obu krążkach "metropolitalnych" kompozycji. Pozostałe utwory to stojąca na odpowiednio wysokim poziomie muzyka, nie robiąca jednak na słuchaczu (przynajmniej na mnie) tak wielkiego wrażenia jak opisane powyżej Katowice czy Dzien Dobry. W nich również pojawiają się motywy z utworów składających się na album X (m.in. Friedrich Nietzsche i Ludwig II von Bayern). W niektórych fragmentach słychać też echa Wiatru Czasu.
    Podsumowując album Dziękuję Poland polecam wszystkim, którzy chcą poczuć na "własnej skórze" magiczny wpływ kapitalnych utworów Katowice i Dzien dobry. I choćby ze względu na te dwa utwory warto zaopatrzyć się w album Dziękuję Poland. Jednak ostrzegam: działają one na umysł słuchacza jak narkotyk, powodując murowane "okresowe" uzależnienie.

    PS. Album Dziękuję Poland uważam osobiście za odrobinę lepszy od albumu Poland Tangerine Dream. A wy jak uważacie?

    Tadeusz Moskwiński


    Wspólnie z Rainerem Blossem, Klaus Schulze pojawił się w Polsce w 1983 roku mimo jeszcze obowiązującego wtedy stanu wojennego. Widocznie PAGART miał mimo wszystko odpowiednie kontakty. Jednak dwie czarne płyty ukazały się dopiero w 1985 roku.
    Jak sam twórca zauważa na okładce albumu, nie zamierzał wydawać kolejnego krążka koncertowego. Nagrywał tylko dla własnych potrzeb (na magnetofonie cyfrowym). Jednak atmosfera koncertów i spontaniczność publiczności spowodowały, że zdecydował inaczej. Dziękuję Poland ujrzało światło dzienne. Dobrze się stało. Nie jest łatwo pisać obiektywnie o artyście, którego wysoko się ceni i uwielbia. Dlatego nie będę się rozpisywał na temat zawartości płyt. Niech za ocenę służy jedno zdanie: "Proszę Państwa, oto Klaus Schulze, Rainer Bloss i ich muzyka".

    El-Skwarka

    Availability: Temporary absence | product: 2CD


    14,15 EUR
  • Klaus Schulze | Audentity

    Klaus Schulze | Audentity

    Bestseller
    Album otwiera blisko 25-minutowa kompozycja Cellistica - jak sam tytuł wskazuje, jedną z pierwszoplanowych postaci w tym dramacie będzie wiolonczela Wolfganga Tiepolda, łkająca tęsknymi dźwiękami, zgrzytająca chropawymi dysonansami, rozrzucająca połyskujące promienie swoich melancholijnych wspomnień o matowej, mollowej tonacji. Pływające, roztapiające się motywy sekwencerowe mieszają się z potężnymi kaskadami tonów elektronicznych i perkusyjnych. W odróżnieniu do muzyki wypełniającej wcześniejsze płyty panuje na tym albumie już od początku specyficznie suchy, sterylny nastrój, wzmagający tylko atmosferę niepokoju i naprężenia...
    Kolejnym utworem jest Spielglocken (kompozycje ustawiono na reedycji albumu w innej kolejności, aby przygotować miejsce dla godzinnego utworu dodatkowego) - miłośnicy muzyki Klausa Schulze, którzy wcześniej niż Audentity poznali album Dziękuję Poland od razu rozpoznają charakterystyczne sekwencje vocoderowo-syntezatorowe, tętniące miękkim pulsem w dalszym planie, przykrywane improwizowanymi dźwiękami głównymi. W porównaniu z koncertową impresją Katowice (Iris) studyjny pierwowzór jest jednak delikatniejszy, znacznie mniej natarczywy rytmicznie, brzmi subtelniej i eteryczniej głównie za sprawą kroplistych, przydymionych dźwięków wibrafonowych.
    Pierwszą płytę wieńczy prawie półgodzinny poemat Sebastian im Traum, kolejny po drugim utworze z pierwszej płyty albumu X (1978) hołd dla poety Georga Trakla. Jest to jeden z najbardziej posępnych utworów w całej dyskografii Klausa Schulze. Powracający motyw wibrafonowy, przetworzony później na płycie Angst (1984) jako Freeze, to w zasadzie jedyny wpadający w ucho motyw składający się na treść tej niezwykłej impresji; poza tym smutnym, zziębniętym wątkiem o bezlistnej rytmice, plan dźwiękowy wypełniają elektroakustyczne opowieści Schulzego i Blossa oraz oniryczne, abstrakcyjne wiolonczelowe monologi Tiepolda. Ta kompozycja przy każdym przesłuchaniu pozwoli słuchaczowi odkryć nowe rejony i dostrzec miejsca, o których muzyka sugestywnie opowiada, w zupełnie nowym świetle. Na drugą płytę trafiły trzy krótsze utwory: Tango - Saty, Amourage i Opheylissem. Pierwszy z nich to drobne scherzo, zbudowane na zgiełkliwym riffie imitującym brzmienie trąbki - wkrótce dołącza się szept vocodera oraz bombardująca perkusja Michaela Shrieve'a, a następnie cały utwór rozkołysze się szklistym, posuwistym rytmem basowego syntezatora. Amourage to piękna sonata na fortepian, syntezatorową fletnię oraz frapujące elektroakustyczne szumy. Zmarznięte motywy wykwitające w tęsknej tonacji oblodzonej lisią czapą mogą równie dobrze towarzyszyć obrazom Edvarda Muncha, co panoramie warszawskiej Płyty Czerniakowskiej o czerwonawym, zdrętwiałym świcie... Opheylissem to swoistego rodzaju kontynuacja Tango - Saty, tym, razem bez trąbiastego riffu, za to z jeszcze bardziej zagęszczoną ścieżką perkusyjną i intrygującymi dysonansowymi akordami wbijającymi się w klinicznie czysty, uporządkowany rytm tej miniatury.
    Na deser słuchacze otrzymują mrożący krew w żyłach utwór Gem w kilku epizodach: pierwsze 11 minut to swobodna, arytmiczna impresja, w której rozżarzone kawały elektronicznych brzmień spadają w gęstniejące elektroakustyczne palenisko - miłośnicy muzyki Ernsta Horna oraz płyty Excerpts 1 Wolframa Spyry z pewnością będą zachwyceni tym pasażem. Z tego złowieszczego, fascynującego wstępu rodzi się utwór główny, zbudowany na szybkim rytmie sekwencerowo-perkusyjnym, na którym w typowo schulzeański sposób rozwijają się improwizowane połacie niezwykłej muzyki. Nastrój tej dynamicznej części kojarzy się z utworami wypełniającymi płytę Drive Inn, szczególnie z nerwowym, podszytym poskórnym napięciem epizodem pt. Highway.
    Na zakończenie jeszcze jedno zdanie - gdyby ktoś kiedyś pokusił się wreszcie o dokonanie adaptacji filmowej powieści Jerzego Krzysztonia "Obłęd", nie można by było chyba wyobrazić sobie w tym filmie idealniejszej muzyki niż ta, która składa się na album Audentity!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,07 EUR
  • Klaus Schulze | Cyborg

    Klaus Schulze | Cyborg

    Prawdopodobnie jest to najbardziej fascynujący i niezgłębiony album w dyskografii Klausa Schulze. Pozornie znacznie bardziej ascetyczny i minimalistyczny niż poprzednia płyta, Irrlicht, kryje w sobie ogromną ilość tajemnic, do których klucza szukać można dość długo... Niesamowite, głębokie dźwięki, nie wiadomo, czy wygenerowane przez zardzewiałego tytułowego cyborga, czy wydobyte ze wspomaganej elektronicznie wiolonczeli, przeszywają przestrzeń przeciągłymi westchnieniami. Westchnienia ociekają plamistymi dźwiękami i zbierają się w wypukłe kałuże muzycznej rtęci. Gdzieś w oddali przesypują się kroki rozwianych, rozmazanych, strzępiastych zjaw, spacerujących po świecie dźwięków bez żadnego celu, bez oczu i uszu, po to tylko, aby wślizgnąć się w ucho słuchacza i wywołać w nim niejasne, dziwaczne wrażenie zagubienia w pierwszym krajobrazie. Co właściwie przedstawia ten krajobraz? Namalowany brunatnymi smugami, opuszczony, pachnący drewnem pokój, za którego oknami wstaje błotnisty świt, a w piecu którego żarzą się rdzawo złośliwe miny duchów? Opuszczoną planetę o gąbczastej konsystencji?

    Najosobliwszą dźwiękową podróż odbędzie słuchacz za sprawą kompozycji drugiej: Conphara. Klausowi Schulze udaje się tutaj wytworzyć nastrój pełnego napięcia oczekiwania, które w każdej chwili może zostać rozładowane, ale pod koniec utworu okaże się, iż do ostatniej minuty było tylko potęgowane... Nieco podobną atmosferę ma impresja Nebulous Dawn Tangerine Dream z albumu Zeit - podobnie i tutaj słuchacz za sprawą miękko wirujących dźwięków wypunktowywanych raz po raz twardym światłem innego tonowego reflektora może mieć złudzenie uczestniczenia w seansie poświęconym zjawisku fotoelektrycznemu... A może zwiedzamy puste, wyludnione obserwatorium, może kroczymy niekończącym się korytarzem zamieszkałym tylko przez pomrukujące agregaty i posiwiałe, bezużyteczne już silniki?... Impresja Chromengel otwierająca drugą płytę albumu jest najbardziej uporządkowaną harmonicznie i rytmicznie propozycją. Zmętniałe, smutne akordy w tle wyznaczają drogę późniejszym kompozycjom Schulzego, składając się w jedyne w swoim rodzaju nostalgiczne, zimne kombinacje. Główna "melodia" zbudowana jest natomiast ze śliskich skrzypiących poświstów napinających się na siatce akordów i wkręcających się w nią - te brzmienia czynią utwór wyjątkowo frapującym. Bodaj najniezwyklejszym dźwiękowym obrazem jest ostatni poemat: Neuronengesang. Na odleglejszym planie wyłania się, zwija i znów rozpościera organowa melodia utrzymana w chłodnych i ciemnych barwach, a plan pierwszy penetrowany jest przez natrętne ostre światło niemuzycznego tonu, rozrywającego miękki plan dalszy zimnym cięciem. Wkraczamy w ciemną przestrzeń, która lustrowana jest miriadami lodowatych promieni, znienacka wpadających na trop słuchacza, nieustannie go już do końca utworu śledzących. Ta muzyka może też stanowić idealną ilustrację do przeprowadzanej w jakimś odludnym, zapomnianym laboratorium obserwacji mikroskopowej: przy dźwiękach organów wyraźnie formują się kształty i barwy drobnoustrojów, ale z każdym zanieczyszczeniem preparatu, przy każdym nieuważnym przesunięciu szkiełka nakrywkowego pojawia się złowieszczy zgrzyt... Na wielkie brawa zasługuje wydawnictwo Revisited Records: proponowany tutaj bonus to aż 50-minutowa (!) kompozycja But Beautiful zarejestrowana już dość dawno temu podczas koncertu. Gdyby ktoś chciał odbyć sentymentalną podróż przez typowe dla Klausa Schulze nastroje, przyjrzeć się, jak one ewoluowały i jak zostawały ze soba zderzone, a przy tym dać się ponieść fenomenalnemu nastrojowi oraz zdziwić się, jak dużo wartościowej muzyki czekało tyle czasu w archiwach KS na ujawnienie - jest on jednym z adresatów, do których przesłanie But Beautiful jest skierowane. Utwór rodzi się w ołowiano-chromowych oparach, pośród strzępów neurotycznych organowych wyładowań (typowych dla atmosfery albumu Cyborg) oraz malarsko sugestywnych efektów brzmieniowych. Uważny słuchacz od razu spostrzeże, iż dokładnie ten sam snujący się w tle elektroniczny dym wysącza się równie gęstymi obłokami w introdukcji do legendarnej Linzer Stahlsinfonie oraz w minimalistycznej kompozycji Esoteric Goody (dołączonej do programu "zrewidowanego" przez Revisited Records albumu Dig It). Abstrakcyjny elektroniczny pejzaż ziejący atmosferą grozy i opuszczenia przechodzi płynnie w nieco bardziej zrytmizowany pasaż, który spokojnie mógł był zdobić dowolną z kompozycji zarejestrowanych podczas sesji Blackdance. Jednak dopiero to, co dzieje się nieco później, przechodzi wszelkie oczekiwania i zdoła bez trudu zadowolić nawet najbardziej wybrednego miłośnika muzyki berlińskiego artysty! Coraz bardziej zdumiewające popisy ostinatowe, coraz bardziej zagęszczone, zmysłowe tło, coraz bardziej fascynujące, niekończące się solówki nanizane na arpeggiatorową oś przyspieszającego swe ruchy kosmosu - chyba tylko tak (proszę wybaczyć patetyczne określenia) da się opisać rozwój tej niesamowitej kompozycji. Słuchając najbardziej dynamicznych pasaży, odpowiednich progresji ostinatowych i sposobu traktowania improwizowanych melodii prowadzących wnioskuję, iż But Beautiful zostało zarejestrowane na żywo gdzieś w okolicach 1976 roku. "Kultowa" kompozycja Sense wydana na albumie ...live... ma od momentu wydania reedycji Cyborga poważną konkurentkę, jeśli chodzi o ładunek emocjonalny i zasoby niepowtarzalnego nastroju! Pierwszorzędna niespodzianka dla wszystkich fanów Klausa Schulze - a zarazem kolejna pozycja, o którą bezwzględnie należy poszerzyć domowe zbiory...

    Igor Wróblewski


    Nie sądziłem, że kiedykolwiek zdolny będę skreślić kilka zdań na temat tego dwupłytowego albumu. Między innymi dlatego, że kompozycje na nim umieszczone zawsze wywoływały we mnie wielorakie stany umysłu, trudne do sensownego "ubrania" w słowa. Ponieważ jednak niczego z góry nie wykluczam... stało się.
    Prezentowane na dwóch krążkach utwory nie należą do najmłodszych. Historyczne raczej brzmienia (1973) jeszcze dziś mogą jednak poruszyć. Wszystko zaczyna się od Synphary. Spotkamy tutaj wiolonczelowe smutne barwy, "ćwierkania" oraz szumy analogowe typowe dla początków muzyki elektronicznej. Po takim wstępie następuje Conphara. Kompozycja z odrobiną niezbyt szybkiego, ale bardzo neurotycznego rytmu (stworzonego głównie przez odpowiednią modulację dźwięku). W tym utworze usłyszymy także "smyczki", jednak w trochę wyższej, mniej naturalnej tonacji. Drugą płytkę otwiera Chromengel. Kompozycja jest zdominowana przez organowe barwy przeplatane poznanym wcześniej mechanicznym "ćwierkaniem". Całość jest zakończona Neuronengesang. Wiolonczelowo-fletowe zawodzenia tego utworu (do spółki z innymi, "rozrzuconymi w nieładzie" dźwiękami o nieokreślonej barwie) mogą, w odpowiednich warunkach, przyprawić nawet o odmienne stany świadomości. Tytuł kompozycji jest zresztą wyraźną wskazówką czego należy oczekiwać. Wszystkie zamieszczone utwory są dość długie - przekraczają 20 min. Jest to posunięcie ze wszech miar słuszne. Uważam, że czas odgrywa niebagatelną rolę w kształtowaniu właściwego nastroju, co przy stylu (w tym konkretnym przypadku - minimal music czy też jak to woli awangarda) reprezentowanym przez Klausa Schulze jest konieczne do pełnego przeżywania tego typu twórczości. Obie płyty nie należą do łatwych w odbiorze. Trzeba przyznać, że jest to muzyka dla prawdziwych koneserów. Wpływ zaś na umysł (a co za tym idzie na wyobraźnię i odczucia) jest wręcz "zabójczy" i za każdym słuchaniem tej produkcji Klausa Schulze zawsze inny, wręcz zaskakujący i bez przerwy intrygujący.

    El-Skwarka

    Availability: Temporary absence | product: 2CD


    15,07 EUR
  • Klaus Schulze | ...Live...

    Klaus Schulze | ...Live...

    Bestseller
    Kompozycja Bellistique to wlaściwie "wzorcowy utwor" Schulzego z tego okresu. Ruchliwe arpeggio sekwencerow zmienia rejestr i glebokosc tonu, a na tle snuje sie chlodna melodia, w rozmaity sposob modulowana i "napinana" na siatce tetniacego wciaz w tle ostinata. W melodii tej przewijaja sie raz po raz drobne motywy zapozyczone z wczesniejszych kompozycji, szczegolnie wpada w ucho cytat z kompozycji Friedrich Nietzsche z albumu X. Utwor toczy sie naprzód do momentu, w ktorym rytm zostaje zlamany i wszystkie brzmienia rozpuszczaja sie w elektroakustyczna impresje przypominajaca nieco, jak brzmialy najdawniejsze kompozycje Schulzego.
    Drugi utwor pierwszej plyty to kompletna, 51-minutowa wersja suity Sense (na analogowym wydaniu albumu sluchacze mogli cieszyc sie trwajacym "zaledwie" 31 minut wycinkiem). Oto wyborne podsumowanie pomyslow, ktore zdominowaly plyty Moondawn i Body Love. Ostinato nadajace ton calej kompozycji kojarzy sie z pulsujacym rytmem utworow Floating i P:T:O:, a wypelniajaca pierwsza strone plyty Moondawn muzyka przypomni sie uważnemu słuchaczowi jeszcze i w tym momencie trwania Sense, gdy melodia snuta przez sekwencer zacznie "kipiec" i wibrować, stapiając sie w niesamowitą, dudniacą calość wraz z huczeniem perkusji Haralda Grosskopfa.
    Utwory wypelniające drugą płyte albumu sa nieco bardziej nietypowe. Przez introdukcję Heart przewijają się odległe echa utworu Heinrich von Kleist, po czym następuje hipnotyczny, rytmiczny pasaz zapowiadajacy brzmienia, jakimi Schulze w towarzystwie Pete Namlooka (i niekiedy Billa Laswella) raczyć będzie słuchaczy po kilkunastu latach w cyklu The Dark Side Of The Moog. Tytułowe serce bije coraz prędzej, pociągając za sobą alternacje zimnych akordów, aż do 30 minuty, w której muzyka umilknie.
    W finałowej kompozycji Dymagic wystepuje gościnnie Arthur Brown, na płycie Dune recytujacy i śpiewajacy podniosłe wersy suity Shadows Of Ignorance. Ten głos w pełni rekompensuje na ...live... brak wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. Opowieść Browna zaczyna się od leniwie przeciąganych zdań wplatających się w "skradające się", kosmiczne dźwięki syntezatorów. Nastepnie głos przybiera na sile i brzmi już jak w "refrenie" Shadows Of Ignorance", po czym przeradza sie w skargę szalonego śpiewaka operowego. Tempo utworu przyśpiesza według tego wzoru, co w kompozycji Heart. Gdy galopujący rytm osiąga swoje maksimum, Brown wydaje przeciagły krzyk i w tym momencie cały utwór runie znienacka w stojący, mętny akord, w którym rozpłyną się jeszcze ostatnie, ciche zdania utworu. W plebiscycie Jerzego Kordowicza na najlepszą elektroniczną płytę wszechczasów drogę do ścisłej czołówki zagrodzili Klausowi Schulze czlonkowie grupy Tangerine Dream (z albumami Poland i Ricochet) oraz Jean Michel Jarre (ze swą plytą Oxygene, nie wiedzieć czemu uchodzącą powszechnie za jego debiut). Najwyżej odnotowany tytuł Schulzego na tej liscie to wlasnie ...live..., wyśmienity album zawierający nagrania z występów artysty w latach 1976 i 1979.
    Osobiście zgadzam sie w pełni z sugestią, którą można wysnuć na podstawie wyników notowania: ...live... to najlepszy album Klausa Schulze. Sam artysta wahał się podobno przed wydaniem tego albumu, twierdząc, iż jakość zarejestrowanego materiału nie odpowiada jego oczekiwaniom; pozostaje tylko cieszyć się, że berliński muzyk ostatecznie wydał tę pozycję. Album ten to doskonały przekrój przez tworczość Klausa Schulze w fazie od Picture Music po Dune - równie dobrze nie brzmiałaby chyba żadna składanka fragmentow nagrań studyjnych z poprzednich płyt. Jest to dzieło najwyższej próby, a jakość dźwięku, wbrew zastrzeżeniom autora, jest doprawdy wiecej niż znośna. ...live... jest absolutnie obowiązkową pozycją w zbiorach każdego miłośnika muzyki elektronicznej.
    Słuchacze zasmuceni, że na reedycji albumu Dune starczyło miejsca tylko dla kontynuacji (jak wynika z wchodzącego z wyciszenia brzmienia zaawansowanego już rytmicznie i melodycznie epizodu) koncertowej impresji „Le Mans“, mogą się teraz ucieszyć: jako bonus do albumu ...live... ukazał się utwór Le Mans Au Premier, czyli ponad 17-minutowa introdukcja do wspomnianego tematu. Znajdziemy tutaj wszystkie charakterystyczne dla dynamicznych impresji koncertowych KS w roku 1979 elementy: na początku wyłania się chmurna, bezlistna, odrętwiała konstelacja akordów, z niej wykwitają pierwsze elementy porządkujące całość rytmicznie, w końcu zaś wkracza na scenę charakterystyczny uparty rytm podszyty metalicznym basem syntezatora, na który nanizane zostają prześlizgujące się kaskady dźwięków snute przez KS z typową dlań improwizacyjną swobodą). Brakuje tylko charakterystycznego głosu Arthura Browna, który by poprowadził Słuchacza w surrealistyczno-symbolistyczne rejony Shadows of Ignorance, Time Actor albo Child of Dawn; w zamian za to mamy tutaj sporą dawkę kosmiczno-analogowej pulsacji o tajemniczym charakterze, znakomite uzupełnienie zestawu nagrań dokumentującego okres Dune.

    I. W.



    Z pośród płyt przełomu lat 70-80 płyta ...Live... a szczególnie suita Sense to dla el-rocka przekroczenie rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhiusa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
    Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancho-lijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 13 lat później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i ... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja-deser dla smakoszy i dla tego właśnie lubię tę muzykę.
    Kiedy emocje dobiegają końca pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Arthura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...LIVE... nie znasz alfabetu el -muzyki.

    Damian Koczkodon




    Płyty albumu ...Live... nie mają sobie równych w twórczości Klausa Schulze. Może jedynie Timewind. Wiatr czasu odcisnął się piętnem w koncertach Klausa lat siedemdziesiątych. Bardzo dobrze! Podobnie jak Timewind wciągają słuchacza w świat rozległych przestrzeni innych światów. Jeden z utworów (Sense) trwa 51 minut i nie mogę powiedzieć aby mimo jednostajnego ostinato nudził. Wręcz przeciwnie! Ten kawałek to solidna "działka" narkotycznego transu. Muzykę trudno opisać. Powiem krótko: słucham tego albumu i słucham i nie mogę się nasłuchać. Wielka szkoda, że Schulze tak daleko odszedł od swego stylu muzyki. Ufam, że gdy wróci do łask Jego Big Moog, to razem z całym dobrodziejstwem jakie z niego wydobył.

    Jerzy Strzeja

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,07 EUR
  • Mike Oldfield | Platinum (deluxe)

    Mike Oldfield | Platinum (deluxe)

    Zaledwie rok dzieli albumy Incantations i Platinum, a wydaje się, że lata świetlne dzielą rozwiązania aranżacyjne. Akordy otwierające pierwszy epizod suity Platinum brzmią bardzo syntetycznie, chciałoby się nawet rzec "plastikowo" w porównaniu z barokowym rozmachem skrzącej się całą paletą impresjonistycznych barw Incantations - gitara przemawia jednak tym samym, od razu rozpoznawalnym głosem, bez wysiłku snując pół-improwizowane opowieści utrzymane zazwyczaj w mollowej tonacji, spacerujące po dwunastotaktowej strukturze nowoczesnego bluesa albo po prostu przeciągające się kaskadami błyskotliwych, charakterystycznie wysokich i rozedrganych tonów. Wątki rozwijają się bardzo spiesznie - muzyka, która spokojnymi falowaniami zmieniała rejestry i charakter na poprzednich płytach artysty, tutaj aż kipi, przepływając z jednego krótkiego motywu w drugi. Pierwszy epizod suity kończy się atonalnym, jękliwym pochodem opadających nut gitary, po czym rozbrzmiewa od razu motoryczny rytm niemal dyskotekowego epizodu drugiego. Znakomicie brzmi tutaj gitara basowa, podkładająca wyszukane ornamenty pod czyściutką, niezwykle selektywnie brzmiącą ścieżkę perkusyjną - gitara zaś oczywiście dominuje, parafrazując chwytliwy motyw oscylujący między systemem mollowym a pustą kwintą, lekko swingującą i podciąganą w rejony swobodnej improwizacji w jazzowym duchu. Utwór zostaje następnie przedzielony wyrafinowanym, lawirującym wciąż między tonacjami intermezzem, po czym powraca główny motyw, tym razem jednak wykonany nie na gitarze, lecz zaśpiewany przez samego Oldfielda! Utwór pozbawiony jest słów, Oldfield z zapałem wykonuje po prostu improwizowaną wokalizę. Powraca krótkie intermezzo, po czym ścieżka rytmiczna wygasa, otwierając drogę riffowiblaszanych instrumentów dętych. Ten epizod nosi tytuł Charleston i faktycznie jest to popisowa pod wzgledem roztańczenia, rozswingowana kompozycja, pełna frapujących ozdobników gitarowych, fortepianowych nut tańczących całą ławicą niczym neonki w akwarium pełnym jazzowo wygiętych roślin, wreszcie - nie brak tutaj znakomitego, głębokiego basu oraz intrygującego, oddalonego nieco żeńskiego chórku, który snuje surrealistyczną, pływającą agonicznie opowieść o podobnym charakterze jak pieśń towarzysząca dzwonom rurowym w finale pierwszej części albumu Tubular Bells (1973). Finałowy epizod suity Platinum to zaskakująco udyskotekowiona przeróbka utworu North Star Philipa Glassa - ta muzyka najlepiej chyby pasuje do okładki longplaya, wizualizując niebieskie rozbłyski układające się w trajektorie lotu zabłąkanego motyla pośród pulsującej czerni przerywanej tylko smugą obracającej się srebrzystej płyty...
    Pierwsza z czterech krótkich impresji to moim zdaniem jeden z najlepszych utworów Oldfielda: Woodhenge. Na tle hipnotycznego, wywijającego się z mroku pulsu ksylofonów, rozbrzmiewa zaspana improwizacja gitarowa, zgrzytliwymi dźwiękami otwierając drogę całej lawinie sunących przez ciemność dźwięków zagranych na najrozmaitszych możliwych instrumentach perkusyjnych i różnorakich "przeszkadzajkach" - w finale pojawią się nawet głuche, zardzewiałe tony dzwonów rurowych. Kolejna miniatura to pierwsza pełnoprawna piosenka Oldfielda (nie licząc On Horseback z finału Ommadawn, która była po pierwsze raczej epizodem całej suity, nie wyszczególniona na kopercie jako osobny utwór, po drugie zaś kojarzyła się raczej z tradycyjnymi irlandzkimi balladami aniżeli z typową piosenką pop). Piosenka śpiewana przez Wendy Roberts nosi tytuł Sally i nie można odmówić jej pewnego uroku zwłaszcza ze względu na nieco staromodną aranżację nawiązującą do przebojów z lat 50-tych. Kolejny utwór to dowcipne, przewrotne połączenie stylu Irish jig i… punk rocka - zresztą tytuł Punkadiddle mówi sam za siebie. Album wieńczy przeróbka piosenki I Got Rhythm George'a Gershwina, jak na ironię bardzo rozciągnieta w czasie, z pełnej swingowego rytmu miniatury przemieniona w niebywale upatetycznioną balladę. Sama koncepcja nie jest zła, trochę może tylko przeszkadzać nader egzaltowany wokal Wendy Roberts, który w przeciwieństwie do jej partii wokalnej całkiem udanej piosenki Sally zbliża niebezpiecznie cały utwór w rejony festiwalu Eurowizji... Na szczęście Mike Oldfield ratuje instrumentalne fragmenty piosenki wdzięcznymi gitarami, pokazując, że z tak skromnego elementu jak opadająca skala durowa i następnie wznoszący się system chromatyczny, można stworzyć elegancką solówkę gitarową.

    I. W.

    Availability: Only on request | product: 2CD


    10,63 EUR
  • Motionmania | Interstellar Transmission

    Motionmania | Interstellar Transmission

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    24,91 EUR
  • Minds in Motion | Evolutionen 1and2

    Minds in Motion | Evolutionen 1and2

    Availability: Temporary absence | product: 2CD


    24,91 EUR
  • David Parsons | In Retrospect 1980-2003

    David Parsons | In Retrospect 1980-2003

    Availability: Only on request | product: 2CD


    25,83 EUR
  • Tangerine Dream | Paradiso

    Tangerine Dream | Paradiso

    Bestseller

    Podwójny album Paradiso to ostatnia część trylogii La Divina Commedia opartej na tekście Dantego. Tangerine Dream zapuszczają się tu w rejony muzyki klasycznej, tworząc coś na kształt "elektronicznej opery". Nagrań dokonano w dniach 18 i 19 stycznia 2006r z Orkiestrą Symfoniczną w Hans-Otto Theater w Poczdamie. Co by nie mówić całość niestety nie porywa. Ów "operowy patos" tkwi przy grupie niczym przysłowiowa kula u nogi. A to sprawia iż trzeba się nieźle namęczyć, aby przejść całość. Generalnie Paradiso to najsłabsza część tej trylogii. Ewidentnie daje się tu odczuć brak Jerome'a. Lider zaś bez umiaru pakuje do muzyki grupy ni to "operowe arie" ni to piosenki. Jednocześnie ubogaca to swoimi dłużyznami, nie prezentując też absolutnie żadnych efektownych melodii. A efekt jest co najmniej karykaturalny. Tangerine Dream robili przecież i muzykę do filmów, i to z doskonałym efektem. Tu jednak ów "duch" się bezpowrotnie ulotnił, a została za to pseudo-operowa sztuka. Smutne to w jakim to nijakim kierunku podryfował zespół. Na dobrą sprawę gdyby nieco okroić ten materiał efekt nie był by taki słaby. A tak mamy ciężkostrawne dzieło, do którego raczej nie prędko chce się wracać. Mnie zmęczyło strasznie.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    13,59 EUR
123 Next page Last page