Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

recording period 2005-2009

(436 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Brendan Pollard, Michael Daniel, Phil Both | One

    Brendan Pollard, Michael Daniel, Phil Both | One

    New
    Pierwszy wspólny album trzech zapalonych miłośników tradycyjnej, intuicyjnej, sugestywnej nastrojowo elektroniki w berlińskim stylu: Brendana Pollarda, Michaela Daniela i Phila Bootha. Treść krążka nagrana została w marcu 2009 wprawdzie w studiu, lecz na żywo – materiał nie został poddany żadnej obróbce, nie znajdziemy tu żadnych nakładek. Mamy tutaj wszystko, czego potrzebuje wymagający fan dobrej, wielopłaszczyznowej, a przy tym osadzonej w berlińskiej tradycji elektroniki sekwencyjnej – zarówno potężne, polifoniczne ostinata, jak i niezwykle atrakcyjnie brzmiące pasaże w stylu „ambient” w takim rozumieniu, w jakim używa się tego słowa w odniesieniu do amorficznych impresji Tangerine Dream z płyt takich jak „Atem”, „Rubycon” albo „Stratosfear”. Już w pierwszej, fenomenalnie długiej kompozycji „Envelopes” usłyszymy wspaniałe dźwięki „melotronowych fletów”, wtapiające się w wibrafonową taflę parującego jeziora o świcie – a nie zabraknie tu też fragmentu zbudowanego na prężnym, nabierającym rozmachu ostinacie. Utwór „Skaters” to najkrótsza impresja w zestawie, za to przywiewająca być może najbardziej kuszące brzmieniowo nastroje niczym z symbolistycznego snu? Fantastycznie utkana z poszumów i subharmonicznych zgrzytliwych ech 10-minutowa suita rewelacyjnie koresponduje z nastrojem drugiej tablicy cyklu Maxa Klingera „Paraphrasen über den Fund eines Handschuhs” – nie wiem, czy była to istotnie inspiracja dla trójki muzyków, ale polecam przejrzenie cyklu Klingera jako ilustracji do niezwykłej kompozycji Pollarda, Daniela i Bootha. Finałowa impresja to genialne zderzenie abstrakcyjnych elektronicznych fumaroli i bezdroży z kojarzącym się z nastrojem „Encore” TD dialogiem migotliwych ostinat oraz naprawdę smakowicie podanej gitary niby w oczywistym stylu nawiązującym do Edgara Froese, a jednak jakże świeżej i doskonale wpasowanej w tajemniczy, z lekka mroczny nastrój całości. Po prostu majstersztyk; album brzmi niewiarygodnie świeżo i pomysłowo, a aranżacje i produkcja całości są, bez przesady, wyśmienite. Kogo nie zadowoli oficjalnie dostępny download, powinien pospieszyć się z zakupem tej ultra-limitowanej płyty – warto ponad wszelką wątpliwość!
    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,64 EUR
  • Klaus Schulze | Moonlake (3LP)

    Klaus Schulze | Moonlake (3LP)

    Bestseller
    Półgodzinna impresja Playmate in Paradise dosłownie eksploduje barokową kwiecistością i rubensowsko zabarwionym nagromadzeniem pełnych, obficie ornamentowanych brzmieniowo, motywów. Samotne dźwięki oboju otwierające płytę odsyłają słuchacza od razu do stylistyki boksów Contemporary Works - te skojarzenia będą starannie pielęgnowane i rozwijane w obrębie kompozycji, gdy pojawią się musujące sekwencery i oddalone, przymglone, rozeterycznione ścieżki wokalne, snujące dramatyczne pieśni bez słów. Mniej więcej w połowie utworu dojdzie do znacznego wyciszenia i kiedy słuchacz zdziwi się, że zapowiadane na okładce płyty 30 minut zleciało tak nieprawdopodobnie szybko, zacznie rozwijać się drugi wątek. Charakterystyczne (w latach 90. oraz w wieku XXI) schulzeańskie ostinato rozleje się cierpkimi tonami, wpadając w melodykę nieco podobną do tej, wokół której oscyluje impresja Windy Times (Contemporary Works, CD X). Na kipiącym tle upartego motywu rozkwitną fantastyczne elektroniczne arabeski, wijące się coraz to atrakcyjniejszymi liniami, przybierające coraz bardziej senne barwy...
    Artemis in Jubileo to, śmiało można by rzec, zupełnie świeża próba zdefiniowania stylistyki mogącej być określanej mianem Trance. Klaus Schulze nie epatuje tutaj tematami ani brzmieniami typowymi dla przedstawicieli kierunków Techno, Goa czy Schranz, lecz niewątpliwie wykracza poza nawiasy swej własnej twórczości z lat wcześniejszych jak i poza nader elastyczne ramy The Dark Side of the Moog. Elementem natychmiast przykuwającym uwagę słuchacza i otwierającym podwoje do całego utworu jest hipnotyczny rytm, w fascynujący sposób balansujący przekornie między "żywą", etniczną ścieżką perkusyjną, a hipersterylnym, wycyzelowanym do granic perfekcji programmingiem. Wprowadzający słuchacza w euforyczny stan rytm wciąż jest obecny w tle, podczas gdy na pierwszym planie uchylają się kolejne wrota: rozmaite, hojnie dozowane efekty brzmieniowe oraz intrygujące sekwencje akordowe elektronicznej sekcji smyczkowej, łażące rozluźnionym krokiem po rozmaicie chromatyzowanych układach harmonicznych. Przez niezwykłe zestawienie sterylności kosmicznej pustki z niezwykle emocjonalnymi, rozedrganymi podskórnie tematami, udaje się stworzyć Schulzemu jeden z najbardziej fascynujących utworów na przestrzeni dobrych kilku ostatnich lat...
    Jednak moją prywatnie najulubieńszą jak do tej pory impresją jest utwór najkrótszy: zaledwie 10-minutowy poemat Same Thoughts Lion. Od pierwszych dźwięków przynosi ten utwór coś zupełnie wyjątkowego, coś, co niczym duch snuło się w tle schulzeańskich elektronicznych krajobrazów jeszcze w analogowej erze. To niebywałe, ale po raz pierwszy od czasu kompozycji Return of the Tempel (In Blue, 1994) tak silnym podmuchem wieje tu istny Wiatr Czasu! Bryłki muzycznego wosku pływające w mętnym bezmiarze o kolorystyce typowej dla Edvarda Muncha, składające się na bardzo atrakcyjną melodię, podszytą oczywiście swobodną improwizacją, nader sprawnie przywołują niepowtarzalną, niesamowitą atmosferę wyczarowywaną przez Klausa Schulze w latach siedemdziesiątych. Same Thoughts Lion ma także coś wspólnego z najniezwyklejszym motywem późniejszej płyty En=Trance (1988), mianowicie z impresją FM Delight; toż to dokładnie ta sama dźwiękowa zmysłowość, senna i mglista tajmniczość, elektroniczny portret Tęsknoty oraz Tego, Co Niewypowiadalne. Nie trzeba dodawać, iż Same Thoughts Lion to impresja mimo wszystko odmalowana przy wykorzystaniu palety środków typowych raczej dla Schulzego w latach 1999-2002, zatem tym bardziej należy podziwiać niezwykłą świeżość, inwencję i wyczucie nastroju.
    Finałowy utwór, Mephisto, rozpoczyna się bardzo chwytliwą figurą melodyczną, na której zbudowane zostaje siarkowo gryzące ostinato, w które następnie wplecione zostaną fantastycznie schulzeańskie sekwencje akordowe oraz kojarząca się z "Ciemną Stroną Mooga" niekończąca się żarliwa improwizacja, budowana z kleistych, szarpiastych, przesterowanych, przejmujących brzmień. To właśnie ta metoda, ta technika, ten klimat, z powodu których nie przestaje nas fascynować twórczość Klausa Schulze: mimo tych (pożądanych) podobieństw i autonawiązań, opowiada nam jednak berliński artysta zupełnie nową, nigdy nie słyszaną opowieść, a to jest największa sztuka. Moonlake to bez przesady po prostu obowiązkowa pozycja w zbiorach każdego miłośnika Szkoły Berlińskiej... która przekona z pewnością także wielu melomanów wcale nie tak najsilniej zaprzyjaźnionych z ogólnie rozumianą "muzyką elektroniczną".

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 3LP


    41,13 EUR
  • Klaus Schulze | Kontinuum (3LP)

    Klaus Schulze | Kontinuum (3LP)

    Bestseller

    Oto trafił do rąk słuchaczy ponad 70-minutowy album Klausa Schulze zawierający trzy odpowiednio długie premierowe kompozycje. Najciekawsze spostrzeżenie, narzucające się natychmiast, nawet w trakcie dość jeszcze pobieżnego i "nieprzygotowanego" słuchania: relatywnie mało łączy tę płytę z poprzednią studyjną produkcją Schulzego, czyli Moonlake: tam otrzymaliśmy zbiór elektronicznych esejów dość mocno jeszcze zakorzenionych w estetyce Contemporary Works, tutaj odbywamy mroczną podróż w głąb zamglonej sekwencyjnej krainy opiewanej w podobny sposób raczej dość dawno aniżeli niedawno! Klausowi Schulze udało się wyczarować nastrój podobny temu, jaki panował na jego płytach z lat osiemdziesiątych i siedemdziesiątych, dochodząc jednak do tej atmosfery innymi ścieżkami aniżeli na starszych płytach. Nie ma tutaj mowy o dreptaniu w miejscu ani o cofaniu się na siłę w czasie. Pochody ostinatowe i arpeggiowe brzmią tutaj zastanawiająco świeżo, raz onirycznie, raz znów niebywale elektryzująco, a przygotowane tu aranżacje stanowią udaną próbę przekroczenia nieco eklektycznego schematyzmu Contemporary Works jak i stonowania połączonego z zamiłowaniem do samplowania w okresie między Royal Festival Hall a Dosburg Online. Mamy tutaj - jeśli już używać jakichkolwiek porównań: na dłuższą metę chybionych, powtarzam, jako że Kontinuum to najprawdopodobniej początek kolejnej doniosłej epoki w dyskografii Klausa Schulze - dynamikę i ładunek emocjonalny Are You Sequenced?, brzmienia ocierające się w zaskakująco nowatorski sposób o klimaty analogowych czasów Klausa Schulze oraz nieledwie dalekie echa sposobu komponowania typowego dla berlińskiego artysty od mniej więcej 2000 roku (np. wokaliza w najkrótszym utworze w zestawie, Euro Caravan). Tytuł kompozycji otwierającej krążek: Sequencer (70 to 07) zdaje się zapowiadać w miarę przewidywalną w przebiegu podróż sentymentalną, Klaus Schulze dokonuje tutaj jednak niesłychanego prestidigitatorskiego zabiegu i przenosi słuchacza w nowe, niepenetrowane dotąd rejony, przewrotnie proponując tak niby znajomą sekwencyjną strukturę utworu. Nanizane na siebie wielobarwne ostinata mienią się nader świeżymi barwami, jedno z dominujących arpeggiów w zdumiewający sposób przywołuje atmosferę introdukcji do albumu Blackdance (!), muzyka jest jednak fascynująco oniryczna, impresjonistyczna i w melancholijny sposób zmysłowa. Słychać, że to nie płyta Klausa Schulze z lat siedemdziesiątych - słychać jednak również, iż to w żaden sposób nie jest płyta, jakiej spodziewać by się mogło ucho el-melomana, który zapoznał się z albumami Androgyn (CWII.4) , Coccooning (CWII.5) czy Moonlake! Nastrój dawnych czasów versus nowe studyjne możliwości obróbki dźwięku? Nowe techniki kompozycyjne versus sprawdzone schematy brzmieniowe sprzed lat? Ani to, ani tamto - Schulze najzwyczajniej w świecie udowadnia, że jest nieprzeciętnym twórcą, konsekwentnie i kreatywnie konstruującym swój muzyczny świat i dobitnie pokazuje, iż absolutnie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Ten z pozoru minimalistyczny, niesłychanie mantrowy album zyskuje jeszcze więcej z każdym dodatkowym przesłuchaniem, pozwalającym rozsmakować się we wszelkich aranżacyjnych i melodycznych niuansach, od symbolistycznie powabnego Sequencer, przez Euro Caravan zderzające ścieżki wokalne w wypielęgnowanym na porpzednich krążkach stylu z pompującymi, zadziornymi sekwencerami wnoszącym niezmiernie orzeźwiający powiew (warto jeszcze dodać, że utwór zaczyna się konstelacjami dźwięków kojarzącymi się relatywnie szybko z codą kompozycji The Looper Isn't A Hooker z albumu Dig It [1980]...) aż po Thor (Thunder), w której to impresji Klaus Schulze raczy nas przez ponad 30 minut przenikającymi się ambientalnymi pustynnymi portretami i niezmordowanymi, elektryzującymi sekwencjami mżącymi w fascynującej, seledynowo-nocnej tonacji. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich na serio zainteresowanych muzyką elektroniczną i zarazem najlepsza płyta Schulze'go od czasu Are You Sequenced? (a przynajmniej Live@Klangart oraz Virtual Outback [CWII.1])!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 3LP


    41,13 EUR
  • Klaus Schulze | Virtual Outback

    Klaus Schulze | Virtual Outback

    Wznowienie pierwszego krążka pięciopłytowego boksu Contemporary Works II, wzbogacone o utwór dodatkowy. 65-minutowa kompozycja The Theme: The Rhodes Elegy to bez wątpienia jeden z najbardziej fascynujących schulzeańskich pejzaży dźwiękowych. Pojawia się tutaj miękki, nostalgiczny temat trawestowany również w miniaturze Manikin Jubilee oraz w pierwszej części suity Schulzego i Namlooka Set the Controls for the Heart of the Mother (DSOM IX) - tym razem zostaje on doprawdy barokowo rozbudowany, a użycie słowa "barokowo" okaże się o tyle nieprzypadkowe, iż w instrumentarium pojawia się w jednej z głównych ról omszały, posępny, melancholijny obój. Klausowi Schulze z miejsca udaje się wyczarować nastrój niczym z "Krajobrazu Toledo" El Greco; wariacje na temat głównego wątku przypływają do Słuchacza niczym z pachnącego świeżym tynkiem oraz deszczem snu. Mniej więcej w połowie utworu główny motyw podchwycony zostaje przez fenomenalnie przybrudzoną i "skradająco" miaukliwą gitarę elektryczną, pozwalając pomyśleć o nastrojowych pasażach Ash Ra Tempel. Dodatkową atrakcją krążka jest bonus w postaci kompozycji Chinese Ears, wziętej z limitowanej jedynie do 333 egzemplarzy szóstej płyty boksu CW II. Mamy tutaj perliste ostinata i akordowe westchnienia utrzymane jednocześnie w nastroju kilku porozrzucanych na przestrzeni Contemporary Works I i II utworów: Klaus Schulze bawi się wykorzystanymi już raz w ramach boksu brzmieniami i sampluje je ze swadą i genialnym wyczuciem, tkając nowe motywy, które na dodatek lekko przyprawione zostają rzeczywiście orientalnym kolorytem. Miejmy nadzieję, że pozostałe trzy utwory z limitowanej płytki Chinese Eyes również doczekają się wznowienia jako bonusy do regularnych płyt...!

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,15 EUR
  • Klaus Schulze | Eternal - the 70th Birthday Edition

    Klaus Schulze | Eternal - the 70th Birthday Edition

    Bestseller
    Na okładkowej fotografii, Klaus Schulze wygląda tak jak w latach 70. Zresztą owe zdjęcie zdobiło album Mirage, chociaż na nim było utrzymane w innej kolorystyce. A przecież to właśnie lata 70, były dla Schulze'a 0Mount Everestem popularności i nagrywania pomnikowych płyt. Takie jego dokonania jak Moondawn, Dune, wspomniany Mirage czy Audentity, to dziś kanon muzyki elektronicznej. Okoliczności wydania dwupłytowego Eternal, The 70th Birthday Edition były szczególne, bo związane z 70-tymi urodzinami artysty. Również i sam materiał jest wyjątkowy, na pierwszym dysku mamy pełnowymiarowy, niepublikowany album. Druga płyta przynosi zestaw rzadkich kompozycji, które ukazywały się w ograniczonych nakładach z okazji Targów Muzycznych, lub jako nagrania bonusowe. Ponownie możemy zanurzyć się w świat analogowej elektroniki. Nie brakuje długich suit w rodzaju Rhodes Romance czy Andromeda - The Grand Trance", trwających ponad 40 minut. Sumnaboliczne transy, ambientalne napowietrzone przestrzenie, hipnotyczne sekwencyjne pętle. Wielbiciele Schulze'a dostają wszystko, czego byli zwykle oczekiwać od swego idola. Kawał znakomitej elektroniki, która brzmi niczym wyimaginowane obrazy zastygłej kosmicznej przestrzeni. Kto lubi Klausa Schulze koniecznie musi mieć to wyjątkowe wydawnictwo, kto zaś się nie przekonał do jego muzyki, tego nie zmusi nawet groźba kary śmierci.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    15,11 EUR
  • Klaus Schulze | Homage a Polska

    Klaus Schulze | Homage a Polska

    Availability: Goods in stock | product: 1EP-CD


    33,48 EUR
  • Robert Kanaan | Dziewiaty wiek

    Robert Kanaan | Dziewiaty wiek

    Good price

    Availability: Last items | product: 1CDr


    6,49 EUR
  • Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 3

    Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 3

    Bestseller
    CD1
    Album rozpoczyna się nadchodzącymi z oddali szumami, z których stopniowo, w asyście dodatkowych smużek elektronicznych poświstów, wysnuwa się główny temat, onirycznie rozwibrowany, oscylujący wokół powracających jak przez sen miękkich, charakterystycznych akordów. Ten rewelacyjny motyw Klaus Schulze szczególnie sobie upodobał - powraca on jako osnowa całej 65-minutowej kompozycji "The Theme - The Rhodes Elegy" z pierwszego tomu "Contemporary Works II", stanowi też tworzywo napisanej specjalnie na kompilację "Manikin Records - The First Decade" kompozycji "Manikin Jubilee". Tutaj wibrafonowy temat brzmi szczególnie tajemniczo i mgliście, spowijany zostaje w piętrzące się zgęszczenia chłodnoniebieskiego syntezatorowego dymu. Główny wątek podlega bardzo subtelnym i niespiesznym transformacjom, ale dźwięki wypełniające drugi plan oraz pomysłowa ścieżka rytmiczna sprawiają, że słuchacz nawet przy setnym przesłuchaniu tego utworu nie może wyjść z oczarowania! Pod koniec tego epizodu wybija się na pierwszy plan puls chropawego ostinata jak ze starych, dobrych, analogowych czasów - dźwięki perkusyjne zaś zaczynają zachmurzać się i kotłować w przyspieszającym echu podobnie jak w finale kompozycji "Floating" ("Moondawn", 1976). Druga część skonstruowana jest już głównie na współbrzmieniu niemuzycznych ścieżek - wątek melodyczny przewija się przez elektryzujące, eksperymentalne tło powoli i jak przez ciężką draperię snu opadającego w pokłady niepamięci. Nastrój tego fragmentu zbliżony jest do kompozycji "Nucleotide" zdobiącej album "Transfer Station Blue" (1986) sygnowany: Michael Shrieve, Kevin Shrieve, Klaus Schulze. Część trzecia jest jednym z najpiękniejszych, najbardziej zamyślonych epizodów całego cyklu "TDSOTM". Basowy oddech syntezatora odzywa się równomiernymi falami, wybijając się ze stojącego, zamarzającego i rozmarzającego akordu, poddawanego brzmieniowym alternacjom. Co jakiś czas powraca rozmazane, tęskne ostinato, a ściana dźwięków majacząca daleko w tle rozmięka z tonacji mollowej w durową, co stanowi frapujące, lekko dysonansowe połączenie melodii, tak charakterystyczne dla całej twórczości Klausa Schulze i odpowiedzialne za budowanie niezwykłego nastroju. Słuchacz daje się ponieść ospałemu zamyśleniu i gdzieś na wysokości połowy utworu czuje się istotnie przeniesiony w jakiś inny świat - ocknie się dopiero przy powracającym temacie basowego syntezatora, nie mogąc powiedzieć, czy przeżywana dopiero co muzyka była dziełem tylko dwójki muzyków sygnujących tę płytę, czy też może dopowiedziana została na uruchomionym znienacka niezwykłym pułapie wyobraźni… Czwarty epizod to właściwie tylko króciutki łącznik między częścią trzecią i piątą: to raczej kolejny obrazek elektroakustyczny nasycający płytę nastrojem takim, jaki panowałby na kosmodromach i opuszczonych stacjach kolejowych, gdyby malował je Arnold Böcklin… Piąta część brzmi trochę jak rozwinięcie w duchu szkoły (post)berlińskiej najbardziej ponurych pomysłów Jean-Michela Jarre'a z albumu "Rendez-Vous" - skojarzenie takie nasuwa alternacja mollowych I durowych akordów, okrywająca całą muzykę matowym, mrocznym płaszczem - pod spodem ulokowane zostają zaś rozimprowizowane, ociekające krystalicznymi barwami ołowiane obłoki, przesuwające się z rejestru w rejestr, łączone swobodnymi, chłodnymi, pełnymi napięcia pasażami. Płyta kończy się wraz z częścią szóstą suity "Set The Controls For The Heart Of The Mother" - wszystkie pulsujące ostinata milkną, na planie pozostają tylko wypełzające wciąż wstęgi rozpływającego się elektronicznego dymu, z których budowane zostają eteryczne akordy i melancholijne improwizacje prowadzących instrumentów. Muzyka już dawno nie siedzi jedynie w głośnikach, teraz wypełnia cały pokój słuchacza, ścieli się po całym mieszkaniu, rozlewając się kolejnymi minorowymi po miejscach, których bez tej płyty słuchacz w swym otoczeniu w ogóle by nie dostrzegł.
    I. W.

    To najdłużej trwająca seria z dotychczsowych wydawanych przez Fax. Jak zwykle spotykają się Pete Namlook i legenda muzyki elektronicznej, Klaus Schulze. Mamy tu blisko godzinną kompozycję „Set The Controls For The Heart Of The Mother”, tytuł odnosi się do jednego z utworów grupy Pink Floyd. Muzycznie mamy tu fuzję elektroniki i ambientu. Utwór podzelony jest na sześć odrębnych części. Masa przestrzeni, soczyste brzmienia starych analogów i melodie, tak charakterystyczne dla Klausa Schulze, oto wyznaczniki tej płyty. Tym razem więcej mamy ambientu, dźwięki są tak kojące i piękne, iż pieszczą uszy podobnie jak najdelikatniejszy balsam. Muzyka absolutnie mistyczna, w tym zasłuchaniu nietrudno wpaść w pewnwgo rodzaju trans. Namlook i Schulze gwarantują podróż zmęczonemu umysłowi do sfery najgłębszych przeżyć.
    R. M.



    CD2
    Wielki finał wielkiej serii. Klaus Schulze i Pete Namlook po raz dziesiąty spotkali się po Ciemnej Stronie Mooga i przygotowali wysoce poruszający album, który niemalże w żaden sposób nie przypomina żadnego poprzednika w serii. Długa introdukcja jak przez mgłę kojarzy się ze wstępem do Phantom Heart Brother, jednak o ile tam huczący metaliczny wicher krył jeszcze jakieś pomosty do wczesnej elektroniki berlińskiej, o tyle tutaj czeka nas wyprawa do krainy nieodkrytych Nowych Brzmień. Na pierwsze minuty statycznego tła wstępu nałożona jest introwertyczna narracja Namlooka o znamionach strumienia świadomości, zniekształcana niezliczoną ilością filtrów - brzmi to tak, jakby wiodący głos wdawał się w spór z szydzącymi kosmitami. To ciekawy kontrast wobec narracji otwierającej Koolfang III - to, co tam było wprowadzeniem do beztroski i odprężenia letniej nocy, tutaj staje się zwiastunem niepewności, chłodu, oddalenia, zagubienia... Uparte syntetyczne akordy o subharmonicznych wartościach ciągną swój napięty hymn, dopóki znienacka nie wykwitną ocierające się o "intelligent lounge" konstelacje akordów. Z lekka jazzujący charakter tej spokojnej muzyki znów nie pozwala od razu domyślić się, że mamy do czynienia z nagraniami Schulzego i Namlooka - już raczej Namlooka i Move D w dobrych czasach Koolfang - Jambient. Kolejne utwory przynoszą obowiązkową dawkę promieniującego, mollowego berlińskiego sekwencjonowania, ale nadal nie sposób się oprzeć wrażeniu, iż Namlook i Schulze porzucili przetarte szlaki i nieprzejednanie wybierają się w nowe rejony, choć - a może właśnie dlatego, że - w tych rejonach panuje smutek i dojmujący chłód. Finał płyty to impresja, w której Peter i Klaus jednoczą siły w moogowej improwizacji - można spodziewać się po tym opisie brawurowych glissand obficie przesterowywanych elektronicznym fazowaniem, ale to nic bardziej mylnego. W mollowym mętnym stawie osowiałych akordów tlą się zmarznięte, zrezygnowane, piękne ale jednak przede wszystkim dojmujące dźwięki. Łabędzi śpiew po Ciemnej Stronie Mooga? Utwór kończy się nagle, po niespełna sześciu minutach, nie sposób uwierzyć, że finał finału właśnie wybrzmiał, pozostawiając jedynie osad w postaci ściskającego serce uczucia żałości. To jedna z najbardziej przygnębiających płyt sygnowanych nazwiskiem Namlooka - i chyba nie trzeba dodawać, że automatycznie jedna z najpiękniejszych, choć nawet po kilku przesłuchaniach nie bardzo wiadomo, czy pozostawia niedosyt, czy też wrażenie pewnej suchości...

    I. W.



    Astro Know Me Domina zaczynają psychodeliczne rozważania o brzydkiej pogodzie na zewnątrz i wciąż tych samym tkwiącym w mózgu i zaproszenie aby rzucić okiem z innej perspektywy na ciemną stronę naszego umysłu... no i mamy trochę popiskiwań R2D2 a potem katakoniczne, odrętwiałe pasmo zawieszonych dźwięków... Ale Part III i IV przynosi już godną tych twórców muzykę. Tak na poważnie to bardzo interesująca, dojrzała pozycja. Polecam.

    Dariusz Długołęcki



    CD3, CD4
    Spełniło się wielkie marzenie miłośników połączonych sił pioniera elektroniki sekwencyjnej Klausa Schulze oraz mistrza ambientu Pete’a Namlooka: wbrew wcześniejszym zapowiedziom, iż dziesiąta część „DSOM” to finał serii, ukazała się na szczęście kolejna (kto wie, może będą jeszcze dalsze?) płyta w tym niezwykłym cyklu. Jak zwykle, mamy tutaj do czynienia z udaną syntezą „tradycyjnej elektroniki” oraz kosmicznego dark-ambientu przyszłości, tyle, że po raz kolejny przekroczona została bariera przewidywalności i bez przesady możemy powiedzieć, że „DSOM XI” to przede wszystkim odważne spojrzenie w przyszłość i kolejna udana propozycja bezkompromisowego łączenia różnych stylów. Pierwsza część od pierwszego taktu przynosi nowoczesny, posuwisty rytm, wobec którego na liście dyskusyjnej miłośników FAXu rozgorzała dyskusja, czy to hip-hopowe struktury, czy też nie. Jak by na to nie patrzeć, introdukcja robi odpowiednie wrażenie i z miejsca wprowadza Słuchacza w trans, a wrażenie spotęgowane zostaje wchodzącą z czasem na pierwszy plan chropawą melodią opartą na bardzo atrakcyjnych dysonansach i półtonach: wyobraźmy sobie introwertyczność Aphex Twin i podrdzewiałą motorykę „John the Revelator” Depeche Mode w typowym dla duetu KS-PN atmosferycznym otoczeniu, a otrzymamy przybliżony obraz tego, co rozgrywa się przez blisko 18 minut. Kolejna część suity „The Heart of our Nearest Star” (aluzja do Pink Floyd jest już zatem tylko merytoryczna, nie zaś bazująca na podobnym brzmieniu odpowiednich słów) to jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających momentów całej jedenastotomowej serii: ścielą się tutaj tak typowe dla Klausa Schulze pokłady matowych, mollowych akordów, nierzadko przyprawianych atrakcyjnym nieregularnym zmąceniem, na tle których Pete Namlook może rozwinąć swoją uskrzydloną, tęskną solówkę gitarową z nieskończenie podtrzymywanymi i rozpływającymi się nostalgicznymi nutami. Znawcom tematu ten epizod oczywiście z miejsca skojarzy się za sprawą atmosfery z piękną drugą częścią „Phantom Heart Brother” (DSOM III), jednak jak zwykle nie ma mowy o powtarzaniu się, a jedynie o uchwyceniu pewnego specyficznego nastroju i rozwinięciu go na miarę Ciemnej Strony Mooga A.D. 2008... Warto ponadto zwrócić uwagę na bardzo skromną, ale nie mniej piękną sekwencyjną pulsację w tle – oto 22 minuty gwiezdnych romansów rodem z przyszłych, niezdekodowanych i niewytłumaczonych jeszcze snów. Kolejna część brzmi mimo wszechobecnego rytmu bardzo onirycznie i „nierealnie” – Słuchacz wprowadzony zostaje w odpowiedni nastrój już za sprawą otwierających całość miękkich, niczym przykrytych poranną rosą akordów. W trakcie utworu usłyszymy głosy zdeformowane podobnie odważnie, jak w „Tea with Ivor Cutler” z pierwszej części „A New Consciousness”. Finał płyty, zaledwie 5-minutowy, jest zdumiewająco spokojny i „niepozorny” – miła, ale też bardzo ascetyczna, abstrakcyjna ambientalna miniatura. Zatem, skoro to taki spokojny finał, możemy liczyć się w niedalekiej przyszłości z pojawieniem się „DSOM XII”? Oby tak właśnie było... Niniejszy tom mogę w każdym razie z czystym sumieniem polecić jako jeden ze zdecydowanie najlepszych w całym cyklu (obok III, V, VII i IX).
    I. W.

    Availability: Last items | product: 5CD


    24,92 EUR
  • Klaus Schulze | Live at Klangart

    Klaus Schulze | Live at Klangart

    Bestseller
    Oto jeden z bezdyskusyjnie najbardziej udanych koncertów mistrza elektroniki (nie tylko) sekwencyjnej. Poszczególne utwory, choć naturalnie różniące się aranżacyjnie, technicznie i nastrojowo od klasycznych sekwencyjnych poematów wypełniających albumy X, Moondawn albo Timewind, rozwijane zostają w jedyny w swoim rodzaju sposób, wydają się być bardzo "subtelnie podelektronizowane", eteryczne, ale niosące zawsze jednak odpowiedni groove, nowoczesne, ale nie podminowane już samplową nerwowością Royal Festival Hall. Do woli możemy tutaj podziwiać piękne wiolonczelowe impresje Wolfganga Tiepolda a także maestrię Klausa Schulze w tworzeniu podmokłych, rtęciowo mieniących się "soundscapes". Utwór I Loop You Schwindelig przynosi, zgodnie z sugestią tytułu, transowo-repetytywnie potraktowany motyw znany z płyt reaktywowanego Ash Ra Tempel Friendship oraz Gin Rose - mimo swoich ponad 25 minut utwór nie nuży, a jedynie wciąga Słuchacza w promieniującą, pulsującą mantrę chłodnych, mollowych harmonii podminowanych niesamowitym swingiem! Ozdobą niniejszej reedycji są dwa dodatkowe utwory! Short Romance znany z dziesiątego krążka Contemporary Works, a także nigdzie wcześniej nie publikowany OS 9.07, podobnie jak reszta koncertowego programu z Osnabruck wzruszający konstelacjami deszczowych, przygasłych akordów, oddalonymi, lekko "podetnizowanymi" partiami wokalnymi, tętniącym ostinatem oraz garścią tak typowo schulzeańskich barw wirujących w kalejdoskopie jeszcze raz innego tonalnego kontekstu. Koniecznie.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 2CD


    14,15 EUR
  • Akikaze | The Age of Deception

    Akikaze | The Age of Deception

    Jak zobaczylem że na trackliście jest 17 utworów i jak pierwszy utwór zaprezentował połączenie mellotronu z hiszpańską gitarą pomyslałem "no nie ...kolejne nuuudy". Już chcialem skreślić definitywnie Akikaze z listy ciekawych twórców. Ale gdzieś koło szóstego, tytułowego kawałka to podrabianie rytmicznego ale ascetycznego analogowego grania lat 70-tych zaczęło mnie mocno wciągać... Akikaze zrobił znakomitą płytę imitację tamtych czasów z dodaniem wielu elementow od siebie. Ciekawie realizuje solówki syntezatorowe w kontrze z gitarami nawet brzmiącą hard rockowo, pojawiają się krautrockowe mroki jak i vokoderowe wstawki. Znakomite są berlińskie w klimacie Catharsis i Point Of No Return - słowem podrabiaczowi Lawlerowi urósł rywal. Świetna płyta.

    Dariusz Długołęcki



    Słowo Akikaze pochodzi z języka japońskiego i oznacza "jesienny wiatr". Pod tym pseudonimem ukrywa się holenderski kompozytor, aranżer i wykonawca muzyki elektronicznej, Pepijn Courant. The Age of Deception, swoisty concept-album mieniący się najrozmaitszymi odcieniami wyrafinowanej elektroniki, to już siódma płyta w dorobku Akikaze. Zdobiąca okładkę reprodukcja obrazu Hieronima Boscha znakomicie wprowadza w nastrój albumu, przepełnionego atmosferą nostalgii i surrealizmu, oksymoroniczności, ironii i przewrotnego humoru. Blisko 74-minutowa płyta zawiera 17 utworów, większość z nich to co najwyżej 3-minutowe miniatury, znajdziemy tutaj jednak również rozbudowaną – kompozycyjnie i aranżacyjnie – zaskakującą przesterowanymi partiami gitary suitę Critical Incidents. Album jest niezwykle urozmaicony a przy tym nieprawdopodobnie urokliwy melodycznie: miłośnicy Jean-Michel Jarre'a (Delusion) jak i Richarda Pinhasa (Critical Incidents) z pewnością znajdą tutaj sporo dla siebie. Przytoczenie powyższych nazwisk jest jednak dużym uproszczeniem; skojarzenia z Jarrem bądź Pinhasem mogą pojawić się ze względu na specyficzne zwroty melodyczne oraz harmoniczne konstrukcje, przy tym wszystkim jednak prawdziwą atrakcją krążka jest jego specyficzna, idealnie korespondująca z malowidłem Boscha rustykalność i wieloznaczność. Szczerze polecam.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CDr


    13,58 EUR