Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

1LP

(68 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Klaus Schulze | Dune (LP)

    Klaus Schulze | Dune (LP)

    Początek tytułowej kompozycji, niepokojąca elektroakustyczna uwertura, może przywieść na myśl dawne kompozycje Schulzego - ten obrazek utrzymany jest z drugiej strony w podobnym klimacie, jak niektóre mroczne epizody płyt cyklu The Dark Side Of The Moog. Charakter zmieni się z posępnego na nostalgiczny i zimny, gdy szumy i przeciągłe tony baterii elektronicznych urządzeń rozprute zostaną przez lament wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. To chyba najniesamowitsza kompozycja, w której słychać ten instrument w tych rękach. Wiolonczela łka, prostuje się dumnie, snuje melancholijne wspomnienia, przeszywa dreszczem i zgrzytliwie ironizuje - słuchacz zaś idąc jej tropem może wkroczyć na chrzęszczącą pustynię rodem z obrazu H. R. Gigera. Barwy ołowianego nieba i stalowej ziemi zmieniają odcienie z chłodnych na zimne i wreszcie na lodowate - a wkradające się raz po raz bardziej miękkie, pogodniejsze tony tylko wzmagają dramatyczne wrażenie. Tej kompozycji nie można nazwać patetyczną bądź przesadzoną; ona po prostu jest wielka.
    W zupełnie innym tonie utrzymany jest utwór Shadows Of Ignorance. Wiolonczela skrada się kocimi krokami, skromne ostinato pulsuje w napięciu, a instrumenty klawiszowe raczą słuchacza rozimprowizowanymi motywami, w których więcej jest zagadkowości niż dojmującego smutku, który zdominował pierwszy utwór tej płyty. Wkrótce da się też słyszeć głos Arthura Browna, najpierw recytujący, a następnie intonujący kolejne zdania mistycznej przypowieści. Chociaż tutaj Brown nie pokazał pełnej skali swoich możliwości, jak uczynił to w genialnym utworze Dymagic" na albumie ...live..., kompozycja rozwija się w ciekawy sposób i przesycona jest licznymi "poślizgnięciami" i "znakami zapytania" pozostawianymi przez improwizujace instrumenty.
    Płyta ta pokazuje dwa różne oblicza Klausa Schulze, a na dodatek każde z nich oddalone jest dość znacznie od kompozycji z poprzednich albumów.


    I. W.



    Tytuł wymienionej płytki kojarzy mi się wyłącznie z sześcioksiągiem Franka Herberta Dune i filmem Davida Lyncha powstałym na kanwie tej właśnie powieści. Nasuwa się pytanie. Czy w związku z tym dzieło Klausa Schulze jest ścieżką dźwiękową z wymienionego obrazu? Z pewnością nie. Film powstał na pocz. lat 80-tych (muzykę do filmu pisał m.in. Brian Eno), płyta w 1979 roku. Jednak skojarzenie i sugestia pozostają, a lektura wszystkich tomów dodatkowo je wzmaga.
    Na krążku znajdziemy tylko dwa, prawie 30-sto minutowe, utwory co jest dość charakterystyczne dla KS. Kompozycje jednak różnią się znacznie. Pierwszy utwór - Dune przypomina psychodeliczne klimaty z wcześniejszych dokonań artysty (może nie jest to taka awangarda jak z Cyborga, ale stylistyka jest wyrazista) i staje się zarazem niezwykłą dźwiękową ilustracją wspomnianej wyżej powieści (jeśli ewentualny słuchacz ją czytał). Drugi utwór jest bardziej rytmiczny, zbliżony raczej do stylistyki prezentowanej przez Richarda Wanhfrieda (grupa założona przez KS), ale nie aż tak dynamiczny. Wrażenie potęguje dodatkowo fakt, że muzyce towarzyszy recytowany tekst (pisany notabene przez samego Klausa Schulze'a), tak jak ma to miejsce w przypadku produkcji RW. Taki zabieg powoduje, że płyta staje się wprawdzie ciekawa, ale też wprowadza pewien dysonans brzmieniowy (nagła zmiana emocji). Kto czytał Diunę w całości, doceni ten prosty (skuteczny) środek kształtowania nastrojów. Tak jak na początku wspomniałem, skojarzenia mam jednoznaczne. Jeśli takie były intencje artysty, to opisywanym krążkiem udaje mu się uchwycić i dodatkowo wzbogacić świat wykreowany przez nieżyjącego już Franka Herberta.
    Na zakończenie mała dygresja. Film Dune okazał się finansową klapą. Jednak jako niecodzienne przedsięwzięcie artystyczne może zachwycić niejednego widza do dziś. Trzeba przyznać, że jest obrazem dla koneserów (a czyż muzyka KS taka nie jest?).

    El-Skwarka

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Dreams (LP)

    Klaus Schulze | Dreams (LP)

    Tytuł pierwszej kompozycji, A Classical Move, w żartobliwy sposób dokładnie oddaje treść utworu. Po głośnym akordzie, z jakim zawsze "wyjeżdżali" w muzyczną podróż Klaus Schulze i Rainer Bloss na Drive Inn i Dziękuję Poland, następuje rozmazana, chłodna impresja, przeradzająca się wraz z wejściem ostinata w temat bardzo blisko spokrewniony z wiodącym motywem kompozycji Cellistica z 1983 roku. Dżwięki splatają się i rozplatając, tworząc drobne motywy balansujące na granicy starych wątków i nowych wariacji na ich temat. Szczególnie wpada w ucho Leitmotiv Friedricha Nietzschego z albumu X.
    To "klasyczne posunięcie" odbywa się na znanej szachownicy, ale w zupełnie nowym krajobrazie. Brzmienie tego utworu ma coś niesamowicie świeżego i nie sposób wysłuchać tej kompozycji obojętnie. Jak we śnie, znane wątki pojawiają się i znikają, utwór kluczy przez kilka zmian tonacji i gwałtownie się kończy, w momencie, w którym porwany onirycznymi wizualizacjami słuchacz nabiera akurat największej ciekawości, jak też będzie wyglądało rozwiązanie.
    Przy kolejnej kompozycji dosłownie przesiadamy się od "klasycznej" szachownicy do skomplikowanego układu klocków Kyodai. W tej kompozycji udało się kompozytorowi najsilniej zamarkować orientalne elementy, wykwitające z hipnotycznego, "podjapanizowanego" brzmieniowo rytmu niczym kolejne kwiaty śliwy. Najciekawszy fragment to schromatyzowana partia fortepianowa, dzięki której całe to 8-minutowe dziełko nabiera znamion egzotycznego, współczesnego koncertu na fortepian i orkiestrę elektronicznych przyrządów.
    Nawspanialsza moim zdaniem kompozycja to trzecia pozycja na tej płycie - utwór tytułowy. "Trąbiasta" introdukcja to dalekie echo wstępu do wagnerowskiego Lohengrina, odpowiednio chłodne, tajemnicze i posmutniałe. Na pierwszym planie wciąż rozlegać się będą hipnotyzujące akordy, rozświetlające nieco cały utwór, natomiast w tle wysypują się coraz to inne, zapamiętane z jakiegoś innego schulzeańskiego "snu", kolory, zapachy i tony. Jest w miarowym podkładzie tej kompozycji coś, co wywołuje uparte skojarzenie z brzmieniem początku utworu Exil Sils Maria z płyty Irrlicht, a na dodatek niedługo przed końcem Dreams pojawi się zapomniane echo preparowanej orkiestry malującej drobinki swych pejzaży w suicie Ebene, także pochodzącej z debiutanckiego albumu Schulzego.
    Najkrótsza propozycja na Dreams, zatytułowana Flexible, robi z pewnością najmniejsze wrażenie. Wydaje się, że ma nieco spłycone i "uplastikowione" brzmienie w porównaniu z niesamowitymi barwami reszty przedstawionych tu utworów. Bardzo ciekawy jest jednak fragment, w którym Schulze raczy nas nieoczekiwanymi brzmieniami syntezatorowej gitary, wiodącej swą melodię na podciąganych strunach.
    Płytę wieńczy monumentalna, ponad 24-minutowa kompozycja Klaustrophony. Intrygujący tytuł jest faktycznie dobrym opisem stanu, którym przesiąknieta jest cała ta senna kompozycja, w której wyczuwa się, iż za chwilę stanie się coś niebywałego. Słuchacz doczeka się niespodzianki w 15 minucie utworu: rozlegnie się dziwaczny głos "japońskiego ducha". Muszę przyznać, że przy pierwszym przesłuchaniu głos ten wydawał mi się drażniący, ale jednocześnie nie mogłem przestać słuchać tej sennej opowieści, coraz bardziej nią zafascynowany. Kolejne przesłuchania utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie ma głosu lepiej korespondującego z atmosferą i "przesłaniem" całego albumu; głos zjawia się jak nietypowy, zadziwiający, natrętny element rozbijający dotychczasową logikę snu i prowadzący śniącą osobę w zupełnie nowe rejony, których na jawie by sobie nie wymyśliła…

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Dig It (LP)

    Klaus Schulze | Dig It (LP)

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Blackdance (LP)

    Klaus Schulze | Blackdance (LP)

    Utrzymana w ciepłych barwach, pełna "woskowych" kształtów, stylizowana na malowidła Salvadora Dali okładka ciekawie kontrastuje z zimnymi, krystalicznymi tonami utworów z tej płyty. Way Of Changes zaczyna się w podobnym stylu jak kompozycje z poprzednich dwu albumów, ale muzyka już od początku wydaje się być bardziej uporządkowana, a kolejne plany odsłaniają się stopniowo, przez co w porównaniu z masywnymi ścianami dźwięku budowanymi na Irrlicht i Cyborg brzmienie jest nieco płytsze. Nie oznacza to jednak, że artyście brak pomysłów, ani że kompozycji zbywa na atmosferze. Tu nie odzywa się jeszcze żaden sekwencer, ale uporczywy rytm instrumentów perkusyjnych zapowiada już powoli, jak będzie klarowało się typowo "schulzeańskie" brzmienie na kolejnych albumach. Organy wiodą swoją melodię, w którą raz po raz wkradają się schromatyzowane ozdobniki; momentami muzyka ta może wywołać nie tak odległe skojarzenia z niektórymi fragmentami płyty More grupy Pink Floyd...
    Some Velvet Phasing to najkrótsza i najoszczędniejsza w środkach wyrazu, ale zarazem chyba najbardziej zagadkowa kompozycja na tej płycie. Kolejne akordy zbierają się niczym ciężkie krople na brązowo-żółtych liściach, odrywają się, przesączają przez brązowo-żółty piasek. Wydaje mi się, iż te dźwięki najlepiej wprowadzają słuchacza w klimat wyczarowany na okładce longplaya.
    Potem następuje najdłuższy utwór: Voices Of Syn. Głos śpiewaka operowego dobiega jak z zaświatów, następnie przybiera na sile, po czym stapia się z minorowymi, rozpływającymi się akordami organów. Ta niesamowita część przywołuje na myśl jakieś niezwykłe ceremoniały odprawiane w katedrach zbudowanych z "niemożliwych brył", w których krawędzie nigdy nie przecinają się wedle praw geometrii a schody odwracają się w niewytłumaczony sposób w połowie biegu na lewą stronę. Głos wydaje się momentami snuć nieco inną opowieść, niż posępne organy - ale pozorne dysonanse tylko dodają muzyce niesamowitości. W końcu organowe akordy przybiorą nieco na sile i zostaną dobitniej "skręcone" i wygięte, po czym nastąpi zrytmizowana część kompozycji, utrzymana w podobnym charakterze jak motoryczny fragment Way Of Changes. Teraz z tajemniczej katedry odpływamy prosto na Wyspę Umarłych Arnolda Bocklina... Ta mglista podróż będzie trwała kilkanaście minut, które Klaus Schulze być może mógł był rozwinąć w nieco ciekawszy sposób, ale i tak trudno nazwać ten utwór nieudanym i odmówić mu wyjątkowego charakteru.


    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Klaus Schulze | Picture Music (LP)

    Klaus Schulze | Picture Music (LP)

    Album Picture Music dość zasadniczo różni się od poprzedniego albumu berlińskiego artysty, Blackdance. Nie tylko pojawia się wyrazista ścieżka rytmiczna - przede wszystkim zwracają uwagę głębokie, wieloplanowe brzmienia, niebywale kunsztowne aranżacje i frapująca struktura utworów. Kompozycja Totem jest nie tylko pionierskim osiągnięciem w dziedzinie elektroniki sekwencyjnej - wyznacza ona także szlak znacznie późniejszym wędrówkom muzycznym Klausa Schulze. Na ostinato nie składa się czytelna, zamknięta melodia - to raczej spontaniczne rozkwitanie kolejnych dźwięków oraz ich dalsze rozmnażanie się przez pączkowanie lub podział… W tej partii dosłownie słychać, jak muzyka rodzi się, dorasta, przekwita, obumiera... Na dalszym planie natomiast rozpięta jest melodia wahająca się na granicy skal sprowadzonych w uproszczony sposób do skali durowej i mollowej. Barwa utworu zmienia się, muzyka zostaje raz zacieniona, innym razem - przeszyta migotliwym światłem, innym znów razem wyeksponowana w pełnym świetle i potem nagle zasłonięta. Znakomitą ilustracją do tej muzyki mogłyby być zmiany dokonujące się w krajobrazie złożonym z malowidła impresjonistycznego przenikającego się z obrazem abstrakcyjnym; połyskujące zmarszczki strumyka okazują się rozmazanymi wielobarwnymi iskrami, a porozrzucane tu i ówdzie kule przeistaczają się niespodziewanie w główki niebieskiej i pomarańczowej kapusty. Cały pejzaż zmienia się jak w nietypowym śnie, ale zmierza w logiczny sposób do jakiegoś niesamowitego finału, porządkowany przez miękki, gąbczasty puls sekwencera.
    Mental Door jest jednym z moich najulubieńszych utworów Klausa Schulze. W tej suicie znalazło się miejsce dla chłodnych, minorowych fal przetaczających się w wypolerowanym świetle zamglonego księżyca i dla schromatyzowanych brzmień skradających się pod nostalgicznymi alternacjami tęsknych akordów - i nawet dla partii, która mogłaby śmiało ozdobić album Emerson, Lake & Palmer z najlepszych czasów tej grupy! Jest to jeden z najniesamowitszych fragmentów tego utworu i całej płyty, kiedy spod mżących, deszczowych syntezatorowych akordów snujących mollowy temat wyłania się wijące się cielsko ostinatowego węża. Wąż zatacza hałaśliwe, lekko przesterowane pierścienie, wygina się coraz bardziej zdecydowanymi ruchami, emitując coraz dłuższe sekwencje dźwięków, przekomarza się z półtonami, wdrapując się nawet i spełzając z powrotem po skalach kojarzących się z jazzem lub bluesem. A wtedy kipiący, żywiołowy, nieregularnie ozdabiany podkład perkusyjny przejmie pierwszy głos i stopi się z pierścieniowatym ostinatem w szaleńczym tańcu. Gdy ta sekwencja dobiegnie końca, rozpocznie się drugi równie niesamowity fragment: syntezatory doprowadzą do końca swą melancholijną pieśń, przerwaną przez nagłe wejście niepokojącego ostinata, a dobiegająca uszu słuchacza z nieco już dalszego planu gra perkusji wywoła z pewnością dreszcze… Podobnie przejmująco i niesamowicie zabrzmiała kompozycja The Looper Isn't A Hooker na albumie Dig It sześć lat później - tutaj muzyka brzmi jednak chyba jeszcze przestrzenniej, jeszcze chłodniej, jeszcze bardziej niezwykle.
    Album opakowywano w rozmaite koperty - warto zaznaczyć, że nastrój każdej z proponowanych okładek rewelacyjnie koresponduje z treścią muzyczną tej płyty. Są tu fragmenty, które wizualnie najlepiej "podsumowuje" okładka z plamistym wykwitem przypominającym potwora morskiego, są też i takie, których charakter najpełniej ukazuje okładka przedstawiająca istotę uwiązaną u sufitu pomieszczenia z kraciastą podłogą, wreszcie takie, w których dźwięki odmalowują obraz porzucony w środku gliniastego pola pod zachmurzonym niebem.


    I. W.


    Klaus Schulze jest tym dla muzyki elektronicznej, kim Hendrix dla rocka. Nie ma sensu przytaczać tu jego biografii, każdy szanujący się fan elektroniki choć w małym stopniu powinien ją znać. Oryginalnie wydany w 1975r album Picture Music jest czwartym w dyskografii artysty. O ile wcześniejsze płyty Irrlicht, Cyborg i w małym stopniu Blackdance zawierały sporo eksperymentów, to na Picture Music widać całkowicie wykrystalizowany styl. Na poprzednich płytach Schulze wykorzystywał głównie organy elektronowe plus akustyczne instrumenty. Tu po raz pierwszy w pełni wykorzystał sprzęt elektroniczny, doskonale znane analogowe syntezatory EMS VCS 3, ARP Odyssey, ARP 2600, organy Farfisa. Album wypełniają dwa utwory, pierwszy Totem z początku melancholijny, potem nieco nerwowy i abstrakcyjny. Drugi Mental Door to jeden z najlepszych w dyskografii Klausa Schulze. Kosmiczna podróż w nieznane, pełna głębokich, abstrakcyjnych dźwięków. W drugiej połowie utwór rozpędza się do zawrotnej prędkości, tworząc nastrój bliski transowemu rytuałowi. Po blisko 30 latach od wydania tej płyty, cały czas brzmi ona nowocześnie i intrygująco. To bez wątpienia kanon dzisiejszej elektroniki.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    24,21 EUR
  • Vangelis | L'apocalypse des Animaux (LP remaster)

    Vangelis | L'apocalypse des Animaux (LP remaster)

    L'Apocalypse Des Animaux zawiera utwory które znalazły się w 6 odcinkowym serialu dokumentalnym (każdy odcinek około 50 minutowy) zrealizowanym przez

    Frederic'a Rossif'a

    w koprodukcji telewizji włoskiej RAI i francuskiej Tele Hachette. Film miał być jakby manifestem przeciwko dziesiątkowaniu świata zwierząt i pewnej nostalgii za utraconymi czasami gdy inaczej traktowano faunę i florę. Całą serię wydano na kasetach VHS w jednym boksie w 1990 roku we Włoszech, Belgii i Francji przez Editions Montparnasse. Są oczywiście bootlegi DVD, zgrywki właśnie z tego wydawnictwa.
    Sporo muzyki wykorzystanej w L'Apocalypse Des Animaux

    Rossif

    zamieszczał później powtórnie w innych swoich dokumentach (m.in Morandi, Georges Braque, L'Opera Sauvage). Co ważne, wtedy jeszcze

    Vangelis

    nie praktykował tworzenia muzyki do obrazu a potem nagrywania jej na nowo (nie zawsze to samo) na album.

    Vangelis

    nie bawił się wtedy w edytowanie muzyki ale po prostu proponował ileś tam kawałków aby realizatorzy dobrali sobie je do odpowiednich partii filmu. Kiedy dokument pokazuje zwierzęta w ich naturalnych zachowaniach muzyka jest wykorzystywana niezbyt intensywnie służy jako podkład do komentarza. Kiedy zwierzęta oglądamy w zoo, parkach, lub laboratoriach podczas naukowych badań nie ma muzyki a słyszymy lektora lub naukowców objaśniających ich metody i obserwacje. Narrator nie pojawia się w polu widzenia zawsze głos pochodzi z offu.

    Vangelis

    twierdzi że praca nad jednym epizodem zabierała około jednego dnia i każdy odcinek otrzymywał świeżą porcję muzyki. Generique pojawiał się na rozpoczęcie i zakończenie każdego epizodu. Tylko kilka fragmentów powtórzono przy różnych epizodach. Np. radosną melodię graną na keyboardach i flecie, która zwykle towarzyszyła zabawom zwierząt, eksperymentalny fortepian plus perkusja, temat także użyty w filmie o Georges Braque, tajemniczo egzotyczny wolny temat zwykle wykorzystywany przy podwodnych zdjęciach, trochę głupawy temat w stylu disco (też w Morandi ) używający zestawu perkusyjnego na tle pierwszej generacji fortepianów elektrycznych. Dziwne ale żaden z tych powtarzanych tematów nie pojawił się na krążku (odsyłam do bootlega -

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX - OUTTAKES). Vangelis wybrał 6 utworów mających zupełnie inne brzmienie niż pozostała muzyka w serii. Różniły się choćby wykorzystaniem trąbki czy gitary. Na każdy z kawałków przypada do pięciu utworów odrzuconych w tym sporo naprawdę dobrych, co warto dodać z epizodu 2,3 i 4 nie trafiło na album nic! (Tu polecam bootleg

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX 30 ANS 1973-2003). Biorąc pod uwagę całą muzykę zawartą na ścieżce dźwiękowej można ją podzielić na 4 kategorie: melodyjną, marzycielsko-nostalgiczną, zabawną, egzotyczno eksperymentalną. Co znalazło się z tego na krążku? Apocalypse des animaux - generique typowy dla dzisiejszej muzyki spod znaku world music rytm wybijany na egzotycznych instrumentach perkusyjnych przerywają wstawki fortepianu i piękne, przypominające wirowanie kosmosu wstawki wokalne, znakomite intro budujące niesamowity klimat to w miarę dynamiczna, pogodnie brzmiąca a zarazem niesamowicie przyciągająca uwagę perełka której wadą jest jej króciuteńki czas. Może nieźle zmylić słuchacza nastawiającego się na tego typu muzykę na reszcie płyty.
    La petite fille de la mer odkrywa przed nami oparte na gitarze akustycznej i ksylofonie, bardzo ulotne, delikatne, słodkie brzmienie kojące zszargane nerwy. W tle delikatna poświata z mellotronu, zawiera coś jak punkt szczytowy gdy opiera się tylko na wysokich dźwiękach ale gitara znowu powraca i melodia powtarza się. Eteryczne, minimalistyczne dźwięki tworzą niesamowicie melancholijny klimat. W serialu obrazował on w ostatnim odcinku zdjęcia delfinów i ośmiornic.
    Le singe bleu - ambientowo minimalistyczny dźwięk to tło dla niezwykłej urody partia trąbki. Piękna aranżacja w delikatnie bluesowo jazzowej manierze. Nie przypominam sobie drugiego takiego wykorzystania tego instrumentu w utworze

    Vangelisa

    . Klawiszowe zaś dźwięki w tle, podtrzymują półsenną atmosferę. Le Singe Bleu wzięto z pierwszego epizodu, gdzie towarzyszy ona obrazowi zwinnych ruchów małpki skaczącej z drzewa na drzewo by w końcu zakołysać się na horyzoncie.
    La mort du loup to wzruszający kawałek oparto na mellotronie imitującym gitarę akustyczną z pogłosem na tle której słychać naturalne brzmienie gitary. Zgodnie z tytułem brzmi przejmująco, niczym pieśń żałobna. Ten naładowany smutkiem, poruszający utwór niezwykle sugestywnie przedstawia śmierć zwierzęcia. Pochodzi z piątego odcinka serii, towarzyszy obrazom wilków zastrzelonych w śniegach i na sawannie.
    L'Ours Musicien, ta miniaturka w filmie trwa 4 minuty, towarzyszy historii dwóch niedźwiadków polarnych porzuconych przez matkę, szperającą w chacie ekipy filmowej. Mamy tu basowe, niskie, buczące dźwięki kojarzące się rzeczywiście z wizją misia i delikatne mellotronowe akordy symbolizujące że to jeszcze maluchy. To swoisty kontrast wobec wcześniejszej impresji, muzyczny żarcik gdzie co chwilę owa melodia zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Creation du monde. Tej epickiej kompozycji nie powstydziłby się żaden z tuzów ambientu. Czarująco piękny, zbudowany bardzo prostymi, minimalistycznymi środkami. Najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz to zapowiedź późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w spokojnym, nastrojowym stylu. Doniosłość tego fragmentu ma także odzwierciedlenie w serialu. Wieńczący serię epizod rozpoczyna się wraz z dźwiękami Creation Du Monde i towarzyszy zwolnionym obrazom wielkich ptaków przelatujących nad morzem. Utwór pojawia się ponownie na koniec, podczas pojawienia się napisów końcowych obrazowanych dotąd przez Generique, jako swoiste filozoficzne podsumowanie.
    Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek - La mer recommencee, płynny ambientowy temat, jeden ton otoczony falami dźwięków przypominającymi wygłuszone talerze i inne instrumenty perkusyjne. W serialu rewitalizacja morza po wycieku ropy i innych zanieczyszczeniach ekosystemu morza zostało ubrane właśnie w dźwięki La Mer Recommencee.
    Brak tu zdominowanych przez syntezatory utworów, muzyka była stworzona przy użyciu relatywnie prostych środków a zarazem słychać tu w detalach wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych niepowtarzalnymi barwami i swobodę, łatwość znamionującą geniusza w tworzeniu tychże. Jakże to innowacyny album! Pamiętajmy jedną rzecz: ta muzyka powstała w 1970 roku! I co tu znajdujemy? Prototypy struktur ambientowych, wyznaczniki późniejszego ruchu minimalistycznego, muzyki world, new age, elektroniki. Porywająca muzyczna tapeta która może spokojnie funkcjonować bez obrazu tworząc wizje roztaczane przed słuchającymi w umyśle, wzbudza podziw jaki geniusz mógł stworzyć coś tak eterycznego i zaawansowanego.
    Zaskakują najbardziej statyczne drony, jak żywo przypominające ambient tonowe pasaże na mellotronie, gdzie nic się nie zmienia. Muzyka ta nie opisuje realiów przyrody ale raczej stara się oddać jej filozoficzny aspekt. Niezwykle piękne uchwycony: lekko zadumany, relaksujący czasami charakter tej muzyki powoduje że do dziś brzmi niesamowicie świeżo i aż dziw bierze że ta muzyka powstała w epoce gdy elektronika jaką znamy i lubimy dopiero zaczynała raczkować! Przepiękny dźwiękowy gobelin do dziś mimo upływu lat wciąż mogący konkurować z dowolną płytą . Jak na tamte czasy porażająca praca. Ponadczasowe arcydzieło.

    Dariusz Długołęcki



    Ksylofonowy akompaniament, na tle którego przebijają klawiszowe plamy dźwiękowe, otwiera tę płytę - po dynamicznej, pogodnie brzmiącej introdukcji następuje jeden z najpiękniejszych fragmentów w całym dorobku

    Vangelisa

    : impresja La petite fille de la mer. Eteryczne wibrafonowe dźwięki opowiadają być może historię o zapomnianej, omszałej pozytywce wyłowionej przez samotne, zaciekawione dziecko z morza namalowanego przez Turnera lub Ślewińskiego. Melancholijny, zbudowany na przeciwwadze minorowych i durowych akordów temat co pewien czas milknie, muzyka staje się bardziej tajemnicza i zamyślona… Kolejny utwór, Le singe bleu, to przede wszystkim wspaniała partia trąbki, która śmiało mogłaby ozdobić kontemplacyjną płytę autorstwa

    Milesa Davisa

    - klawiszowe dźwięki miękko skradają się w tle, rozpraszając lub podtrzymując półsenną pieśń świtu lub wczesnego wieczoru intonowaną przez zadumaną trąbkę. La mort du loup zgodnie z sugestią tytułu brzmi przejmująco - cała kompozycja wyłania się z odrętwiałych, zziebniętych akordów, które przeszyte są zmartwioną melodią. Kontrast wobec tej impresji stanowi muzyczny żarcik, jakim jest L'ours musicien - rzeczywiście, słuchając tej miniaturki zaaranżowanej głównie na niskie, buczące dźwięki, którym towarzyszy "ociężała", jakby spowolniona ścieżka rytmiczna wygrywana na talerzach, trudno nie wyobrazić sobie muzykującego krnąbrnego niedźwiadka, irytującego się, iż co chwilę jego piosenka zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Kolejny utwór to najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz Creation du monde. Jest to zapowiedź takich późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w stylu ambient, jak Himalaya, Summit bądź In London (sygnowane:

    Vangelis & Neuronium

    ). Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek La mer recommencée - główny temat rozpuszcza się w klawiszowych falach, przetaczających się pod niebem lekko zamglonych instrumentów, równomiernie obmywających topniejące brzegi. Brak tu zdominowanych przez najrozmaitsze syntezatory utworów - z drugiej strony, słychać tu już w najmniejszym detalu wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych najadekwatniejszymi barwami.

    Igor Wróblewski



    ...Apokalipsa zwierząt... to już 30 lat jak

    Vangelis

    wydał tę, jedną z pierwszych swoich płyt. Niejako początki bogatej później dyskografii. Muzyka wbrew tytułowi nie jest wcale aż tak ,"apokaliptyczna" ale i nie wesoła. Zmusza raczej do zastanowienia dokąd zmierza współczesny człowiek ze swoim stosunkiem do świata natury. Płyta nieco krótka jak na możliwości wielkiego greka ale od początku do końca słucha się jej z przyjemnością.

    Mariusz

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    23,22 EUR
  • Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Heaven and Hell rozpoczynał okres pracy w Nemo Studios i początek prawdziwej kariery międzynarodowej i był pierwszym albumem zrealizowanym dla RCA. Płyta została odnotowana na listach przebojów co zaowocowało niesamowitym ponoć koncertem w Royal Albert Hall. Wtedy gwiazdą wytworni był Rick Wakeman i pokłosie właśnie progresywnego rocka na tej płycie wyraźnie słychać.
    Część pierwsza zaczyna się od Bacchanale. Utwór rozpoczyna się od samotnego akordu keyboardów do którego dołącza po chwili współbrzmiący z nimi chór by eksplodować w końcu perkusją i całym kompleksem pasaży na syntezatorach, dźwiękami z Fender Rhodesa wybrzmiewających na tle mooga i chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki. To zdecydowanie Hell - nagle wszystko gwałtownie cichnie i syntezatory znowu powtarzają uporządkowaną strukturę, dołącza do nich chór i kolejne powtórzenie dzikiej jazdy naśladującej cierpienia potępionych poddawanych torturom. To chyba zdecydowanie najbardziej prog rockowa część płyty przypominająca ELP czy Wakemana. Muzyka atakuje słuchacza czymś w rodzaju imitacji wojny między dobrem a złem za pomocą dźwięków cichnących i wybuchających na nowo. Utwór ukazuje bardziej agresywną stronę muzyki Vangelisa.
    Symphony to the Powers B to centralna część pierwszej suity, rozpoczyna je emulowane intro na panino, przechodzący w kosmiczne brzmienia, tak charakterystyczne później dla Vangelisa, do których dołącza chór wyśpiewujący w rytmicznym, prawie pompatycznym nastroju łacińskie teksty przydające tej muzyce coś na kształt jakiegoś religijnego obrządku. Wtedy też na zasadzie kontrapunktu, dochodzi do konfrontacji męskiej i żeńskiej części chóru anielskich i demonicznych sił wspieranych brzmieniem fortepianu, trójkąta i orkiestry. Dźwiękowo także dochodzi do gwałtownych zmian - od pełnego brzmienia orkiestry wspartego talerzami do delikatnych bramień fortepianu i perkusyjnych przeszkadzajek. W tym utworze najczęściej dopatruje się inspiracji Carminą Burana, Karla Orffa. Frenetyczne tempo inspirowane pracami tego twórcy w To the Powers B podkreśla dodatkowo także klasyczna technika gry na fortepianie. Mamy tu sporo porywających orkiestracji i wstawek etnicznych z Grecji. Przez kilka minut fortepian i chór i orkiestra otaczają słuchacza z niezwykłą burzą dźwięków aby przejść do crescendo pod koniec tej części .
    Z tej kakafonii dźwięków wpadamy w stonowany Movement 3. Rozpoczyna się melancholijną partią fortepianu, syntezatora - po chwili otrzymujemy ferię głośniejszych dźwięków wspartych przez chór - radzę zwrócić uwagę na tę kompozycję, przede wszystkim na główne brzmienie, wszak to nic innego jak wyciszona, pierwocina tytułowego utworu z Chariots Of Fire! Po drugie ten przepiękny, najbardziej przypominający późniejsze dzieła el Vangelisa fragment ma swoją drugą historię związaną z bardzo popularnym serialem dokumentalnym z lat 70 -tych Carla Sagana Cosmos, gdzie ten utwór był tematem przewodnim.
    Wreszcie So Long Ago, So Clear, gdzie falset Jona Andersona słodki i relaksujący przynosi ukojenie po agresywnej muzyce części pierwszej. Delikatny, sentymentalny duet powstał w ciekawych okolicznościach. Ponoć Anderson chciał ściągnąć Vangelisa na keybordzistę do Yes. Vangelis odmówił przyłączenia się do tej legendy progresji ale za to Anderson wystąpił na tej płycie. Dostajemy tu delikatne brzmienia Rhodesa połączone z harmoniami śpiewu - pozytywne i romantyczne liryki tworzą gorzko słodki rezonans z interpretacją Andersona przepełnioną jakimś wewnętrznym smutkiem.
    Część II jest jeszcze bardziej mistyczna, rozpoczyna ją czysta improwizacja Intestinal Bat zbiór brzmień, dzwonków i harf tajemniczych i przyprawiających o dreszcze mrocznych dźwięków - kończy się to intro szokującym brzmieniem skrzypiec. Po tym dziwnym wprowadzeniu czas na Needles and Bones rytmiczny lecz wciąż tajemniczy fragment muzyki z słyszalnym wpływem greckiego folkloru z chórami, keyboardami i dzwoneczkami w stylu Oldfielda przypominający wyszukane pląsy .
    Nagle muzyka zmienia się i kolejny utwór 12 O'clock rozpoczyna melancholijna melodia której po chwili wtórują na wpół gregoriańskie chorały podparte wolnym tonem perkusji na tle których słychać najpierw jakby lament mężczyzny a następnie kobiety - czyściec? Nagle słyszymy rytm wybijany na bębnach który nabiera siły i splata się z dzikimi dźwiękami z syntezatora- mamy chwile ciszy przerywane przeraźliwymi dźwięki, przerywane nagłymi i krótkimi chaotycznymi eksplozjami muzyki znikającymi tak szybko jak się pojawiają wymieniających się z imitacją na keyboardy ludzkich głosów, nagła cisza i kolejne powtórzenie chorału z dźwiękiem dzwonu w tle - memento mori? - dochodzi współczesny chór, kory oddaje pierwszy plan - niezwykły glos Very Varoutis daje wyobrażenie jak brzmieć powinien anielski głos, jej wokaliza rośnie z minuty na minutę w siłę by w końcu zejść jakby na dalszy plan i oddać pola męskiemu chórowi. Niezwykła pełna emocji wokaliza współbrzmiąca wspaniale z prostą elegancją muzyki. Dla mnie najbardziej przepyszny fragment płyty, również wykorzystany w serialu Cosmos.
    Ale kiedy myślimy że wszystko już wybrzmiało przechodzimy do Aries pełnej eksplodujących orkiestracji. Ten pełen splendoru i mocy utwór konczy się gwałtownie i wpada w delikatną melodię A Way w spokojny, stonowany sposób zamykającą album co kontrastuje z jego początkiem. Delikatność tego utworu pozwala słuchaczowi ochłonąć po porcji muzyki jaką serwuje Vangelis. Kończy się niepostrzeżenie wyciszeniem.
    Mamy tu kreację szerokiej wariacji nastrojów i kontrastów co tłumaczyć należy tytułem - płyta koncepcyjna opowiadająca o przepaści między dobrem a złem. Vangelis uczynił to poprzez wysublimowaną i wyszukaną w każdej minucie tej płyty muzykę. Nie da się jednoznacznie zaszufladkować tej płyty: czasami symfoniczny, momentami etniczny mocno progresywny jest dziwnym i pięknym zarazem eksperymentem nigdy więcej przez Vangelisa nie powtórzonym a zarazem to podwalina pod kolejne arcydzieła oparte na chórze i harmoniach, które odnajdujemy w Opera Sauvage i Chariots Of Fire.

    Dariusz Długołęcki



    Heaven and Hell - czyli niebo i piekło. Faktycznie Vangelis ten album, który poniekąd należy już do historycznych dzieł z gatunku el-muzyki zaskakuje dwoistością formy. Ale z pewnością po raz kolejny jak na mistrza przystało nie rozczarowuje. Wręcz przeciwnie... tematy ,,piekielne,, są niespokojne, nieraz z lekka agresywne, pełne przerażenia i strachu a z kolei ,,niebiańskie,, wyciszone, uspokojone i kojące z fantastycznym utworem ,12 o'clock. Partie chóralne i wokal żeński wspaniale harmonizują z muzyką i podkreślają jeszcze bardziej atmosferę całej płyty. To jeden z albumów Vangelisa, do których często powracam, choć cenię sobie całą twórczość tego wybitnego greckiego kompozytora, który w pełni zasłużył na Oskara tylko dlaczego tylko za Rydwany Ognia? I dlaczego tylko Oskara? Polecam każdemu fanowi Vangelisa - to muzyka, którą można kupować "w ciemno" bez odsłuchu w sklepie a dopiero po rozpakowaniu w zaciszu własnego mieszkania, najlepiej wieczorem ze słuchawkami na uszach Piekło i niebo na ziemi zapewnione na kilkadziesiąt minut.

    Mariusz

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    21,89 EUR
  • You | Time Code (LP)

    You | Time Code (LP)

    Availability: Only on request | product: 1LP


    19,56 EUR
  • You | Laserscape (LP)

    You | Laserscape (LP)

    Availability: Only on request | product: 1LP


    19,56 EUR
  • You | Electric Day (LP)

    You | Electric Day (LP)

    Availability: Only on request | product: 1LP


    19,56 EUR