Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

1CD

(1426 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Bas Broekhuis | The Esher Dreawings

    Bas Broekhuis | The Esher Dreawings

    Ten album ukazał się oryginalnie w 1991r, lecz mimo tego nadal potrafi przykuwać uwagę. A na tę zwraca uwagę koncept płyty, tak pasujący do muzyki elektronicznej. Z pozoru rysunek i muzyka nie mają ze sobą wiele wspólnego, ale tylko z pozoru. Album, jak sugeruje tytuł, poświęcony jest pracom holenderskiego malarza i grafika, Mauritiusa Corneliusa Eschera. Ten zmarły w 1972r artysta zdobył sławę jako niezwykły grafik. Jego prace prezentujące często przestrzenne matematyczne formy, ukazywane były w sposób sprzeczny z doświadczeniem wzrokowym. Dbanie o struktury i linie cechuje też muzykę Basa Broekhuisa. To uporządkowanie jego sekwencji wynika zapewne z tego iż jest on też perkusistą. Podzielony na 7 części The Escher Drawings przenikają różnorakie nastroje. Mamy i matematyczne, zimne sekwencje tak jak w części 1 i 2, to tu Broekhuis nawiązuje do szkoły Klausa Schulze. Część 4 ma nieco ambientalny, zamglony klimat, kolejna 5 łapie nieco miękkość jazzu. Na finał mamy 7 i najmocniejszą odsłonę tej niezwykłej płyty. Warto wspomnieć na koniec iż całość remasterował sam Ron Boots. Wielbiciele dobrej elektroniki i szkoły berlińskiej, będą na pewno bardzo usatysfakcjonowani.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,61 EUR
  • Steve Roach, Vir Unis | Body Electric

    Steve Roach, Vir Unis | Body Electric


    Oto fascynujący dark ambient przetykany nader oryginalnymi strukturami rytmicznymi, może jeszcze wyrazistszymi, natarczywszymi i mroczniejszymi niż w przypadku innej wspólnej płyty Roacha i Vir Unis, czyli w posępny sposób eterycznego projektu Blood Machine. Gdzieś w podskórnej atmosferze czai się niecodzienność, obcość, wykluwająca się z kolejnych matowych, pęczniejących, harmonicznie nowatorskich skorupek porozsiewanych na przestrzeni fraktalowo rozwijających się aranżacji. Bardzo ważną rolę pełnią – jak zresztą często u Steve'a Roacha – syntetyczne, wielopiętrowe akordy, pozwalające kreować nową harmoniczną jakość. Niebagatelne znaczenie mają też egzotyczne instrumenty ludowe: już w pierwszej impresji udaje się artystom odmalować niesamowity rytuał podobny tym, które opiewa Pete Namlook w swoim cyklu Air, tyle, że tutaj barwy są jeszcze ciemniejsze i coś fascynująco niepokojącego wisi wciąż w powietrzu. Z samego nastroju płyta ta ma sporo wspólnego z niektórymi propozycjami Boddy'ego i Wostheinricha (Moire), Steve'a Stolla albo Aphex Twin. Ścieżki perkusyjne ulegają interesującym splątaniom, ociekają mnóstwem pofalowanych wielokropków, wybrzmiewają najróżniejszymi sykami i poświstami. W dark-ambientalno-etnicznej poświacie na nowo zostaje zdefiniowany swobodny, pulsujący jazz zderzający ruchliwe ścieżki rytmiczne z bezkresem dowolnych, syntetycznych akordów. Siódmy utwór przykuwa uwagę wyjątkowo sennym, mantrowym pochodem akordowym, zdrętwiałym i mechanicznie chłodnym, znakomicie stapiającym się z monotonną, zgrzytliwą ścieżką perkusyjną na dalszym planie, podczas kiedy utwór dziewiąty za sprawą nader żywego rytmu pozwala przyjrzeć się w godzinach szczytu życiu wielkiego miasta na obcej planecie. Cała płyta zostaje zamknięta relaksującą, zamyśloną impresją opartą na dalekich westchnieniach stonowanych akordów, przetkanych ledwo słyszalnym pluskiem wody. Oto kolejna niesamowita propozycja Steve'a Roacha, wystarczająco osadzona w typowej dlań stylistyce aby natychmiast spodobać się miłośnikom tej muzyki, a jednocześnie sugerująca swoimi świeżymi rozwiązaniami harmonicznymi i aranżacyjnymi zupełnie nowe wizualizacyjne skojarzenia.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,20 EUR
  • Mike Oldfield | Millenium Bell

    Mike Oldfield | Millenium Bell

    Good price

    Pomysł, aby przy pomocy muzyki ukazać minione tysiąclecie, można zrealizować zasadniczo na dwa sposoby: albo przygotować gigantyczną suitę, której czas trwania skutecznie uniemożliwia spokojne zapoznanie się z całością i wczucie się w nastrój (jak Karlheinz Stockhausen), albo też nagrać stosunkowo krótką płytę, na której zamieści się drobne impresje ilustrujące w odpowiedni sposób subiektywnie wybrane z kart książek historycznych wydarzenia. Mike Oldfield opowiada się za drugą alternatywą i pod koniec 1999 roku wydaje niebywale eklektyczną i lekką płytę szumnie zatytułowaną The Millennium Bell - zarówno okładka, jak i sam tytuł oraz tytuły poszczególnych utworów nie pozostawiają wątpliwości, na co tym razem porywa się kompozytor w jednej osobie.
    Płyta zaczyna się o świcie ludzkości: pierwszy utwór to spokojna impresja utrzymana w pastoralnym nastroju, Peace On Earth. Ta subtelna, pogodna kompozycja, swoistego rodzaju kolęda rozpisana na barwiste głosy i drżącą gitarę, skojarzyć może się z najpogodniejszymi miniaturami Enyi albo grupy Clannad, choć brzmienia instrumentów już tutaj nie pozostawiają wątpliwości co do tego, kto stworzył tę muzykę. Druga kompozycja do dziś pozostaje moim ulubionym epizodem albumu: Pacha Mama to spokojna, utrzymana w mollowej tonacji impresja zaaranżowana na chór, instrumenty elektroniczne oraz wybijającą się pod koniec kompozycji gitarę. O atrakcyjności utworu świadczy przede wszystkim interesująca ścieżka rytmiczna oraz fortepianowy motyw kojarzący się jak przez mgłę z figurą otwierającą słynny album Tubular Bells. W kompozycji Santa Maria, poświęconej Krzysztofowi Kolumbowi i jego morskiej świcie, nie udało się Oldfieldowi wyzwolić spod przemożnego wpływu Vangelisa, który siedem lat wcześniej opublikował płytę z muzyką do filmu 1492: utwór brzmi podobnie dumnie i majestatycznie, opierając się na zaaranżowanej na chór, orkiestrowe i elektroniczne brzmienia oraz gitarę nostalgicznej alternacji akordów; nie znaczy to jednak, iż nie słucha się tego krótkiego utworu z dużą przyjemnością. Zaskakująca natomiast okazuje się kolejna pozycja: Sunlight Shinig Through Cloud. Na planie tego utworu ścierają się ze sobą dwie żeńskie ścieżki głosowe: melorecytacja oraz wokal; nastrój całości przywołuje skojarzenia z najbardziej nietypowymi dla Oldfielda fragmentami niemal soulowej płyty Earth Moving, gitara jest prawie w ogóle nieobecna, frapująco brzmi natomiast nowoczesna warstwa rytmiczna.
    Sporym zaskoczeniem jest też innowacyjny w dyskografii Oldfielda The Doge's Palace, za sprawą fascynującego smyczkowego arpeggia bardzo silnie kojarzący się z twórczością grupy Rondo Veneziano kierowanej przez G. P. Reverberiego. Melodia snuta jest przez obój, w tle rozbrzmiewa hipnotyczny elektroniczny rytm, a dla gitary o charakterystycznie wysokich dźwiękach po raz kolejny zabrakło miejsca. Impresja poświęcona weneckiemu Pałacowi Dożów przechodzi płynnie w Lake Constance, gdzie na tle smyczkowych kameralnych pasaży klasyczna gitara Oldfielda opowiada zamyślonymi dźwiękami dzieje bohaterów Shelleya i Byrona - ten fragment płyty mógłby stanowić ciekawą kontynuację utworu Mont St. Michel z lp. Voyager, ale brzmi znacznie bardziej sucho i - jak wszystkie inne utwory z The Millennium Bell - sprawia wrażenie pastiszu, swoistego scherza.
    Do radykalnej zmiany nastroju dochodzi za sprawą utworu Mastermind; słuchacz jest już w dwudziestym wieku i zaintrygowany przygląda się kolejnym wynalazkom, tworzonym w takt dźwięków preparowanej gitary snującej temat dowcipnie odwołujący się do melodyki kolejnych tematów Jamesa Bonda.
    Nagłe wejście werbli kończy ten utwór i wprowadza słuchacza na teren impresji Broad Sunlit Uplands, której treść rozgrywa się w czasie Drugiej Wojny Światowej. Po raz drugi - po Pacha Mama - muzyka nabiera poważnego i zadumanego charakteru. Główną rolę gra tutaj smutny, wyblakły fortepian, dopiero w finale odzywają się akordy smyczkowe i dodatkowe dźwięki. Liberation to przede wszystkim recytacja w wykonaniu córki Oldfielda na podstawie pamiętników Anny Frank; muzyka subtelnie stanowiąca tło brzmi optymistycznie i uroczyście, a ciekawostkę stanowi fakt, iż brzmienia perkusyjne Oldfield "wypożyczył" z zaczynającego się w 44 minucie pasażu swej własnej kompozycji Amarok (1990).
    Przedostatni utwór Amber Light nie wnosi do repertuaru Oldfielda nic nowego - to oparta na leniwym rytmie kompozycja rozpisana na żeński chórek i dyskutujące ze sobą gitary; całość utrzymana jest w klimacie pogodniejszych irlandzkich ballad.
    Finał płyty to jeszcze jedno zaskoczenie: tytułowy utwór płyty powtarza wokalną sekwencję z zadumanego, mglistego Pacha Mama w takt rytmów i brzmień techno, przechodzi przez bardzo nowoczesny taneczny fragment i prowadzi do powtórzeń wybranych wątków z przybliżonej w okamgnieniu historii świata ostatniego tysiąca lat. Tuż przed właściwym końcem płyty pojawia sie głuche, donośne wejście dzwonów - po czym motyw The Doge's Palace zostaje sparafrazowany w taki sposób, aby kojarzyć się z rosyjskim tańcem ludowym: tu gitara Oldfielda rozbrzmiewa całą kaskadą atrakcyjnych jak w latach siedemdziesiątych dźwięków.
    Cała płyta niewątpliwie warta jst polecenia, choć nie należy zapominać, iż jest to raczej muzyczny żarcik, niż kolejna regularna płyta artysty zapatrzonego w bezkres nieba nad Wyspami Brytyjskimi. Żarcik w dobrym guście i z zadowalającą dozą inteligentnego muzycznego humoru.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,30 EUR
  • Tangerine Dream | Atlantic Walls

    Tangerine Dream | Atlantic Walls

    Good price

    Kolejny kompilacyjny album Tangerine Dream, który to skierowany jest do tych chcących oszczędzić wydawanie gotówki na więcej płyt. Materiał zebrany na Atlantic Walls podsumowuje lata 1988-1998. A więc mamy nagrania z takich albumów jak: Optical Race, Lilly On The Beach, Merlose, Rockoon, Turn Of The Tides, Tyranny Of The Beauty i Timesquare (Dream Mixes vol. 2). Z tym iż tu uwypuklono utwory z albumów Merlose i Tyranny Of The Beauty. Jest jeszcze bliźniacza kompilacja Atlantic Bridges i tam przeważa materiał z Optical Race i Lilly On The Beach. Ten okres był dosyć kontrowersyjny w karierze grupy. Odejście Christophera Franke (który zabrał też na odchodne większość sprzętu), odbiło się zarówno na brzmieniu grupy, jak i jakości materiału. Muzyka zaczęła dryfować w kierunku popu, a zespół nastawiał się na brzmienia bardziej akceptowane w USA. Do tego dojście Jerome Froese'go przez wielu traktowane było jako kpina. Jak się okazało syn lidera stał się postacią napędową grupy. Zyskała na tym muzyka, która zaczęła brzmieć niezwykle nowocześnie. Młody Froese dostrzegał muzykę techno, jej pęd ku futurystycznym dźwiękom. Grupa miała nadążać za światem i sama zaczęła eksperymentować na tych polach, jednocześnie zachowując swoją tożsamość. To też album podsumowujący 10-letni wkład Zlatko Pericy. Ten gitarzysta to nie tylko koncertowy dodatek, ale i w studiu okazał się znakomitym kolorystą. Ci zatem którzy chcą poznać ów okres, ten album będzie solidnym przewodnikiem i zapewne taka jest jego rola.

    R. M.


    Płyta wytwórni TDI to druga część "atlantyckiej" serii. Tak jak poprzednia - złożona jest z utworów, których kompozytorami byli: Edgar Froese, Paul Haslinger, Jerome Froese. Muzyka pochodzi z tych samych płyt. CD zawiera też 12 utworów co daje 72 minuty muzyki. Dla mnie jest to muzyka uspokajająca, czasem ... wesoła? Chociaż wolę "twórczość" trochę wcześniejszą , to chwila "oddechu" też jest potrzebna. Polecam, szczególnie młodszemu gronu fanów.

    Andrzej Jaworek

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,76 EUR
  • Gert Emmens | Waves of Dreams

    Gert Emmens | Waves of Dreams


    Pierwszy sen ma trójdzielną strukturę. Całą płyta rozpoczyna się łagodnym przepływem elektronicznych fal, z których pomału podnoszą się spadziste zbocza elektronicznych chórów. Takie tło zostaje stopniowo rozświetlone miękko chwiejącym się światłem syntezatorowych lampionów, pozostawiających za sobą ciepłą poświatę. Po niespełna czterech minutach słuchacz wsiada do łodzi kołyszącej się na zaciągniętej mgłą wodzie. Podróż przez ten pasaż kojarzyć się może z muzyczną wycieczką na jaką zabierał nas zespół Tangerine Dream w rozchybotanej, opartej na leniwym rytmie impresji stanowiącej drugą część suity Tangent: tu nieco podobnie odzywają się długo wygasającym głosem ciągnące się znaki zapytania, rozsiewane przez nisko pomrukujący syntezator. Na takim tle rozpościerają się fantazyjne chmury kolejnego snu. Ostatnia część utworu to przywołanie wątków z introdukcji, pojawia się jednak nowy atrakcyjny element: delikatne, śnieżyste ostinato w tle, zbudowane z nieco podobnych fortepianowo-dzwonkowych tonów co pamiętna introdukcja do suity Tubular Bells Mike'a Oldfielda...
    Drugi sen rodzi się na wyludnionej, odrealnionej plaży niczym z obrazu Salvadora Dali. Znakomicie brzmią tu rozedrgane, oniryczne akordy, wylewające się falami o podobnej woni i barwie jak w utworze Mysterious Semblance at the Strand of Nightmares” Tangerine Dream (Phaedra, 1974). Wkrótce nastrój surrealistycznej zadumy przykryty zostanie nowym, rytmicznym wątkiem: niekończący się pociąg dowożący materiały do budowy najbardziej niespodziewanych snów mknie przed siebie, znacząc swój ślad dynamicznym, niskim ostinatem.
    Utwór trzeci składa się również z dwóch głównych motywów. W pierwszym pojawia się eteryczna, zamyślona partia brzmiąca raz tak, jakby snuta była przez syntezator, innym razem zaś, jakby podejmował ją żeński głos o barwie spotykanej nieraz na płytach Vangelisa (np. Blade Runner) albo Pete'a Namlooka (np. TDSOTM IX). Znienacka włamie się w obszar tej kojącej muzyki wyjątkowo spienione, namydlające się kolejnymi polifonicznymi falami ostinato, w takt którego słuchacz będzie mógł sobie wyobrazić odbywający się w niewiarygodnie przyspieszonym tempie na jego oczach wzrost nowoczesnego miasta, rozrost zdumiewającego fraktalu lub podział komórkowy...
    Czwarta impresja przesycona jest dosadnymi, frapująco brzmiącymi elementami posberlińskiego akompaniamentu i świeżymi tonami rozimprowizowanej w ciekawym kierunku partii solowego syntezatora. Miłośnicy polskiej muzyki elektronicznej przez chwilę mogą pomyśleć, że oto słuchają niepublikowanej dotąd, otwartej kompozycji Marka Bilińskiego: takie wrażenie nasuwa momentami brzmienie głównej linii melodycznej.
    Kompozycja piąta jest moim zdecydowanym faworytem. Szczególną uwagę zwraca tutaj rewelacyjny podkład perkusyjny, bardzo pomysłowo opracowany, kojarzący się raczej z terenem zagospodarowywanym przez śmiałych twórców tzw. "Nowych Brzmień" aniżeli przez momentami dość konserwatywnych kontynuatorów tradycji nieśmiertelnej Szkoły Berlińskiej. Szczerze powiedziawszy, mógłbym sobie pomyśleć, że oto słucham utworu Pete'a Namlooka! Tego wrażenia dopełnia też znakomita, ciągnąca się mgławicowymi poświstami melodia prowadząca.
    Ostatni utwór to także jedna z największych ozdób niniejszego albumu. Jest to spokojna, stonowana, ale przy tym dość melancholijna i niemal mroczna opowieść, zbudowana z tęskych syntezatorowych wstęg oplatających zaciemnione, rozbrzmiewające niespodziewanym głosem ostinato o odrętwiałej, chłodnej barwie. Fale snów przetaczają się z połyskiem coraz bardziej śmiałego dziennego światła - na szczęście słuchacz w każdej chwili może proces elektronicznego śnienia na jawie rozpocząć od nowa.

    I. W.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    15,61 EUR
  • Tangerine Dream | The Keep

    Tangerine Dream | The Keep


    Ten album z muzyką filmową momentami dość mocno różni się od innych, zbliżonych datą nagrania, filmowych propozycji Tangerine Dream. Naturalnie mamy tutaj sporo od razu kojarzących się z projektem Edgara Froese nastrojów, jak choćby The Silver Seal utrzymane w podminowanym niepokojem nastroju zupełnie w duchu ścieżki dźwiękowej Sorcerer, podjrzewam jednak, iż większość znawców tematu usytuowałaby czas nagrania tego albumu w co najmniej późnych latach osiemdziesiątych, jeśli nie jeszcze później. Generalnie nie ma tu już prawie w ogóle zagadkowości Sorcerer, a tematy wydają się też suchsze i mniej ciekawie instrumentowane niż na Thief. Na szczęście chwil typowej mandarynkowej zadumy bądź prężnej dynamiki tutaj też nie brakuje, spokojne The Night in Romania albo często przypominane na koncertach, napędzane solidnym ostinatem znanym już z Thief Silver Scale podobają się natychmiast, od pierwszego wsłuchania. Nie jest to jeden z najbardziej magnetyzujących albumów Tangerine Dream jako całość, ale na pewno miło sięgnąć po ten zbiór nagrań.

    I. W.

    Availability: Temporary absence | product: 1CD


    25,83 EUR
  • Mike Oldfield | Voyager

    Mike Oldfield | Voyager

    Good price
    Muzycznie produkcja Voyager kojarzy się z nagraniami Enyi albo grupy Clannad – nie chodzi jednak tylko o wykorzystanie irlandzkich motywów ludowych, lecz raczej o specyficzną, malarską głębię, o rozmaite dźwiękowe światła i cienie które nadają aranżacjom posmak czegoś nie do końca odgadnionego. Wydaje się też, że Oldfield wziął udział w nagraniach pełen radości i zapału, koncentrując się jedynie na zamyślonym, niespiesznie przebudzającym się charakterze kompozycji, a nie na niesamowitej ilości ozdobników, dygresji brzmieniowych i niezliczonych instrumentalnych tekstur. Brak tutaj właściwie elementów świadczących o technicznym kunszcie Oldfielda, takich jak haftowane niezliczoną ilością rozedrganych dźwięków fraktalowe koronki dodające uroku partiom gitarowym fragmentów płyt Ommadawn czy Amarok. Tu słuchacz ma do czynienia właściwie wyłącznie z "wirtuozerią oniryczności", jeśli można tak się wyrazić. Wszystkie dźwięki są niezwykle przestrzenne, na wskroś przesycone idealnym światłocieniem, przeniknięte jedynym odpowiednim malarskim tonem. Nawet nieco słabsze, mniej zapadające w pamięć kompozycje, jak Celtic Rain (kojarzący się z Hymnem Vangelisa z lp. Opera Sauvage), The Hero czy Flowers of the Forest (bardzo tradycyjnie potraktowane nawiązania do irlandzkiej muzyki ludowej) brzmią tu rewelacyjnie świeżo i krajobrazowo, ciekawiej niż niejedna impresja bogatsza melodycznie, ale za to odbarwiona nieco aranżacyjnie. Słuchając tych utworów nie ma się wrażenia, iż ktoś odgrywa wszystkie te motywy po kolei, siedząc w jakimś neutralnie wyglądającym studiu – ta muzyka żyje niezwykle wyrazistymi wizualizacjami, właśnie tak musi brzmieć naturalna muzyka wrzosowisk, błotnistych wysp wyrastających ze spienionego morza i łąk porastających skaliste urwiska.
    Najlepsze kompozycje to niewątpliwie Mont St. Michel, Wild Goose Flaps Its Wings, Women of Ireland i Dark Island. Pierwsza z wymienionych impresji to dwunastominutowa suita rozpisana na gitarę klasyczną i orkiestrę symfoniczną – na pewno nie jest to rozchwiany kolaż brzmień to orkiestrowych, to "rozrywkowych", tylko najprawdziwszy, zwarty koncert gitarowy! Jest to na pewno jeden z najgenialniejszych utworów Oldfielda licząc już od 1973 roku… Muzyka podlega subtelnym parafrazom, gitara improwizuje na bazie tematu podchwytywanego przez orkiestrę, kolejne wątki zaś wyłaniają się w sposób kojarzący się raczej z salą filharmonii niż studiem oddanym do dyspozycji rockowemu twórcy. W tle wciąż przepływają statki z obrazów Lorraine’a i Turnera, a niebo zasnute zostaje najbardziej fantazyjną konstelacją fioletowych i granatowych chmur, jaką zna dyskografia Oldfielda. W finale rozbrzmiewają głuche, oddalone dzwony, przywodzące od razu na myśl atmosferę "zakurzonego", przesiąkniętego zapachem pokrzyw i starych zegarów przed-finałowego epizodu pierwszej części Tubular Bells. Drugi wymieniony utwór, Wild Goose Flaps Its Wings, jest swobodną improwizacją jesiennej gitary na tle powleczonego zroszoną pajęczyną brunatnego krajobrazu stojących syntezatorowych akordów. To – obok First Excursion z trzeciej płyty albumu Boxed (1976) – najwspanialszy przyczynek Mike’a Oldfielda do muzyki ambient, w którym gitara waha się między brzmieniem Davida Gilmoura i Pete’a Namlooka. Women of Ireland to parafraza znanego tematu irlandzkiego (słyszymy ten motyw choćby w filmach Wuthering Heights i Barry Lyndon), przeplatająca się z wątkiem z Sarabande z jednej ze suit orkiestrowych Händla (nawiasem mówiąc, ten motyw także włączono do ścieżki dźwiękowej filmu "Barry Lyndon"…). Gitara Oldfielda brzmi nader ekspresywnie, a tło spowite zostaje znów intrygującymi, spokojnymi kolorami. Dark Island wreszcie jest finezyjną miniaturą, w której spotykają się dwa tematy: jeden pogodny, rozdokazywany, drugi zaś nostalgiczny, wspinający się w skale typowe dla gitarowej muzyki hiszpańskiej.

    Igor Wróblewski



    I oto mamy nastepną porcję muzyki Mike'a Oldfielda, całkiem niedługo po albumie Songs From Distant Earth. Nowa płyta jest różna od poprzedniczki, Oldfield zagrał nowe kompozycje na bardziej tradycyjnych instrumentach, dlatego nie jest to el-muzyka sensu stricto. Tym razem kompozytor powrócił do swoich irlandzkich korzeni, tworząc brzmienia nasycone folklorem swojej ojczyzny (właociwie pół-ojczyzny, gdyż Mike jest tylko w połowie Irlandczykiem). Już pierwsze takty nowego CD oznajmiają nam wyraźnie, kto je stworzył. Słychać typową, właściwą tylko temu artyście gitarę i charakterystyczne dla niego melodie. Cała płyta tchnie spokojem i impresjonistyczną zadumą, a w ten intymny nastrój wplatają się niepostrzeżenie celtyckie motywy muzyczne, czasami nawet te wspaniałe chórki, za które kocham muzyke, jaką tworzy Enya. To tylko takie moje skojarzenie, bo Voyager jest niepowtarzalną płytą, zresztą to Oldfield zawsze znajdował naśladowców, a nie odwrotnie.
    I jeszcze te urzekające flety i skrzypce, które czesto nadają smaczek nagraniom "prawdziwych" el-twórców, tu w akustycznej głównie muzyce Mike'a wspaniale współgrają z wiodącą, "rozopiewaną" gitarą. Na tej płycie wokal zepsułby chyba całą jej wymowę, zasłoniłby sobą wszystkie piekne, starannie zagrane ścieżki instrumentów. Cóż, nie jest to płyta dla fanów rasowej elektroniki, ale chyba każdy z nas potrzebuje chwil wytchnienia od syntetycznych dźwieków. Wtedy idealną alternatywą jest kraina znakomitej muzyki Mike Oldfielda, miłej szczególnie zwolennikom Clannad czy Celtic Twilight.

    Michał Żelazowski



    Pojawiła się nowa płyta Mike Oldfielda zatytułowana Voyager. Tytuł chyba już zawsze będzie mi się źle kojarzył. Zaczęło się tak. Mój drogi kolega powiadomił mnie któregoś dnia, że o północy jedna z rozgłośni radiowych rozpocznie prezentację nowej płyty Oldfielda. Następnie, zupełnie poważnie dodał, że zaraz potem także nową płytę zaprezentuje kapela disco - polo - Voyager. Dziwna mieszanka, ale tyle już w życiu widziałem idiotyzmów, że ten szczególnie mnie nie zdziwił. Wkrótce okazało się, że mój drogi kolega chyba nie za uważnie słuchał i Voyager to tytuł, a nie nazwa. O prezentacji zupełnie zapomniałem, a jako, że płyty tego akurat artysty kupuję w ciemno, czym prędzej udałem się w odpowiednie miejsce, zwane sklepem.
    Teraz o muzyce zawartej na płycie. Jak to u Oldfielda bywa sporo tu gitary. Słychać motywy irlandzkie i celtyckie, prócz kompozycji autorskich na płycie zawarte są melodie tradycyjne w aranżacjach Oldfielda. Muzyka jest przyjemna, perfekcyjnie skomponowana i wykonana, ale pozostawia pewien niedosyt. Po przedostatniej, wspaniałej płycie The Songs Of Distant Earth Oldfield wyraźnie obniżył loty. Przedostatnia płyta posiadała wyraźną inspirację, była nią książka A.C.Clarke'a, natomiast ostatnia wydaje się być takowej inspiracji pozbawiona. Zupełnie jak gdyby była nagrana dla porządku - mija trochę czasu, trzeba wydać płytę. Ja osobiście wolałbym poczekać dłużej i dostać coś lepszego. Momentami wydaje się że Oldfield kopiuje sam siebie. Jest to przepiękne kopiowanie, ale nic poza tym, a muzyka musi poszukiwać. Tak jak "Pieśni..." to płyta której słuchałem bez znużenia miesiącami, tak Voyager zagościł w moim odtwarzaczu jedynie kilka razy. Ktoś może zapytać po co ta recenzja, skoro nie polecam tej płyty? Otóż polecam, tak jak i każdą inną Oldfielda, ale tylko tym, którzy chcą mieć zbiór przepięknych, perfekcyjnie zagranych dziesięciu melodii.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    7,30 EUR
  • Nautilus | In Search of Castaways

    Nautilus | In Search of Castaways


    Wszechobecnym i najważniejszym elementem jest tutaj gitara: ale ileż rozmaitych odcieni i nastrojów to oznacza! Okazuje się, iż nadal można twórczo eksploatować stylistykę powstałą na przecięciu tradycji berlińskiej oraz młodszych, nie tak ortodoksyjnych, ocierających się o elpop albo chill-out brzmień. Najistotniejszym wrażeniem, jakie płyta In Search Of Castaways wywołuje, jest świeżość i niebanalność. Docenić trzeba zarówno inwencję melodyczną twórców projektu Nautilus, jak i ich zdolność poruszania się po terenach otwartej, intuicyjnie kreowanej muzyki. Wykorzystanie gitary może momentami przywodzić na myśl Mike'a Oldfielda (zwłaszcza w introdukcji do płyty, w impresji siódmej oraz w utworze finałowym), jednak jest to tylko usprawiedliwione skojarzenie "atmosferyczne", któremu daleko do plagiatu. Czasami przypomni się technika, wyczucie i melodyka Manuela Göttschinga, ale w zasadzie też tylko na zasadzie przyswojenia sobie jego muzyki i przefiltrowania jej przez własną wrażliwość. Gitara raz prowadzi zamyślone partie solowe, raz kryje się w lekko zmetalizowanym, przymatowionym tle; raz przejmuje rolę improwizującego syntezatora, innym razem zachowuje się jak sekwencer. W drugiej kompozycji na płycie gitara zaprasza słuchacza na pastelowy spacer między krużgankami kolejnych subtelnych akordów, mogących odlegle skojarzyć się nawet z mniej charakterystycznymi utworami projektu Rondo Veneziano.
    Na największą uwagę zasługuje niewątpliwie utwór opatrzony numerem szóstym, wspaniała, wielowątkowa, trwająca 20 minut suita mieniąca się barwami tak berlińskimi, jak i zaczerpniętymi z palet z innych stron świata. Partie gitarowe brzmią niewymuszenie, swobodnie i intrygująco, a w ścieżce rytmicznej i w sposobie stopniowania nastroju udaje się Nautilusowi dorównać legendarnym mistrzom elektroniki sekwencyjnej. Przede wszystkim warto wsłuchać się w odrętwiały, oszroniony, arytmiczny początek kompozycji, z którego szarych obłoków wykwita stopniowo komplikująca się faktura rytmiczna. Innym interesującym utworem wymykającym się z szufladki opatrzonej porządkującą etykietką jest przedostatni epizod płyty, swą optymistyczną, podniosłą atmosferą i rozbudowaną aranżacją kojarzący się z kompozycjami Vangelisa, zwłaszcza To the Unknown Man. Skojarzenie to jest tym ciekawsze, że gitara odzywająca się w tym nagraniu znów z kolei odsyła słuchacza w rejony zagospodarowywane przez Mike'a Oldfielda, a całość prezentuje się odbiorcy w świetle emitowanym przez reflektor opatrzony po prostu nazwą Nautilus: dużą sztuką jest tworzenie utworów utrzymanych w charakterze typowym dla pewnego wykonawcy, bez ocierania się jednocześnie o banał i mechaniczne kopiowanie cudzych schematów…
    Chętnie podpisuję się pod stwierdzeniem, iż im dłuższy jest utwór z terenu muzyki elektronicznej, tym "lepszy" też się on często okazuje. Tu warto zatem jeszcze zwrócić uwagę, że kilka zgrabnych miniatur, które pełnią na płycie In Search Of Castaways rolę króciutkich intermezz, także stanowi dzieło najwyższej próby: czy będą to akustyczne, nostalgiczne impresje, czy też czysto elektroniczne, odrealnione, arytmiczne pejzaże, które stanowią zamglone pomosty między dłuższymi kompozycjami. Wymagający miłośnicy elektronicznej muzyki sekwencyjnej, którzy otwarci są na pogodzenie syntezatorowej improwizacyjnej intuicji z pewną dozą akustycznego uporządkowania muszą koniecznie zapamiętać nazwę Nautilus i zainteresować się sygnowanymi tak płytami.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    12,90 EUR
  • Harald Grosskopf | Oceanheart

    Harald Grosskopf | Oceanheart

    Harald Grosskopf, gdy spojrzy się na jego karierę, jawi się prekursorem nowoczesnej muzyki tanecznej. Czy dziś ktoś jeszcze o nim pamięta? Jeżeli nie, warto przypomnieć sobie jedną z jego klasycznych płyt, album Oceanheart z 1985r. W tej muzyce pobrzmiewa jeszcze modny synth pop lat '80, ale też ów album jest też zapowiedzią prawdziwej, tanecznej rewolucji jaka wydarzyła się na przełomie lat '80/'90. Już czysto instrumentalna osnowa całego albumu, znamionuje rytmiczny trans jaki będzie elementem techno lat '90. Ale nie tylko, Grosskopf udanie kreśli tu własną wizję "futurystycznego popu", daleką od dyskotekowej szmiry dekady lat '80. I tak w kompozycji Pondichery Dream sięga po plemienną, tribalową rytmikę. W pełni wykorzystuje możliwości ówczesnych syntezatorów i automatów perkusyjnych. Efektem jest intrygująca dawka muzyki tanecznej, wymykająca się łatwym zdawałoby się, szufladkom i etykietom jakie można by tu przypiąć. Płyta była rejestrowana w ówczesnym, berlińskim studiu Christophera Franke. Klasyk po który trzeba koniecznie sięgnąć.

    R. M.

    Availability: Last items | product: 1CD


    14,25 EUR
  • Jon and Vangelis | Private Collection

    Jon and Vangelis | Private Collection

    Rok 1983 był dla

    Andersona

    wielce znaczący. Oprócz tego krążka współpraca z

    Oldfieldem

    na Crises a przede wszystkim niesamowicie elektryzujący powrót

    Yes

    w nowej, zaskakującej oprawie czyli "i>90125. Głos

    Andersona

    może niektórych irytować ale dla mnie to ewenement - idealnie nadaje się do kreacji klimatów generowanych przez keyboardy co przekłada się na udział jego w projektach nie tylko

    Vangelisa

    ale też

    Oldfielda

    ,

    Tangerine Dream

    i

    Kitaro

    . (Ciekawostka -

    Anderson

    poznał

    Kitaro

    dzięki...

    Vangelisowi

    , który zabrał go na jego koncert w LA, a potem poznał obu panów za kulisami - podczas trasy koncertowej do płyty Dream zdarzało się

    Kitaro

    i

    Jonowi Andersonowi

    zagrać covery z płyt duetu). Tutaj

    Anderson

    wznosi się na wyżyny. Głos Jona jest tak giętki że swobodnie przechodzi od wielkich emocji wzmocnionych orkiestrowymi brzmieniami po intymne i osobiste śpiewanie na tle delikatnych dźwięków.
    Tytuł płyty odnosił się do tego że był ten materiał ich prywatną rzeczą, robioną bez publiczności. Jak wiadomo

    Vangelis

    to przekorna dusza i jak mówił nie robi dwa razy tego samego - wszystko co robi jest spontaniczne i jest improwizacją nie lubi być kontrolowany, ograniczany i żeby stawiano mu jakieś oczekiwania. A takie mu właśnie Polydor postawił - wydać płytę do filmu Blade Runner.

    Vangelis

    odmówił. Wściekli dysydenci zdecydowali jako odwet nie promować płyty Private Collection. I tak mimo że większość kompozycji (poza Italian Song i Horizon) ukazała się na singlach, ze słabym wsparciem ze strony wytwórni nie zdobyła list przebojów tak jak i sam album, który nie okazał się komercyjnym sukcesem ale był wszak bez kampanii reklamowej wydany chociażby na rynku amerykańskim. Dla kolekcjonerów single są cenne gdyż niektóre wersje zawierają na stronie B piosenkę z tej samej sesji tyle ze nie zawartą na longplayu czyli Love Is (odsyłam do bootlega High In The Sky.Rare And Alternative Tracks). Ciekawa jest też okładka - dość intrygujące zdjęcie w formie graficznej (otoczone symetrycznymi liniami, krój czcionki) przypominającej pierwotną wersję okładki do Friends Of Mr Cairo. Czyżby oznaczenie kontynuacji?
    ITALIAN SONG - zimne dźwięki i głos

    Andersona

    równie mroźny w swej czystości, edytowany pogłosem niczym w lodowej jaskini, układają się w piękną, króciutką ni to kołysankę ni to bożonarodzeniową kolędę. Muzycznie praktycznie bez zmian aż do 1.42 gdzie

    Vangelis

    daje popis tworzenia nastroju piękną solówką ubarwioną ozdobnikami - znika tu głos

    Andersona

    ale powraca wraz z wiodącą melodią w 2.19 by krótko potem zakończyć tą miniaturkę. Te romantyczne otwarcie płyty

    Vangelis

    uznał za na tyle nośne że zamieścił je wśród nagrań zagranych na koncercie w 1991 w Rotterdamie (

    Anderson

    się pojawił ale głos był playbacku). Bardzo spokojny, prawie majestatyczny kawałek, ze znakomitą kombinacją magicznego głosu i zwiewnych i płynnych keyboardów. Słowa niezrozumiale - to nie jest angielski a w książecce nie zawarto tekstu.
    AND WHEN THE NIGHT COMES - spokojny rytm perkusji, trójkąt i powtarzające się wysokie dźwięki z keyboardu, na to wszystko nachodzi wokal

    Andersona

    - to chyba najpiękniejsze odmalowanie nastroju głosem do muzyki Vangelisa, który jest jakiś taki smutno - zadumany. Muzyka znakomicie zinstrumentalizowana m.in. smyczkami, przez moment może przeszkadzać wprowadzenie saksofonu, i to w dość ostrym brzmieniu ale konfrontując to z tekstem owa solówka ma za zadanie trochę rozproszyć ów powabny, czarowny nastrój roztoczony przez obu panów, zresztą dalsze nie natarczywe dźwięki saksu który kończy tą pieśń łagodnieją stają się bardziej przystępne i można by rzec kusząco seksowne. Ten zmysłowy sax jest udaną reminiscencją muzyki z Blade Runner (znowu

    Dick Morrisey

    ). Ten prawie ckliwy temat to perełka klimatu i muzyki zarazem. And When the Night Comes, wydaje się być słodszą, delikatniejszą wersję The Friends of Mr. Cairo. Liryki w bardzo stosowny i delikatny sposób przedstawiają temat seksu. Jeszcze raz podkreśliłbym że głos

    Andersona

    znakomicie uzupełnia, bogatą aurę tego obrazka malowanego dźwiękiem przez

    Vangelisa

    .
    DEBORAH - piękny wstęp dla falsetu A na początku, prowadzi tylko fortepian, by po chwili dorzucić lejący się dźwięk syntezatorów i zestaw ozdobników z wysokimi tonami. Utwór ma dystyngowaną formę niczym telenowela z wyższych sfer. Ot bardzo ładna piosenka - ciekawostką zdaje się lekko zwokoderowany w pewnym momencie głos

    Andersona

    i śliczna fortepianowa solówka z typowym dla

    Vangelisa

    podkładem. Ten kawałek jak dla mnie jest najmniej ciekawy co nie znaczy zły. Utwór jest głęboko poruszający w ciepłym, romantycznym klimacie. Treściowo ma charakter apostolarny, to odpowiedź na list małej dziewczynki i radowanie się z obserwacji jak rośnie - właściwie można to odbierać jako hymn na cześć wszystkich milusińskich albo... ojcowską radość i dumę z własnej pociechy i traktowania jej jako kogoś szczególnego. I znowu znakomicie dopełniającym interpretację

    Andersona

    elementem jest muzyka

    Vangelisa

    .
    POLONAISE minimalistyczna w kwestii dźwiękowej oparta na rytmie na trzy ballada. Muzyka idealnie podkreśla głos Jona, ale bardziej mu towarzyszy niż wybija się na plan pierwszy, zwraca uwagę wykorzystanie "widmowych" chórów. Znowu wysokie dźwięki idealnie pasujące do tembru głosu

    Andersona

    , i bardzo emocjonalna przeróbka Poloneza

    Chopina

    , wzmocniona perkusyjnym crescendo po słowach - usłyszmy i módlmy się. Po owej kulminacji wraca bardzo łagodnie, powolne budowanie nastroju aż do subtelnego wyciszenia. Głos Jona wiedzie nas na szczyty, Vangelis wtóruje mu najpierw jako tło by potem wysforować się na równorzędne miejsce aż do wspólnego punktu kulminacyjnego. To nic innego jak opowieść o odnajdywaniu spokoju i harmonii i niesieniu nadziei. Tekst jak i tytuł (fonetycznie po francusku - Polakom) w zakamuflowany sposób odnosi się do politycznych wydarzeń w Polsce w czasie nagrywania płyty, ruchom społecznym przeciw komunistycznemu reżimowi. W jednym z wywiadów

    Vangelis

    przyznał, że mimo że całość to była spontaniczna jak zwykle zabawa, nie potrafili uciec od wydarzeń na zewnątrz a że byli bardzo poruszeni wydarzeniami w Polsce, nie od strony politycznej ale czystko ludzkiej stworzyli ten utwór. Jon śpiewa - mamy prawo wybierać, nasze serca nas uwolnią a nic nas nie złamie póki jesteśmy otwarci, pomóżmy naszym dzieciom używać jej rozsądnie, dla milionów nadejdzie prawda, zostawmy agresję za sobą a zamieńmy ją Tobą. Owym "Tobą" mniemam ma być Bóg - w tekście roi się od aluzji religijnych - pojawia się typowe słownictwo z pieśni kościelnych - modlitwa, wiara, chwała, świętość, światłość. Prawdopodobnie to wynik postrzegania Polski w tamtych czasach poprzez pryzmat Papieża, jako bastionu chrześcijaństwa za żelazną kurtyną a druga sprawa że

    Anderson

    jak już zauważyłem przy Friends Of Mr Cairo przemyca do swych tekstów sporo elementów wywołujących skojarzenia religijne. Na tej płycie nie wahał się już ich umieścić wprost ale o tym za chwilę.
    HE IS SAILING zaskakująco silne brzmienie atakuje nas od samego początku wyeksponowanymi instrumentami perkusyjnymi. Utwór jest głośny i niesamowicie podkreśla mocny, czysty głos

    Andersona

    . Solówki

    Vangelisa

    oparto tym razem na keyboardach, wydobywających ciekawe "miauczące" dźwięki wędrujące między kanałami. Przepiękna ściana dźwięku podczas wokalizy

    Andersona

    . Można powiedzieć że to obok ostatniego utworu najbardziej ambitny muzycznie kawałek, z wielością zmieniających się orkiestracji, ciekawymi, zmieniającymi się partiami wokalnymi i przeróżnymi efektami perkusyjnymi i energetyzującym rytmem. Niezwykle ciekawie dzieje się w słowach przynoszących tajemniczo - religijne emblematy, które można odczytać jako pieśń nadziei na ponowne nadejście Jezusa ale znów nie jesteśmy tego do końca pewni. W tekście bazuje się na serii aluzji i niedopowiedzeń które nie da się jednoznacznie zinterpretować ale najbardziej pasuje nam ta opowieść jako dzień sądu ostatecznego z tym że w wersji dla tych co nie grzeszyli i wypatrywali go z niecierpliwością. Zwraca też uwagę podobieństwo klimatu z tekstem poprzedniego utworu.
    HORIZON początek brzmi imponująco jak mroczniejszy klimatem brat bliźniak poprzedniego utworu i przynosi też skojarzenia z tematem z Bounty. Strumień potężnej muzyki pochłania nas całkowicie. Mocno egzaltowany głos

    Andersona

    pojawia się dopiero w 2.04, wzmacniany głuchymi podgłosami uderzeń talerzy, dającymi niesamowity efekt - ów podniosły nastrój, prawie patetyczny i z lekką dozą grozy - zostaje wyciszony sposobem w jaki

    Anderson

    powtarza swoisty refren "peace will come" poprzez głos pełen nadziei i wiary, i pewności że tak będzie i wtedy na zakończenie następuje muzyczna kulminacja, eksplozja bombastycznej melodii zdaje się ze słyszymy co najmniej 40 osobową orkiestrę, zapierający mi dech w piersiach fragment, podkład perkusyjny pozostaje ale keyboardy podążają nowym szlakiem, tonując jakby owe szczytowanie. Następuje repryza początku utworu z ponowną powtórką kulminacji z dodanym biciem dzwonów. Jeśli ten utwór miał zdyskontować suitę Friends Of Mr Cairo jako najbardziej pamiętaną udaje mu się to znakomicie... do gwałtownego ucięcia w 9.33. Wolta w melodii i tempie: podkład łagodnieje i wzlatujemy pod chmury nawet słychać coś jakby chór niebieski - tę solówkę zastępuje potem zadumany, nostalgiczny fortepian zatopiony w dźwiękach dzwoneczków. Te eteryczne przedstawienie muzycznego ekwiwalentu horyzontu to zarazem wstęp do nowej historii, bardzo pięknej, balladowej części tej suity.

    Anderson

    powraca dopiero około 14 minuty śpiewając słodko i romantycznie co jeszcze podkreślono echem, tu też refrenem jest że "słodka muzyka i twe tajemne serce, oba mają uzdrawiającą łaskę" co koreluje z dźwiękami pojawiającymi się podczas tego tekstu... następnie

    Vangelis

    zrywa melodię basowymi pomrukami i tak często później wykorzystywanym efektem uderzenia olbrzymich talerzy a fortepian wprowadza słuchacza w nowe zaułki muzyki

    Vangelisa

    z przepiękną wieńczącą finał melodią na fortepian.

    Anderson

    znowu jest kojący i spokojny i para razem zmierza ku satysfakcjonującej konkluzji. Przesłanie można by streścić w słowach powtarzanych niczym refren "Peace will come / Come true Horizon". To swoisty hymn, pełen nadziei wyrażanych przez Andersona, o zadziwiających cechach człowieka i nawoływanie żebyśmy znowu zbudzili w sobie dziecko które w nas zginęło, co poniesie nas znowu ku emocjom i uczuciom i w końcu ku dobru. Żarliwość z jaką to kreśli że ludzie w końcu się opamiętają przywodzi na myśl chrześcijańskie pieśni. Pseudo religijne elementy są odzwierciedlone także muzycznie w nakładających się chórkach przypominających kościelne śpiewy, czy radosnym biciu dzwonów. Symfoniczno zwiewny Horizon to niesamowity epicki utwór który powoduje że rzeczywiście czujemy promyk nadziei, że w tym okrutnym świecie coś się zmieni, swoiste życzenie pokoju w czasach wojny, muzycznie apokaliptyczna kombinacja części cichych z pełnymi glorii i patosu. Czułość i piękno kompozycji znakomicie koresponduje ze znaczeniem transcendentalnych tekstów.

    Jakościowo płyta stoi wyżej nad pozostałymi albumami duetu. Bardziej oszczędne aranżacje, perfekcyjnie uszyty nastrój, zwartość materiału, stylistyczna jednolitość, momentami mroczniejszy klimat niż na poprzednich krążkach i dużo ciekawiej i w tekstach i w a to spokojnej, falującej zefirkiem a to pompatycznej, rozpierającej mocą wichru muzyce. Brzmienie keyboardów jest bardziej nowoczesne, z ciekawym wykorzystaniem echa, krystalicznie czystsze i płomienne niż na Friends of Mr. Cairo czy Short Stories. Atmosfera którą razem wytwarzają jest niezaprzeczalnie wspaniała na tej najbardziej romantycznej płycie w ich dorobku. Jest tu tak jak w tekście słodka muzyka ma uzdrawiającą moc. Cudowny głos, liryki i niesamowita muzyka tworzą niepowtarzalną magię, której nie udało się już odtworzyć ani podczas niedokończonej sesji w 1986 roku ani na wydanej w 1991 roku płycie Page Of Life.
    To arcydzieło nastroju.
    Dariusz Długołęcki

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    8,22 EUR