Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

recording period 1980-1989

(222 albums)
sort by albums on one page
recording period
  • Bernd Kistenmacher | Wake Up in the Sun (LP)

    Bernd Kistenmacher | Wake Up in the Sun (LP)

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    19,56 EUR
  • Adelbert von Deyen | Nordborg (LP)

    Adelbert von Deyen | Nordborg (LP)

    Nordborg to drugi album Adelberta Von Deyena, wydany został pierwotnie przez Sky Records w 1979 roku. BureauB ponownie wznawia ów zapomniany klasyk muzyki elektronicznej. Podobnie jak na winylu z epoki, mamy tylko dwa długie utwory, które w oryginalnej wersji wypełniały każdą ze stron. Pierwszy utwór Moonrise to z wolna rozwijająca się improwizacja, opiewająca wschód księżyca. Wirujące, przestrzenne dźwięki i poza nimi rozciągająca się ambientalna przestrzeń. Ta muzyka płynie w swym upojnym dryfie, niejako kontemplując ów moment gdy księżyc pojawia się na nieboskłonie. Drugie nagranie Iceland to zapis burzy śnieżnej, jaka zastała Von Deyena podczas pobytu na duńskiej wyspie Alsen. Dźwięki syntezatora ARP Odyssey imitują odgłosy arktycznego wiatru, pozostała przestrzeń skąpana jest w lodowatej melancholii. Świetne wznowienie, ten zapomniany klasyk wraca po latach i nadal cieszy.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    19,56 EUR
  • Adelbert Von Deyen | Atmosphere (LP)

    Adelbert Von Deyen | Atmosphere (LP)

    Urodził się 1953r, zaś jego kariera muzyczna przypadła na lata 1978-1987. Adelbert Von Deyen od początku fascynował się muzyką Klausa Schulze, wydany oryginalnie w 1980r album Atmosphere, sporo czerpie z jego dokonań. Von Deyen sięga tu w głąb dyskografii swojego idola. Niczym repliki, przywołuje jego muzykę z tak zamierzchłych płyt jak: Blackdance czy Timewind. Jednak stara się też urozmaicić muzykę z Atmosphere i nadać jej własne piętno. Pierwszy utwór na płycie Time Machine, brzmi jak inkarnacja ówczesnego electro popu. Niczym "new romantic" wrzucone w meandry klasycznej elektroniki. W drugim Silverrain odzywa się gitara, nadając nieco rockowego charakteru. Tytułowy Atmosphere tchnie klimatem sekwencyjnych poszukiwań. Zaś ponad 20-minutowy finał w postaci Sunrise podzielony na kilka części, to najlepsze nawiązania do elektronicznych suit Klausa Schulze. Muzyka Von Deyena nie odkrywa nowych lądów, jest wręcz kopią dokonań Klausa Schulze. Mimo tego szkoda iż artysta poświęcił się malarstwu. Może sam stwierdził iż trudno będzie mu wyjść dalej, niż poza obręb własnych fascynacji. Mimo to rzecz warta poznania.

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    19,56 EUR
  • Walter Christian Rothe | Alice

    Walter Christian Rothe | Alice

    Walter Christian Rothe na płycie Alice śmiało mógłby konkurować z osławionym Vangelisem. Ukazujący się niemal po 30 latach "niebytu" w wersji kompaktowej album Alice zamazuje kolejną białą plamę w światku muzyki elektronicznej. Dla Rothe najważniejsze okazały się nie tylko znakomite, pastelowe melodie ale i damskie glosy. Udział Very Mann i Ingeborg De Blende, uwalnia tak brakujący często w muzyce elektronicznej "pierwiastek ludzki". Rothe znakomicie łączy tu niebanalne acz popowe melodie, rozbuchane elektroniczne tła i niemalże piosenkowe formuły. Głosy Very Mann i Ingeborg De Blende cudownie kreują nieco marzycielski i melancholijny klimat. Dyskretnie zapodawane orkiestracje dodają tej muzyce nieco powagi, jednakże w żaden sposób nie dyskredytują jej popowej nośności. Alice to niezwykle ciekawa płyta i zarazem mus dla każdego, kto na poważnie interesuje się muzyką elektroniczną.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    15,61 EUR
  • Kevin Braheny | Lullaby for the Hearts of Space

    Kevin Braheny | Lullaby for the Hearts of Space

    Lullaby For The Heart Of Space swoją premierę miał w 1980 roku, na kasecie magnetofonowej. Aż do roku 2017 ten materiał istniał jedynie na tym nośniku. A przecież dziś to żelazna pozycja muzyki ambient. Gdy wytwórnia Hearts Of Space postanowiła wypełnić w końcu tę wydawniczą lukę, Braheny postawił warunek że wersja CD ukaże się wtedy, gdy z rynku zniknie wcześniejszy nakład. Drugim powodem było też niezadowolenie samego Braheny'ego, który nie do końca był przekonany do ostatecznych rezultatów. Lullaby For The… to muzyka chwili, w pełni improwizowana i tworzona na gorąco. Braheny w kreacji owych dźwiękowych obrazów, użył modularnego syntezatora Mighty Serge. Mamy tu tylko dwie długie kompozycje, tytułową i After I Said Goodnight. Tkane z wolna muzyczne klisze, są czymś w rodzaju sennych impresji. Nie tyleż rozbuchanych, co raczej skłaniających do głębszych refleksji. Braheny znakomicie balansuje tu pomiędzy nastrojowymi pejzażami a… ciszą, tym samym oddając słuchacza w niewolę owych abstrakcyjnych klisz, które wyrastają z ambientowej szkoły Briana Eno. Ważna lekcja elektronicznej muzyki tła, która po latach wreszcie ukazała się na cyfrowym nośniku.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    20,55 EUR
  • Klaus Schulze | En=trance (remastered 2017)

    Klaus Schulze | En=trance (remastered 2017)

    Trudno powiedzieć, co przede wszystkim sprawia, iż muzyka wypełniająca tę płytę kojarzy się z tajemniczymi, zamkniętymi pokojami, nasiąkniętymi aromatycznymi kolorami. Podejrzewam, iż odpowiedzialne za taki efekt jest ustawienie proporcji wszystkich głosów: chyba po raz pierwszy na albumie Klausa Schulze wszelkie muzyczne wątki dobiegają do uszu słuchacza "z tego samego poziomu". Mimo barokowej rozmaitości tematów i dużej inwencji melodycznej przez dłuższy czas brak tu tajemnicy, czającej się na ukrytym planie; nie ma tu "skradających się" motywów, rozwijających się powoli nowych tematów. Schulze zrezygnował z budowania napięcia, proponując w zamian obfita porcję rozwiązań harmonicznych i melodycznych zmieniających się znienacka, kalejdoskopowo. Ruchliwe ostinata brzmią z jednej strony bardzo atrakcyjnie, z drugiej zaś jednak brak im głębi typowej dla nagrań z albumów Moondawn bądź Mirage. Rozkwitające na podobieństwo fraktali ścieżki rytmiczne obudowują improwizowane tematy główne ciasnymi pierścieniami i wywołują specyficzne wrażenie "zamykania" tej muzyki w ścianach z nietypowego tworzywa. Pokoje są obszerne i znakomicie działa w nich klimatyzacja, ale wciąż jednak nie udaje się słuchaczowi znaleźć wyjścia z labiryntu kolejnych pomieszczeń.
    Dopiero pod koniec trzeciego utworu muzyka prowadzi słuchacza z podziemi na peron wyimaginowanego dworca przyszłości, z którego wraz z pierwszymi minutami kompozycji czwartej wydostanie się na deszczową autostradę kreskowaną rozmytymi światłami reflektorów. Tu leży klucz do tajemnicy tej płyty: w pierwszej części penetrujemy ukryte archiwa, w drugiej - udaje się nam znaleźć drogę na zewnątrz. Nie wiem, czy dokładnie taka idea przyświecała twórcy płyty, ale tak czy inaczej, efekt jest niesamowity… Muszę tu bowiem podkreślić, iż mimo zrównania głosów w większości partii i pozbawienia znajdujących się tu nagrań aury mistycyzmu, absolutnie nie jest to płyta nieudana bądź wtórna. To już po prostu nieco inny Klaus Schulze - artysta otworzył drzwi prowadzące w nowe rejony. Poprzednie płyty, z bardziej zwartymi i zamkniętymi kompozycjami, niejednokrotnie podszytymi zdecydowanym rytmem, były zapowiedzią pewnego przełomu: na En=Trance przełom ten dokonuje się już na dobre, choć żaden z zamieszczonych tu utworów nie trwa krócej niż 15 minut a niektóre elementy jednoznacznie kojarzą się z rozwiązaniami typowymi dla dawniejszej twórczości berlińskiego artysty.
    Najbardziej elektryzujące fragmenty tej płyty to główny temat En=Trance, kunsztowna fuga zamykająca Alpha Numerique oraz opisywany dwa akapity wyżej fragment obejmujący zakończenie trzeciego utworu i początek czwartego. Dodatkowy utwór nie pochodzi z sesji nagraniowej, w wyniku której narodził się album En=Trance, ale niewątpliwie sprawi ogromną radość miłośnikom muzyki Klausa Schulze. Nagrania dokonano w 1975 roku i jest to po prostu zapis "zabawy" urządzeniem o nazwie Elvish Sequencer; jednak ta swoista próba dźwięku połączona z mini-improwizacją stanowi nie mniejszy klejnot w uchu prawdziwego miłośnika tajemniczej, nieco mrocznej elektroniki sekwencyjnej, aniżeli skończone wielopłaszczyznowe pejzaże autorstwa Klausa Schulze! Brzmienia i zarysy melodii wyczarowywane w tym ośmiominutowym drobnym arcydziele to do pewnego stopnia wprowadzenie w nastrój później (Timewind) opublikowanej kompozycji Bayreuth Return, ale tylko do pewnego stopnia. Szkoda naprawdę, że na dodatkową, wcześniej niepublikowaną atrakcję starczyło na tej płycie tak niewiele miejsca; mimo prostoty użytych środków "elfowy sekwencer" niesie ze sobą coś niesamowitego, rozjarzającego się w niepokojącym mroku odblaskami zarysowującymi się w kształty spowijające nokturnowe obrazy Grimshawa, na których wielokrotnie nie zabrakło miejsca dla tajemniczych, posępno-zagadkowych elfów o sardonicznych uśmiechach. Tej pół-kompozycji można by doprawdy słuchać znacznie dłużej niż osiem minut...
    Specjalnego wymiaru nabiera ta impresja właśnie jako bonus do "podziemnej", nocnej płyty En=Trance: słuchacz klucząc przez niekończące się korytarze, labirynty piętrowych parkingów i tajemniczych pokojów o szczelnie zamkniętych okiennicach znajduje w finale swej 70-minutowej podróży ukryty skarb, połyskujący niesamowitym brzmieniem ery fantastycznych albumów Timewind i Moondawn

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,15 EUR
  • Vangelis | Soil Festivities (remaster)

    Vangelis | Soil Festivities (remaster)

    Na tle ospałych dźwięków wieczornej letniej burzy zarysowują się kontury dżdżownic wypełzających o zmroku z wilgotnej ziemi. Fortepianowe, miękkie dźwięki zamarkowują zarówno padające na ziemię ciężkie krople deszczu, jak i miarowe ruchy małych stworzeń. Nastrój otwierająceg suitę epizodu kojarzyć się może z kompozycjami Erika Satie - muzyka, choć bardziej żywa, przesycona jest podobną atmosferą zagadkowości. Co jakiś czas wtoczy się w harmonijną fortepianową strukturę rozchwiany wielodźwięk syntezatora odzywającego się niskim pomrukiem - akurat zadrżały liście paproci podkopanej przez kolejną wypełzającą spod spulchnionej ziemi istotę, a może nadciągnęła skądś włochata, plamista gąsienica… Deszczowy wątek trwa przez kilkanaście minut, dopóki nie nastanie słoneczny świt, promieniejący pastelowymi barwami fortepianu nie porządkowanymi już przez żadne ostinato.
    Drugi utwór pokazuje słuchaczowi mikrokosmos jak przez mgłę - kompozycja ma nierealną, oniryczną atmosferę, snutą przez powłóczyste nitki oryginalnych, elektronicznych brzmień. W zwolnionym tempie przyglądamy się motylom, które lądują na chwiejących się kwiatach, wzbijając intensywnie pomarańczowy pył. Niekoniecznie jesteśmy teraz na wyspie Mainau - to raczej jakieś zapomniane, skryte przez mrok miejsce, które szczególnie upodobały sobie introwertyczne motyle nie mogące znieść obecności aparatu fotograficznego ani kamery: tylko dzięki osnutej na nietypowej skali, przydymionej muzyce Vangelisa słuchacz ma szansę przyjrzeć się, jak żyją te fantomowe stworzenia… Trzeci wątek zbudowany jest w sposób podobny jak kompozycje wypełniające awangardowe płyty artysty - Beaubourg (1978) i Invisible Connections (1985). O atrakcyjności utworu stanowią rozładowujące się i rozszczepiające atonalne brzmienia, wdzierające się w nieśmiało rodzącą się melodię, która natychmiast ulega postrzępieniu. Czwarty utwór to przede wszystkim mantrowy akompaniament zagadkowych akordów, zwiastujących nadejście czegoś niezwykłego. Podobny klimat udało się Vangelisowi wyczarować w utworze Ballad z płyty Spiral, ale tutaj atmosfera jest bardziej mroczna, a muzyka ma znacznie więcej niedopowiedzeń. Wibrujące, eteryczne tony wybrzmiewają pod ciężkim, zachmurzonym niebem, na które spogląda słuchacz oczami nocnych owadów. W przeciwieństwie do pozostałych kompozycji, wieńcząca cykl kompozycja przynosi mnóstwo światła i pogodnej zadumy. Brak tu właściwie powtarzanych, upartych sekwencji, drobnych motywów pracowicie znoszonych w jedno miejsce przez intrygujące słuchacza mrówki - finałowa impresja kojarzy się raczej z rozległymi, fortepianowymi pejzażami malowanymi przez Vangelisa na rozimprowizowanych, otwartych przestrzeniach płyt takich jak Chariots Of Fire (1981) czy Heaven And Hell (1974).
    Soil festivities z pewnością stanowi jedno z najwybitniejszych osiągnięć Vangelisa - choć zarazem jest jedną z najmniej docenionych jego płyt. Pod względem sugestywnej, malarskiej instrumentacji płyta ta zasługuje na wymienienie w ścisłej czołówce, mimo, że akurat w przypadku Vangelisa praktycznie każda płyta zaaranżowana jest z niezwykłym pietyzmem i ogromną wyobraźnią…

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,07 EUR
  • Vangelis | Mask (remaster)

    Vangelis | Mask (remaster)

    Motyw otwierający ten album wybrzmiewa dalekim echem syntezatorowego riffu konstruującego kompozycję "Spiral" z płyty pod tym samym tytułem. Muzyka zmierza jednak w inne rejony niż tętniąca elektronicznym życiem, metalicznie połyskująca impresja z legendarnego albumu z 1977 roku: odzywa się chór, wiodący pieśń w której pobrzmiewa jednocześnie zaduma, tajemnica i groza. Syntezatorowe arpeggia mieszają się z orkiestrowymi brzmieniami wypełniającymi całą przestrzeń swymi rembrandtowskimi barwami, a pieśń chóru podlega kolejnym wariacjom. Ten utwór znakomicie pasowałby na młodszy o 8 lat album "1492", znacznie bardziej, niż choćby nagrany podczas tej samej sesji "Line Open" (wydany na stronie B singla "Conquest Of Paradise"), ale jednocześnie słychać tu wiele dźwięków wyczarowujących atmosferę typową dla płyt Vangelisa stworzonych w latach osiemdziesiątych. Motyw otwierający suitę "Mask" powróci w sparafrazowanej formie jako piąta część cyklu. Druga część to najspokojniejszy, najbardziej zamyślony a przy tym najpogodniejszy fragment albumu: pieśń chóru snuta na tle delikatnego, iskrzącego się akompaniamentu miekkich akordów od razu wywołuje skojarzenia z obserwowaniem nocnego, zadumanego nieba, obejmującego antyczne ruiny. Ten motyw z kolei zostanie jeszcze przywołany w finałowej części cyklu. Trzecia część suity to w pewnym sensie zapowiedź eksperymentów składających się na późniejszy album pt. "Invisible Connections" - zawołania chóru wtapiają się w ścianę dysonansujących akordów, nadciągających stanowczym krokiem z oddali i przetaczających się przez cały plan utworu. Głosy śpiewaków mogą skojarzyć się z atawistycznym hymnem Tangerine Dream "Wahn" z płyty "Atem", zwłaszcza za sprawą intrygującej skali i połączeń dźwięków budowanych na czterotonowym odstępie. Przy tym fragmencie słuchacz w pełni może podziwiać groźnego, złośliwie przypatrującego się smoka o dwu głowach, zdobiącego rewers okładki płyty… Szczególnie intrygująco brzmi część czwarta - główny plan należy do tenora opowiadającego swą wokalizą pół-fantastyczne opowieści o ukrytym złocie zapomnianych plemion. Poszczególne rozwiązania melodyczne zostają zaakcentowane przez chór, a muzyka toczy się hipnotycznie przed siebie w wariacyjny sposób, wykluwając się z frapującego, dość mrocznego ostinata wyczarowującego natychmiast atmosferę niezwykłego snu. Śmiało można polecić płytę "Mask" jako wprowadzenie w przebogatą, urozmaiconą twórczość Vangelisa - słychać tu typowe klawiszowe brzmienia, charakterystyczne zwroty melodyczne, wspaniałe chóralne polifonie, jednocześnie zaś słuchacz może cieszyć się dzięki niesamowicie malarskim aranżacjom atmosferą zagadki i niezwykłości. Album ten jest znakomitym pomostem między najbardziej elektronicznymi i najbardziej orkiestrowo-chóralnymi płytami greckiego kompozytora i multiinstrumentalisty.
    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,07 EUR
  • Vangelis | See You Later (remaster)

    Vangelis | See You Later (remaster)

    Na co dzień bombastyczny Vangelis, na See You Later spuścił nieco z tonu i nagrał… solidny, popowy album. Muzyka jak na niego dosyć wywrotowa i nie nowa, bo oryginalne wydanie ukazało się w 1980 roku. Jednak na fali wznowień jego płyt, warto sobie o niej przypomnieć. Już sama okładka robi wrażenie, czarno-białe zdjęcie kobiety w letnim stroju, w okularach przeciwsłonecznych na tle podbiegunowego pejzażu. Ów paradoks nieźle puentuje sama muzyka, to czystej wody electro pop, naznaczony "vangelisowskim" szlifem. Na fali była wówczas muzyka New Romantic, Vangelis jednak interpretuje ów popowy wytrych po swojemu. Poza dosyć typową rozrywką I Can't Take It Anymore czy Multi-Track Suggestion, mamy całkiem miłe odskocznie. Krótki Not A Bit- All Of It jest jakby odbiciem ze świata telewizyjnych reklam, sam w sobie może też funkcjonować jako ów reklamowy spot. W całej tej popowej podróży Vangelisa, pomogli mu znakomici goście: Jon Andreson, Peter Marsh, Christina i Maurizio Arcieri jak i Cherry Vanilla. Udana płyta, całkiem niesłusznie zapomniana. Po latach można ja traktować jako próbę rozrachunku z popową estetyką tamtych lat.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,07 EUR
  • Vangelis | Invisible Connections (remaster)

    Vangelis | Invisible Connections (remaster)

    Vangelis kojarzony jest z monumentalnymi formami i nastrojowymi pasażami. Jeżeli u kogoś funkcjonuje tylko taki obraz greckiego klasyka muzyki elektronicznej, po zapoznaniu się z Invisible Connections, przeżyje ciężkie załamanie nerwowe. To album niezwykle wywrotowy, pełen swobodnych improwizacji. Trudna płyta, która może uchodzić za młodszą siostrę wydanej w 1978 roku Beaubourg. Tamten album był wynikiem fascynacji Vangelisa nowoczesną architekturą Centre Georges Pompidou w Paryżu. Invisible Connections niemal dorównuje jej w swym skrajnym podejściu do improwizacji. Jedynie trzy kompozycje, ale tyle wystarczy. Pierwsza, tytułowa stanowi niejako pomost między akustyką a elektroniką. Brzmienia fortepianu, cymbałów, perkusji przegryzają się z syntetycznymi świstami. Muzyka wolna i swobodna, którą zdawać by się mogło nie kierują żadne prawa logiki. Dwa kolejne nagrania Atom Blaster i Thermo Vision, kontynuują tę eksperymentalną ścieżkę. Atom Blaster zaskakuje skrajnie minimalistyczną formą, zaś Thermo Vision gdzie ponownie miksuje się elektronika z brzmieniami akustycznymi, zdaje się być dociążony ociężałą, mroczną zawiesiną bliską estetyce dark ambient. Po latach ta muzyka nadal przypomina o tej mało znanej "niepokornej" ścieżce Vangelisa.

    R.M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    11,07 EUR