Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2196 albums in the store
1721 available in stock
33648 samples of tracks
24653 completed orders
4652 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

recording period 1980-1989

(225 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Jean Michel Jarre | Concert Houston-Lyon

    Jean Michel Jarre | Concert Houston-Lyon

    Good price

    Po fenomenalnym zapisie koncertów w Chinach w 1982 roku, kolejny album live Jean Michela Jarre’a brzmi nieco zachowawczo. Nie zabrakło jednak tutaj ani atrakcyjnego zestawu elektronicznych "przebojów" w raz po raz rozbudowanych wersjach, ani atmosfery niepowtarzalnego wydarzenia, potęgowanej dobrze zmontowanymi wycinkami odgłosów ulicy oraz audycji radiowych. Promowany jest tu głównie materiał z albumów Zoolook i Rendez-Vous, ale pojawia się też choćby i pominięty w zestawie Les Concerts en Chine hit z Equinoxe, czyli piąta część noszącej ten tytuł suity z 1978 r. Ze względu na atmosferę koncertowej niepowtarzalności i aurę kontaktu z publicznością niesamowite Deuxieme Rendez-Vous zabrzmiało chyba jeszcze niezwyklej niż na studyjnym albumie; Ethnicolor z kolei może nie jest już aż tak przejmujący, jak w wersji studyjnej, kompozycja ta jednak nabrała z kolei iście rockowego rozmachu i jeszcze pełniejszego brzmienia. Tradycyjnie już mamy tutaj impresje na laserowej harfie oraz muzyczne pamiątkowe zdjęcia zebrane w czterominutowy album pod tytułem Souvenir de Chine. Dla czekających nie tylko na najpopularniejsze utwory – miła niespodzianka pod postacią mrocznego, niekonwencjonalnego "repetytywnego chaosu w pigułce", Wooloomooloo. Pozostaje pewien niedosyt w porównaniu z fenomenalnym albumem Concerts en Chine z 1982, ale dobra koncertowa płyta pozostaje nadal dobrą koncertową płytą. Dla najwierniejszych fanów pozycja tak czy inaczej obowiązkowa, dla pozostałych – ciekawy dokument z udanej trasy.

    Igor Wóblewski

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,46 EUR
  • Constance Demby | Set Free

    Constance Demby | Set Free


    Ta płyta okaże się sporym zaskoczeniem dla tych, którzy zapoznali się z patetycznymi, pełnymi niebiańskich harmonii spokojnymi płytami Constance Demby jak Aeterna, Attunement bądź Faces of the Christ. Muzyka przedstawiona na Set Free jest znacznie żywsza, swobodniejsza, naznaczona wręcz znamionami żartobliwości i figlarności. Tytuł zachęca istotnie do wyzwolenia swoich emocji i odsłonięcia przy dźwiękach niezwykłej muzyki Constance Demby swego prawdziwego „ja“. Stereofonicznie sugestywne wolne kroki… Czy zagościliśmy na chwilę w Sekretnych Pokojach Kevina Braheny’ego? Na wysokości drugiego utworu słuchacz stwierdzi, iż faktycznie Set Free więcej wydaje się mieć wspólnego z rozimprowizowanymi i pełnymi aranżacyjnej swobody propozycjami Braheny’ego aniżeli z podniosłymi, uduchowionymi płytami sygnowanymi przez Constance Demby: Tribal Gregorian zbudowane jest na miękkim, posuwistym riffie brzmiącym tak, jak by wykonany był na dzwonach. Słuchacz nie może oprzeć się wrażeniu, iż w takt muzyki odbywa właśnie podróż w dół rozmigotanej słonecznymi zmarszczkami egzotycznej rzeki. Wkrótce znów rozbrzmiewają kroki, tym razem pasaż między muzycznymi wątkami przebywamy w szybszym tempie. Czwarty utwór w zasadzie w ogóle nie przypomina muzyki z innych płyt Constance Demby; to nerwowe, żartobliwe scherzo „rozstrojonych“ dźwięków w tle i do tego bardzo swobodna improwizacja utkana ze skrzypiących tonów, wyginających się w znaki zapytania. Spokojne tło i podobna figlarność czająca się na każdym dźwiękowym kroku to treść impresji piątej. Kroki… westchnienie… cisza… przebywamy kolejny spowity tajemniczym, przykurzonym mrokiem pasaż. Siódma kompozycja to już bardziej stylistyka Demby z jej „natchnionych“ płyt. W Chambers of the Heart przetwarzone zostają melodyczne i brzmieniowe wątki Tribal Gregorian. W dziewiątym utworze czeka słuchacza chwila niezakłóconej niczym kontemplacji, z kolei w impresji dziesiątej zaskakują słuchacza elementy orientalne. Migotliwe arpeggia egzotycznych instrumentów prowadzą w głąb terenów naszkicowanych w Into the Center także i przez następny utwór. Zakończenie płyty to kojące, ale nieregularne i zaskakujące akordy, na tle których wysypują się znów rozkosznie figlarne, „omdlewające“ i wielokropkowe dźwięki. Muzyka została rzeczywiście wyzwolona, autorka proponuje słuchaczowi chwilę szaleństwa i pozwolenia sobie na otwarcie swojego prawdziwego muzycznego „ja“. Formalnie oraz ze względu na ilość muzycznych zaskoczeń jest to chyba najbardziej interesująca płyta Constance Demby.
    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    17,07 EUR
  • Marek Biliński | E=Mc2

    Marek Biliński | E=Mc2

    Good price
    Pierwsza część płyty to krótkie utwory o konkretnie zarysowanych konturach i bardzo chwytliwych melodiach - słychać tu trochę momentami wpływ takich twórców jak

    Jean Michel Jarre

    ,

    Mark Shreeve

    ,

    Tangerine Dream

    pod koniec okresu nagrań dla wytwórni Virgin, ale

    Biliński

    niewątpliwie rozwinął już własny, niepowtarzalny styl przedstawiając miniatury oparte na charakterystycznych alternacjach akordów, z rozedrganymi, wysokimi tonami syntezatora wiodącego główną melodię, z interesująco zintensyfikowaną fakturą rytmiczną. Ornamenty dźwiękowe ożywiające ścieżkę perkusyjną szczególnie atrakcyjnie przedstawiają się w utworach Ucieczka z tropiku i Porachunki z bliźniakami - w tej drugiej kompozycji przykuwa uwagę świeży element, jakim jest wyłaniający się spod motorycznego rytmu scratching. W innym popularnym utworze z tego longplaya, Dom w Dolinie Mgieł, ucho cieszy migotliwe ostinato i wyjątkowo zwiewna aranżacja. Ostatni krótki utwór to Sen Mistrza Alberta - miniatura zbudowana z kilku skontrastowanych ze sobą tematów; podobnie jak we wcześniejszej kompozycji, Wśród kwiatów zapomnienia,

    Biliński

    zderza oniryczny plan leniwych obłoków dźwiękowych z pogodnym, ruchliwym, wyrazistym scherzem.
    Druga część płyty to rewelacyjne, długie utwory. Dziesięciominutowa impresja Po drugiej stronie świata wyłania się z introdukcji a la Oxygene, w której na tle zachmurzonego, mętnego, pieniącego, stojącego akordu tęskne, minorowe dźwięki poszukują się we mgle wybrzmiewając długim, stereofonicznie rozparcelowanym echem. Główny motyw to nostalgiczne arpeggio o barwie słonecznego, lecz jednocześnie mroźnego i odrętwiałego nieba - w tle pławią się najrozmaitsze szumy i poświsty, splatając się interesująco z opowieścią syntezatora snującą się na dalszym planie. Mniej więcej w połowie utworu na pierwszy plan wysuwa się improwizowana melodia prowadząca, wyginając się tęsknymi meandrami ku coraz bardziej interesującej konkluzji - w melodię budowaną na długo wybrzmiewających dźwiękach wkrada się coraz więcej ozdobników i główny temat przeradza się w finale utworu w elegancką fugę robiącą duże wrażenie. Utwór ma niesamowicie eteryczną atmosferę i nietrudno o niezwykłe wizualizacje - obrazy same wyłaniają się z kolejnych dźwięków, wznoszą się najpierw pionowo, a potem za sprawą niewytłumaczonego zjawiska turbulencji rozpływają się w najrozmaitszych, nieprzewidzianych kierunkach; słuchacz może więc w takt utworu zwiedzać rozmaite zakątki kosmosu, ale też zaglądać do powiększonej mikroskopowo kropli wody, przechadzać się po nieskończonych korytarzach wyludnionego instytutu immunologii albo podziwiać zamglone leśne polany spowite opalizującymi pajęczynami...
    Najważniejszy utwór to tytułowa suita, trwająca ponad 21 minut. Funkcję klamry pełnią tu maszynowo-mechaniczne odgłosy, odizolowane od muzyki, sugerujące być może swą mantrową, upartą konstrukcją, iż jednak, wbrew drugiej zasadzie termodynamiki, możliwe jest skonstruowanie perpetuum mobile… Pierwsza część suity brzmi bardzo natarczywie, dochodzi tu do kolizji agresywnie dysonansujących wątków, odkształcanych tonalnie, potęgowanych rozmaitymi efektami. Na tle hipnotycznego, mrocznego rytmu melodie zapuszczające się w durowe skale brzmią szyderczo i prowokująco, po chwili wszystko rozpuszcza się w zdeformowanej lawie, a kolejne wykwitające motywy nawiązują do zupełnie innych tonacji i skal… To dobra muzyczna ilustracja procesu rozszczepiania jąder atomowych...
    Druga część na tle nieustającego rytmu przechodzi płynnie w trzecią. Na przestrzeni tych epizodów pojawi się interesujące ostinato, na tle którego powoli wypłynie zaśnieżona, ponura melodia, mżąca sinym syntezatorowym światłem… W finałowej części główny wątek podejmą organy i trzeba przyznać, że ta alternacja melancholijnych akordów tak właśnie zaaranżowana, spleciona z tętniącym wciąż w tle upartym rytmem, robi naprawdę duże wrażenie… Harmoniczne dźwięki ustąpią jednak ostatecznie miejsca chaosowi, na pierwszym planie pojawiać się będzie coraz więcej zakłóceń i atonalnych brzmień, aż ucichnie rytm, sekwencer i wszystkie drobne, melodyjne motywy - pozostanie tylko nieustępliwy, mechaniczny warkot, który otworzył tę suitę...
    PS. Na analogowym wydaniu płyty zabrakło utworów Ucieczka z tropiku i Dom w Dolinie Mgieł. W wersji CD słuchacz może cieszyć się nie tylko tymi utworami, ale ponadto ich nagranymi w 1997 roku nowymi opracowaniami.

    Igor Wróblewski



    Sukces komercyjny albumu Ogród króla Świtu zaskoczył

    Bilińskiego

    i zmobilizował do intensywnej pracy. Niesiony falą inwencji począł pisać kolejne utwory. Manager artysty, Piotr Nagłowski wpadł na pomysł wydania singla, który miał być zapowiedzią drugiego longplaya. Znalazły się na nim dwa utwory: Ucieczka z tropiku i Dom w dolinie mgieł. Oba stały się wielkimi przebojami. W ówczesnych czasach miernikiem popularności była niezwykle opiniotwórcza Lista Przebojów programu III PR Marka Niedźwieckiego. W czasach stanu wojennego skupiała rzesze radiosłuchaczy przy odbiornikach. Do dzisiaj audycja otoczona jest kultem, niestety podszytym głównie nostalgią... Dom w dolinie mgieł pojawił się w 83 notowaniu (listopad 1983) i na 12 tygodni pobytu w TOP 40 doszedł do 20 pozycji co jak na utwór instrumentalny było znakomitym wynikiem. Jednak apogeum popularności, taką, że zaczęto go rozpoznawać na ulicy, zdobył

    Biliński

    dzięki teledyskowi Ucieczki z tropiku promowanemu w 1984 roku. Młodzi realizatorzy z Telewizji Szczecin (S. Falkiewicz, G. Lickiewicz i M. Oziewicz) zaproponowali

    Bilińskiemu

    nagranie nowoczesnego teledysku. W owych czasach królowały statyczne pokazy śpiewających grajków. W ciągu jednego dnia zdjęciowego nagrali z Bilińskim kilka scenek a następnie dołączyli do tego świetnie zsynchronizowane z muzyką sceny kraks samochodowych, eksplozji śmigłowców, wybuchów zaczerpnięte m.in. z Blues Brothers i filmów o Jamesie Bondzie, agencie 007. Dynamiczny teledysk opowiada historię mężczyzny (

    Biliński

    ) który za pomocą joysticka i klawiszy w tajemniczej maszynie powoduje te wszystkie kolizje by na końcu przewrotnie sam stać się ofiarą. Video zdobyło olbrzymią popularność stając się klipem roku 1984. Na Liście Przebojów "Trójki" utwór dociera w kwietniu 1984 do 11 pozycji. Te wydarzenia dały

    Bilińskiemu

    dodatkowe bodźce do szybszego zrealizowania kolejnej płyty. Artysta wyznaczył sobie jako cel nagranie muzyki ambitniejszej niż na poprzedniej płycie. Krążek nagrywany był już z nowym sekwencerem Roland CSQ600 oraz z perkusją Roland TR808 a partie basowe zrobiono na Rolandzie SH101. Stylistycznie wydana przez Polton płyta miała być ukłonem w stronę szkoły niemieckiej:

    Klausa Schulze

    i

    Tangerine Dream

    ( zwróćmy uwagę choćby na okładkę gdzie na eksponowanym miejscu pojawia się mandarynka). Płyta utwierdza popularność

    Bilińskiego

    . Był wtedy w plebiscytach na najpopularniejszego instrumentalistę przez pięć pod rząd kolejnych lat (1981-85) na pierwszym miejscu. W tym czasie zainteresowały się nim film i teatr. Romans z muzyką ilustracyjną rozpoczyna od dogrania muzyki do baletu zrealizowanego przez ośrodek warszawski TVP pt. Mały Książę i filmów Krewa oraz polsko czeskiej koprodukcji dla młodzieży List Gończy (1985). Przypisuje się mu też autorstwo muzyki do kultowego programu edukacyjnego Przybysze z Matplanety powstałego w 1984 a emitowanego w latach 1987-90 gdzie rolę Pi w grała Dagmara Bilińska. Jego muzykę adoptowano też do potrzeb programów popularnonaukowych Sonda i Spectrum do którego na czołówkę wykorzystano motyw z Po Drugiej Stronie Świata. Nadchodzi tymczasem rok 1986 i

    Biliński

    nagrywa płytę Wolne loty gdzie pojawia się technologia cyfrowa w postaci Yamahy DX7 z MIDI, Yamaha RX 11, z którego automatyczna perkusja zdominowała całe wydawnictwo, pogłos Yamaha REV-7, sekwencer wielośladowy Yamaha QX1. Dzięki nowemu instrumentarium zaczęła się łatwość tworzenia rytmów i pragnienie wykorzystania możliwości nowych urządzeń, które nadawały się do tworzenia muzyki bardziej popowej. Poszczególne utwory inspirowane były barwami DX7, który zafascynował go możliwościami kształtowania dźwięku. Płyta ta dość mocno różni się brzmieniowo od swych poprzedniczek. Wtedy też realizuje projekt muzyczny do najpopularniejszego filmu z jego dźwiękami czyli Przyjaciel Wesołego Diabła, w reżyserii Jerzego Łukaszewicza (1986), którego kontynuację Bliskie Spotkania z Wesołym Diabłem (1987), ilustruje już zagranicą. Wyjazd na rządowy kontrakt jako wykładowcy do Akademii Muzycznej w Kuwejcie spowodowany był kuszącą ofertą finansową.

    Biliński

    chciał się usamodzielnić, kupić nowe instrumenty, zebrać pieniądze na własną pracownię twórczą. Okres ten zapoczątkował dość długie milczenia artysty przerwane tylko składanką przebojów przewrotnie zatytułowaną Ucieczka do Tropiku (1987). W Kuwejcie pisze fantazję symfoniczną Twarze Pustyni gdzie starał się zawrzeć wszystko to, czego nauczył się w kręgu kultury arabskiej i które stały się później podwaliną pod Dziecko Słońca. Twarze Pustyni miały uświetnić obchody 30-lecia niepodległości Kuwejtu, lecz agresja Iraku uniemożliwiła realizację tego przedsięwzięcia. Dopiero po wojnie w Zatoce Perskiej Twarze Pustyni wraz z diaporamą artysty fotografika Jacka Woźniaka, reprezentowały Kuwejt na Światowej Wystawie EXPO'92 w Sewilli w Hiszpanii. Gdy Irak zaatakował Kuwejt

    Biliński

    z rodziną akurat byli na wakacjach w Polsce. W Kuwejcie został cały sprzęt, który udało się odzyskać dzięki pracownikom polskiej ambasady. Po tej wojnie powrócił do Kuwejtu gdzie zastał splądrowane mieszkanie, postanowił więc zabrać pamiątki i wracać do kraju tym bardziej, że w Polsce akurat nastąpiła zmiana ustroju. Niestety pierwsze hausty wolności przyniosły też bezprawie czyli piractwo, które okradało go z tantiem. Pierwszą firmą , która po powrocie zaczęła go legalnie wydawać, był prywatny Digiton a wkrótce pojawiły się też duże koncerny fonograficzne.

    Biliński

    powoli odzyskiwał należne mu miejsce. W 1990 roku przyobleka dźwiękami dokument "Z Filmoteki Polskiej" a rok później baśń Kondratiuka "Ene...due...like...fake" oraz umuzycznia słynny teleturniej "Koło Fortuny". Fanów oczekujących nowego materiału zaskakuje pod pseudonimem

    MaBi

    wydając składankę syntezatorowych coverów (1993). I wreszcie w 1994 roku wydaje nowy album Dziecko Słońca. Milczenie spowodowane było zarówno walką z piractwem jak i długim procesem odzyskania praw do wszystkich swoich płyt (zakończone w 1994), które od tej pory zaczął sam wydawać pod szyldem BiMa Biliński Production, w formie kompaktowych reedycji. Płytę Dziecko Słońca nagrał już przy użyciu komputera kupionego w Polsce, Macintosh'a Classic. Część jej realizował jeszcze w Kuwejcie na QX1, potem przetransponował to na komputer, a reszta płyty powstała już na Macintoshu. Wtedy też zaczął pracować na programie Digital Performer i od tego czasu jest to główny program, jakiego używa w studiu. Płyta owocuje tym, że w plebiscycie czytelników branżowego pisma "Muzyk"

    Biliński

    został uznany najlepszym kompozytorem i najlepszym wirtuozem syntezatorów roku. Dziecko Słońca usłyszała Ewa Wycichowska, szefowa Polskiego Teatru Tańca. Zainspirowana tą muzyką stworzyła spektakl baletowy pod tym samym tytułem, którego premiera odbyła się na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu pod koniec 1995.

    Biliński

    znowu jest na topie - nagrywa m.in. recital dla TVP 2 pt. "Muzyczne Opowiadania", tworzy muzykę dla Gali Wręczenia Nagród Polskiego Przemysłu Fonograficznego - "Fryderyk '96" i "Fryderyk '97" i wydaje swoje płyty na rynek amerykański poprzez "The Minden Pictures Collection", często gości w audycjach radiowych i telewizyjnych. Rok 1998 przynosi kolejną składankę Marek Biliński The Best of jak i wydawnictwo Refleksje I-IV. Płyta ta powstała na zamówienie. Na premierze baletu Dziecko Słońca pojawiła się Agnieszka Duczmal. Spodobała się jej ta muzyka i zamówiła u niego utwór na koncert z okazji 30-lecia swojej pracy artystycznej i jej poznańskiej Orkiestry Kameralnej AMADEUS. Premiera miała miejsce w Filharmonii Narodowej w Warszawie, a poszczególne części (Toscania, Loara, Bolero, Sevilla) noszą nazwy miejsc gdzie koncertowała orkiestra Agnieszki Duczmal. Refleksje to utwór akustyczny na orkiestrę kameralną z dużą baterią instrumentów perkusyjnych bez użycia instrumentów elektronicznych.

    Biliński

    ma też w swej karierze realizacje na potrzeby teatru : Romeo i Julia w Zamościu, Hamlet w Warszawie, Kreacja w Szczecinie ale szczególnie dumny jest z płockiego przedstawienia sztuki Brat Naszego Boga, Karola Wojtyły w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego gdzie muzykę napisał wspólnie ze znanym kompozytorem Wojciechem Trzcińskim. Od kilku lat pracuje nad najnowszym albumem. Mozolna praca powoduje że ma to być płyta mozaikowa gdyż przez ten okres różne style miały na niego wpływ. Niewykluczone, że wyjdzie też jej druga wersja zrealizowana przy udziale całego towarzyszącego

    Bilińskiemu

    podczas koncertów zespołu.

    Biliński

    twierdzi, ze nigdy nie zabiegał o możliwości koncertowania, obcy mu jest marketing po prostu korzystał z zaproszeń, które były do niego wystosowane. Rzeczywiście ma na swym koncie i bardzo kameralne i bardzo medialne przedstawienia. Początki to wielkie plenerowe koncerty w oprawie światła i laserów na Wałach Chrobrego z okazji 750 lecia Szczecina (1993) i na Wiankach pod Wawelem w Krakowie (1994), które oglądało łącznie blisko 50.000 widzów. Kolejne to Międzynarodowy Zjazd miłośników Garbusa w Dobrym Mieście (1995,1996) Euro - Eko Meeting w Złotowie, gdzie artysta wystąpił w międzynarodowym składzie na niezwykłym multimedialnym koncercie - Początek Światła, który został uznany za jedno z najciekawszych wydarzeń artystycznych roku i wyemitowany w TVP 1, Dni Przemyśla, Dni Rzeszowa, na sopockim Molo, na dziedzińcu Zamku Książat Pomorskich w Szczecinie, w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach (1996), Teatr Polski w Warszawie, czysto elektroniczny festiwal ZEF w Piszu (1997), Plac Zamkowy w Warszawie (1998), Lotnisko w Bemowie W.O.Ś.P. Jurka Owsiaka, 70 lecie PLL LOT, sopockie molo, Zlot Elektronicznych Fanatyków -Pisz (1999) koncert transmitowany na żywo w TVP 1 pt. Gniezno - 2000 - Dźwięk - Ogień - Światło – Kolor uświetniający odbywający się tam Zjazd Pięciu Prezydentów państw europejskich gdzie specjalnie na ten koncert sprowadzono największe bębny w Europie (2000), koncert z okazji Dni Michała w Żaganiu, zakończenie Światowych Igrzysk Polonijnych w Sopocie (2001) Dni Sosnowca (2002), w Gdańsku na Starym Mieście na wyspie Ołowianka przy brzegu Motławy koncert multimedialny Noc Świętojańska uświetniony przez tancerzy na łodziach, Koncert Pod Gwiazdami na Starym Mieście w Toruniu, dla telewizji HBO — AXN, ostatni ZEF , gdzie także prowadził warsztaty muzyczne (2003), Symfonia Trzebnicka na terenie Klasztoru Sióstr Boromeuszek w Trzebnicy, Dni Bogatyni, sopockie molo, Ricochet Gathering W Jeleniej Górze, warszawski klub Dekada (2004), pod Ratuszem w Bielsko Białej, klub Czaszkajara we Wrześni, uroczysty koncert pod patronatem Prezydenta m.st. Warszawy z okazji otwarcia wystawy "Warszawa Przyszłości" w centrum miasta na płycie głównej Pałacu Kultury i Nauki z wizualizacjami na ekranach ledowych, projekcjami laserowymi oraz pokazem sztucznych ogni, Dni instrumentów klawiszowych w Poznaniu (2005), klub Sothis w Radomiu i warszawskim klubie On-Off (2006). Jego koncerty zaskakują odchodzeniem od tradycyjnej elektroniki i prezentowaniem starych nagrań choćby w saksofonowych wersjach. Od dłuższego czasu Biliński występuje na stałe na koncertach z basistą Wojciechem Pilichowskim, gitarzystą Krzysztofem Misiakiem i perkusistą Tomaszem Łosowskim. Tu anegdota. Tomasz jest synem Sławomira Łosowskiego, syntezatorowego twórcy przebojów grupy Kombi. Po rozpadzie tej formacji zaległ w twórczy niebyt tworząc jedynie z synem płytę Nowe Narodziny (1994) mającą na celu promocję syna, utalentowanego bębniarza.

    Biliński

    po występie Tomasza na ZEF-ie zaczepił go wypytując o ojca. Porachunki z bliźniakami eksponuje automat perkusyjny sprzężony z dźwiękiem przypominającym rapowy scratching. Radosny, wesoły rytm wprowadza nas w żywe wibracje. Artysta wplata to rozliczne improwizacje stawiając jednak głównie na melodię i harmonię. Sen mistrza Alberta jest dość zaskakujący. Zwiewny, stonowany przypomina smutną przypowieść o samotności. Głównie słychać dźwięk przypominający dmuchanie we fletnie pana oraz kilka barw jak żywo przypominających

    Vangelisa

    . Ale pojawia się też promyk pogodności. Jakby dźwięk klawesynu nagle przyspiesza utwór nadając mu prawie groteskowej formy ale i właśnie owej radości. Pęd zostaje wytracony i znów pływamy w nostalgicznych nastrojach, które

    Biliński

    fenomenalnie potrafi budować. Po drugiej stronie światła.

    Biliński

    nie lubi stwierdzenia, że jest drugim Jarre’m z tym, że chodzi tu tak naprawdę o pewne zjawisko a nie muzykę czyli wydobycie podobnie jak to było u

    Jean Michela Jarre'a

    el-gatunku z getta ku masowemu odbiorcy. Z tym, że istnieje jeden utwór który brzmi jak żywo wzięty z sesji Oxygene. Właśnie ten. Te ślizgające się świergoty fotonów przemykających miedzy kanałami w kosmiczną przestrzeń, ten zapętlony podkład znakomicie imitują czasy świetności Francuza. Piękna solówka prowadząca niebanalną melodię przez większość kompozycji dopełnia całości. Tytułowy kawałek jest najbardziej artystowski w swym wyrazie. Pierwsza część ponad dwudziesto minutowej suity otwierają imitacje dźwięków rotora śmigłowca, zmian ciśnień w rurach, dziwnych kwaczących dźwięków by wpleść w końcu automat perkusyjny zespolony z improwizowaną solówką wskazującą na eksperymentalny charakter utworu.

    Biliński

    szaleje w zwariowanych kakafoniach po klawiaturze wystawiając nas na próbę wytrzymałości. Tworzy się coraz więcej dysonansu, struktury przyjmują nieokreślone kształty by w powodzi dźwięków wykrystalizować spokojniejszy trzon części drugiej, która rytmem przeradza się w marszową pieśń z ładną, subtelną barwą syntezatora na przedzie. Część trzecia wykorzystuje masywne, podniosłe brzmienie organ świetnie korelujące z drobnymi, cichymi wstawkami keyboardów. Dom w dolinie mgieł to klasyk polskiej el muzyki. Najczęściej coverowany utwór tego wykonawcy, gdzie w majestatyczny sposób zbudowano klimat tego evergreena. Ucieczka z tropiku zaś dzięki teledyskowi to najbardziej rozpoznawalny utwór

    Bilińskiego

    , wpadający w ucho i ciekawie zaaranżowany. Co tu dużo pisać. Klasyka, która się nie starzeje mimo upływu eonów lat w technice.

    Dariusz Długołęcki

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    6,14 EUR
  • Steve Roach | Empetus

    Steve Roach | Empetus

    Jedna z wcześniejszych płyt amerykańskiego mistrza ambientu, choć tu owego stylu jak na lekarstwo. Co zatem mamy? Steve Roach na tym wydanym pierwotnie w 1986r albumie, gra niczym Tangerine Dream za swoich najlepszych czasów. Dziewięć kompozycji jakie wypełniają to wydawnictwo, to przejażdżka po sekwencyjnych, analogowych brzmieniach. Tylko gdzieniegdzie Roach serwuje delikatne ambientalne tła, by zaraz zagłuszyć je pulsującymi sekwencerami. Zatem fani szkoły berlińskiej znajdą tu kapitalną lekcję, w jaki sposób Amerykanie grają w owej lidze. Roach wyciska ze swoich maszyn maksimum, kreśli futurystyczne brzmienia przyszłości, mając na sobie bagaż z przeszłości. Niczym Froese na kultowych albumach Ricochet czy Rubycon, serwuje podobny wymiar pokazując Amerykanom tradycję europejskiej elektroniki. Jednocześnie muzyka Roacha ma w sobie masę powietrza, przestrzeni. Ma się wrażenie dryfowania w przestworzach i podpatrywanie świata z odległej perespektywy. Roach nie bawi się w dłużyzny i nie sili na rozbuchane suity, w tym przypadku jest konsekwentnie zwarty, niemal transowy. Nie brak też miejsca na kobiece wokale, które uzupełniają syntetyczne brzmienia z tej płyty. A Roach serwuje poza nimi mocne akordy, soczyste brzmienia i w sumie niewiele solówek na syntezatorach. To wszystko sprawia iż Empetus wygląda jak sekwencyjny monolit i po latach brzmi nadal odkrywczo i inspirująco. Znakomity klasyk!

    R. M.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    14,71 EUR
  • Mike Oldfield | Earthmoving

    Mike Oldfield | Earthmoving

    Good price
    Płyta rozpoczyna się pogodnym utworem Holy, w którym głos Adriana Belew (King Crimson) zdumiewająco przypomina głos Chrisa de Burgh. Aranżacja oparta jest raczej na głosach najrozmaitszych syntezatorów, dopiero w finale pojawia się grzechotliwa, sucho brzmiąca przesterowana gitara – to brzmienie znamy z utworów Oldfielda dopiero od 1985 roku (Shine, Pictures In The Dark). Drugi utwór, Hostage, prawie w ogóle nie kojarzy się ze stylistyką Oldfielda (chodzi mi oczywiście o jego piosenkową stylistykę, jest bowiem oczywiste, iż od wczesnych instrumentalnych płyt dzieli piosenki Oldfielda przepaść rozmiaru całych lat świetlnych…). Głos Maxa Bacona nie brzmi niestety zbyt interesująco, ale utwór uratowany zostaje przez snujące się w tle poplątane kłębki zachmurzonych gitar, przepływające w siebie przytłumionym głosem – takie gitarowe miniaturowe obłoki pojawią się później w niektórych fragmentach utworów Amarok, Music from the Balcony i Tubular Bells II. Trzeci utwór znów w ogóle nie przypomina muzyki Mike’a Oldfielda – jedynym tropem naprowadzającym na nazwisko brytyjskiego muzyka i kompozytora w balladzie Far Country jest leniwa, zbudowana z charakterystycznych wysokich dźwięków solówka gitarowa – szkoda, że tak krótka i skromna. Kolejny utwór to Innocent, śpiewany przez Anitę Hegerland, wydany na singlu i zilustrowany teledyskiem. Miłośnicy dawniejszej muzyki Oldfielda na pewno powiedzą, że Innocent to nic więcej niż pop-konfekcja nie warta żadnego zainteresowania, ale trzeba przyznać, że jest to niezwykle wdzięczny utwór, będący dowodem na to, że piosenka pop może być malutkim arcydziełem. Jednak i tutaj nie mamy do czynienia z typowym stylem Oldfielda – riff budujący utwór zagrany jest na miękko brzmiącej, przyprawionej metalicznym chorusem gitarze, jaką wcześniej Oldfield zaprezentował chyba tylko w pojedynczych krótkich fragmentach koncertowego albumu Exposed (1979). Następna piosenka w przeciwieństwie do Innocent nie jest raczej arcydziełem – Runaway Son ma niestety trochę banalną jak na potencjał Oldfielda melodię, jak zwykle jednak wina leży przede wszystkim po stronie wokalisty: przesadnie przejęty głos Chrisa Thompsona raczej ujmuje tej piosence uroku, niż go dodaje. Gitara właściwie w ogóle nie daje tu znaku życia, aranżację urozmaica za to sekcja dęta, która trochę kojarzy się z najciekawszymi piosenkami Phila Collinsa. Chris Thompson nieco poprawia swój wizerunek w piosence See The Light, przejmująco zaaranżowanej i pełnej rockowej ekspresji. Chociaż Thompson śpiewa tu już znacznie lepiej niż w Runaway Son, byłoby i tak znacznie lepiej, gdyby partię wokalną przejął na przykład Roger Chapman albo Barry Palmer – wtedy See The Light byłaby piosenką genialną, a tak jest tylko bardzo dobrą… Na szczęście kolejny utwór to chyba w ogóle najlepsza kompozycja na albumie Earth Moving – piosenka tytułowa. Silny głos Nikki B Bentley brzmi tu po prostu rewelacyjnie, kąśliwa gitara Oldfielda wdaje się w ekspresyjny dialog z saksofonem, a klawiszowe tło skonstruowane jest z typową dla Oldfielda lekkością i pomysłowością. Następna piosenka jest również jednym z największych atutów tego longplaya – w Blue Night od razu przykuwa uwagę głos znanej miłośnikom muzyki Oldfielda już od 1980 r. Maggie Reilly, ponadto pojawia się tu niewymuszona, finezyjna melodia i brawurowa partia gitary klasycznej przywołująca na myśl popis Oldfielda w miniaturze Taurus III (Crises, 1983). Ostatnie dwa utwory znów zdumiewają – na szczęście nie na niekorzyść. Nothing But pod żadnym względem nie przypomina żadnej innej kompozycji Oldfielda, matowy, soulowy głos Carole Kenyon lokuje tę piosenkę w zupełnie innych rejonach, a rozpływająca się w finale gitara, zaznaczająca swoje plamiste wejścia kroplistymi dźwiękami, raczej wydaje się być fałszywym tropem dla zmylenia przywołującym wspomnienie Oldfielda aniżeli sygnaturą tego artysty złożoną na jego piosence. Jest to całkiem udana kompozycja, ale obawiam się, że ortodoksyjni wielbiciele typowego stylu Oldfielda nie dadzą się prędko przekonać do tej piosenki… Płytę wieńczy dynamiczna, pełna werwy piosenka Bridge To Paradise, wzbogacona popisową solówką gitarową, licznymi alternacjami tonacyjnymi, zbudowana na nietypowej momentami, choć bardzo atrakcyjnej melodii. Rewelacyjnie pasuje tu głos Maxa Bacona, który piosenkę Hostage nieco spłycił – tu widocznie od razu odnalazł się, bowiem głos znakomicie uzupełnia wielopłaszczyznową aranżację i dodaje piosence rozmachu.

    I. W.

    Availability: Goods in stock | product: 1CD


    4,77 EUR