Write us
   


Categories


Graphics
Graphics
Graphics

Newsletter

Store statistics

2346 albums in the store
1739 available in stock
33070 samples of tracks
21356 completed orders
4304 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Chile, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...


Contact:

phone +48 601 21 00 22

recording period 1970-1979

(186 albums)
sort by albums
on one page
recording period
  • Vangelis | L'apocalypse des Animaux (LP remaster)

    Vangelis | L'apocalypse des Animaux (LP remaster)

    New
    L'Apocalypse Des Animaux zawiera utwory które znalazły się w 6 odcinkowym serialu dokumentalnym (każdy odcinek około 50 minutowy) zrealizowanym przez

    Frederic'a Rossif'a

    w koprodukcji telewizji włoskiej RAI i francuskiej Tele Hachette. Film miał być jakby manifestem przeciwko dziesiątkowaniu świata zwierząt i pewnej nostalgii za utraconymi czasami gdy inaczej traktowano faunę i florę. Całą serię wydano na kasetach VHS w jednym boksie w 1990 roku we Włoszech, Belgii i Francji przez Editions Montparnasse. Są oczywiście bootlegi DVD, zgrywki właśnie z tego wydawnictwa.
    Sporo muzyki wykorzystanej w L'Apocalypse Des Animaux

    Rossif

    zamieszczał później powtórnie w innych swoich dokumentach (m.in Morandi, Georges Braque, L'Opera Sauvage). Co ważne, wtedy jeszcze

    Vangelis

    nie praktykował tworzenia muzyki do obrazu a potem nagrywania jej na nowo (nie zawsze to samo) na album.

    Vangelis

    nie bawił się wtedy w edytowanie muzyki ale po prostu proponował ileś tam kawałków aby realizatorzy dobrali sobie je do odpowiednich partii filmu. Kiedy dokument pokazuje zwierzęta w ich naturalnych zachowaniach muzyka jest wykorzystywana niezbyt intensywnie służy jako podkład do komentarza. Kiedy zwierzęta oglądamy w zoo, parkach, lub laboratoriach podczas naukowych badań nie ma muzyki a słyszymy lektora lub naukowców objaśniających ich metody i obserwacje. Narrator nie pojawia się w polu widzenia zawsze głos pochodzi z offu.

    Vangelis

    twierdzi że praca nad jednym epizodem zabierała około jednego dnia i każdy odcinek otrzymywał świeżą porcję muzyki. Generique pojawiał się na rozpoczęcie i zakończenie każdego epizodu. Tylko kilka fragmentów powtórzono przy różnych epizodach. Np. radosną melodię graną na keyboardach i flecie, która zwykle towarzyszyła zabawom zwierząt, eksperymentalny fortepian plus perkusja, temat także użyty w filmie o Georges Braque, tajemniczo egzotyczny wolny temat zwykle wykorzystywany przy podwodnych zdjęciach, trochę głupawy temat w stylu disco (też w Morandi ) używający zestawu perkusyjnego na tle pierwszej generacji fortepianów elektrycznych. Dziwne ale żaden z tych powtarzanych tematów nie pojawił się na krążku (odsyłam do bootlega -

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX - OUTTAKES). Vangelis wybrał 6 utworów mających zupełnie inne brzmienie niż pozostała muzyka w serii. Różniły się choćby wykorzystaniem trąbki czy gitary. Na każdy z kawałków przypada do pięciu utworów odrzuconych w tym sporo naprawdę dobrych, co warto dodać z epizodu 2,3 i 4 nie trafiło na album nic! (Tu polecam bootleg

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX 30 ANS 1973-2003). Biorąc pod uwagę całą muzykę zawartą na ścieżce dźwiękowej można ją podzielić na 4 kategorie: melodyjną, marzycielsko-nostalgiczną, zabawną, egzotyczno eksperymentalną. Co znalazło się z tego na krążku? Apocalypse des animaux - generique typowy dla dzisiejszej muzyki spod znaku world music rytm wybijany na egzotycznych instrumentach perkusyjnych przerywają wstawki fortepianu i piękne, przypominające wirowanie kosmosu wstawki wokalne, znakomite intro budujące niesamowity klimat to w miarę dynamiczna, pogodnie brzmiąca a zarazem niesamowicie przyciągająca uwagę perełka której wadą jest jej króciuteńki czas. Może nieźle zmylić słuchacza nastawiającego się na tego typu muzykę na reszcie płyty.
    La petite fille de la mer odkrywa przed nami oparte na gitarze akustycznej i ksylofonie, bardzo ulotne, delikatne, słodkie brzmienie kojące zszargane nerwy. W tle delikatna poświata z mellotronu, zawiera coś jak punkt szczytowy gdy opiera się tylko na wysokich dźwiękach ale gitara znowu powraca i melodia powtarza się. Eteryczne, minimalistyczne dźwięki tworzą niesamowicie melancholijny klimat. W serialu obrazował on w ostatnim odcinku zdjęcia delfinów i ośmiornic.
    Le singe bleu - ambientowo minimalistyczny dźwięk to tło dla niezwykłej urody partia trąbki. Piękna aranżacja w delikatnie bluesowo jazzowej manierze. Nie przypominam sobie drugiego takiego wykorzystania tego instrumentu w utworze

    Vangelisa

    . Klawiszowe zaś dźwięki w tle, podtrzymują półsenną atmosferę. Le Singe Bleu wzięto z pierwszego epizodu, gdzie towarzyszy ona obrazowi zwinnych ruchów małpki skaczącej z drzewa na drzewo by w końcu zakołysać się na horyzoncie.
    La mort du loup to wzruszający kawałek oparto na mellotronie imitującym gitarę akustyczną z pogłosem na tle której słychać naturalne brzmienie gitary. Zgodnie z tytułem brzmi przejmująco, niczym pieśń żałobna. Ten naładowany smutkiem, poruszający utwór niezwykle sugestywnie przedstawia śmierć zwierzęcia. Pochodzi z piątego odcinka serii, towarzyszy obrazom wilków zastrzelonych w śniegach i na sawannie.
    L'Ours Musicien, ta miniaturka w filmie trwa 4 minuty, towarzyszy historii dwóch niedźwiadków polarnych porzuconych przez matkę, szperającą w chacie ekipy filmowej. Mamy tu basowe, niskie, buczące dźwięki kojarzące się rzeczywiście z wizją misia i delikatne mellotronowe akordy symbolizujące że to jeszcze maluchy. To swoisty kontrast wobec wcześniejszej impresji, muzyczny żarcik gdzie co chwilę owa melodia zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Creation du monde. Tej epickiej kompozycji nie powstydziłby się żaden z tuzów ambientu. Czarująco piękny, zbudowany bardzo prostymi, minimalistycznymi środkami. Najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz to zapowiedź późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w spokojnym, nastrojowym stylu. Doniosłość tego fragmentu ma także odzwierciedlenie w serialu. Wieńczący serię epizod rozpoczyna się wraz z dźwiękami Creation Du Monde i towarzyszy zwolnionym obrazom wielkich ptaków przelatujących nad morzem. Utwór pojawia się ponownie na koniec, podczas pojawienia się napisów końcowych obrazowanych dotąd przez Generique, jako swoiste filozoficzne podsumowanie.
    Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek - La mer recommencee, płynny ambientowy temat, jeden ton otoczony falami dźwięków przypominającymi wygłuszone talerze i inne instrumenty perkusyjne. W serialu rewitalizacja morza po wycieku ropy i innych zanieczyszczeniach ekosystemu morza zostało ubrane właśnie w dźwięki La Mer Recommencee.
    Brak tu zdominowanych przez syntezatory utworów, muzyka była stworzona przy użyciu relatywnie prostych środków a zarazem słychać tu w detalach wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych niepowtarzalnymi barwami i swobodę, łatwość znamionującą geniusza w tworzeniu tychże. Jakże to innowacyny album! Pamiętajmy jedną rzecz: ta muzyka powstała w 1970 roku! I co tu znajdujemy? Prototypy struktur ambientowych, wyznaczniki późniejszego ruchu minimalistycznego, muzyki world, new age, elektroniki. Porywająca muzyczna tapeta która może spokojnie funkcjonować bez obrazu tworząc wizje roztaczane przed słuchającymi w umyśle, wzbudza podziw jaki geniusz mógł stworzyć coś tak eterycznego i zaawansowanego.
    Zaskakują najbardziej statyczne drony, jak żywo przypominające ambient tonowe pasaże na mellotronie, gdzie nic się nie zmienia. Muzyka ta nie opisuje realiów przyrody ale raczej stara się oddać jej filozoficzny aspekt. Niezwykle piękne uchwycony: lekko zadumany, relaksujący czasami charakter tej muzyki powoduje że do dziś brzmi niesamowicie świeżo i aż dziw bierze że ta muzyka powstała w epoce gdy elektronika jaką znamy i lubimy dopiero zaczynała raczkować! Przepiękny dźwiękowy gobelin do dziś mimo upływu lat wciąż mogący konkurować z dowolną płytą . Jak na tamte czasy porażająca praca. Ponadczasowe arcydzieło.

    Dariusz Długołęcki



    Ksylofonowy akompaniament, na tle którego przebijają klawiszowe plamy dźwiękowe, otwiera tę płytę - po dynamicznej, pogodnie brzmiącej introdukcji następuje jeden z najpiękniejszych fragmentów w całym dorobku

    Vangelisa

    : impresja La petite fille de la mer. Eteryczne wibrafonowe dźwięki opowiadają być może historię o zapomnianej, omszałej pozytywce wyłowionej przez samotne, zaciekawione dziecko z morza namalowanego przez Turnera lub Ślewińskiego. Melancholijny, zbudowany na przeciwwadze minorowych i durowych akordów temat co pewien czas milknie, muzyka staje się bardziej tajemnicza i zamyślona… Kolejny utwór, Le singe bleu, to przede wszystkim wspaniała partia trąbki, która śmiało mogłaby ozdobić kontemplacyjną płytę autorstwa

    Milesa Davisa

    - klawiszowe dźwięki miękko skradają się w tle, rozpraszając lub podtrzymując półsenną pieśń świtu lub wczesnego wieczoru intonowaną przez zadumaną trąbkę. La mort du loup zgodnie z sugestią tytułu brzmi przejmująco - cała kompozycja wyłania się z odrętwiałych, zziebniętych akordów, które przeszyte są zmartwioną melodią. Kontrast wobec tej impresji stanowi muzyczny żarcik, jakim jest L'ours musicien - rzeczywiście, słuchając tej miniaturki zaaranżowanej głównie na niskie, buczące dźwięki, którym towarzyszy "ociężała", jakby spowolniona ścieżka rytmiczna wygrywana na talerzach, trudno nie wyobrazić sobie muzykującego krnąbrnego niedźwiadka, irytującego się, iż co chwilę jego piosenka zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Kolejny utwór to najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz Creation du monde. Jest to zapowiedź takich późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w stylu ambient, jak Himalaya, Summit bądź In London (sygnowane:

    Vangelis & Neuronium

    ). Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek La mer recommencée - główny temat rozpuszcza się w klawiszowych falach, przetaczających się pod niebem lekko zamglonych instrumentów, równomiernie obmywających topniejące brzegi. Brak tu zdominowanych przez najrozmaitsze syntezatory utworów - z drugiej strony, słychać tu już w najmniejszym detalu wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych najadekwatniejszymi barwami.

    Igor Wróblewski



    ...Apokalipsa zwierząt... to już 30 lat jak

    Vangelis

    wydał tę, jedną z pierwszych swoich płyt. Niejako początki bogatej później dyskografii. Muzyka wbrew tytułowi nie jest wcale aż tak ,"apokaliptyczna" ale i nie wesoła. Zmusza raczej do zastanowienia dokąd zmierza współczesny człowiek ze swoim stosunkiem do świata natury. Płyta nieco krótka jak na możliwości wielkiego greka ale od początku do końca słucha się jej z przyjemnością.

    Mariusz

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    29,35 EUR
  • Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    New
    Niemożliwe jest opisywanie tego co dzieje się na tym albumie muzycznie gdyż mamy tu taka miksturę dźwięków i nastrojów którą trudno tu oddać słowami i ubrać w przystępny opis. Zacznę od końca czyli tracklisty ze względów na opisy utworów z LP jakie będę stosował przybliżając tą płytę. Chodzi o to że wydania CD Heaven and Hell dzielą suity na:
    1. Heaven and Hell (part one) 21:58 (wliczając 4:58 So Long Ago, So Clear)
    2. Heaven and Hell (part two) 21:16
    ale niektóre analogi mają bardziej szczegółowy podział :
    1. Heaven and Hell, Part One 21:58
      • Bacchanale 4:40
      • Symphony to the Powers B 8:18
      • Movement 3 4:03
      • So Long Ago, So Clear 5:00
    2. Heaven and Hell, Part Two 21:16
      • Intestinal Bat 3:18
      • Needles and Bones 3:22
      • 12 O'Clock 8:48
      • Aries 2:05
      • A Way 3:45
    i tym podziałem się posłużę.

    Heaven and Hell rozpoczynał okres pracy w Nemo Studios i początek prawdziwej kariery międzynarodowej i był pierwszym albumem zrealizowanym dla RCA. Płyta została odnotowana na listach przebojów co zaowocowało niesamowitym ponoć koncertem w Royal Albert Hall. Wtedy gwiazdą wytworni był

    Rick Wakeman

    i pokłosie właśnie progresywnego rocka na tej płycie wyraźnie słychać.
    Część pierwsza zaczyna się od Bacchanale. Utwór rozpoczyna się od samotnego akordu keyboardów do którego dołącza po chwili współbrzmiący z nimi chór by eksplodować w końcu perkusją i całym kompleksem pasaży na syntezatorach, dźwiękami z Fender Rhodesa wybrzmiewających na tle mooga i chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki. To zdecydowanie Hell - nagle wszystko gwałtownie cichnie i syntezatory znowu powtarzają uporządkowaną strukturę, dołącza do nich chór i kolejne powtórzenie dzikiej jazdy naśladującej cierpienia potępionych poddawanych torturom. To chyba zdecydowanie najbardziej prog rockowa część płyty przypominająca

    ELP

    czy

    Wakemana

    . Muzyka atakuje słuchacza czymś w rodzaju imitacji wojny między dobrem a złem za pomocą dźwięków cichnących i wybuchających na nowo. Utwór ukazuje bardziej agresywną stronę muzyki

    Vangelisa

    .
    Symphony to the Powers B to centralna część pierwszej suity, rozpoczyna je emulowane intro na panino, przechodzący w kosmiczne brzmienia, tak charakterystyczne później dla

    Vangelisa

    , do których dołącza chór wyśpiewujący w rytmicznym, prawie pompatycznym nastroju łacińskie teksty przydające tej muzyce coś na kształt jakiegoś religijnego obrządku. Wtedy też na zasadzie kontrapunktu, dochodzi do konfrontacji męskiej i żeńskiej części chóru anielskich i demonicznych sił wspieranych brzmieniem fortepianu, trójkąta i orkiestry. Dźwiękowo także dochodzi do gwałtownych zmian - od pełnego brzmienia orkiestry wspartego talerzami do delikatnych bramień fortepianu i perkusyjnych przeszkadzajek. W tym utworze najczęściej dopatruje się inspiracji Carminą Burana,

    Karla Orffa

    . Frenetyczne tempo inspirowane pracami tego twórcy w To the Powers B podkreśla dodatkowo także klasyczna technika gry na fortepianie. Mamy tu sporo porywających orkiestracji i wstawek etnicznych z Grecji. Przez kilka minut fortepian i chór i orkiestra otaczają słuchacza z niezwykłą burzą dźwięków aby przejść do crescendo pod koniec tej części .
    Z tej kakafonii dźwięków wpadamy w stonowany Movement 3. Rozpoczyna się melancholijną partią fortepianu, syntezatora - po chwili otrzymujemy ferię głośniejszych dźwięków wspartych przez chór - radzę zwrócić uwagę na tę kompozycję, przede wszystkim na główne brzmienie, wszak to nic innego jak wyciszona, pierwocina tytułowego utworu z Chariots Of Fire! Po drugie ten przepiękny, najbardziej przypominający późniejsze dzieła el

    Vangelisa

    fragment ma swoją drugą historię związaną z bardzo popularnym serialem dokumentalnym z lat 70 -tych

    Carla Sagana

    Cosmos, gdzie ten utwór był tematem przewodnim.
    Wreszcie So Long Ago, So Clear, gdzie falset

    Jona Andersona

    słodki i relaksujący przynosi ukojenie po agresywnej muzyce części pierwszej. Delikatny, sentymentalny duet powstał w ciekawych okolicznościach. Ponoć

    Anderson

    chciał ściągnąć

    Vangelisa

    na keybordzistę do

    Yes

    .

    Vangelis

    odmówił przyłączenia się do tej legendy progresji ale za to Anderson wystąpił na tej płycie. Dostajemy tu delikatne brzmienia Rhodesa połączone z harmoniami śpiewu - pozytywne i romantyczne liryki tworzą gorzko słodki rezonans z interpretacją Andersona przepełnioną jakimś wewnętrznym smutkiem.
    Część II jest jeszcze bardziej mistyczna, rozpoczyna ją czysta improwizacja Intestinal Bat zbiór brzmień, dzwonków i harf tajemniczych i przyprawiających o dreszcze mrocznych dźwięków - kończy się to intro szokującym brzmieniem skrzypiec. Po tym dziwnym wprowadzeniu czas na Needles and Bones rytmiczny lecz wciąż tajemniczy fragment muzyki z słyszalnym wpływem greckiego folkloru z chórami, keyboardami i dzwoneczkami w stylu

    Oldfielda

    przypominający wyszukane pląsy .
    Nagle muzyka zmienia się i kolejny utwór 12 O'clock rozpoczyna melancholijna melodia której po chwili wtórują na wpół gregoriańskie chorały podparte wolnym tonem perkusji na tle których słychać najpierw jakby lament mężczyzny a następnie kobiety - czyściec? Nagle słyszymy rytm wybijany na bębnach który nabiera siły i splata się z dzikimi dźwiękami z syntezatora- mamy chwile ciszy przerywane przeraźliwymi dźwięki, przerywane nagłymi i krótkimi chaotycznymi eksplozjami muzyki znikającymi tak szybko jak się pojawiają wymieniających się z imitacją na keyboardy ludzkich głosów, nagła cisza i kolejne powtórzenie chorału z dźwiękiem dzwonu w tle - memento mori? - dochodzi współczesny chór, kory oddaje pierwszy plan - niezwykły glos

    Very Varoutis

    daje wyobrażenie jak brzmieć powinien anielski głos, jej wokaliza rośnie z minuty na minutę w siłę by w końcu zejść jakby na dalszy plan i oddać pola męskiemu chórowi. Niezwykła pełna emocji wokaliza współbrzmiąca wspaniale z prostą elegancją muzyki. Dla mnie najbardziej przepyszny fragment płyty, również wykorzystany w serialu Cosmos.
    Ale kiedy myślimy że wszystko już wybrzmiało przechodzimy do Aries pełnej eksplodujących orkiestracji. Ten pełen splendoru i mocy utwór konczy się gwałtownie i wpada w delikatną melodię A Way w spokojny, stonowany sposób zamykającą album co kontrastuje z jego początkiem. Delikatność tego utworu pozwala słuchaczowi ochłonąć po porcji muzyki jaką serwuje

    Vangelis

    . Kończy się niepostrzeżenie wyciszeniem.
    Mamy tu kreację szerokiej wariacji nastrojów i kontrastów co tłumaczyć należy tytułem - płyta koncepcyjna opowiadająca o przepaści między dobrem a złem.

    Vangelis

    uczynił to poprzez wysublimowaną i wyszukaną w każdej minucie tej płyty muzykę. Nie da się jednoznacznie zaszufladkować tej płyty: czasami symfoniczny, momentami etniczny mocno progresywny jest dziwnym i pięknym zarazem eksperymentem nigdy więcej przez

    Vangelisa

    nie powtórzonym a zarazem to podwalina pod kolejne arcydzieła oparte na chórze i harmoniach, które odnajdujemy w Opera Sauvage i Chariots Of Fire.

    Dariusz Długołęcki



    Heaven and Hell - czyli niebo i piekło. Faktycznie

    Vangelis

    ten album, który poniekąd należy już do historycznych dzieł z gatunku el-muzyki zaskakuje dwoistością formy. Ale z pewnością po raz kolejny jak na mistrza przystało nie rozczarowuje. Wręcz przeciwnie... tematy ,,piekielne,, są niespokojne, nieraz z lekka agresywne, pełne przerażenia i strachu a z kolei ,,niebiańskie,, wyciszone, uspokojone i kojące z fantastycznym utworem ,12 o'clock. Partie chóralne i wokal żeński wspaniale harmonizują z muzyką i podkreślają jeszcze bardziej atmosferę całej płyty. To jeden z albumów

    Vangelisa

    , do których często powracam, choć cenię sobie całą twórczość tego wybitnego greckiego kompozytora, który w pełni zasłużył na Oskara tylko dlaczego tylko za Rydwany Ognia? I dlaczego tylko Oskara? Polecam każdemu fanowi

    Vangelisa

    - to muzyka, którą można kupować "w ciemno" bez odsłuchu w sklepie a dopiero po rozpakowaniu w zaciszu własnego mieszkania, najlepiej wieczorem ze słuchawkami na uszach Piekło i niebo na ziemi zapewnione na kilkadziesiąt minut.

    Mariusz

    Availability: Goods in stock | product: 1LP


    21,37 EUR
  • Klaus Schulze | ...Live... (2LP)

    Klaus Schulze | ...Live... (2LP)

    New Bestseller
    Kompozycja Bellistique to wlaściwie "wzorcowy utwor" Schulzego z tego okresu. Ruchliwe arpeggio sekwencerow zmienia rejestr i glebokosc tonu, a na tle snuje sie chlodna melodia, w rozmaity sposob modulowana i "napinana" na siatce tetniacego wciaz w tle ostinata. W melodii tej przewijaja sie raz po raz drobne motywy zapozyczone z wczesniejszych kompozycji, szczegolnie wpada w ucho cytat z kompozycji Friedrich Nietzsche z albumu X. Utwor toczy sie naprzód do momentu, w ktorym rytm zostaje zlamany i wszystkie brzmienia rozpuszczaja sie w elektroakustyczna impresje przypominajaca nieco, jak brzmialy najdawniejsze kompozycje Schulzego.
    Drugi utwor pierwszej plyty to kompletna, 51-minutowa wersja suity Sense (na analogowym wydaniu albumu sluchacze mogli cieszyc sie trwajacym "zaledwie" 31 minut wycinkiem). Oto wyborne podsumowanie pomyslow, ktore zdominowaly plyty Moondawn i Body Love. Ostinato nadajace ton calej kompozycji kojarzy sie z pulsujacym rytmem utworow Floating i P:T:O:, a wypelniajaca pierwsza strone plyty Moondawn muzyka przypomni sie uważnemu słuchaczowi jeszcze i w tym momencie trwania Sense, gdy melodia snuta przez sekwencer zacznie "kipiec" i wibrować, stapiając sie w niesamowitą, dudniacą calość wraz z huczeniem perkusji Haralda Grosskopfa.
    Utwory wypelniające drugą płyte albumu sa nieco bardziej nietypowe. Przez introdukcję Heart przewijają się odległe echa utworu Heinrich von Kleist, po czym następuje hipnotyczny, rytmiczny pasaz zapowiadajacy brzmienia, jakimi Schulze w towarzystwie Pete Namlooka (i niekiedy Billa Laswella) raczyć będzie słuchaczy po kilkunastu latach w cyklu The Dark Side Of The Moog. Tytułowe serce bije coraz prędzej, pociągając za sobą alternacje zimnych akordów, aż do 30 minuty, w której muzyka umilknie.
    W finałowej kompozycji Dymagic wystepuje gościnnie Arthur Brown, na płycie Dune recytujacy i śpiewajacy podniosłe wersy suity Shadows Of Ignorance. Ten głos w pełni rekompensuje na ...live... brak wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. Opowieść Browna zaczyna się od leniwie przeciąganych zdań wplatających się w "skradające się", kosmiczne dźwięki syntezatorów. Nastepnie głos przybiera na sile i brzmi już jak w "refrenie" Shadows Of Ignorance", po czym przeradza sie w skargę szalonego śpiewaka operowego. Tempo utworu przyśpiesza według tego wzoru, co w kompozycji Heart. Gdy galopujący rytm osiąga swoje maksimum, Brown wydaje przeciagły krzyk i w tym momencie cały utwór runie znienacka w stojący, mętny akord, w którym rozpłyną się jeszcze ostatnie, ciche zdania utworu. W plebiscycie Jerzego Kordowicza na najlepszą elektroniczną płytę wszechczasów drogę do ścisłej czołówki zagrodzili Klausowi Schulze czlonkowie grupy Tangerine Dream (z albumami Poland i Ricochet) oraz Jean Michel Jarre (ze swą plytą Oxygene, nie wiedzieć czemu uchodzącą powszechnie za jego debiut). Najwyżej odnotowany tytuł Schulzego na tej liscie to wlasnie ...live..., wyśmienity album zawierający nagrania z występów artysty w latach 1976 i 1979.
    Osobiście zgadzam sie w pełni z sugestią, którą można wysnuć na podstawie wyników notowania: ...live... to najlepszy album Klausa Schulze. Sam artysta wahał się podobno przed wydaniem tego albumu, twierdząc, iż jakość zarejestrowanego materiału nie odpowiada jego oczekiwaniom; pozostaje tylko cieszyć się, że berliński muzyk ostatecznie wydał tę pozycję. Album ten to doskonały przekrój przez tworczość Klausa Schulze w fazie od Picture Music po Dune - równie dobrze nie brzmiałaby chyba żadna składanka fragmentow nagrań studyjnych z poprzednich płyt. Jest to dzieło najwyższej próby, a jakość dźwięku, wbrew zastrzeżeniom autora, jest doprawdy wiecej niż znośna. ...live... jest absolutnie obowiązkową pozycją w zbiorach każdego miłośnika muzyki elektronicznej.
    Słuchacze zasmuceni, że na reedycji albumu Dune starczyło miejsca tylko dla kontynuacji (jak wynika z wchodzącego z wyciszenia brzmienia zaawansowanego już rytmicznie i melodycznie epizodu) koncertowej impresji „Le Mans“, mogą się teraz ucieszyć: jako bonus do albumu ...live... ukazał się utwór Le Mans Au Premier, czyli ponad 17-minutowa introdukcja do wspomnianego tematu. Znajdziemy tutaj wszystkie charakterystyczne dla dynamicznych impresji koncertowych KS w roku 1979 elementy: na początku wyłania się chmurna, bezlistna, odrętwiała konstelacja akordów, z niej wykwitają pierwsze elementy porządkujące całość rytmicznie, w końcu zaś wkracza na scenę charakterystyczny uparty rytm podszyty metalicznym basem syntezatora, na który nanizane zostają prześlizgujące się kaskady dźwięków snute przez KS z typową dlań improwizacyjną swobodą). Brakuje tylko charakterystycznego głosu Arthura Browna, który by poprowadził Słuchacza w surrealistyczno-symbolistyczne rejony Shadows of Ignorance, Time Actor albo Child of Dawn; w zamian za to mamy tutaj sporą dawkę kosmiczno-analogowej pulsacji o tajemniczym charakterze, znakomite uzupełnienie zestawu nagrań dokumentującego okres Dune.

    I. W.



    Z pośród płyt przełomu lat 70-80 płyta ...Live... a szczególnie suita Sense to dla el-rocka przekroczenie rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhiusa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
    Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancho-lijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 13 lat później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i ... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja-deser dla smakoszy i dla tego właśnie lubię tę muzykę.
    Kiedy emocje dobiegają końca pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Arthura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...LIVE... nie znasz alfabetu el -muzyki.

    Damian Koczkodon




    Płyty albumu ...Live... nie mają sobie równych w twórczości Klausa Schulze. Może jedynie Timewind. Wiatr czasu odcisnął się piętnem w koncertach Klausa lat siedemdziesiątych. Bardzo dobrze! Podobnie jak Timewind wciągają słuchacza w świat rozległych przestrzeni innych światów. Jeden z utworów (Sense) trwa 51 minut i nie mogę powiedzieć aby mimo jednostajnego ostinato nudził. Wręcz przeciwnie! Ten kawałek to solidna "działka" narkotycznego transu. Muzykę trudno opisać. Powiem krótko: słucham tego albumu i słucham i nie mogę się nasłuchać. Wielka szkoda, że Schulze tak daleko odszedł od swego stylu muzyki. Ufam, że gdy wróci do łask Jego Big Moog, to razem z całym dobrodziejstwem jakie z niego wydobył.

    Jerzy Strzeja

    Availability: Only on request | product: 2LP


    33,96 EUR
  • Klaus Schulze | Cyborg (2LP)

    Klaus Schulze | Cyborg (2LP)

    New
    Prawdopodobnie jest to najbardziej fascynujący i niezgłębiony album w dyskografii Klausa Schulze. Pozornie znacznie bardziej ascetyczny i minimalistyczny niż poprzednia płyta, Irrlicht, kryje w sobie ogromną ilość tajemnic, do których klucza szukać można dość długo... Niesamowite, głębokie dźwięki, nie wiadomo, czy wygenerowane przez zardzewiałego tytułowego cyborga, czy wydobyte ze wspomaganej elektronicznie wiolonczeli, przeszywają przestrzeń przeciągłymi westchnieniami. Westchnienia ociekają plamistymi dźwiękami i zbierają się w wypukłe kałuże muzycznej rtęci. Gdzieś w oddali przesypują się kroki rozwianych, rozmazanych, strzępiastych zjaw, spacerujących po świecie dźwięków bez żadnego celu, bez oczu i uszu, po to tylko, aby wślizgnąć się w ucho słuchacza i wywołać w nim niejasne, dziwaczne wrażenie zagubienia w pierwszym krajobrazie. Co właściwie przedstawia ten krajobraz? Namalowany brunatnymi smugami, opuszczony, pachnący drewnem pokój, za którego oknami wstaje błotnisty świt, a w piecu którego żarzą się rdzawo złośliwe miny duchów? Opuszczoną planetę o gąbczastej konsystencji?

    Najosobliwszą dźwiękową podróż odbędzie słuchacz za sprawą kompozycji drugiej: Conphara. Klausowi Schulze udaje się tutaj wytworzyć nastrój pełnego napięcia oczekiwania, które w każdej chwili może zostać rozładowane, ale pod koniec utworu okaże się, iż do ostatniej minuty było tylko potęgowane... Nieco podobną atmosferę ma impresja Nebulous Dawn Tangerine Dream z albumu Zeit - podobnie i tutaj słuchacz za sprawą miękko wirujących dźwięków wypunktowywanych raz po raz twardym światłem innego tonowego reflektora może mieć złudzenie uczestniczenia w seansie poświęconym zjawisku fotoelektrycznemu... A może zwiedzamy puste, wyludnione obserwatorium, może kroczymy niekończącym się korytarzem zamieszkałym tylko przez pomrukujące agregaty i posiwiałe, bezużyteczne już silniki?... Impresja Chromengel otwierająca drugą płytę albumu jest najbardziej uporządkowaną harmonicznie i rytmicznie propozycją. Zmętniałe, smutne akordy w tle wyznaczają drogę późniejszym kompozycjom Schulzego, składając się w jedyne w swoim rodzaju nostalgiczne, zimne kombinacje. Główna "melodia" zbudowana jest natomiast ze śliskich skrzypiących poświstów napinających się na siatce akordów i wkręcających się w nią - te brzmienia czynią utwór wyjątkowo frapującym. Bodaj najniezwyklejszym dźwiękowym obrazem jest ostatni poemat: Neuronengesang. Na odleglejszym planie wyłania się, zwija i znów rozpościera organowa melodia utrzymana w chłodnych i ciemnych barwach, a plan pierwszy penetrowany jest przez natrętne ostre światło niemuzycznego tonu, rozrywającego miękki plan dalszy zimnym cięciem. Wkraczamy w ciemną przestrzeń, która lustrowana jest miriadami lodowatych promieni, znienacka wpadających na trop słuchacza, nieustannie go już do końca utworu śledzących. Ta muzyka może też stanowić idealną ilustrację do przeprowadzanej w jakimś odludnym, zapomnianym laboratorium obserwacji mikroskopowej: przy dźwiękach organów wyraźnie formują się kształty i barwy drobnoustrojów, ale z każdym zanieczyszczeniem preparatu, przy każdym nieuważnym przesunięciu szkiełka nakrywkowego pojawia się złowieszczy zgrzyt... Na wielkie brawa zasługuje wydawnictwo Revisited Records: proponowany tutaj bonus to aż 50-minutowa (!) kompozycja But Beautiful zarejestrowana już dość dawno temu podczas koncertu. Gdyby ktoś chciał odbyć sentymentalną podróż przez typowe dla Klausa Schulze nastroje, przyjrzeć się, jak one ewoluowały i jak zostawały ze soba zderzone, a przy tym dać się ponieść fenomenalnemu nastrojowi oraz zdziwić się, jak dużo wartościowej muzyki czekało tyle czasu w archiwach KS na ujawnienie - jest on jednym z adresatów, do których przesłanie But Beautiful jest skierowane. Utwór rodzi się w ołowiano-chromowych oparach, pośród strzępów neurotycznych organowych wyładowań (typowych dla atmosfery albumu Cyborg) oraz malarsko sugestywnych efektów brzmieniowych. Uważny słuchacz od razu spostrzeże, iż dokładnie ten sam snujący się w tle elektroniczny dym wysącza się równie gęstymi obłokami w introdukcji do legendarnej Linzer Stahlsinfonie oraz w minimalistycznej kompozycji Esoteric Goody (dołączonej do programu "zrewidowanego" przez Revisited Records albumu Dig It). Abstrakcyjny elektroniczny pejzaż ziejący atmosferą grozy i opuszczenia przechodzi płynnie w nieco bardziej zrytmizowany pasaż, który spokojnie mógł był zdobić dowolną z kompozycji zarejestrowanych podczas sesji Blackdance. Jednak dopiero to, co dzieje się nieco później, przechodzi wszelkie oczekiwania i zdoła bez trudu zadowolić nawet najbardziej wybrednego miłośnika muzyki berlińskiego artysty! Coraz bardziej zdumiewające popisy ostinatowe, coraz bardziej zagęszczone, zmysłowe tło, coraz bardziej fascynujące, niekończące się solówki nanizane na arpeggiatorową oś przyspieszającego swe ruchy kosmosu - chyba tylko tak (proszę wybaczyć patetyczne określenia) da się opisać rozwój tej niesamowitej kompozycji. Słuchając najbardziej dynamicznych pasaży, odpowiednich progresji ostinatowych i sposobu traktowania improwizowanych melodii prowadzących wnioskuję, iż But Beautiful zostało zarejestrowane na żywo gdzieś w okolicach 1976 roku. "Kultowa" kompozycja Sense wydana na albumie ...live... ma od momentu wydania reedycji Cyborga poważną konkurentkę, jeśli chodzi o ładunek emocjonalny i zasoby niepowtarzalnego nastroju! Pierwszorzędna niespodzianka dla wszystkich fanów Klausa Schulze - a zarazem kolejna pozycja, o którą bezwzględnie należy poszerzyć domowe zbiory...

    Igor Wróblewski


    Nie sądziłem, że kiedykolwiek zdolny będę skreślić kilka zdań na temat tego dwupłytowego albumu. Między innymi dlatego, że kompozycje na nim umieszczone zawsze wywoływały we mnie wielorakie stany umysłu, trudne do sensownego "ubrania" w słowa. Ponieważ jednak niczego z góry nie wykluczam... stało się.
    Prezentowane na dwóch krążkach utwory nie należą do najmłodszych. Historyczne raczej brzmienia (1973) jeszcze dziś mogą jednak poruszyć. Wszystko zaczyna się od Synphary. Spotkamy tutaj wiolonczelowe smutne barwy, "ćwierkania" oraz szumy analogowe typowe dla początków muzyki elektronicznej. Po takim wstępie następuje Conphara. Kompozycja z odrobiną niezbyt szybkiego, ale bardzo neurotycznego rytmu (stworzonego głównie przez odpowiednią modulację dźwięku). W tym utworze usłyszymy także "smyczki", jednak w trochę wyższej, mniej naturalnej tonacji. Drugą płytkę otwiera Chromengel. Kompozycja jest zdominowana przez organowe barwy przeplatane poznanym wcześniej mechanicznym "ćwierkaniem". Całość jest zakończona Neuronengesang. Wiolonczelowo-fletowe zawodzenia tego utworu (do spółki z innymi, "rozrzuconymi w nieładzie" dźwiękami o nieokreślonej barwie) mogą, w odpowiednich warunkach, przyprawić nawet o odmienne stany świadomości. Tytuł kompozycji jest zresztą wyraźną wskazówką czego należy oczekiwać. Wszystkie zamieszczone utwory są dość długie - przekraczają 20 min. Jest to posunięcie ze wszech miar słuszne. Uważam, że czas odgrywa niebagatelną rolę w kształtowaniu właściwego nastroju, co przy stylu (w tym konkretnym przypadku - minimal music czy też jak to woli awangarda) reprezentowanym przez Klausa Schulze jest konieczne do pełnego przeżywania tego typu twórczości. Obie płyty nie należą do łatwych w odbiorze. Trzeba przyznać, że jest to muzyka dla prawdziwych koneserów. Wpływ zaś na umysł (a co za tym idzie na wyobraźnię i odczucia) jest wręcz "zabójczy" i za każdym słuchaniem tej produkcji Klausa Schulze zawsze inny, wręcz zaskakujący i bez przerwy intrygujący.

    El-Skwarka

    Availability: Only on request | product: 2LP


    33,96 EUR
  • You | Electric Day (LP)

    You | Electric Day (LP)

    New

    Availability: Only on request | product: 1LP


    17,86 EUR
  • Wolfgang Baumann, Koek | Baumann/Koek (LP)

    Wolfgang Baumann, Koek | Baumann/Koek (LP)

    New
    Płyta duetu Baumann/Koek pozostawała znana chyba tylko tym najbardziej wtajemniczonym. I nie chodzi w tym wypadku o znanego z Tangerine Dream, Petera Baumanna, ale Wolfganga. Wraz z Etą Koekiem zrealizowali ów jedyny wspólny album w osławionym studiu Conny'ego Planka. Muzyka z tego albumu wiele czerpie z sekwencyjnej elektroniki, ale nie tylko. Mimo powtarzalnych sekwencyjnych pętli, z tego albumu przedziera się jakiś hippisowski duch. Nieśmiałe odniesienia do muzyki orientalnej, karzą myśleć o owej mistycznej podróży "na wschód", gdzie doznać można oświecenia. Wolfgang Baumann i Eta Koek starali się zatem przetransformować owe "hippisiarskie" doświadczenia w syntetyczny świat elektroniki. Brzmi to wręcz jako zapowiedź późniejszych transowych doświadczeń na gruncie psychodelicznego transu. Szkoda że sprokurowali raptem ten jeden album, ale dobre i to.

    R.M.

    Availability: Only on request | product: 1LP


    17,86 EUR
  • Riechmann | Wunderbar (LP)

    Riechmann | Wunderbar (LP)

    New
    Wolfganga Reichmanna pamięta się prędzej z kronik kryminalnych, niż muzycznych dokonań. A szkoda, bo ów niemiecki artysta w swojej artystycznej wizji odwoływał się do słynnych konceptów ludzi i maszyn, którymi piewcami byli jego koledzy z grupy Kraftwerk. Współpracował wcześniej z Miachaelem Rotherem, Wolfgangiem Flürem. Charakterystyczny image członków Karftwerk, który od zgrzebnie skrojonych urzędników w garniturach, z czasów Trans Europa Express, przetransformował się w postacie ludzi-robotów na Die Mensch Machine, wywarły ogromne wrażenie na Reichmannie. On sam zaproponował podobną wizję muzyki elektronicznej, podbitą mechanicznym pulsem, dekadencką, futurystyczną, chłodną, tchnącą melancholią ale i popowym sznytem. Sama okładka Wunderbear przedstawiająca na niebieskim tle perfekcyjnie "robotycznego" Reichmanna, zdradza aż nadto samą zawartość. Mimo kilku przebojowych fragmentów, Reichmann w większym stopniu kreślił tu obrazy gigantycznych metropolii i zagubionego w nich człowieka, niczym Fritz Lang w słynnym Metropolis. Artysta jednak nie doczekał premiery Wunderbar, na dwa tygodnie przed wydaniem podczas spaceru po starówce w Düsseldorfie, został ugodzony nożem przez dwóch wałęsających się pijaków dnia 20 sierpnia 1978 roku. Cztery dni po tym fakcie, na skutek nieodpowiedniego leczenia, Reichmann umiera. Tym samym bezpowrotnie zamknął się wielce obiecujący rozdział, w historii niemieckiej elektroniki.

    R.M.

    Availability: Only on request | product: 1LP


    17,86 EUR
  • Kluster | Zwei Osterei (LP)

    Kluster | Zwei Osterei (LP)

    New

    Availability: Only on request | product: 1LP


    17,86 EUR
  • Kluster | Klopfzeichen (LP)

    Kluster | Klopfzeichen (LP)

    New

    Availability: Only on request | product: 1LP


    17,86 EUR
  • Kluster | Eruption (LP)

    Kluster | Eruption (LP)

    New

    Availability: Only on request | product: 1LP


    17,86 EUR